Wednesday, December 22, 2010

Monday, December 20, 2010

Deszcz i awokada

W sobote zaczal padac potezny deszcz i pada nieprzerwanie do dzis. Tak ulewnych deszczy nie widzialam nigdy wczesniej w Polsce, podobno sa one rowniez nowoscia dla tego regionu. W Los Angeles County spadlo do 21 cali deszczu! Mamy zagrozenie naglymi powodziami oraz blotnymi lawinami. W gorach za to jest 16 stop sniegu, raj dla snowboardzistow!
Woda plynie po autostradzie, samochody pelzna w slimaczym tempie 10 mph, a te nieco szybsze, produkuja ogromne fontanny po obu stronach.
Nie wiem, czy to zasluga pogody, czy tez codziennego plukania gardla woda z sola, ale czuje sie duzo lepiej.
A na dodatek z drzewa obok spadaja mi takie cuda:
- Zostaw je, napewno dotykaly ich wiewiorki!- probuje mnie powstrzymac Maz, ale ja wszystkie awokada przerabiam na sushi.
Jesli faktycznie dotykaly ich wiewiorki, to jestem im gleboko wdzieczna za doturlanie ich az pod sam dom.

Wednesday, December 15, 2010

Chora

Klimat Californi mi nie sluzy. Nie dosc, ze caly czas jest goraco (nie znosze upalow), to na dodatek wszechobecny smog niesamowicie zatruwa moje zycie. I mnie.
Zanim przeprowadzilam sie do Californi chorowalam zwykle raz do roku- na grype. Po przeprowadzce, w 2009 roku, mialam dwa razy angine i raz zapalenie gardla. I grype. W tym roku mam juz trzecia infekcje, do tego dochodza problemy z oddychaniem- caly czas mam zatkany nos, na okraglo.
W poniedzialek wzielam wolne bo sie prawie slanialam, ale wczoraj musiałam byc w biurze. Jak by sobie ten moj szef beze mnie poradzil.
Za to dzis przychodze sobie do pracy, cala zasmarkana, a tutaj, na moim biurku, czeka na mnie prezent od "Swietego Mikolaja":



Moj szef byl w biurze przede mna (co mu sie niezwykle rzadko zdarza) i zostawil mi taka niespodzianke. Mile. Moj pierwszy prezent w te swieta.

Monday, December 6, 2010

Wspinacz

Ding-Dong urosl...



Ubieranie choinki stoi pod znakiem zapytania.

- Posted using BlogPress from my iPhone

Friday, December 3, 2010

Facet naucza pod moim biurem

Na ulicy. W ręku ma Biblię i megafon. Ciekawe.


- Posted using BlogPress from my iPhone

Monday, November 29, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- wyjazd

W koncu nadszedl dzien naszego wyjazdu... smutny dzien. Nawet pogoda tak jakby sie popsula. Spakowalismy walizki, pozegnalismy sie ze wszystkimi. M z mama zawiozla nas na lotnisko.
Nie potrafilam ukryc lez zegnajac sie z M.
Moj samolot odlatywal o 3 z minutami, Meza o 7 z minutami (przylecielismy osobno, to i odlatywalismy o roznych porach, za to oboje przez Denver, CO). Na lotnisku okazalo sie, ze na moj lot zabukowano wiecej ludzi, niz bylo miejsc w samolotach. Potrzebny byl ktos, kto zrezygnowalby ze swojego lotu, w zamian za inny lot (na przyklad o 7 z minutami) oraz voucher na $400 do zrealizowania w United Airlines.
Tym kims zdecydowalam sie byc ja. W ten sposob przylecialam do Iowa na voucherze (Maz kiedys zrezygnowal z lotu) i wylecialam z jednym. Dodatkowo lecielismy z Mezem razem, co bardzo ulatwilo nam powrot z lotniska w Los Angeles do domu (mielismy tam tylko jeden samochod, gdybym przyleciala planowo, musialabym albo czekac na Meza 4 godziny na lotnisku, albo jezdzic dwa razy do domu i spowrotem).
Wyladowalismy w Los Angeles okolo 11 w nocy, w domu bylismy grubo po polnocy.

Tak wlasnie spedzilam najpiekniejsze Swieto Dziekczynienia w moim zyciu.

Sunday, November 28, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- spotkania...

Dzien rozpoczelismy od sniadania i spaceru z moja przyjaciolka M, jej chlopakiem A oraz ich synkiem. A pilnowal dziecka, Maz zajal sie robieniem dziecku zdjec, a ja i M wreszcie moglysmy spedzic troche czasu we dwie.
Bedac jeszcze w Californi obawialam sie, ze nie bedziemy rozumialy sie tak dobrze, jak kiedys. Balam sie, ze macierzynstwo zmieni M tak bardzo, ze bedzie nas teraz wiecej dzielic niz laczyc. Wszystko jest jednak dokladnie tak samo, nasze rozmowy sa jedynie przerywane gaworzeniem lub zmienianiem pieluch.
Brakowalo mi naszych konwersacji. Brakowalo mi wspolnych spacerow, wtorkowych lunchy, wspolnego ogladania filmow...
Przechadzajac sie po Fairfield myslalam, ze zaczynam doceniac i tesknic za czasem, kiedy to nie moglam pracowac i cale dnie spedzalam robiac to, co mi sie zywnie podobalo.
Prosto ze spaceru pojechalismy na lunch (tak, tak, my ciagle tylko jemy!) do JS i FS, rodzicow mojego niezyjacego przyjaciela. Duzo myslalam o tym spotkaniu, zanim jeszcze sie odbylo. Slyszalam od naszych wspolnych znajomych, ze JS i FS zadziwiajaco dobrze sobie radza po smierci D, moje rozmowy z JS zdawaly sie to potwierdzac.
JS czekala juz na nas na progu. Usciskalysmy sie serdecznie i wszyscy razem weszlismy do domu, gdzie powital nas usmiechniety FS. Udalismy sie do kuchni.
Na lodowce zauwazylam zdjecie D z namalowanym na bicepsie czerwonym sercem z napisem "Mama".
Zasiedlismy do stolu.
JS zamknela oczy, rozlozyla rece i poblogoslawila jedzenie, ktore niebawem spozylismy.
JS i FS sa zydami. Po raz pierwszy w Fairfield mialam okazje z kims sie pomodlic. Bylo to bardzo mile doswiadczenie. Wiedzialam, ze JS jest bardzo uduchowiona osoba, ale, znajac jej styl zycia, nie posadzalam jej o praktykowanie zydowskich tradycji.
Duzo rozmawialismy, smialismy sie i zartowalismy. JS i FS wlasnie wrocili z wycieczki do Nowej Zelandii i opowiadali nam swoje wrazenia. Bil z nich spokoj i pogoda ducha. Gdybym nie wiedziala, co spotkalo ich syna, nigdy bym sie nie domyslila.
Po lunchu Maz i FS udali sie ogladac zdjecia z Nowej Zelandii, JS chciala porozmawiac ze mna.
Opowiadala o D. Pokazala mi rowniez fragmenty filmu nagranego na spotkaniu poswieconemu pamieci D. Film trwal cale 2 godziny, niestety nie mielismy tyle czasu, ale bardzo chcialam zobaczyc go w calosci. Poprosilam JS o kopie.
- Zrobilismy duzo kopii- powiedziala JS- ale nikomu jeszcze zadnej nie dalismy. Bedziesz musiala zapytac FS, to on decyduje.
FS, zapytany o to samo, odpowiedzial bez wahania:
- Oczywiscie, zatrzymaj te kopie.
Spotkanie dobieglo konca. JS pojechala na probe zespolu, w ktorym spiewa, a my udalismy sie do domu BF. Chcielismy spedzic z nim troche czasu przed wyjazdem.
Okolo 6 znalezlismy sie w domu M i A. Dolaczyla do nas D, kolezanka Meza z bylej pracy. Wieczor uplynal nam na grze w Bananagrams (gra slowna podobna do scrabble).

Saturday, November 27, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- na sniadanie znowu indyk...

Jak w temacie.
Obudzilismy sie rano i na sniadanie jedlismy znowu indyka. Przyznam szczerze, ze mi sie nie znudzil. Rzadko jem takie pysznosci, sama niestety nie jestem w stanie przyrzadzic swiatecznego indyka (a moze jestem, tylko o tym nie wiem?).
Mamy w Fairfield wielu przyjaciol, z ktorymi chcielismy sie zobaczyc. Tydzien to niestety za malo, zeby spotkac sie z kazdym osobno, postanowilismy wiec zorganizowac impreze grupowa.
Wieczorem wybralismy sie na kregle. Do tej pory grywalam w kregielniach Alabamy i Californi. Kregielnia w Fairfield bardzo mnie zaskoczyla, wygladala, jakby byla zywcem wyjeta z lat 70-tych. Co tylko dodawalo jej uroku.
Bawilismy sie swietnie. Ogladanie zdjec rowniez sprawilo nam wiele radosci: kazdy z nas mial inna technike i kazdy przyjmowal inna pozycje przy rzucie kula:








Po kreglach B i D poszli do domu, a reszta nas wybrala sie na mala przekaske do baru. Spac poszlismy grubo po polnocy.

Friday, November 26, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- i powtorka!

Znow obudzil mnie kardynal.
Dzisiejszy dzien uplynal nam na slodkim nicnierobieniu, przeplatanym gra w Bananagrams oraz konsumpcja resztek. Moj Maz mial wreszcie okazje zjesc pyszny, swiateczny lunch.
Po poludniu przenieslismy sie do BF, taty mojej przyjaciolki. Zdecydowanie wolalabym zostac u M, u niej czuje sie naprawde jak w domu. B ma olbrzymi, piekny dom, ale tu nie czuje sie tak dobrze. Obiecalismy jednak, ze i u niego zagoscimy, wiec nie bardzo mielismy wybor.
Wieczor spedzilismy na rozmowach i- jedzeniu sernika.

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- lunch u M

Noc spedzilam w domu mamy M.
Okolo 7 rano obudzilo mnie stukanie w okno. Otworzylam oczy i zaczelam rozgladac sie za sprawca, ale nikogo nie znalazlam. Zasnelam ponownie.
Ponownie obudzilo mnie stukanie. Tym razem zobaczylam czerwonego kardynala siedzacego na krzaku za oknem (http://pl.wikipedia.org/wiki/Kardyna%C5%82y). Kardynal zastukal w moje okno jeszcze raz. W tej sytuacji wstalam z lozka i poszlam po aparat fotograficzny. Niestety, ptaszek wiecej sie nie pokazal.
Wstalam, ubralam sie cieplo i poszlam na szybki spacer po okolicy (mialam za soba 1 dzien jedzenia a drugi w perspektywie, potrzebowalam jakiegos ruchu). Niska temperatura (-6!) wprawila mnie we wspanialy nastroj. Czyste powietrze, zero smogu, zadnych samochodow, nareszcie moge oddychac! Kolejny plus dla Iowa.
Dzis swietowalismy u mamy M. Coz moge powiedziec... jedzenie bylo po prostu fantastyczne.








Po lunchu cala nasza gromadka usadowila sie na kanapach i fotelach. G napalil w kominku. Niektorzy grali w gry na iPhone'ach, inni zaczeli przysypiac... zrobilo sie bardzo przytulnie.

Maz przylecial z Atlanty okolo 5:30 po poludniu i dolaczyl do nas okolo 7:30 wieczorem. Zalapal sie jeszcze na kawalek placka z jablkami i ze slodkich ziemniakow.

Wednesday, November 24, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- obiad u B

O 5:10 rano bylam w Chicago.






O 8:10 rano wylecialam z Chicago do Moline, IL
W Moline czekala juz na mnie M.
Nie potrafie opisac, jak bardzo ciesze sie z naszego spotkania. Nie widzialysmy sie prawie 2 lata.
Usciskalysmy sie, ucalowalysmy i udalysmy do samochodu. Czekaly nas jeszcze 2 godziny jazdy.
Widok pol, lak, pasacych sie krow, dzialal kojaco na moje oczy. Jazda samochodem po autostradzie w Iowa drastycznie rozni sie od jazdy w Californi. W Iowa samochody mijaja nas rzadko, w Californi wielokilometrowe korki sa na porzadku dziennym. Monochromatyczne krajobrazy Iowa relaksuja, w Californi bombarduja nas znaki, billboardy, swiatla, dzwieki... Juz sama dwugodzinna jazda z M dala mi odpoczac.
Okolo godziny 11:30 rano zajechalysmy do domu MF i GF, mamy M oraz jej meza, gdzie spedzilismy na rozmowach cudowne kilka godzin.
Wypilam organic soy chai latte zaparzony przez MF, odpoczelam, wzielam prysznic i wszyscy razem udalismy sie do restauracji na lunch, a potem do domu M i jej chlopaka A.
Wreszcie mialam okazje poznac synka M i A, uroczego poltorarocznego chlopczyka.
Nie zdawalam sobie sprawy, ze dzieci w tym wieku tak duzo rozumieja!
Okolo 5 po poludniu zmeczenie wreszcie dalo o sobie znac, i zasnelam snem kamiennym na sofie.
Wieczorem udalismy sie na wspanialy, swiateczny obiad do BF, taty M. Znow mialam okazje zobaczyc dawnych znajomych oraz zjesc prawdziwe pysznosci (BF swietnie gotuje).
Ludzie w Ameryce czesto zmieniaja miejsce zamieszkania. Ja rowniez bylam zmuszona do takiego kroku. Musialam zostawic za soba moje dotychczasowe zycie i wspanialych przyjaciol. Nie dzwonimy do siebie tak czesto, jak na poczatku. Kazdy z nas ma swoje sprawy, prace, M ma dziecko.
Ktos mi kiedys powiedzial, ze prawdziwi przyjaciele to ludzie, z ktorymi, podczas spotkania po latach, mamy dokladnie takie same relacje, jak przed wyjazdem.
Moje relacje z M, jej mama, mezem jej mamy, nie zmienily sie nic. Wieczorem mialam okazje przekonac sie, ze taka sama sytuacja jest ze wszystkimi moimi przyjaciolmi z Fairfield. Jestesmy tak samo blisko, jak bylismy 2 lata temu. Niesamowite.

Tuesday, November 23, 2010

Swieto Dziekczynienia w Fairfield, IA- lot

Za 2 dni Swieto Dziekczynienia.
Pomimo, iz mam tu w Californi wielu przyjaciol i rodzine, moje serce wciaz teskni za Iowa. Tegoroczne swieta postanowilam spedzic wlasnie tam, w Fairfield, z moja przyjaciolka M i jej rodzina (czuje sie troche, jakby to byla tez moja rodzina, tak jestesmy blisko).
Lot mialam we wtorek. Udalo mi sie wyjsc wczesniej z pracy, szef zreszta nie oponowal, bo sam wybieral sie na swieta do Las Vegas i tez musial sie przygotowac.
Pakowanie nie zajelo mi wiecej niz 2 godziny. Posprzatalismy z Mezem w domu, zostawilismy E (koledze, ktory na czas naszej nieobecnosci zamieszka w naszym domu) instrukcje obslugi kotow i, niewiele po 8 wieczorem, wyjechalismy na lotnisko. Ze wzgledu na okres swiateczny chcialam tam byc duzo wczesniej, okazalo sie jednak, ze nie ma tloku a sceny dantejskie sie nie dzieja. Maz ucalowal mnie i wrocil do domu (w srode rano leci do Atlanty do pracy, dolaczy do mnie w czwartek wieczorem).
Szybko i bez problemu przeszlam przez wszystkie bramki (ktore, nawiasem mowiac, podzielone zostaly na 3. Obsluga lotniska przygotowywala sie juz na srodowy tlok) i zostalo mi jeszcze mnostwo czasu na czytanie przed lotem.
Wylecialam punktualnie o 11:11 w nocy.

Tuesday, November 16, 2010

Już święta?

Facet, który sprzedał mi herbatę w Starbucks, życzył mi wesołych świat.
Na głowie miał zielone rogi renifera.

- Posted using BlogPress from my iPhone

Monday, November 15, 2010

Skąd się tu wzięłam?

Otrzymuje wiele emaili i komentarzy z pytaniem, jak udało mi się na stałe, legalnie, zamieszkać w Stanach Zjednoczonych. Oto moja historia (w ogromnym skrócie):

W czerwcu 2006 przyjechałam do Stanow Zjednoczonych na program Work and Travel. Nie było moim celem przeprowadzenie się tu na stałe. Ameryka podobała mi się, ale nie wiazalam z nią mojej przyszłości. Stało się jednak inaczej: poznałam M, mojego obecnego meza.
Szybko okazało się, ze jesteśmy dla siebie stworzeni (tak, wiem, ze to brzmi szalenie banalnie) i wkrotce zostaliśmy mężem i żona. W tej sytuacji mogłam zacząć starać się o zielona kartę.
Moja procedura imigracyjna bardzo się przedłużyła- z rożnych powodów. Od momentu naszego ślubu do momentu uzyskania przez mnie zielonej karty minęło prawie dokładnie 3 lata.

Wielu z Was przysyła mi mejle z pomysłami typu: "chce przyjechać do USA na wizie turystycznej a potem jakoś załatwić pobyt stały" i pyta, co ja o tym myśle.
Po pierwsze- nie jestem prawnikiem. Nie mogę Wam udzielać żadnych rad.
Po drugie- "przesiedzenie" wizy turystycznej jest bardzo złym pomysłem. Praca "na czarno" nie jest fajna. Zycie w Stanach bez żadnych przywilejów i bez poczucia bezpieczeństwa oraz widmo deportacji jest tym, co Was czeka, jeśli Wasz pobyt nie będzie zalegalizowany.
Po trzecie- istnieją różnego rodzaju wizy, na których możecie legalnie pracować w Stanach Zjednoczonych. Istnieją rożne sposoby na uzyskanie zielonej karty. Zapytajcie o nie Waszego prawnika PRZED wjazdem do Stanow, nie po.
Po czwarte- procedura imigracyjna moze potrwać długie miesiące, czasem lata. Musicie być na to gotowi.
Po piąte- informacje o życiu Polakow w USA oraz ich procesach imigracyjnych możecie znaleźć na forum:
http://www.forum.usa.info.pl/
Polecam rownież zapoznanie się ze strona USCIS.

- Posted using BlogPress from my iPhone

Monday, November 8, 2010

TOEFL- update

Dzis rano dostalam email z informacja, ze wyniki testu sa juz dostepne online.
Otrzymalam 99 punktow na 120 mozliwych.
80 kwalifikuje mnie do szkoly.
Jeden problem z glowy :)

Wednesday, November 3, 2010

Obiad z bylym szefem

RC, moj byly szef z Alabamy, przyjechal do Californi na jakas konferencje. Nie widzielismy sie dobrych pare lat, chociaz przez caly ten czas pozostawalismy w kontakcie emailowym i telefonicznym. Wreszcie nadarzyla sie okazja do spotkania.
Umowilismy sie na godzine 6:30 wieczorem, w lobby jego hotelu, RC, moj Maz i ja.
Nic sie nie zmienil. Wygladal dokladnie tak samo jak 3 lata temu.
RC zawsze byl mi bardzo zyczliwy. Ilekroc rozmawiamy przez telefon, mowi mi, jak bardzo brakuje mu mnie w biurze, i, ze jesli tylko zdecyduje sie na powrot, to mam zapewniona prace.
Och, zeby to tylko bylo takie proste...
Postanowilam, ze zapytam RC, co mysli o mojej obecnej pracy, o mojej ewentualnej przyszlej szkole, o rejestracji... Wysluchawszy mnie uwaznie, RC bez namyslu stwierdzil:
- Staraj sie o rejestracje.
Potem powiedzial mi, ze architekci tak naprawde nie zarabiaja takiej forsy, jak by sie wydawalo (pewnie jakies 70- 80 tysiecy rocznie, ale takie pieniadze, to ja bym wziela z pocalowaniem reki), i ze najwieksze dochody mozna uzyskac z akcji firmy, w ktorej sie pracuje. A w wiekszosci firm, akcje mozna kupic, jesli jest sie architektem zarejestrowanym.
I jesli potrzebuje jakiejs pomocy w uzyskaniu rejestracji, to on chetnie pomoze.
I, ze praca czeka na mnie, jesli tylko kiedykolwiek wroce do Alabamy.
I- czy wogole jesli jakas szansa, ze wroce?
No wlasnie... jest, czy nie ma?
Musze sie nad tym powaznie zastanowic. Bo wyglada na to, ze tak, czy inaczej musze szukac nowej roboty.

Monday, November 1, 2010

Kregle

W tygodniu zadzwonila do mnie FS, moja przyjaciolka, z pytaniem, czy nie pomoglabym jej w niedziele zawiezc dziewczynki z naszego kosciola na brunch i kregle.
- Wiem, ze nie przepadasz za dziecmi, ale oddam ci za benzyne i wogole...- powiedziala proszaco.
O oddawaniu pieniedzy nie bylo nawet mowy. Faktycznie, dzieci to nie moja specjalnosc, ale dziewczynki, o ktorych mowa, maja po 12-13 lat. Z takimi dziecmi to ja bardzo chetnie gdzies pojde.
Zapakowalismy 11 osob w 3 auta i pojechalismy do Anaheim. Tam czekalo juz na nas sniadanie i 2 godziny kreglowania.
Bawilam sie swietnie, pomimo, iz moja rana kluta od czasu do czasu krwawila. Chyba jednak potrzebowalam tego szwu, ale FS, pielegniarka, powiedziala mi, ze po 12 godzinach od dziabniecia to juz nie ma sensu.
Po kreglach odwiozlam dziewczeta do FS, a sama pojechalam do domu na zasluzony odpoczynek. To byl bardzo intensywny weekend.

Sunday, October 31, 2010

Jack & Dewi Marpaung- koncert (2)

Central Park of Rancho Cucamonga wypelniony byl ludzmi. Moj tesc czekal juz na nas przy wejsciu i poprowadzil nas do tylnych drzwi, drzwi dla artystow. RB zaczal przygotowywac sprzet i pstrykac fotki testowe, ja mruczalam sobie pod nosem moje piosenki.
Okolo 8:30 stand up comedy rozpoczelo impreze. Wystepowal (jak zwykle na wszystkich wiekszych okazjach) facet, ktory (pomimo, iz jest Indonezyjczykiem) wyglada jak Obama. Za kazdym razem robi niesamowita furore.
Pierwsza tego wieczoru piosenke wykonalam ja. Ze sceny widzialam mojego tescia, przyjaciol, ich rodziny, widzialam jak usmiechaja sie do mnie i spiewaja ze mna, kolyszac sie w rytm muzyki. Za mna, zespol usmiechal sie z duma i satysfakcja, tak jakby mysleli sobie "to mysmy ja tego nauczyli". Schodzilam ze sceny, zegnana brawami, kciukami podniesionymi do gory i wesolymi okrzykami. Ludzie robili mi zdjecia.
Zajelam swoje miejsce w pierwszym rzedzie. Kobieta, siedzaca za mna, polozyla mi reke na ramieniu.
- Masz na nazwisko S.? Naprawde? zapytala z niedowierzaniem.
- Tak. Jestem synowa AS.- odpowedzialam
- Co ty powiesz!- wykrzyknela zdumiona- AS to moj wujek!
W ten wlasnie sposob poznalam kolejnego czlonka rodziny.
Wykonalam jeszcze dwie piosenki. Jedna z nich- z "Obama", ktory nagle poczul, ze dusza mu spiewa, i musi do mnie dolaczyc. Siedzacy na sali Jack i Dewi klaskali i smiali sie do mnie.
Zdecydowanie byl to moj najlepszy wystep. Potwierdzil to DR, kolega z zespolu, przybijajac mi "piatke".
Potem na scene weszla Dewi. Glos ma jak dzwon, gdzie mi tam do niej. Koncert szybko przerodzil sie we wspolna zabawe: Dewi zeszla ze sceny i zaczela tanczyc razem z publicznoscia tradycyjny, indonezyjski taniec, do ktorego mnie rowniez zaproszono. Musialo to wygladac zabawnie.
Po kilku piosenkach Jack wszedl na scene. Gdy tylko zabrzmial jego charakterystyczny, chropowaty glos, rozlegly sie huczne brawa. Nie dziwie sie, ze go tak lubia. Sama kupilam jego plyte, bo piosenki, ktore spiewal, bardzo milo mi sie kojarza: z probami, z koncertem, z akceptacja i z wielka, wielka radoscia.
Koncert skonczyl sie okolo godziny 11 w nocy. Jack i Dewi z checia pozowali do zdjec. Nagle ktos zapragnal zrobic sobie zdjecie ze mna, potem druga osoba, trzecia... potem robiono zdjecia mnie i Dewi. Bardzo to wszystko bylo mile.
Po drodze do samochodu zahaczylismy jeszcze o kuchnie, gdzie mozna bylo nabyc/dostac dobre, indonezyjskie jedzenie. RB po raz pierwszy mial okazje skosztowac takich smakolykow. Kupilam mu pudelko z deserami: zasluzyl sobie chlopak. Mam mase pieknych zdjec.
Po wszystkim odwiozlam RB do domu, wzielam od niego karte CF ze zdjeciami, pojechalam do domu, zrzucilam zdjecia na twardy dysk, i, choc byla juz 3:00 nad ranem, wstawilam dwa na facebooka:




Zasypialam z piosenkami Jacka & Dewi plynacymi z glosnikow.
To byl cudowny wieczor.
:)

Jack & Dewi Marpaung- koncert (1)

W sobote wieczorem, po Sabacie, rozpoczelam przygotowania do wyjscia na koncert. Wzielam prysznic. Wytarlam sie do sucha. Siegnelam po balsam do ciala, ktorego pozostalo w butelce bardzo niewiele. Postanowilam wiec, moim zwyczajem, przeciac butelke na pol, zeby latwiej wydobyc z niej resztki. Siegnelam po noz.

Pilowanie twardej, plastikowej butelki w powietrzu, nie moglo sie skonczyc dobrze.

Noz zeslizgnal sie z butelki i dziabnal mnie we wnetrze reki, ktora zaraz zaczela krwawic, jak jeszcze nic mi nigdy w zyciu nie krwawilo. Rana nie byla duza, ale gleboka. Sciskajac zakrwawiony papierowy recznik zastanawialam sie, ile czasu potrzeba, zeby krew zaczela krzepnac, i czy musze jechac na szycie, czy tez nie.
Po jakichs 10 minutach krwawienie lekko ustapilo. Nakleilam dwa plastry i postanowilam, ze szycie bedzie musialo poczekac: koncert juz za 2 godziny! A poza tym, wiekszosc moich indonezyjskich znajomych pracuje w sluzbie zdrowia, w razie czego bede w dobrych rekach.
Zrobilam sie na bostwo i wyruszylam w droge (starajac sie oszczedzac lewa reke, ktora, przy kazdym ruchu kciukiem, znow zaczynala krwawic).
Maz wyjechal robic zdjecia do Washington DC, wiec oficjalnym fotografem tego wieczoru zostal RB, moj Litewski przyjaciel. Pojechalam najpierw po niego, a potem razem udalismy sie na miejsce akcji.

Saturday, October 30, 2010

TOEFL

W piatek rano czekal mnie TOEFL, egzamin z angielskiego.
Powiedzmy sobie szczerze: nie mam NAJMNIEJSZYCH problemow z porozumiewaniem sie, sluchaniem instrukcji, wykladow lub szkolen w jezyku angielskim, jednak ten test sprawil, ze poczulam sie, jakby mnie, biednej imigrantce, amerykanski system szkolenia celowo rzucal klody pod nogi. Teksty w czesci "Reading" byly historyczno- agrokulturowe, przerazliwie nudne, napisane (jak sie mozna bylo spodziewac) akademickim jezykiem, zalaczone pytania byly testem z czterema odpowiedziami, z ktorych tylko jedna byla prawdziwa, ale reszta tez tak jakos pasowala... Skupienie sie na tekscie bylo bardzo trudne, bo obok, inne testowane osoby mowily na glos do mikrofonu, ktory rejestrowal czesc ustna testu. Czas przeznaczony na przygotowanie wypowiedzi to 15 sekund, czas na wypowiedz- 45 sekund! Trudno sie wykazac w te kilka chwil.
Na dodatek pierwszy raz podczas mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych zetknelam sie z tak niemila obsluga, od ktorej na wstepie dostalam dwa zlamane olowki, wymienione potem na 3 nowe (w tym jeden znowu zlamany).
Podczas 10 minutowej przerwy jakas kobieta powiedziala mi, ze ona juz piaty raz probuje ten test zdac, bez powodzenia.
!!!
Pierwsze koty za ploty. Bede bardzo zdziwiona, jesli uda mi sie otrzymac wystarczajaca ilosc punktow, ktora kwalifikowalaby mnie na uczelnie. Wyniki za jakies 3 tygodnie.

Friday, October 29, 2010

Przygotowania do kolejnego koncertu

AHS, moj kolega z Cakrawala Band, wpadl po koncercie na IMABAC (http://ps-usa-pl.blogspot.com/2010/09/imabac-czyli-zjazd-indonezyjczykow.html) na genialny pomysl. Wraz z paroma innymi znajomymi postanowili sciagnac do Stanow na serie koncertow legendarnego indonezyjskiego wokaliste, wraz z corka, ktora jest tam gwiazda rocka, ale czasem spiewa tez z ojcem duety. Plan byl taki, ze w Stanach bedzie im akompaniowal wlasnie Cakrawala Band, a przed kazdym wystepem, jako support, zaspiewaja lokalni, indonezyjscy wokalisci.
W tym ja :) .
Gdy AHS powiedzial mi o tym, oczywiscie przyklasnelam propozycji, chociaz nie bardzo wierzylam w jej realizacje (przyznajcie szczerze, ze na takie przedsiewziecie potrzeba czasu i pieniedzy). Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy 4 tygodnie temu AHS zakomunikowal, ze w sobote wieczorem mamy probe, bo Jack Marpaung z corka Dewi daja pierwszy koncert juz 31 pazdziernika!
Przyznam szczerze, ze jestem pelna podziwu dla ich determinacji oraz sposobu w jaki udalo im sie wszystko zorganizowac. Czesto swietne pomysly koncza sie jedynie na gadaniu i gdybaniu, ale okazalo sie, ze lokalna spolecznosc potrafi naprawde duzo zdzialac.
Pierwsza proba odbyla sie 9 pazdziernika. Prosilam AHS, zeby wyslal mi wczesniej linki do piosenek, ktorych mam sie nauczyc, ale nie dal rady. Na probie podal mi tytuly, ktore zaraz znalazlam w iPhonie. W ciagu jakichs 30 minut wstepnie sie przygotowalam, i po chwili cwiczylam juz z zespolem, ktory nie mogl wyjsc z podziwu, jak udalo mi sie w tak krotkim czasie nauczyc nowych piosenek
Kolejna probe mielismy 2 tygodnie pozniej, a trzecia, ostatnia, w czwartek wieczorem, 2 dni przed wystepem.
Po pracy pojechalam, jak zwykle do domu AHS, ale zastalam dom zamkniety na cztery spusty i ciemne okna. Myslalam, ze moze mi sie cos pomylilo, ze moze jestem za pozno (albo moze za wczesnie? U Indonezyjczykow wszystko zawsze odbywa sie z wielkim poslizgiem). Po pol godzinie udalo mi sie wreszcie dodzwonic do AS, ktory ze zdziwieniem powiedzial:
"To ja ci nie powiedzialem, ze proba jest u WS? Tutaj masz adres..."
Do wiecznych spoznien jakos sie przyzwyczailam, ale nie znosze byc niedoinformowana nie z mojej winy! Na szczescie dom WS znajdowal sie jedynie 5 przecznic dalej.
A w nim- cala masa ludzi! Zespol, rodziny, przyjaciele, i masa jedzenia na stole.

Indonezyjczycy sa niezwykle goscinni. Na kazda impreze mozna spokojnie zabrac znajomych, jedzenia na pewno starczy, i jeszcze ci dadza na wynos.

Po lekkiej przekasce zaczelismy probe.
Jak ja uwielbiam spiewac. Uczucie, jakie mnie ogarnia, gdy stoje na scenie, jest nie do opisania. Gdyby tylko nadarzyla sie dobra, intratna okazja, rzucilabym wszystko w diably i pracowala nad kariera muzyczna.
Przecwiczylismy moje dwie indonezyjskie piosenki, a potem przeszlismy do tej w Batak... nagle pokoj wypelnil sie rozentuzjazmowanymi ludzmi, ktorzy, zadziwieni, przyszli zobaczyc biala dziewczyne spiewajaca w ich narzeczu.
Gdzies tam obok stal starszy pan.
Gdy skonczylam probe, kolezanka powiedziala mi, ze przysluchiwal mi sie ten wlasnie legendarny, indonezyjski wokalista, ktory, wraz z corka, bedzie mieszkal w domu AS podczas swojego czterotygodniowego pobytu!!!
WOW!!!
Niestety nie zdazylam sie przedstawic. Bylo juz pozno, Jack i Dewi rozpoczeli probe zaraz po mnie, i byloby nietaktem im przeszkadzac. Postanowilam, ze zlapie ich po sobotnim koncercie...

Tuesday, October 26, 2010

Friday, October 22, 2010

Karma?

Kilka tygodni temu, w poniedzialek, wstalam jak zwykle o 5:30 rano, zeby troche poplywac przed praca. Mamy pazdziernik, wiec o tej porze jest jeszcze zupelnie ciemno, a na naszym malym parkingu nie ma zadnej lampy ulicznej.
Wsiadlam do samochodu, wlaczylam silnik i- wycofalam prosto w samochod sasiada, zaparkowany za moim.

Zle.

Moglabym przysiac, ze wczesniej go tam nie bylo. Wysiadajac z samochodu mialam caly czas nadzieje, ze to tylko ich grill. Niestety, przekonalam sie, ze to srebrny, blyszczacy, nowiutki Dodge, ktorego wczesniej wogole nie widzialam.

Bardzo zle.

Po chwili olsnilo mnie, ze sasiad mial miec dzisiejszej nocy gosci, to musial byc ich samochod.

FATALNIE.

Poszlam obudzic Meza, ktory, przytomnie zapytal: "To co, nie widzialas tego samochodu?" Co za pytanie!
Przeciez gdybym widziala, to nie wycofalabym w niego celowo! Potem, o dziwo, w Mezu obudzily sie jakies ludzkie odruchy, bo przytulil mnie i powiedzial: "Nie martw sie, jakos to bedzie".
WOW.
Postanowilismy obudzic sasiada. Bylo niewiele po 6, ale stwierdzilismy, ze nie ma sensu czekac i sie denerwowac.
CL wyszedl zaspany z domu, popatrzyl na auto i powiedzial, ze to wypozyczony samochod, ktorym jutro bedzie jechal ze swoimi przyjaciolmi na wycieczke, i ktorego przytomnie ubezpieczyl na co tylko sie dalo. Postanowil powiedziec w ubezpieczalni, ze ktos w niego uderzyl na parkingu (szczera prawda) i uciekl. W najgorszym wypadku bedzie musial zaplacic jedynie deductible (kwote okreslona w ubezpieczeniu, zazwyczaj kilkaset dolarow), ktora oczywiscie mu oddamy. CL sprawdzil, czy bagaznik sie otwiera, po czym usciskal mnie, powiedzial, zebym sie nie martwila, ze nic sie nie stalo, i ze idzie spac bo wczoraj gral koncert i jest bardzo zmeczony.
Na naszym Nissanie Xterra nie ma nawet zadrapania.
Kilka dni pozniej okazalo sie, ze CL wykupil tak dobre ubezpieczenie, ze nie bylo w nim nawet mowy o deductible. Nie musze chyba dodawac, jak wielka byla moja radosc, szczegolnie, ze pare lat temu do naszego wypozyczonego, nieubezpieczonego Dodge'a ktos probowal sie wlamac lomem, i musielismy wtedy zaplacic za szkode okolo $1000.

Dzis rano padal deszcz. Jechalam rano do pracy. Stanelam na STOPie a tu nagle- bum! Ktos uderzyl w moj tyl. Wlaczylam swiatla awaryjne, zjechalam na pobocze. Sprawczyni zajscia rowniez. Z Hondy Civic wysiada staruszka.
- Tak bardzo pania przepraszam- mowi wystraszona- noga mi sie obsunela z hamulca.
- Nic nie szkodzi, zdarza sie- mowie, bo widze, ze- na naszym Nissanie Xterra nie ma nawet zadrapania. Za to w blyszczacym zderzaku staruszki widnieje idealna dziura, pieknie wycieta kwadratowa rurka, do ktorej przykreca sie przyczepe w moim aucie (nie mam pojecia jak to sie nazywa po polsku, ale po angielsku jest to trailer hitch).
- Moje auto jest w porzadku, ale widze, ze pani sie uszkodzilo. Bardzo mi przykro- mowie.
- Nic takiego, przeciez to moja wina- mowi staruszka z ulga i zegna sie ze mna objeciem (OBJECIEM!).

Karma? Ja uderzylam w czyjes auto, to i w moje ktos uderzyl. Najwyrazniej jednak mam szczescie, bo zadna z tych historii nie obciazyla mnie finansowo.
Nie zamienie tej Xterry na nic innego, z kazdej stluczki wychodzi zwyciesko.

Friday, October 8, 2010

Zapisy

Jak postanowilam, tak zrobilam: 1go pazdziernika, w piatek, zasiadlam do komputera i utworzylam konto na portalu CalPoly. Kliknelam na "nowa aplikacja" i zamarlam: moim oczom ukazala sie strona z zakladkami, do uzupelnienia
1. Enrollment information
- kierunek studiow, stopien, dodatkowe kursy, w ktorych chcialabym brac udzial, pytanie, czy chce byc nauczycielem.
2. Name and Address
- imie, nazwisko, adres, telefon, email.
3. Personal Information
- data urodzenia, miejsce urodzenia, SSN, obywatelstwo, status imigracyjny (plus daty), jezyk ojczysty, inne jezyki (i na jakim poziomie je znam), czy bylam w wojsku, wyksztalcenie rodzicow, roczny dochod, ilosc osob w gospodarstwie domowym.
4. California State Residency Information
- gdzie mieszkam, czy uwazam sie za rezydenta Californi, od kiedy mieszkam w Californi i gdzie mieszkalam w przeszlosci,
5. Demographic Information
- czy jestem latino, jakiej jestem rasy.
6. College Information
- do jakiej szkoly uczeszczalam, jaki stopien naukowy uzyskalam, ile godzin w semestrze chodzilam do szkoly, GPA.
7. College Courses
- zajecia, na ktore obecnie uczeszczam.
8. Test Information
- testy dodatkowe, na ktore musze sie zapisac (w tym TOEFL, test znajomosci jezyka angielskiego).
9. Miscellaneous Information
Gdzie pracuje, gdzie pracowalam, od kiedy do kiedy, referencje ze szkoly, czy jestem nauczycielem.
10. Statement of Purpose
- czyli krotkie wypracowanie uzasadniajace moj wybor tej wlasnie szkoly i tego wlasnie kierunku.
11. Application Fee Waiver
- niestety odmowiono mi zwrotu pieniedzy za aplikacje, poniewaz wyglada na to, ze moj dochod roczny jest zbyt wysoki. Chyba sobie zartuja.
Spodziewalam sie, ze zapisanie sie do szkoly zajmie mi nie wiecej niz godzinke, ale wypelnialam ja po trochu przez kolejnych 7 dni! musialam znalezc wszystkie daty, adresy, telefony, napisac list motywujacy, uzupelnic informacje o szkole... No i zapisac sie na TOEFL. Egzamin mam 29 pazdziernika.

Tuesday, September 28, 2010

Decyzja

Po wielu nieudanych próbach udało mi się wreszcie dodzwonić wczoraj do AIA. Pani, która odebrała telefon, powiedziała, ze ona nie jest architektem i nie ma pojęcia, co musze zrobić, aby stać się architektem zarejestrowanym. Podała mi adresy paru stron internetowych i zasugerowala, żebym się z nimi zapoznala, a potem zadzwoniła do niej jeszcze raz i umowila się na spotkanie z architektem.

Jedna ze stron, która została mi polecona, była strona National Council Of Architectural Registration Boards. Dowiedziałam się z niej, jakie są wymagania, ktore musi spełnić kandydat na architekta zarejestrowanego:
1. Mieć skończone przynajmniej pięcioletniego studia lub pracować przez 5 lat pod nadzorem architekta zarejestrowanego,
2. Pracowac pod nadzorem architekta zarejestrowanego (przez okreslona liczbe godzin) nad rysowaniem na komputerze, projektowaniem, przygotowywaniem dokumentacji itp. itd.
3. Założyć sobie konto na ich stronie. Przynajmniej raz na 6 miesięcy należy logowac się na stronie i uaktualniac swoje postępy w edukacji.
4. Zdać wielostopniowy egzamin.

Oczywiście miałam cała masę pytań, zadzwoniłam wiec do NCARB. Tam dowiedziałam się, ze:
1. Mój polski dyplom moze się liczyć jako "ukończone studia pięcioletnie", musi jednak zostać oceniony przez odpowiednia instytucje, która, oczywiście, jest zupełnie inna instytucja, niż ta, która oceniała moje papiery kilka miesięcy temu. Musze wysłać dokumenty ponownie, ponownie zapłacić i ponownie czekać 4 tygodnie...
2. Nadzorować mnie musi architekt zarejestrowany: nie General Contractor, nie designer. Tylko architekt zarejestrowany. Co wyklucza mojego szefa. Wyglada na to, ze musiałabym szukać nowej pracy, prawdopodobnie w korporacji, gdzie pracowaliby zarejestrowani architekci.

Przypuszczam, ze w świetle obecnej sytuacji ekonomicznej, byloby mi trudno tak zaraz znaleźć nowa prace. Poza tym, jak już wspominalam, mój szef (pomimo, iż nie jest zarejestrowany) ma ogromne doświadczenie i umiejętności. Chce się od niego uczyć.
Czy dostane się na studia? Nie wiadomo, jest duża konkurencja.
Zależy mi, żeby mieć jakiś amerykański dokument, czy to rejestrację, czy tez Masters of Architecture (chociaż, jak już wspominalam, mogłabym spokojnie uprawiać zawód nie mając żadnej z tych rzeczy).

Nie mogąc postawić wszystkiego na jedna kartę postanowiłam, ze bede probowac dostać się na studia oraz rozpocząć proces rejestracji jak tylko się da najszybciej. W piątek rozpoczynają się zapisy do szkoły. Jeśli uda mi się dostać na studia i zaciągnąć zadowalający kredyt, bede uczyc sie i pracować 30 godzin w tygodniu. Wyśle rownież moje dokumenty do ponownej oceny i zaloze konto na NCARB, żeby jak najszybciej zacząć dokumentowac historie mojej nauki i pracy.


- Posted using BlogPress from my iPhone

Monday, September 20, 2010

Szkola? Praca? Rejestracja?

Od kilku tygodni mam mieszane uczucia zwiazane z pojsciem do szkoly. Z kilku powodow.
1. Mam fajna prace, w ktorej zdobywam cala mase doswiadczenia. Szef powiedzial mi, ze to, co ja robie w tej chwili, on robil dopiero po 5 latach praktyki. Nie bardzo usmiecha mi sie przez kolejnych kilka lat koncentrowac sie na hipotetycznych projektach, gdy moge w 100% poswiecic sie rzeczom praktycznym.
2. Jak juz wspominalam, w Californi mozna spokojnie projektowac domki i nie byc nawet architektem zarejestrowanym.
3. Szkola kosztuje, nie oszukujmy sie. Za kilka lat bede miala stopien i zaciagniety kredyt z wieloma zerami.

Plusami pojscia do szkoly sa:
1. Bede miala stopien naukowy. Jesli w przyszlosci okaze sie, ze ekonomia znow jest kiepska, i ze musze szukac pracy, bede dla potencjalnego pracodawcy (mam na mysli korporacje) bardziej wartosciowa, niz ktos, kto stopnia naukowego nie ma.
2. Czegos tam sie zawsze naucze.

Nie zmienia to faktu, ze osoba z talentem, nawet bez stopnia Masters of Architecture, da sobie swietnie rade.

Zostaje jeszcze opcja trzecia, dlugoterminowa:
Stac sie architektem zarejestrowanym.
W tym celu musze udac sie do American Institute of Architecture, zapisac sie na jakies kursy/przejsc przez jakies procesy, wypracowac ilestam godzin i zdac wielostopniowy egzamin.
Uplynie wiele lat, zanim bede w stanie projektowac samodzielnie. Moglabym te lata poswiecic na nauke u boku doswiaczonego architekta (ktory az plonie checia dzielenia sie wiedza), samodzielne zglebianie wiedzy i w koncu zdobycie rejestracji. Jako architekt zarejestrowany moge pracowac samodzielnie, bez wzgledu na to, czy mam Masters of Architecture, czy nie.
1-go pazdziernika rozpoczyna sie termin skladania aplikacji do CalPoly, 30-go listopada konczy sie. Jutro sprobuje dodzwonic sie do American Institute of Architecture i zobaczyc, czy bez amerykanskiego stopnia naukowego moge wogole starac sie o rejestracje.

Saturday, September 11, 2010

Wybory w kosciele

W naszym kosciele co roku odbywaja sie "wybory": starszych, diakonow, sekretarza, skarbnika itp...
Przed wyborami, istniejaca Rada Kosciola dyskutuje, kto bylby najlepszym kandydatem na dane stanowisko. Nastepnie kandydaci sa informowani o fakcie swojej nominacji.
Tydzien pozniej cala wspolnota jest informowana o kandydaturach. Jesli wspolnota zgadza sie z wyborami Rady Kosciola, a kandydaci nie maja nic przeciwko nowym obowiazkom, kolejny tydzien pozniej zostaja zaprzysiezeni.
Dzis nasz pastor poprosil mnie na rozmowe. Powiedzial, ze widzialby mnie w roli Lidera Nauczycieli Szkoly Sobotniej dla Mlodziezy i Mlodych Doroslych.
Nie spodziewalam sie takiego wyroznienia. Przypuszczalam, ze bede jednym z nauczycieli, ale nigdy, ze zaraz liderem. Ciesze sie z zaufania, ktorym obdarzaja mnie Starsi naszego kosciola.
Coz, wyglada na to, ze Bog mnie wola. Trzeba odpowiedziec :) .

Friday, September 10, 2010

Rozterki rodzica

- P, podejdz tu na chwilke, chce ci coś pokazać- zawolal mnie szef, wpatrujac się w ekran komputera z nieodgadniona mina.
Na ekranie ujrzalam profil na facebooku. Na głównym zdjęciu mozna było ujrzec DH, siedemnastoletniego syna mojego szefa, w kapielowkach, plasajacego radośnie z dziewczyna w bikini.
- I co ja mam o tym myśleć?- zapytał patrzac na mnie.
Spojrzalam na zdjęcie.
- Czy ta fotka była zrobiona na pool party?- zapytałam- Jeśli tak, to polnagosc jest wrecz wskazana. Byłoby dosc podejrzane, jeśli młody, zdrowy, wysportowany chłopak, siedzialby na pool party w ubraniu.
MH potwierdził.
- Przyjrzyjmy się- kontynuowalam- D jest na zdjęciu z dziewczyna. To dobrze, znaczy, ze lubi dziewczyny, nie chłopaków. W dzisiejszych czasach, MH, nic nie wiadomo.
- To córka naszych znajomych- baknal MH- skonczyla szkole z honorami.
- Tym lepiej!- wykrzyknelam entuzjastycznie- znaczy D gustuje w wykształconych dziewczetach.
- Sami go namawialismy, żeby się z nią spotykał...
- ... I do tego słucha rodziców! A popatrz tutaj: na tym zdjęciu D jest z Tobą i twoja żona: znaczy- nie wstydzi się rodziców. A w rubryce "o mnie" napisał: "jestem Chrześcijaninem". Chłopak jest na dobrej drodze, myśle, ze mozesz być o niego spokojny.

Tuesday, September 7, 2010

IMABAC czyli Zjazd Indonezyjczykow Plemienia Batak w Californi

Kilka miesiecy temu, podczas obchodow Dnia Matki w naszym kosciele, zebralam sie na odwage i zaspiewalam "Butet", indonezyjska piosenke, ktorej kiedys sie nauczylam, i ktorej cover wrzucilam na YouTube. Akompaniowal mi zespol Cakrawala Band, kilku znajomych Indonezyjczykow.
Moje wykonanie spotkalo sie z niezwyklym uznaniem, poniewaz:
1. Jestem Polka,
2. Jestem biala,
3. Piosenka jest w narzeczu Batak, jezyku plemiennym, ktorego wielu czlonkow tego plemienia, mieszkajacych w Stanach (w tym moj Maz) kompletnie nie rozumie. Kombinacja tych trzech czynnikow okazala sie powalajaca, totez doceniono moje starania.
Po moim wystepie podszedl do mnie AHS, gitarzysta zespolu, z niezwykla propozycja. Powiedzial, ze we wrzesniu bedzie odbywal sie Zjazd Indonezyjczykow Plemienia Batak w Californi (IMABAC), i ze biala dziewczyna, spiewajaca w jezyku plemiennym zrobilaby furore.
Oczywiscie nie trzeba bylo mnie dlugo przekonywac. Nauka kolejnej piosenki nie zajela mi dlugo.
W sobote wieczorem spotkalam sie z Cakrawala Band w domu AHS na wspolnej probie, ktora wypadla bardzo pomyslnie.
IMABAC zostal wyznaczony na 6 wrzesnia, poniedzialek, amerykanskie Swieto Pracy. W programie byla wspolna modlitwa, przemowienia, comedy show, tance, spiewy i lunch.O godzinie 10 rano sala Loma Linda Academy zapelnila sie kilkuset osobami.
Czesc artystyczna zaczela sie po lunchu, okolo godziny 3 po poludniu. Comedy show (w ktorym wystapil "Barack Obama " i "Michael Jackson" spotkal sie z ogromnym aplauzem.
W koncu nadeszla pora na nasz wystep, Cakrawala Band i ja. Zapowiedziana przez AHS weszlam na scene, z ulos przewieszonym przez ramie i tradycyjnej opasce na czole.
"Horas!" przywitalam sie.
A potem zaspiewalam.
Nie jestem w 100% zadowolona ze swojego wystepu, ale uczucie, ktore wywoluje we mnie przebywanie na scenie, jest nie do opisania. I te wszystkie znajome twarze, i ludzie, ktorzy mnie zupelnie nie znaja, ale usmiechaja sie i spiewaja razem ze mna... To wlasnie sprawia, ze nie moge sie doczekac pazdziernika, bo wyglada na to, ze... mamy kolejny wystep!

Wednesday, September 1, 2010

Zalety mieszkania w poblizu Hollywood

Wczoraj, na mojej ulicy, rozstawila sie ekipa filmowa i krecila kolejny odcinek "Glee". Jedyna wada tego stanu rzeczy byl brak parkingu i dzikie tlumy okupujace chodnik.

Wednesday, August 25, 2010

Moja droga do wiary 3

Na ktoryms z naszych spotkan przeczytalam/uslyszalam zdanie, ktore na dobre zapadlo mi w pamiec:
"W przeszlosci moglo Ci sie wydawac, ze w wierze chodzi tylko o posluszenstwo Bogu, jednak istota wiary jest poznanie Boga przez jego Slowo i akceptacja tego slowa". To bylo duzo prostsze, niz sie spodziewalam! Zrozumialam, ze w Chrzescijanstwie nie chodzi o slepe posluszenstwo i przestrzeganie tysiaca zakazow i nakazow, ale o to, aby pozwolic Bogu dzialac w naszym zyciu, aby Go kochac i byc mu poslusznym z milosci a nie ze strachu przed potepieniem.
Biblia ma dla mnie sens i jest spojna. Moja wiara ma dla mnie sens. Nie ma w Adwentyzmie Dnia Siodmego czegos, w co wierze slepo bez zrozumienia, nie ma czegos, co robie bo tak kaze mi kosciol, nie ma czegos, co robie ze strachu. Wszystko, co robie, robie z milosci do Boga. Czuje, ze moje zycie zmienilo sie na lepsze. Czuje sie wolna i nigdy nie czulam sie szczesliwsza.

Moja religijnosc wynika ze zrozumienia, ze Bog mnie kocha, i ze Bog wie, co jest dla mnie dobre.
Moja religijnosc wynika z przekonania, ze jesli sie potkne, jesli zrobie cos zlego, to mam po swojej stronie Chrystusa, ktory mi zawsze pomoze, i dzieki ktoremu bede zyc wiecznie w niebie.

Tuesday, August 24, 2010

Moja droga do wiary 2

Bylam ciekawa wyznania, w ktorym wychowal sie moj Maz. W pierwsza sobote w Nowym Roku poszlismy razem do kosciola (zaznaczam, iz nie mialam zamiaru uczeszczac regularnie). Trafilismy akurat na ceremonie mycia stop (w naszym kosciele odbywa sie ona co 3 miesiace), ktora jest wy swoistym aktem wybaczenia i pojednania z bliskimi i przyjaciolmi. Czlonkowie wspolnoty dobieraja sie w pary (dobrze jest znalezc kogos, kogo chcemy za cos przeprosic lub z kim chcemy poprawic stosunki), modla sie razem oraz symbolicznie myja sobie nawzajem stopy. Nie bylam pewna, czy moge uczestniczyc w tej ceremonii, nie bylam Adwentysta i nie wiedzialam, czy mi wolno. Nagle obok mnie znalazla sie osoba, ktora sprawila, ze poczulam sie jak w domu, ktora wyjasnila mi sens mycia stop, i z ktora, oprocz tej ceremonii, polaczyla mnie wielka przyjazn. Ta osoba byla F, jedna z kolezanek Meza z dziecinstwa.
- W czwartki spotykamy sie z paroma osobami aby studiowac Biblie, przyjdz jesli masz ochote- zaproponowala F tamtego dnia.
- Zobaczymy- odparlam wymijajaco. Nie mialam ochoty na tego typu spotkania. W czwartek Maz poszedl na nie sam.
- Na jakie tematy dyskutowaliscie?- zapytalam gdy wrocil do domu.
- W sumie na jeden, wiara i finanse- odpowiedzial Maz.
- Co takiego?- zdziwilam sie- co ma jedno do drugiego?
Temat wydawal mi sie intrygujacy, w kolejny czwartek postanowilam towarzyszyc Mezowi na spotkaniu. Dowiedzialam sie wielu ciekawych rzeczy, miedzy innymi, co Biblia ma do powiedzenia na temat domowego budzetu, jak rozsadnie gospodarowac pieniedzmi, w co warto inwestowac...
Pierwsze wspolne studiowanie Biblii bylo dla mnie trudne: nic w niej nie umialam znalezc. Mijaly tygodnie, Biblia stawala sie dla mnie latwiejsza w obsludze, rosla za to lista moich pytan. Wygladalo na to, ze wiele prawd, o ktorych uczylam sie przez lata na lekcjach religii i w kosciele, nie mialo swojego odzwierciedlenia w Pismie. Zaczelysmy spotykac sie z F we dwie, na wspolne studiowanie. F cierpliwie wyjasniala mi moje watpliwosci, odpowiadala na pytania, do niczego nie zmuszajac ani nie naciskajac. Wkrotce zaczelam czytac Biblie sama w domu.

Moja droga do wiary 1

Jeden/jedna z czytelnikow/czytelniczek mojego bloga zadal/zadala mi takie oto pytanie:
"Czy Twoja religijność wynika właśnie z tego, że mieszkasz w USA? ( w sensie, że może samo życie w tym kraju wpłynęło tak na Twoją wiarę).Tak jak zauważył Anonim, Polska jest katolicka, ale każdy bierze sobie z nauk Kościoła, to co jest dla niego wygodne"
Z przyjemnoscia na nie odpowiem. Ciesze sie, ze mam okazje dac swiadectwo mojej wierze. Odpowiedz bedzie w odcinkach, pisze w przerwie na lunch, pewnie dokoncze, jak wroce do domu.

Gdyby jakies 5 lat temu ktos zapytal mnie, czy wierze w Boga, moja odpowiedz brzmialaby: "wierze w sile wyzsza i porzadek w przyrodzie".
Moj okres zwatpienia w istnienie Boga zaczal sie, gdy bylam nastolatka. Przyznam szczerze, ze religia jako taka nie pomagala mi i nie dawala mi zadnych odpowiedzi, jedynie zwatpienie i poczucie winy. Oczywiscie, staralam sie byc dobrym czlowiekiem, zyc wedlug ogolnych zasad przyzwoitosci, ale bycie Chrzescijanka (katoliczka) bylo dla mnie za trudne. Wiele zasad/prawd/dogmatow kosciola katolickiego uwazalam za pozbawione sensu i nie zylam wedlug nich. Czulam, ze postepuje obludnie uwazajac sie za katoliczke i wybierajac z wiary katolickiej akurat to, co jest dla mnie wygodne, a odrzucajac to, co nie zgadza sie z moim swiatopogladem.  Nigdy tez nie czytalam Biblii, znalam jedynie pare historii, ktorych uczylam sie w dziecinstwie na lekcjach religii.
Przeprowadzilam sie do Stanow. Wiekszosc poznanych przeze mnie Amerykanow wierzyw Boga i, co ciekawe, nie wstydzi sie o tym mowic. Pare razy z Mezem poszlismy do kosciola, przeczytalam pare fragmentow Biblii, ale raczej z ciekawosci,, a nie z pragnienia bliskosci ze Stworca.
Pod koniec roku 2008, w przeddzien Sylwestra, przeprowadzilismy sie do Californi, stanu, w ktorym wychowal sie moj Maz. Jako, ze nie mielismy zadnych planow Sylwestrowych pojechalismy z Mezem do kosciola Adwentystow Dnia Siodmego: "Chcialbym, zebys poznala moja rodzine i przyjaciol, z ktorymi sie wychowalem" powiedzial M.
Pomysl spedzenia Sylwestra w kosciele wydawal mi sie zupelnie poroniony, ale, jak juz wspomnialam, zadnych innych planow nie mielismy, a rodzine i przyjaciol Meza i tak chcialam poznac.
Na koscielnej imprezie Sylwestrowej ujrzalam mase ludzi, ktorzy nie tylko razem sie modlili, ale takze spiewali, smiali sie, grali w rozne gry... widac bylo, ze dobrze sie ze soba czuja. Po raz pierwszy zobaczylam, ze bycie Chrzescijaninem moze przyniesc komus w zyciu radosc.

Monday, August 23, 2010

Abstynencja- update

Po wymianie komentarzy pod moja ostatnia notka postanowilam dodac jeszcze pare slow...
Jest jeszcze grupa ludzi, ktorzy, slyszac o naszej abstynencji, beda probowali nas przekonac, ze picie alkoholu lub kawy bedzie mialo na nas wrecz zbawienny wplyw:
"Alkohol poprawia trawienie"
"Alkohol rozluznia i pomaga pozbyc sie stresu"
"Jak mozna zaczac dzien bez kawy?"
"Dla osob z niskim cisnieniem kawa jest wrecz zalecana"
I tak dalej, i tak dalej...

Saturday, August 21, 2010

Abstynencja

Zastanawiam sie jak to jest, ze picie alkoholu jest na stale wpisane w polska tradycje i kulture. Wyobrazmy sobie wesele bez alkoholu. Trudne? Albo narodziny dziecka nie czczone wielka popijawa, ale w jakis inny sposob. Nie da sie, prawda?
Jak to jest, ze jezeli ktos nam mowi: "nie pije bo biore leki", to nie zmusza sie tej osoby do picia, nie probuje sie analizowac, jakie leki ktos bierze, i czy wejda one w reakcje z alkoholem, czy nie. Po prostu zostawia sie taka osobe w spokoju.
Stwierdzenie: "jestem trzezwiejacym alkoholikiem" spotyka sie zwykle z uznaniem.
Natomiast, jesli ktos mowi: "nie pije, poniewaz to wlasnie podoba sie Bogu, poniewaz Bog chce, zebym dbala o swoje cialo", to patrzy sie na taka osobe jak na totalnego wariata.
A zaraz potem pyta sie: "to co, ze mna sie nie napijesz?".
Albo "przeciez mozesz sobie troche poprawic smak, prawda?".
Albo nie przyjmuje sie tego wogole do wiadomosci i przy kazdej nadarzajacej sie okazji proponuje sie abstynentowi z wyboru szklaneczke czegos mocniejszego, tak jakby sie "zapomnialo", ze dana osoba nie pije.
I zaraz potem mowi sie przepraszajaco "Och, zapomnialem, przeciez nie pijesz... ale na pewno nie chcesz kropelki?"
Dlaczego decyzje podejmowane z powodow religijnych budza zawsze tyle dyskusji? Dlaczego wszyscy probuja nas od nich odwiesc? Dlaczego spotykaja sie one z niezrozumieniem?

Nawet nie zauwazylam, ze 1 sierpnia minal rok, odkad przestalam pic alkohol i kawe, oraz jesc pokarmy uznawane przez Biblie za nieczyste. Czuje sie swietnie. Ciesze sie, ze robie to, czego chce ode mnie Bog. Poza tym obserwuje szereg korzysci wynikajacych z mojej abstynencji:
1. Jest mi duzo latwiej utrzymac odpowiednia dla mnie wage ciala. Nie dochodzi do sytuacji, gdzie mysle sobie: "Do tego wina swietnie pasowalby ser. A moze by teraz przegryzc chipsami? Hmm, te chipsy swietnie zgralyby sie z piwkiem" i tak dalej, i tak dalej.
2. Moge prowadzic auto kiedy tylko chce i wiem, ze jestem w pelni wladz umyslowych.
3. Mam zdecydowanie wiecej pieniedzy w portfelu.
Oczywiscie, zdarzaja sie czasem momenty (raz na 3 miesiace, nie czesciej), w ktorych mysle sobie, ze napilabym sie czegos mocniejszego. Zwykle siegam wtedy po sok winogronowy w szklance do wina, i przekonuje sie, ze w wiekszosci przypadkow to wlasnie wystarcza: otoczka, "opakowanie" napoju, a nie to, co wlasnie pije. W reszcie przypadkow pomaga modlitwa.

Saturday, August 14, 2010

Zestaw spa

Maz kupil mi zestaw spa: specjalna gabeczke do pielegnacji stop, jednorazowe skarpetki z balsamem nawilzajacym i takiez rekawiczki. Wszystkiego po 2 sztuki. Tak sam z siebie mi kupil. Jak milo.
Myslicie, ze fakt, iz jest to zestaw ze sklepu "wszystko za $1" mial jakikolwiek wplyw na ten spontaniczny zryw?

Ding-Dong

Wiem, wiem, ja tylko o kotach pisze przez ostatni tydzien, ale coz, wlasnie one zajmuja ostatnio sporo mojego czasu i uwagi.
Ding-Dong jest szarym, czteromiesiecznym kotkiem. Jest maly ale dosc dlugi. Ma tez bardzo dlugi ogon. Wazy 3.6 lbs  czyli 1.6 kg (dla porownania, Pom-Pom wazy 8.12 lbs czyli 3.68 kg. No i nie ma ogona.).















Weterynarz powiedzial mi, ze wszystkie piec kociat zostalo podrzuconych pod ich drzwi pare tygodni temu. Coz, przynajmniej dano im szanse.

Piaty dzien z nowym kociakiem

Maz zadzwonil do mnie z pracy z informacja, ze zwierzaki sie obwachuja. Znaczy lody zostaly przelamane.
Z dniem dzisiejszym szare kociatko otrzymalo wdziecznie brzmiace imie Ding-Dong oraz lozeczko:

Friday, August 13, 2010

Czwarty dzien z nowym kociakiem

Wracam ja sobie dzisiaj z pracy, i oczom moim ukazuje sie taki widok.
Kociatko siedzi w szafie i majta lapa pod drzwiami. Pom-Pom natomiast siedzi z drugiej strony i, od czasu do czasu, przybija mu "piatke".
Uznalam to za wielki postep w rozwoju znajomosci.
Po wyjsciu z szafy kociak zostal lekko pogoniony przez Pom-Pom, ale bez wiekszego entuzjazmu i jedynie z lekkim syczeniem. Nie jest zle.

Thursday, August 12, 2010

Trzeci dzien z nowym kociakiem

Poszlam skonsultowac sie z weterynarzem na temat zachowania naszej kotki. Dowiedzialam sie, ze przyzwyczajanie sie kotow do siebie moze potrwac nawet 2 tygodnie. Ciesze sie, ze poszli mi na reke i zgodzili sie, w razie czego, znalezc kociatku nowy dom, jesli jego zwiazek Pom-Pom nie wypali.
Wrociwszy do domu z pracy zamknelam drzwi do sypialni zeby Pom-Pom nie mogla sie w niej caly czas ukrywac. Przesunelam rowniez jej miske z jedzeniem troche blizej kuchni. Pom-Pom nie odwazyla sie na blizszy kontakt, pare razy zapuscila sie wglab salonu, ale wciaz trzymala sie na dystans. Zabralam ja w jej pare ulubionych miejsc, na parapet okienny i do kuchni, zeby czula, ze to caly czas jej dom.
Pom-Pom nie atakuje kociatka. Nawet nie probuje. Zachowuje sie troche jakby sie go bala.
Kociak, oczywiscie, jest nieustannie szczesliwy. Siedzi na naszych kolanach i mruczy bardzo, bardzo glosno. Z rzeczy negatywnych- puszcza bardzo smierdzace baki :) . Nie ma sie co dziwic, w koncu to samiec :) .

Wednesday, August 11, 2010

Drugi dzien z nowym kociakiem

Pom-Pom przestala nas atakowac, ale caly czas ukrywa sie w sypialni. Nowy w niczym nie widzi problemu, biega i skacze radosnie, toczy sobie rozne pileczki i wspina sie na drapak.

Tuesday, August 10, 2010

Pierwszy dzien z nowym kociakiem

Przywiozlam kociaka okolo poludnia. Otworzylam pudelko, zeby mogl spokojnie wyjsc. Zainteresowana Pom-Pom podeszla blizej, ale jak tylko zobaczyla drugie zwierzatko, zjezyla sie, zasyczala i uciekla do sypialni. Wieczorem probowalismy zachecic koty do blizszego poznania sie, ale za kazdym razem konczylo sie to ucieczka Pom-Pom do sypialni. Musialam tam przeniesc jej miske z jedzeniem bo wogole nie chciala wychodzic. Zaczela tez syczec, warczec i atakowac nas, poniewaz nasze rece pachnialy nowym zwierzakiem. Oboje z Mezem zostalismy niezle podrapani.
Na razie jest zle.

Friday, August 6, 2010

Nowe znajomosci

W budynku, w ktorym pracuje, miesci sie wiele roznych biur. Jest broker, jest pani od nieruchomosci, prawnik imigracyjny, masaz dla zwierzat (???) oraz weterynarz.
Czasami w przerwie w pracy, zdarza mi sie zajrzec do weterynarza, porozmawiac z pielegniarkami i poglaskac zwierzeta czekajace na adopcje. Jakis miesiac temu pojawilo sie tam 5 malych kociat, 3 czarne i 2 szare, z kolorowymi obrozkami.
Tydzien pozniej na klatce pojawil sie napis: kociatko z pomaranczowa obrozka znalazlo juz dom.
2 tygodnie pozniej w klatce siedzial juz tylko jeden, szary kociak plci meskiej.
I tak sie na mnie patrzyl.
I prawie slyszalam jego glos mowiacy: wez mnie do domu!
Maz oczywiscie byl bardzo "za", ale nie znalismy jeszcze zdania Pom-Pom. Jak wiadomo, zwierzeta nie zawsze przypadaja sobie do gustu. Nie chcielismy miec w domu dwoch nieszczesliwych, zazdrosnych zwierzakow, postanowilismy wiec przedstawic je sobie u weterynarza. Wczoraj, w porze lunchu, Maz zadzwonil do mnie i rzucil krotkie "Jestesmy prawie u ciebie". Tak, jakby nasza kotka rowniez brala czynny udzial w calym przedsiewzieciu, a nie, niczego nieswiadoma, zostala zabrana do auta na przejazdzke.
Gdy tylko Maz i Pom-Pom przekroczyli prog gabinetu, kotka dostala szalu (jak zwykle u weterynarza). Nie pomogl prywatny pokoj. Szary kociak, przechadzajacy sie po podlodze, nic sobie z jej ataku nie robil, ale tez specjalnie sie nie zblizal.
Pielegniarz stwierdzil, ze takie zachowanie Pom-Pom jest prawdopodobnie spowodowane faktem, iz znajdujemy sie w gabinecie weterynaryjnym, gdzie mieszaja sie zapachy lekarstw, ludzi i innych zwierzat. Zachecil nas, abysmy zabrali kociatko ze soba i przedstawili je kotce w zaciszu domowego ogniska.

Sunday, July 25, 2010

Damska pomoc

Wracajac w sobote z kosciola, zauwazylam dwie dziewczyny, stojace bezradnie obok samochodu z otwarta maska.
-Co sie stalo?- zapytalam otwierajac okno- potrzebujecie kabli?
- Tak!!!- odparly z moca i nadzieja w glosie.
- Poczekajcie 5 minut. Mieszkam 2 przecznice dalej, mam kable w drugim samochodzie.
Pojechalam, zabralam kable, wrocilam, odpalilam dziewczynom auto.
- Dziekujemy- odparly radosnie- minelo nas tylu facetow, bez zadnej reakcji, a pomoglas nam wlasnie ty, kobieta.
Gdy dzielilam sie ta historia ze znajomymi panami, wszyscy pytali, jak wygladaly owe dziewczyny, i od tego wlasnie uzalezniali fakt, czy zatrzymaliby sie z pomoca, czy nie. Wstydu nie maja.

Sunday, July 18, 2010

Okulista





















Facet chyba jest Hindusem, nie widze innego wytlumaczenia dla takiego nazwiska :)

Thursday, July 15, 2010

Na basenie...

... w szatni, widuje codziennie Azjatow w bialych szlafrokach.
Zabieranie szlafroka na basen wydaje mi sie absolutnie zbedne a juz na pewno niewygodne (szlafrok jest duzy i zajmuje sporo miejsca w torbie, wiazadla ciagna sie po nie zawsze czystej podlodze a jasny material na pewno szybko sie brudzi), chyba ze... wychodzi sie w tym szlafroku z domu i jedzie sie w nim samochodem.
Na razie jeszcze nie udalo mi sie wypatrzec zadnego Azjaty wysiadajacego z auta w takim wlasnie okryciu, ale mam oczy otwarte. Jesli zadnego nie dostrzege, to zagadka Azjatow w szlafrokach pozostanie dla mnie nierozwiklana.

Monday, July 12, 2010

Bryand w Indonezji

Moj przyjaciel Bryand wyruszyl w podroz do Indonezji. Jesli macie ochote sledzic jego przygody oraz ogladac fotografie, zrobione na goraco iPhonem, zapraszam na twittera:
http://twitter.com/bsfatboy

Friday, July 9, 2010

Udalo sie.

Podoba mi sie to plywanie bladym switem. Wyglada na to, ze stanie sie to moja codziennoscia.

Thursday, July 8, 2010

Test

W ciagu ostatnich kilku tygodni Maz byl na wyjazdach sluzbowych. Prawie sie nie widzielismy. Totez jak wyjazdy sie skonczyly, po pracy chcialam spedzic z nim jak najwiecej czasu. W ciagu ostatniego tygodnia chodzenie do fitness klubu zostalo zastapione wspolnymi spacerami lub jazda na rowerze.
Brakowalo mi jednak basenu i porzadnych cwiczen silowych, ale to oznaczaloby, ze w domu bylabym o 8 wieczorem.
Szef kiedys powiedzial mi, ze on wstaje o 5:30 rano, biega, potem bierze prysznic i idzie do pracy. Uznalam go wtedy za totalnego czubka (kto przy zdrowych zmyslach, idac do pracy na 8:30, dobrowolnie wstaje o 5:30?), ale dzis postanowilam te metode wyprobowac.

Polozylam sie spac o polnocy, jak zwykle (wczesniej po prostu nie umiem zasnac).
Wstalam o 5:30 rano. Wypilam moja soy chai latte i przygotowalam sobie lunch do pracy.
O 6:00 wyszlam z domu.
O 6:20 bylam w basenie.
O 7:15 skonczylam plywanie.
O 7:50 bylam w biurze i, czytajac mejle, jadlam jogurt.
O 8:30 rozpoczelam prace.

Da sie? Wyglada na to, ze sie da. Zobaczymy, czy uda mi sie powtorzyc ten wyczyn jutro rano.

Tuesday, June 22, 2010

Karmnik dla koliberkow

Kilka tygodni temu, podczas inwentaryzacji domu klienta, zauwazylam wiszace w ogrodzie pojemniki z czerwonym plynem. Nigdy wczesniej nie widzialam niczego podobnego.






































-M, co to takiego?- zapytalam szefa, ktory rowniez uwijal sie obok mnie z tasma miernicza.
-To sa karmniki dla kolibrow- odpowiedzial M usmiechajac sie.
Pare tygodni temu Maz kupil w WalMarcie podobne cudo. Wieczorem wlalam do karmnika nektar sporzadzony wedlug przepisu znalezionego w Googlu: 2 czesci wody, 1 czesc bialego cukru (najmniejsza ilosc cukru, z jaka mozna sporzadzic nektar, to 1 na 4 czesci wody- koliberki potrzebuja energii).
Nastepnego dnia, bedac w pracy, dostalam od Meza smsa nastepujacej tresci: "Karmnik dla kolibrow dziala!".
Po powrocie do domu przekonalam sie o tym na wlasne oczy:



























Koliberki przylatuja dwa- trzy razy na godzine. Teraz, razem z kotka siedzimy przy oknie i obserwujemy ptaki.

Friday, June 11, 2010

Architekt zarejestrowany

Dowiedzialam sie dzisiaj, ze moj szef nie jest zarejestrowanym architektem. Po prostu, po skonczeniu studiow rozpoczal prace, najpierw w jakiejs firmie, a potem samodzielna.
W Californi nie trzeba byc zarejestrowanym architektem, jesli projektuje sie budynki niekomercyjne do 10 000 stop kwadratowych. Jesli chce sie zaszalec i zbudowac cos wiekszego (lub komercyjnego), trzeba znalezc zarejestrowanego architekta (na przyklad jakiegos szkolnego kolege), ktory nam taki projekt podpisze.
Bardzo mnie ten fakt pocieszyl. Moj szef ma ogromne umiejetnosci i projektuje piekne budynki nie bedac zarejestrowanym architektem. A to oznacza, ze jesli nawet nie uda mi sie dostac na studia, to mam wielkie szanse pracowac w zawodzie i osiagac sukcesy, bez skonczenia amerykanskich studiow i nie bedac zarejestrowana. To ostatnie moze kiedys ulec zmianie... mysle, ze po latach praktyki nabede wystarczajace umiejetnosci, aby zdac egzamin na architekta zarejestrowanego.

Wednesday, June 9, 2010

"Drzwi otwarte"

Za namowa koordynatora architektury z CalPoly, wybralam sie wczoraj na "drzwi otwarte". Specjalnie wyszlam pol godziny wczesniej z pracy, aby dotrzec tam na czas.
Niestety rozczarowalam sie. Okazalo sie, ze to nie zadne spotkanie dla potencjalnych studentow, ale zjazd absolwentow architektury rocznika '85. Oprocz mnie i tychze absolwentow nie bylo tam nikogo.
-A ty... w ktorym roku skonczylas studia?- zapytala mnie z lekkim przekasem siwowlosa kobieta, do ktorej witajacy gosci studenci skierowali mnie po informacje.
-W 2006- odparlam niezrazona- ale nie tutaj, w Polsce. Tutaj chcialabym zapisac sie na masters program i szukam kogos, kto moglby mi udzielic informacji.
-A to musisz rozmawiac z koordynatorem. To ten facet w pasiastej koszuli.
Splawiona przez kobiete podeszlam do pasiastego, przedstawilam sie i zapytalam, czy jest mozliwosc umowienia sie z nim na spotkanie (chcialam pokazac mu moje portfolio).
-Nie- odparl- od lipca nas juz tu nie bedzie.
-Ale.... kiedys wracacie, prawda?- zapytalam.
-Tak. Jesienia 2011 gdy rozpocznie sie nowy rok akademicki.
-Czy jest mozliwosc zapisania sie na zajecia z programu bachelor?- drazylam dalej.
-Nie. Nie ma miejsc. Na masters tez mamy 10 kandydatow na jedno miejsce wiec, ha, ha, ha, powodzenia.
-Pani z administracji wspominala cos o Extended College of Open University, gdzie moglabym podszkolic sie przed rozpoczeciem masters program w CalPoly, czy moze mi pan cos na ten temat powiedziec?
-Nie. To nie ja. To tamten facet z iPhonem.
Zrezygnowana poszlam do faceta z iPhonem, ktory, dla odmiany, patrzyl mi w oczy podczas rozmowy i nie usilowal sie mnie pozbyc. Dowiedzialam sie, ze w ECOU zajecia odbywaja sie w trybie zaocznym. Najblizszy "semestr" zaczyna sie w lipcu. Studenci moga zapisac sie maksymalnie na 2 przedmioty, jeden projektowy (tymi nie jestem zainteresowana) a jeden wykladowy. Zajecia odbywaja sie w ciagu czterech lub pieciu sobot i kosztuja... $1000. Facet od iPhona dal mi swoj numer telefonu i adres email i poprosil o kontakt. Wspomnial rowniez, ze 29 czerwca odbedzie sie spotkanie organizacyjne, na ktorym odpowie na moje szczegolowe pytania.
Chyba nic z tego ECOU nie wyjdzie, wiec zostaje mi czekac do jesieni 2011 i liczyc na cud.
10 kandydatow na jedno miejsce...
Moglam spokojnie zostac w pracy. Mialabym z tego wiecej korzysci niz z tego spotkania.

Sunday, May 30, 2010

3 dni pozniej

Po trzech dniach od smierci D jestem wreszcie w stanie normalnie funkcjonowac i myslec trzezwo. Plakalam caly czwartkowy wieczor i caly piatek. Dzis rano obudzilam sie z potwornym bolem glowy, po czym zasnelam ponownie i ocknelam sie okolo godziny 4 po poludniu.
Minely 3 dni i jestem w stanie myslec o D bez lez splywajacych po mojej twarzy.
Zycie toczy sie dalej i jest to- o dziwo- zupelnie naturalne. W piatek rano pojechalam do Starbucks na sniadanie (pomimo ogromnego smutku bylam jednak glodna). Ludzie wciaz robia tam herbate z mlekiem oraz bulki z jagodami. Inni ludzie wciaz je jedza.
Ziemia wciaz sie kreci wokol slonca. Tyle tylko, ze bez D. Nigdy juz z nim nie porozmawiam. Nigdy wiecej nie zagramy razem koncertu. D nie przyjedzie do mnie w sierpniu. Nigdy nie bede miala okazji powiedziec mu, jak wiele Bog zrobil w moim zyciu.
Codziennie modle sie, aby Bog dal mi zrozumienie tego, co sie stalo, powodu, dla ktorego zupelnie zrownowazony, radosny mlody mezczyzna, zdecydowal sie na taki krok.
Wiem, ze w calym swoim milosierdziu Bog pozwoli nam spotkac sie ponownie.

Friday, May 28, 2010

D

D poznalam w Iowa. Przedstawil mi go S, kolega, ktorego poznalam na imprezie:

Spelnia sie moje najwieksze marzenie

2 tygodnie pozniej gralismy razem koncert dla nowych studentow uniwersytetu MUM:

Ostatnie godziny przed koncertem
Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008

D stal sie jednym z moich najlepszych przyjaciol. Spedzalismy razem duzo czasu grajac na gitarach, spiewajac, cwiczac do "otwartych mikrofonow" a takze rozmawiajac o zyciu. To wlasnie D dal mi kiedys ksiazke Byron Katie, ksiazke, ktora zmienila moje zycie, ksiazke, dzieki ktorej nauczylam sie akceptowac wiele rzeczy takimi, jakie sa.

Duchowe swiecenie

D byl pogodnym, radosnym, wiecznie usmiechnietym wysokim blondynem z imponujacymi uszami. Znalo go cale miasto (F liczy sobie okolo 9000 mieszkancow). Ktokolwiek mial z nim do czynienia stwierdzal, ze D jest osoba niezwykla.
W grudniu 2008 przeprowadzilam sie do Californi. Utrzymywalismy kontakt telefoniczny, nieco rozluzniony (wiadomo- inny stan, inna strefa czasowa), ale bliski. Nasze rozmowy byly zawsze szczere i osobiste, naszych relacji nie zmienil czas ani odleglosc.
Ostatni raz rozmawialam z D w piatek, 21 maja, okolo godziny 7:30 wieczorem czasu Kalifornijskiego. Mowil, ze zrobil sobie przerwe w pracy i ze przechodzil dosc trudne chwile, ale wszystko jest na dobrej drodze, i czuje sie duzo lepiej. Przeprowadzil sie do nowego domu. Zbudowal sobie studio muzyczne w piwnicy. Znalazl kumpla do gitary. Zaczal nawet nagrywac. Wspominal, ze ma wykupiony bilet do Kaliforni na sierpien, i ze bardzo chetnie sie ze mna zobaczy. Pare razy nasza rozmowa zostala rozlaczona (mam bardzo slaby zasieg w mojej chatce), zostawil mi wiadomosc, ze nastepnym razem musimy porozmawiac na skype, bo wtedy lacznosc bedzie stabilna.
Nastepnego razu nie bylo. Wczoraj wieczorem D popelnil samobojstwo.

Friday, May 21, 2010

Dymiace auto

Samochod mojego tescia, ktorym ostatnio jezdzimy, tankujemy co tydzien. Oleju rowniez musimy dolewac co tydzien, bo jakims cudem nam sie ulatnia. Nie zaglebiamy sie jednak w przyczyny tego zjawiska i wlewamy dwie cwiartki w ten wrak, gdy tylko zapali sie lampka olejowa.
Dzis wlasnie znajome swiatelko zamrugalo do mnie z deski rozdzielczej. Udalam sie do WalMartu, zakupilam niezbedny produkt, wlalam gdzie trzeba i udalam sie do Pasadeny aby dostarczyc plany naszemu inzynierowi.
Gdy zjezdzalam z autostrady, zauwazylam we wsteczny lusterku kleby szarego dymu wydobywajace sie z rury wydechowej. Ta sytuacja zdarza sie zbyt czesto, aby mnie zmartwic, kontynuowalam wiec jazde.
Po kilku minutach zauwazylam, ze spod maski auta rowniez wydobywa sie dym. Gdy dojezdzalam do domu inzyniera, mialam juz przed soba i za soba jego potezne kleby. Przypomnialo mi sie, jak kilka lat temu w podobnych okolicznosciach eksplodowala Honda Meza, szybko wiec zaparkowalam i wyskoczylam z auta, zabierajac ze soba to, co mam najcenniejszego: torebke, iPhone'a i laptopa.
Stanelam w bezpiecznej odleglosci, zadzwonilam do Meza i poinformowalam o sytuacji.
- Zajrzyj pod maske- zaproponowal spokojnym glosem.
- Nie ma mowy- odparlam- co bedzie, jak wybuchnie?
- Nie wybuchnie. Caly czas sie dymi?
Popatrzylam na auto.
- Przestalo jakby- powiedzialam.
- To zajrzyj pod maske, nic sie nie stanie.- zachecil Maz.
Chwiejnym krokiem podeszlam do auta i podnioslam maske. Pomimo, iz nie jestem wykwalifikowanym mechanikiem, przyczyna dymienia stala sie dla mnie jasna.
Po uzupelnieniu oleju zapomnialam wlozyc korek.

Tuesday, May 18, 2010

Email od koordynatora architektury

Wczoraj wyslalam email do koordynatora architektury. Oto, co zawierala odpowiedz (mniej-wiecej):

- proces zapisow nie jest latwy: jest wielu kandydatow na jedno miejsce,
- tylko 10-15% kandydatow udaje sie dostac na studia,
- w zalaczniku przesyla mi informacje, ktore moga byc dla mnie przydatne. Po zapoznaniu sie z nimi moge umowic sie na spotkanie z bardziej precyzyjnymi pytaniami,
- we wtorek, 8 czerwca, beda "drzwi otwarte" architektury. Zacheca mnie do przyjscia.

A oto lista rzeczy/dokumentow, ktore musze zalatwic:
- aplikacja,
- papiery z AERC,
- wyniki TOEFL,
- list motywacyjny,
- 3 listy polecajace od pracodawcow/nauczycieli,
- portfolio.

Po zalatwieniu wiekszosci z wyzej wymienionych dokumentow mam zamiar skontaktowac sie z koordynatorem ponownie.

Friday, May 14, 2010

Wizyta w CalPoly

Wlasnie wrocilam z wizyty na uczelni. Mila afroamerykanka z Admissions and Outreach udzielila mi prawie wszystkich informacji, ktorych potrzebuje. Reszty dowiem sie ze spotkania z koordynatorem studenckim wydzialu architektury.
Plan dzialania jest taki:

1. Umowic sie z koordynatorem studenckim,
2. Przygotowac portfolio,
3. Zdac test z jezyka angielskiego TOEFL i dostarczyc wyniki uczelni,
4. Przed rozpoczeciem studiow pochodzic na wybrane zajecia, na ktore normalnie chodza kandydaci na stopien bachelor. Pomoze mi to przygotowac sie do prawdziwego studiowania.
5. W pazdzierniku zapisac sie na studia,
6. Zlozyc podanie o kredyt studencki,
7. Rozpoczac nauke jesienia 2011.

Saturday, May 8, 2010

Kilka faktow o Sierra Madre, miescie, w ktorym mieszkamy





















Calkowita powierzchnia: 7.79 km2,
Wzniesienie: 252 m. n.p.m.,
Liczba mieszkancow (2008): 10834,

Sierra Madre jest miastem w hrabstwie Los Angeles, w Californi.
(...)
Znajduje sie u podnoza gor San Gabriel (...).
Sierra Madre jest znane z corocznego festiwalu Wistaria. Jego tematem jest roslina glicynia chinska, ktora w Sierra Madre zajmuje ponad 0.4 hektara. Roslina zostala wpisana do Ksiegi Guinessa jako najwieksza kwitnaca roslina na swiecie i jeden z siedmiu "ogrodniczych" cudow swiata.

zaczerpniete z:
Wikipedia,
Google Maps.

Tuesday, May 4, 2010

Sokoban

Pamietacie taka gre "Sokoban"? Maly ludzik przesuwal paczki. Mogl pchac, nie mogl ciagnac. Mogl przesunac tylko jedna na raz. Jeden nieopatrzny ruch wystarczal, by paczka ladowala w kacie pokoju (skad nie dalo sie jej wyjac) lub, obstawiony pakunkami ludzik nie mogl sie ruszyc w zadna strone.
Jestem sokobanem.
Domek, ktory wynajmujemy, przypomina wygladem i wielkoscia domek campingowy. Jego powierzchnia to okolo 400 stop kwadratowych (okolo 37 metrow kwadratowych). Na tejze powierzchni znajduje sie caly nasz dobytek, ktory przez rok i 4 miesiace lezakowal w garazu A i w naszym pokoju. Pudla i meble porozkladane sa bez ladu i skladu na podlodze. Przesuwajac je musimy sie wykazac rozwaga i mysleniem perspektywicznym: moze sie okazac, ze jak ten sokoban, nie bedziemy sie w stanie poruszac...

Friday, April 23, 2010

Wizyta w American Education Research Corporation 2

Juz w ten wtorek pani z AERC zadzwonila z wiadomoscia, ze dokumenty sa gotowe i moge je odebrac w kazdej chwili. Otrzymalam angielski oryginal mojego dyplomu, dwie zaklejone koperty z dokumentami (do szkoly musze zaniesc wlasnie taka nieotwarta koperte) oraz duplikat- dla mnie.





















A na mojej kopii, czarno na bialym, napisane bylo wyraznie, iz posiadam odpowiednik amerykanskiego stopnia "bachelor", i ze spokojnie moge zapisac sie na studia podyplomowe, pozwalajace mi uzyskac stopien "master".





















Mozecie sobie wyobrazic moja radosc! Nie musze zaczynac studiow od poczatku! Oczywiscie na niektore zajecia, ktore mialam juz zaliczone w Polsce, chcialabym pojsc ze wzgledu na to, ze realia amerykanskie roznia sie od polskich: uzywa sie innych materialow budowlanych, innych programow komputerowych i, oczywiscie- innych jednostek.
W przyszlym tygodniu mam zamiar zadzwonic na uczelnie i umowic sie na spotkanie z doradca studenckim.

Saturday, April 17, 2010

Wizyta w American Education Research Corporation

W zeszly piatek odwiedzilam American Education Research Corporation, organizacje zajmujaca sie tlumaczeniem i ocena zagranicznych dyplomow/stopni naukowych.
Po szybkim przejrzeniu wydanego przez moja uczelnie angielskiego oryginalu moich dokumentow pani stwierdzila, ze prawdopodobnie bedzie potrzebowala oryginal polski, ale ze jeszcze sie upewni i oddzwoni do mnie we wtorek.
We wtorek okazalo sie, ze polski oryginal nie jest potrzebny. Za 4 tygodnie dowiem sie, ile wart jest polski stopien magistra inzyniera architekta w Stanach Zjednoczonych.

Thursday, April 15, 2010

Zenada

To juz nie chodzi o to, czy prezydent zasluguje na pochowek na Wawelu czy nie. Ale to, co wyprawiaja ludzie, te protesty, flash moby, pikiety, listy otwarte, transparenty... to wszystko w obliczu zaloby narodowej jest naprawde zenujace.

Monday, April 12, 2010

Tragedia

W sobote obudzil mnie sms od tescia. Wynikalo z niego, ze jacys Polacy zgineli w katastrofie lotniczej. O 7:30 rano nie myslalam jeszcze trzezwo, totez szybko zasnelam ponownie.
Chwile pozniej moj telefon dal znac o facebookowym powiadomieniu. Przyjaciolka zostawila mi nastepujacy wpis:
 "My condolences to you upon hearing about the death of your country's president and first lady."
Momentalnie oprzytomnialam i podnioslam sie z lozka. Kliknelam w aplikacje New York Times i po chwili wiedzialam juz wszystko.
Moja reakcja? Szok. Niedowierzanie. Strach o przyszlosc Polski i moich bliskich. Wspolczucie dla rodzin ofiar. Niedowierzanie. Niedowierzanie. Czy wspomnialam o niedowierzaniu?
Dopiero teraz, w niedziele wieczorem, po przeczytaniu dziesiatek newsow na internetowych stronach polskich i amerykanskich, po obejrzeniu wiadomosci na CNN, ABC, FOX11, dotarlo do mnie, co naprawde sie stalo.
Nie bede tu pisac wznioslych slow i patetycznych sformulowan. Nigdy nie potrafilam. Jedno wiem na pewno: stala sie tragedia na skale swiatowa, krajowa i- rodzinna. I, chociaz nie wyciska ona lez z moich oczu, to zdecydowanie napawa smutkiem i lekiem.

Nie rozumiem tylko dwoch rzeczy:
1.Dlaczego tak wiele waznych osobistosci lecialo razem jednym samolotem?
Na porzadku dziennym sa sytuacje, gdy cale rodziny wybieraja sie na wycieczki/sluby, i, z wiadomych wzgledow, maz leci osobno, zona osobno, dzieci osobno. Dlaczego dopuszczono sie takiego zaniedbania w stosunku do glowy panstwa i innych waznych osobistosci? Marta Kaczynska stracila oboje rodzicow.
2.Dlaczego samolot probowal podchodzic do ladowania az 4 razy, zanim w koncu rozbil sie?
Czytalam i slyszalam opinie bieglych, ktorzy mowili, iz cztery proby podchodzenia do ladowania w zlych warunkach atmosferycznych nie sa czyms zwyczajnym. Kontroler sugerowal ladowanie na innym lotnisku. Rozumiem, ze delegacja spoznilaby sie wtedy na obchody 70- lecia mordu katynskiego. Rozumiem, ze pilot byl pod presja (na pewno pamietal sytuacje z Gruzji i swojego kolege, ktory stracil prace). W tym jednak przypadku bezpieczenstwo prezydenta Polski jest wazniejsze, niz spoznienie lub Katyn.
Moze mozna bylo uniknac tej tragedii? Mysle, ze rzad powinien z niej wyciagnac wnioski na przyszlosc.
I modle sie za rodziny ofiar i za przyszlosc Polski.

Thursday, April 8, 2010

Przeprowadzamy sie!

Tym razem jednak nie na drugi koniec Stanow, ale do malego domku w SM oddalonego o 4 mile od mojego miejsca pracy. Od 1 maja koniec z wstawaniem o 6:30!

Monday, April 5, 2010

Kolejne trzesienie ziemi...

Wczoraj po poludniu, relaksujac się w łóżku po naszej wyprawie wielkanocnej, poczułam trzesienie ziemi. Najpierw lagodne, potem coraz silniejsze. Zakolysaly się zaluzje w oknach, regal, polki na scianach. Slychac bylo dziwny dzwiek, jakby szum. Pom-Pom obudzila się i zaczęła się rozgladac. Po raz pierwszy i ja się zaniepokoilam i obudzilam spiacego obok Meza.
Z wiadomosci dowiedzielismy sie, ze na granicy meksykansko- amerykanskiej mialo miejsce trzesienie ziemi o sile 7.2 stopnia w skali Richtera. Silniejsze, niz na Haiti. Jedynie 2 ofiary smiertelne, prawdopodobnie dlatego, iz w tym regionie budynki wznoszone sa wedlug innych regul, niz na Haiti, i nie zawalaja sie tak latwo. 
Dzis rano obudzilam sie z kotka, spiaca przy moim boku. Zaskoczylo mnie to, bo z reguly spi w swoim lozeczku. Dopiero po zajrzeniu do mojej ulubionej, iPhone'owej aplikacji USGS zorientowalam sie, ze w ciagu nocy mielismy KILKANASCIE malych trzesien ziemi (po angielsku nazywa sie to "aftershock", mniejsze trzesienie ziemi nastepujace po wiekszym), 2 - 2.5 stopnia w skali Richtera. Widac futrzak tez przejal sie cala sprawa.

Sunday, April 4, 2010

Niedziela Wielkanocna w Palm Springs

Swieta Wielkiej Nocy nie są w Ameryce obchodzone z tak wielka pompą, z jaka obchodzi się je w Polsce. Prawdopodobnie dlatego, ze większość Amerykanow to protestanci. Poza tym, tradycje takie jak swiecenie pokarmów, poszczenie w Wielki Piatek, Wielkanocne śniadanie, czy tez Lany Poniedzialek, są typowo polskie.
Zazwyczaj jemy z Mezem swiatecznie śniadanie (nie znajdziecie jednak na naszym stole białej kiełbasy, szynki lub pasztetu), tym razem postanowiliśmy inaczej spędzić Niedziele wielkanocna. Wstalismy bardzo wcześnie, już o 2:45 rano, i pojechalismy do Palm Springs. O 5 rano wjechalismy gondola na szczyt gory St Jacinto. Własnie tam, z okazji Swiat Wielkanocnych, zorganizowano specjalna uroczystość polaczona z ogladaniem wschodu słońca. W cenę biletu wliczone było również śniadanie.
Na uroczystości zostaliśmy do godziny 6 rano. Na zewnątrz zaczynało się już przejasniac, nie chcieliśmy przegapic wschodu słońca, taka okazja nie zdarza się codziennie.
Po pieciu minutach przebywania na tarasie widokowym przekonalismy się, ze założenie na siebie wszystkich ciepłych ubrań, jakie mieliśmy, było dobrym pomysłem. Było zimno. Przerazliwie zimno. Okrutnie zimno. Oczywiscie nie bylo chlodniej, niz w przecietny, zimowy polski dzien, ale takiego zimna normalnie nie można doswiadczyc w Californi (chyba, ze wjedziemy gondola na wysokość 8516 stop  n.p.m.).

Mam swoją teorie na temat odczuwania temperatur. Myśle, ze jest to pojęcie bardzo względne. Wedlug mnie szystko zależy od:
1. Pory roku. Jeśli mamy np. lato, to temperatura 10 stopni Celsjusza byłaby w naszym odczuciu wyjątkowo niska.
2. Lokalizacji. Będąc w Californi nie spodziewamy się niskich temperatur.
3. Przyzwyczajen. Człowiek wychowany w Polsce, tak jak ja, przyjmie niskie temperatury z godnościa i cierpliwoscia.

Tej drugiej miałam pod dostatkiem. Moj brak godności zaś (spowodowany wieloma miesiącami spedzonymi w Californi), objawial się głośnym szczekaniem zębami.
Niedogodnosci zostały nam szybko wynagrodzone. Niebo powoli się rozjasnialo, zmieniając kolory. O 6:32 na niebie pojawił się mały, jasny luk. Słońce powoli wynurzalo się zza horyzontu i po 5 minutach mogliśmy je już zobaczyc w całej okazalosci. Ludzie bili brawo.















Po wymianie kontaktów YouTube z facetem stojacym obok (który ze statywu nagrał 45 minutowy film ze wschodem słońca) udalismy się spowrotem do budynku na śniadanie. Długa kolejka szybko przesuwała się po schodach, miedzy doniczkami z Easter Lilies (Liliami Wielkanocnymi. Tak, mamy w Ameryce nie tylko Gwiazdy Betlejemskie, ale i Lilie Wielkanocne.). Zacheceni przez obsługę budynku goście, szybko zaczęli brać kwiaty ze sobą, jako pamiątkę Wielkanocy 2010.















Po sniadaniu, złożonym z omletow, drobiowych kielbasek, smazonych ziemniaków, wedzonego lososia i owoców, udalismy się na mały spacer po budynku (mieściło się tam pare muzeów, sklepów z pamiątkami oraz tarasy widokowe) oraz BARDZO mały spacer po okolicy (było za zimno na dłuższe wycieczki). O 9 zjezdzalismy gondola w dół, w kierunku parkingu. Wreszcie mieliśmy okazje zobaczyć panoramę Cochella Valley (o 5 rano było wciąż ciemno, co uniemozliwialo dostrzezenie czegokolwiek oprócz księżyca, gwiazd i swiatel miast w dolinie).





















Ciekawym rozwiązaniem jest obrotowa podłoga zamontowana w gondoli. Dzięki niej wszyscy goście jadący kolejka mogą zobaczyć panoramę bez przemieszczania się w kabinie.
Powrót do domu zajął nam półtorej godziny. Dzień był piękny, powietrze wyjątkowo, jak na ten region Californi, czyste. Przejezdzalismy obok tysięcy wiatrakow, które, nawiasem mówiąc, bardzo ładnie wkomponowuja się w krajobraz. Sami zobaczcie:















Około 10 rano byliśmy w domu. Udalismy się do łóżka, z mocnym postanowieniem odespania zarwanej nocy. Mąż szybko zaczął pochrapywac, ale ja zalelam się edytowaniem zdjęć i filmu z naszej wycieczki...