Tuesday, September 8, 2009

Prawo i Sprawiedliwosc

Ogladamy z Mezem "Prawo i Sprawiedliwosc", nasz ulubiony serial. Akurat powtarzaja najlepszy (wedlug mnie) odcinek: strazacy uwalniaja ze zgniecionego w trakcie wypadku samochodu, ciezarna zone glownego bohatera, detektywa Stabler'a. Emocje siegaja szczytu. Elliot Stabler dzwoni do zony i mowi jej przez telefon "kocham cie". Mam w oczach lzy wzruszenia.
- To nie jest to, co powinno sie mowic kobiecie w takiej sytuacji- stwierdza krytycznie Maz.
- A coz powinno sie wtedy mowic?- odwracam sie od ekranu oburzona.- Co ty powiedzialbys mnie, gdybym byla w zaawansowanej ciazy, w wypadku, nie moglabym wyjsc z auta a dziecko akurat zaczeloby sie pchac na swiat?
Po chwili namyslu Maz wyglasza kwestie, ktora podniesie na duchu kazda kobiete w krytycznej sytuacji:
-To nie przywieziesz mi w koncu tych burritos?

Saturday, September 5, 2009

Nowy kapelusz

Poszlismy z Mezem do azjatyckiego supermarketu. Zawsze sprawia mi to wiele przyjemnosci i zawsze znajde tam cos ciekawego. Tym razem wypatrzylam niewielki slomkowy kapelusz. "Idealny do mojego nastepnego filmu YouTube!" pomyslalam sobie przymierzajac to cudo. Zadowolona, w kapeluszu, przemaszerowalam u boku Meza przez caly sklep do kasy. Azjaci, robiacy zakupy w sklepie, zerkali na mnie z zaciekawieniem.
Zaplacilismy za ciastka, orzeszki oraz kapelusz i pojechalismy do rodzicow Meza na pozny obiad. Tesciowa, ujrzawszy mnie w moim nowym nakryciu glowy, zasmiala sie i powiedziala:
- Ale... to nie jest kapelusz. To jest forma na ryz!

Indonezyjczycy przyrzadzaja tradycyjna potrawe wygladajaca jak wulkan. Slomkowa forma, ktora uznalam za kapelusz, sluzy wlasnie do ksztaltowania ryzu w stozek.

Maz zwijal sie ze smiechu.
Poslubilam potwora, ktory swiadomie pozwala mi nosic forme do ryzu na glowie w miejscu publicznym.

Wednesday, September 2, 2009

California sie pali

Pogoda zrobila sie dziwna. Upal wciaz jest nie do zniesienia, choc niebo zasnute jest ciemna chmura. Pala sie lasy.
Samochod, do ktorego wsiadalam rano, pokryty byl bialym popiolem.
Znowu, jak co roku, ludzie traca domy.
Kolezanka powiedziala mi, ze jeszcze 10 lat temu nie bylo takich upalow ani takich pozarow.
To przykre, ze ludzie potrafia zepsuc wszystko, nawet pogode.

Sunday, August 30, 2009

Pogoda oszalala

California jest ok. Gory sa piekne. Ocean blisko. Wszedzie rosna palmy i ladnie przystrzyzone drzewa.
Ale 43 stopnie Celsjusza to zdecydowanie nie jest ok.

Sunday, August 23, 2009

Problem z savoir vivre

Jak kazdej soboty, po mszy, poszlismy do tzw "fellowship hall" na lunch. Zazwyczaj jedzenie serwowane jest na plastikowych talerzykach, a narzedziem, ktorego uzywamy, jest plastikowa lyzka.
Zajadalam radosnie tofu z warzywami i salatke, gdy ujrzalam przed soba talerz pelen ryby smazonej z warzywami.
- Poczestuj sie- powiedzial tesc- zlowilismy pare dni temu.
Na rybe nigdy nie trzeba mnie dlugo namawiac. Szybko zabralam sie do konsumpcji. Niestety, okazalo sie, ze plastikowa lyzka, w przypadku ryby zupelnie nie spelnia swojego zadania. Elegancka konsumpcja przy uzyciu tego sztucca zupelnie nie wchodzila w gre.
Podnioslam glowe znad talerza, by dyskretnie sprawdzic, jak z przysmakiem radzi sobie tata Meza. Ujrzalam, ze dawno odlozyl lyzke, i je w tradycyjny, indonezyjski sposob: nabierajac jedzenie palcami i wkladajac je do ust.

I ja, zachecona takim obrotem sprawy, odlozylam lyzke.
To byla bardzo dobra decyzja.

Tuesday, August 4, 2009

Prawie rozjechalam dzieciaka

Jechalam dzis rano na poczte. Pod kola wybiegl mi chlopiec, moze 10 letni. Zahamowalam w ostatniej chwili.

Pomimo, iz cala historia zakonczyla sie szczesliwie, caly czas widze jego twarz. Pamietam kolor podkoszulka, i to, ze mial pod pacha deskorolke.
Okropne uczucie.

Thursday, July 30, 2009

Girls night out

W zeszlym tygodniu mielismy w naszym kosciele Vacation Bible Study, w ktorego organizowaniu postanowilam pomoc (niestety mialam do dyspozycji jedynie wtorek, piatek i sobote). Nieswiadoma tego, co mnie czeka, stawilam sie w kosciele we wtorek o 6 wieczorem.
Po koscielnym parkingu szarzowalo okolo trzydziescioro dzieci. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie, ze to dopiero pierwsza grupa... z czterech. Kolezanka D doskonale sobie radzila z organizowaniem zabaw dla nieletnich, ja niestety mialam ochote uciec gdzie pieprz rosnie. Postanowilam, ze nastepnym razem pomoge przy czyms mniej skomplikowanym. Tak tez zrobilam: w piatek stawilam sie w kuchni i pomagalam przy przygotowaniu kolacji.
W sobote do kosciola zabral mnie tata Meza (Maz pojechal do San Francisco do pracy i zabral samochod). Po mszy i po zajeciach dla dzieci zaczelam rozgladac sie za kims, kto mieszka w poblizu mnie, a kto wlasnie wraca do domu i moglby mnie ze soba zabrac. Nagle w poblizu pojawila sie J, zona pastora, wraz z trzema innymi kobietami.
- Jedziemy na masaz, chcesz pojechac z nami?- zapytala.
- Pewnie- odpowiedzialam. Nie mialam planow na wieczor, wiec chetnie przystalam na propozycje.
Po zachodzie slonca znalazlysmy sie (cala piatka) w samochodzie jadacym do China Town w San Gabriel. Smiechom i zartom nie bylo konca. Nie moglam uwierzyc, ze kazda z kobiet, ktore siedza ze mna w aucie, jest grubo po czterdziestce i ma troje dzieci.
W salonie masazu posadzono nas na wygodnych sofach, zdjeto buty, a stopy wlozono do misek z ciepla woda. Juz po chwili nasze plecy, a potem ramiona, szyja glowy i stopy byly masowane przez Chinki lub Chinczykow, ktorzy nie mowili ani slowa po angielsku, a za swoje uslugi pobierali zadziwiajaco niska oplate. Masaz trwal godzine i byl wart kazdego centa z pieniedzy, ktore na niego wydalam. Wiekszosc czasu przedrzemalam, lub tez lypalam okiem na chinski program w telewizji.
Po masazu udalysmy sie na pozna kolacje do pobliskiej restauracji, gdzie jadlysmy zupe i sushi i opowiadalysmy sobie polskie i indonezyjskie dowcipy. Potem J odwiozla mnie do domu. Spac poszlam grubo po polnocy.
Po powrocie do domu myslalam sobie, ze to byl najlepszy damski wieczor, jaki kiedykolwiek mialam. Zupelnie nie dalo sie odczuc roznicy wieku miedzy mna a moimi towarzyszkami. Mam nadzieje, ze to nie ostatnie nasze wspolne wyjscie.

Friday, July 24, 2009

Niezwykle spotkania

Iowa, Lipiec 2008.
Jemy z moim przyjacielem D lunch w jednej z Fairfieldzkich kawiarni. Podchodzi do mnie dziewczyna.
- Czy to ty gralas koncert na rozpoczeciu naszego roku akademickiego?- pyta.
- Tak, to ja.
- Bylas swietna. Koniecznie musicie to powtorzyc!

California, Styczen 2009.
Ja i Maz idziemy pierwszy raz razem do kosciola Meza w Californi. Nikogo nie znam, wiec tylko usmiecham sie i witam uprzejmie ze wszystkimi ludzmi, z ktorymi wychowywal sie M. Nagle widze znajoma twarz. Wiem, ze ten mezczyzna w okularach, to tata mojego kolegi H. Podchodzi do mnie.
- Widzialem cie na YouTube- mowi.
- A ja ciebie na zdjeciach z wycieczki do Chin.


Polska, Marzec 2009.
Surfujac po internecie KG natrafia na moj blog. Interesuje go (sam wkrotce wybiera sie z zona na wycieczke do USA), czyta wiec pare ostatnich a pozniej przeszlych notek. Decyduje sie napisac do mnie email. Nawiazujemy korespondencje. Rozmawiamy przez Skype'a.

Maj 2009.
KG i MG przylatuja do Stanow Zjednoczonych. Nasza korespondencja trwa.

Czerwiec 2009.
K i M wyruszaja samochodem na wycieczke po Stanach. Jada na zachod. Odwiedzaja parki narodowe, eksploruja pustynie i puszcze. Spia w samochodzie. Zywia sie korzonkami. Od czasu do czasu rozmawiamy przez Skype'a i wysylamy do siebie smsy. Planujemy spotkac sie na kawe lub na grilla, jak tylko K i M dojada do Californi.

07-21-2009, wtorek.
Wreszcie otrzymuje telefon, na ktory tak dlugo czekalam! K i M sa na campingu w San Dimas. Niestety jest za pozno na jakiekolwiek imprezowanie, postanawiam wiec po prostu podjechac na camping i szybko sie przywitac.
Uprzejmy pan straznik informuje mnie, jak dojechac na stanowisko W3. Gdy wreszcie udaje mi sie je znalezc jest juz zupelnie ciemno. W mroku widze dwie sylwetki czekajace na mnie przy parkingu.
Sciskamy sie serdecznie i udajemy w kierunku samochodu K i M, aby porozmawiac przez chwile. Moja (z zalozenia krotka) wizyta przedluza sie. Pojawia sie herbata, ciasteczka i coraz szersze usmiechy na naszych twarzach. Czuje, jakbym znala K i M od dawna, jakby to spotkanie wcale nie bylo pierwsze. Okolo 10 wieczorem z zalem opuszczam camping.

07-22-2009, sroda, wieczor.
K i M przyjezdzaja do nas na grilla. Rozmawiamy, jemy, sluchamy muzyki, robimy zdjecia. Wiezy przyjazni zaciesniaja sie. K i M zostaja u nas na noc.

07-23-2009, czwartek.
Jedziemy na wycieczke, K, M, Maz i ja. Odwiedzamy Forest Lawn, Getty Museum, Chinatown i Joey's Barbecue, gdzie M i K racza sie ulubionymi zeberkami. Robimy ponad tysiac zdjec. K kreci kilometry filmu.

07-23-2009, piatek.
Z rozbawieniem stwierdzamy, ze przyslowiowa "kawa" przeciagnela sie w 4 day affair, wiemy jednak, ze nadszedl czas rozstania. Nie zegnamy sie, ale mowimy "do zobaczenia". Wszyscy wiemy, ze te 4 wspolnie spedzone dni sa poczatkiem pieknej przyjazni. Machajac M i K na pozegnanie mysle sobie:
- o tym, jak wielka jest potega internetu,
- o tym, jak wielka jest sila przeznaczenia,
- o tym, jak, wraz z postepem technicznym, zmniejszaja sie odleglosci,
- o tym, jak wspanialymi, barwnymi ludzmi sa M i K,
- o tym, ze ze wszystkich spotkan w moim zyciu to wlasnie bylo najbardziej niezwykle.

M, K, pamietajcie, ze nasze drzwi sa dla Was zawsze otwarte!

Monday, June 29, 2009

Michael Jackson nie zyje

Kilka tygodni temu ogladalismy z Mezem w telewizji Michaela Jacksona zapowiadajacego serie koncertow w Europie. Sluchalam tej wiadomosci z dosc krytycznym nastawieniem. Nie przypuszczalam, zeby beznosy, wychudzony wokalista byl jeszcze w stanie zrobic show na miare tych, ktore ogladalam bedac mala dziewczynka.
- Wiesz, mysle, ze zostalo mu niewiele lat zycia- powiedzialam do Meza, ktory popatrzyl na mnie z niedowierzaniem- on nie wyglada za dobrze.
- Co ty opowiadasz- obruszyl sie moj M!- zobaczysz on nas jeszcze wszystkich zaskoczy.

No i zaskoczyl.
25 czerwca 2009 roku Michael Jackson odszedl z tego swiata.

Nie potrafie wytlumaczyc przeczucia, ktore wtedy mialam, ale bylam pewna, ze do serii koncertow nie dojdzie.

Michael Jackson byl pierwszym wokalista, ktorego kasete "Bad" kupila mi mama kilkanascie lat temu na Rynku Baluckim.
Michael Jackson byl pierwszym mezczyzna, do ktorego (patrzac na plakat zawieszony na scianie) ukradkiem wzdychalam.
Michael Jackson byl osoba, na widok twarzy ktorej, w ostatnich latach, doznawalam uczucia obrzydzenia.
Michael Jackson zawsze bedzie osoba, ktora bede cenic za niebywale osiagniecia muzyczne, i ktorej zawsze bedzie mi zal ze wzgledu na nieudane zycie prywatne.

Dopiero teraz, po kilku dniach, dotarla do mojej swiadomosci prawda, ze Michael Jackson nie zyje. Skonczyla sie pewna era.
Umarl krol, niech zyje krol.
Kiedys Elvis, potem Michael, kto bedzie nastepny?

Wednesday, June 24, 2009

Jak niechcacy przeploszylam Swiadkow Jehowy

Wczoraj rano ktos zapukal do naszych drzwi. Otworzylam, i ujrzalam dwoch Afroamerykanow, elegancko ubranych w czarne garnitury.
- Dzien dobry- przywitali sie grzecznie.
- Dzien dobry, w czym moge pomoc?
- Czy chcialabys porozmawiac z nami o Pismie Swietym?- zapytali- Ciekawi jestesmy jakie jest twoje zdanie. Czy myslisz, ze Biblia jest przydatna w codziennym zyciu?
- Oczywiscie ze jest przydatna!- odpowiedzialam entuzjastycznie- Sama czytam ja codziennie.
- O... naprawde?- na ich twarzach widac bylo zaskoczenie.
- Naprawde. Czy jestescie panowie Adwentystami Dnia Siodmego?
- Nie, Swiadkami Jehowy...- odparli coraz bardziej zmieszani- Coz, w takim razie nie bedziemy ci wiecej zajmowac czasu. Mozemy ewentualnie... zostawic "Straznice"?- zapytali bez wiekszej nadziei.
- Czemu nie, zawsze z checia dowiem sie czegos o innych wyznaniach.
- Dziekujemy bardzo za Twoj czas, milego dnia!- powiedzieli Swiadkowie i oddalili sie szybkim krokiem.

Tym razem nie udalo mi sie porozmawiac ze Swiadkami Jehowy. Przypuszczam, iz wyczuli, ze jesli zaangazuja sie w konwersacje ze mna, to nie beda wyglaszali monologu do laika, ale czeka ich dluga i intensywna dyskusja. Najwyrazniej przeploszylam ich moim entuzjazmem.
Szkoda.

Monday, June 22, 2009

Papugi

Wychodzac wczoraj z kosciola zauwazylam spore stado dziwnych ptakow, ktore skrzeczac glosno przysiadly na kablach elektrycznych. Po blizszym przyjrzeniu sie stwierdzilam ze zdumieniem, ze to... papugi. Duze, zielone, dzikie papugi.
Po powrocie do domu zapytalam Meza o to egzotyczne zjawisko. Opowiedzial mi, ze te papugi to potomkowie ptakow, ktore zostaly przywiezione do Stanow Zjednoczonych jeszcze zanim import egzotycznych zwierzat byl zabroniony, i jakims cudem uciekly lub zostaly wypuszczone na wolnosc. Szybko sie rozmnozyly i teraz lataja sobie po Californi.
Zobaczyc stado papug w centrum miasta- bezcenne.

Saturday, June 20, 2009

Wzorowi pracownicy

Firma, dla ktorej pracuje ja i Maz, zawsze poszukuje dobrych asystentow, ktorzy kazdego sezonu pomagaja przy robieniu zdjec na ceremoniach.
Kilka tygodni temu, na jednej z ceremonii pojawilo sie czterech roslych Afroamerykanow w srednim wieku, o nienagannych manierach. Przez caly miesiac ci panowie (zatrudnieni przez nasza kolezanke z human resources) pracowali dla nas jako asystenci. Zawsze uprzejmi, zawsze na czas. Nigdy sie nie spoznili ani nie odmowili pracy. Ubrani byli zawsze jak z zurnala, w piekne garnitury i koszule, zestawione w bardzo ciekawe (ale gustowne) kombinacje kolorystyczne.
Jeden z nich przynosil naszej kolezance- fotografowi lunch na kazda ceremonie.
Inny nie mial samochodu, ale dojezdzal do pracy autobusem nawet po kilkadziesiat mil.
Jeszcze inny znalazl nam dodatkowego asystenta.

Kilka dni temu maz powiedzial mi, ze ci czterej mezczyzni pracuja na co dzien na uniwersytecie jako... sprzatacze.

Friday, June 12, 2009

Opetanie?

W ciagu ostatnich dwoch miesiecy nasza kotka Pom-Pom byla kilka razy u weterynarza z powodu infekcji na skorze. To przyjazne i rozkoszne zwierze zamienialo sie u lekarza (i w drodze do niego) w bestie opetana przez demony: bylo wicie sie, drapanie, slinienie a raz nawet Pom-Pom ulzyla sobie w garniturowe koszule Meza, ktore ten nieopatrznie zostawil w samochodzie.
Wczoraj przyjmowal nas inny doktor (nasz byl na urlopie). Wchodzac do gabinetu przywital sie, zerknal w "karte pacjenta", spojrzal na niewinnie wygladajace zwierze siedzace na stole.
- A wiec to jest Pom-Pom?- zapytal zagladajac ponownie w papiery. Potwierdzilam.
- I ma wpisane w karcie "UWAGA, ZACHOWAC OSTROZNOSC"?
Faktycznie: na gorze strony widnialo slowo "CAUTION" zakreslone na zolto.
- Damy jej zastrzyk- zarzadzil doktor po ostroznych ogledzinach tylnej nogi kotki, ktora wyjatkowo byla bardzo spokojna. Nie uspilo to jednak czujnosci doktora.
- Pojde zawolac wsparcie.
Do gabinetu weszla rosla pielegniarka, ktora fachowym ruchem unieruchomila Pom-Pom na stole. Pacjentka dzielnie przyjela zastrzyk, widac obrala nowa taktyke pod tytulem "nie wstane, tak bede lezal".

Tym razem obylo sie bez Armageddonu, ale kto wie co stanie sie 24- go, gdy zabiore Pom-Pom na wizyte kontrolna.

Monday, June 8, 2009

Dziwne programy w telewizji

Dzis spalismy do 3 po poludniu.
Potem, przegladajac internet i rozmawiajac, ogladalismy "Law & Order", gdzie dzielni policjanci tropia przestepcow seksualnych.
Okolo 7 wieczorem, na National Geographic, obejrzelismy program o malej Hindusce, ktora urodzila sie z osmioma konczynami. Lekarzom udalo sie usunac nadmiar nog i rak. Dziewczynka powoli dochodzi do zdrowia.
Okolo 8 wieczorem, na tym samym kanale, obejrzelismy program opowiadajacy historie chinskiego "czlowieka- slonia".
Nastepnie, idac za ciosem, sledzilismy losy tredowatych w Tybecie, ludzi zywiacych sie odpadkami z Australijskich smietnikow, oraz Hinduskich lapaczy szczurow.
Teraz w telewizji mamy program o ludziach, ktorzy jedza dziwne rzeczy. Widzialam juz amatorow kozlich jader, zgnilego miesa rekina, plodow zwierzecych... co bedzie nastepne?

Sunday, June 7, 2009

Wiecej, jeszcze wiecej

W sobote dzwoni do mnie A:
- Czy mozesz mi powiedziec, jak ugotowac ryz w waszej maszynce?- pyta. Do gotowania ryzu mamy specjalny ricecooker: wsypuje sie ryz, zalewa odpowiednia iloscia wody, wlacza i zostawia samemu sobie az sie ugotuje i sam wylaczy.
- Wsypujesz 2 miarki ryzu- tlumacze- i zalewasz woda do poziomu oznaczonego cyferka "2".
- Ale ja chce duzo wiecej. Co wtedy?
Duzo wiecej. Zaloze sie, pomyslalam sobie, ze 2 dni pozniej wyrzucimy wszystko do smieci, bo poza dwoma miarkami, nikt tego nie zje.
Oczywiscie mialam racje. Dzis wyrzucilam pelen pojemnik do smieci.
Pisalam juz o tym, ale powtorze jeszcze raz: naprawde nie dziwie sie, ze wiekszosc Amerykanow ma problemy finansowe, i ze ekonomia jest w takim stanie, w jakim jest. Niektorzy ludzie wykazuja sie ogromnym marnotrawstwem, nie szanuja pieniadza ani ludzkiej pracy. A stracila prace, ale nie powstrzymalo ja to od wyprawienia urodzin i zakupienia alkoholu za $400 oraz od wydania $2000 na wycieczke do Nowego Orleanu. Codziennie wyrzucam cala mase jedzenia, ktore A kupuje i nawet nie probuje zjesc (bo stoluje sie na miescie).
Sa dwie rzeczy na swiecie, ktorych nienawidze: brudu i wyrzucania jedzenia. Przez ostatnie 6 miesiecy musze tolerowac jedno i drugie.

Saturday, June 6, 2009

2 dni urodzin

Od kilku tygodni zastanawialam sie, jak uczcic moje 27 urodziny i nie moglam znalezc zlotego srodka. Problem polegal na tym, iz mam obecnie 2 grupy przyjaciol.
Grupa pierwsza, to przyjaciele z kosciola: FS- moja przyjaciolka, z ktora wspolnie studiujemy Biblie, LK- corka pastora, DR, H, LS, MS, BS i wielu innych.
Grupa druga to A i jej chlopak JG, JP- gej, MH- masazystka, MB i inni.
Moi przyjaciele z kosciola nie pija alkoholu ani kawy, nie jedza pewnych potraw (niektorzy sa wegetarianami) i generalnie prowadza zupelnie inny tryb zycia, niz ci z grupy drugiej. Nie wiedzialam, jak polaczyc te dwie grupy, ani czy wogole powinnam to robic. Z dnia na dzien bylam coraz bardziej zrezygnowana, az w koncu doszlam do wniosku, ze zadnych imprez robic nie bede.

Jak co tydzien umowilysmy sie z FS (moja indonezyjska przyjaciolka) na wspolne studiowanie Biblii. Tym razem spotkalysmy sie w piatek o 3 po poludniu. Po naszym spotkaniu, okolo 5 udalysmy sie na happy hour w naszej ulubionej restauracji serwujacej sushi (w czasie happy hour wybrane dania sa o polowe tansze).
W restauracji czekali juz na mnie wszyscy moi najblizsi przyjaciele z kosciola, z balonami, tortem i prezentami. Wzruszylam sie. Jeszcze nigdy nie smialam sie tak glosno, jeszcze nigdy nie dostalam tak zroznicowanych prezentow, w ktorych znalazly sie 2 sukienki, kosmetyki, karty prezentowe oraz torebka. Bawilismy sie swietnie do okolo 7 wieczorem. Potem udalismy sie razem do domu FS. Tam wspolnie cwiczylismy piosenke, ktora mielismy spiewac w sobote w kosciele.

Po powrocie do domu, o polnocy, Maz wkroczyl do pokoju z kwiatami i 5 wielkimi pudlami, wprawiajac mnie w stan kompletnego oslupienia (prawde mowiac myslalam, ze zapomni, lub ze nie bedzie mial czasu na myslenie o prezencie dla mnie). W pierwszym z pudel znajdowala sie... nasza kotka Pom-Pom, zawinieta w ozdobny papier. Potem przyszla kolej na 2 kartki (od Meza i od jego rodzicow), zielony sweterek i... kolejna sukienke! Zaczelam sie zastanawiac, ze moze wszyscy usiluja mi tymi prezentami cos przekazac, np, ze powinnam sie wreszcie zaczac ubierac kobieco do kosciola (wsrod moich eleganckich ubran dominuja niestety spodnie).
Prezentem glownym byl... tablet od Meza. Nareszcie bede mogla rozwinac skrzydla jako graphic designer!

W sobote rano, po mszy, caly kosciol udal sie jak zwykle do sali bankietowej na wspolny posilek. Tam czekalo juz na mnie ciasto i budyn, zrobione dla mnie przez mame Meza. Wszyscy w kosciele zaspiewali mi "Happy Birthday", wiekszosc wysciskala.

Wieczorem w domu A pojawila sie "grupa druga", aby czcic moje urodziny. Bylo dosc milo i bardzo imprezowo. Niektorzy, jak zwykle, niezle sie zaprawili.
Po imprezie zostalo w domu pobojowisko, ktore sprzatalam przez pol nocy i pol niedzieli, ale nie zaluje: lubie, jak ludzie dobrze sie bawia.

Nie przypuszczalam, ze w ciagu tych dwoch dni spotka mnie tyle niespodzianek. Musze jednak przyznac, ze w towarzystwie "grupy pierwszej" czulam sie duzo lepiej. Jednak da sie bawic bez alkoholu, a chrzescijanie potrafia byc towarzyscy i duzo bardziej zabawni, niz ludzie, ktorych (teoretycznie) nic nie ogranicza.
Mysle, ze w przyszlosci nie bede juz miala dylematu co robic i z kim czcic wyjatkowe okazje.

Monday, May 25, 2009

Los Angeles Marathon- Memorial Day

Los Angeles Marathon odbywal sie do tej pory na poczatku marca. W tym roku zostal przeniesiony na druga polowe maja, a dokladnie na Dzien Pamieci Narodowej.
W poniedzialek wstalismy o godzinie 4 rano. O godzinie 4:30 opuscilismy dom. O 5:30 bylismy w Los Angeles, pod autostrada na skrzyzowaniu Flower i 4th. Tam wlasnie znajdowala sie meta oraz "punkt dowodzenia" fotografow.
Zostaly nam rozdane aparaty wraz z zadaniem robienia pozowanych zdjec uczestnikom maratonu, ktorzy powoli zaczeli sie juz gromadzic na starcie (oddalonym od mety o zaledwie jedna przecznice). Do 8 rano krazylismy miedzy biegaczami, zdzierajac sobie gardla (zachecajac do pozowania) oraz podeszwy (goniac mniej zainteresowanych). Potem wrocilismy do punktu dowodzenia. Tam zostaly juz rozwieszone tla, przed ktorymi okolo godziny 10 zaczelismy robic zdjecia tym, ktorzy ukonczyli bieg. Pomimo zmeczenia wszyscy bylismy w doskonalych nastrojach. W dobrym towarzystwie czas zawsze mija szybko, a tym razem towarzystwo bylo doborowe:
- AM, Amerykanka, ktora niedawno wrocila z Iraku,
- RB, Litwin, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszka w Stanach juz od kilkunastu lat,
- KN, owlosiony rubaszny Iranczyk,
- GW, Amerykanka z dlugimi blond dreadami,
- SS, facet, ktory pierwszy raz robil zdjecia na maratonie i nikt mu nie powiedzial, ze nie musi miec na sobie garnituru,
i wiele innych, ciekawych osob.
Zartom nie bylo konca. Okolo poludnia glodni fotografowie uknuli niecny plan: Litwin zagada jakiegos maratonczyka, kolezanka- zolnierka go obezwladni, a ja odbiore przemoca bulke (ktora dostal po biegu w ramach uzupelnienia energii) i uciekne w sina dal.
Robilismy zdjecia do 3 po poludniu, potem zaczelismy pakowac sprzet. Niestety, zla sytuacja ekonomiczna dala tym razem o sobie znac: tylko 14 000 ludzi bralo udzial w biegu i niestety niewielu z nich chcialo robic sobie zdjecia. Juz okolo 6 wieczorem bylismy w hotelu, segregujac karty pamieci.
Nie mialam zbyt wiele do roboty, DV rowniez.
- Chodzmy do twojego pokoju i wezmy prysznic- zaproponowalam glosno, co zostalo poparte radosnymi pohukiwaniami meskiej czesci fotografow, a niektorzy nawet zaoferowali, ze beda nam towarzyszyc z aparatem (co to sie dzieje w wyobrazni zmeczonych facetow, no naprawde).
Okolo 9 wieczorem przyszedl czas pozegnania z DV. Te kilka godzin, ktore razem spedzilysmy, sprawilo, ze odzyly wspomnienia wspolnie spedzonych chwil w Iowa. Nie bylo latwo.
Pozniej, wraz z BF, DL i WF udalismy sie na sushi, a okolo polnocy wyuszylismy spowrotem do domu.
Przysypiajac w samochodzie myslalam o tych ostatnich trzech dniach, o tych wszystkich wspanialych ludziach, o maratonczykach, o sushi... i naprawde cieszylam sie, ze Bog poblogoslawil mnie tak ciekawym, barwnym zyciem.

Sunday, May 24, 2009

Los Angeles Marathon- Goraczka Sobotniej Nocy

Na Union Station czekala juz na mnie DV, moja przyjaciolka. Usciskalysmy sie po dlugiej rozlace. Widzialam, ze (tak jak ja) ma lzy w oczach. Pojechalysmy razem do hotelu, gdzie (pomimo poznych godzin wieczornych) wrzala praca: managerowie szykowali sprzet fotograficzny na poniedzialek.
W hotelowym barze posilal sie BF (szef meza). Na moj widok (a moze na widok mojej bluzki, ktora wiecej odslaniala niz zakrywala) tak sie ucieszyl, ze zaczal mnie karmic lososiem ze swojego talerza.
- Czego sie napijesz?- zapytal uprzejmie.
- Brudne Martini- odpowiedzialam (brudne Martini to moj ulubiony trunek).
- Z ktora wodka?- zapytal uprzejmie barman, wyjmujac shaker spod lady.
- Nie ma znaczenia- odparlam, ale BF wskazal ruchem kciuka w gore, ze Martini ma byc z wodka z najwyzszej polki. Poczulam sie prawie jak Carrie z "Sex And The City".
Siedzielismy, saczylismy drinki i rozmawialismy o tym, co sie zmienilo przez te 5 miesiecy, i o tym, co zostalo takie samo. Okolo godziny 11 w nocy dolaczyl do nas Maz, ktory wlasnie skonczyl robic zdjecia na jakiejsc ceremonii. Zjedlismy wspolnie pozny obiad, za ktory zaplacil BF (facet zarabia ogromne pieniadze, umie z nich korzystac i lubi sprawiac radosc innym. Oczywiscie nie ma dla mnie nic przyjemniejszego jak pozwolic mu sprawic mi te radosc.). Okolo polnocy wyruszylismy w droge powrotna (dluzsze imprezowanie nie wchodzilo w gre, poniewaz musielismy wstac w niedziele o 5 nad ranem, aby byc w pracy na czas).

Saturday, May 23, 2009

Los Angeles Marathon- sobota, Dzien Dziwnych Pytan

Dla wiekszosci ludzi rok zaczyna sie 1-go Stycznia a konczy sie Sylwestrem. Dla mnie wydarzeniem, ktorym konczy sie stary rok a zaczyna nowy, jest Los Angeles Marathon.
Powodem mojej radosci nie byl tylko maraton, ale takze fakt, ze wielu moich przyjaciol z Iowa mialo przyjechac, aby nim pracowac. Perspektywa zobaczenia ich wprawiala mnie w swietny nastroj.
W sobote wieczorem, okolo godziny 7, udalam sie na stacje kolejowa (Maz pojechal samochodem na jakas ceremonie, musiam wiec radzic sobie sama). Od zawsze bardzo lubilam jezdzic pociagami. Kupilam w automacie bilet, usiadlam na lawce na peronie i cierpliwie czekalam. Obok mnie siedzial okolo 30-letni, przyzwoicie ubrany Meksykanin, ze starsza kobieta (pewnie jego mama). Przy nich bawila sie mala dziewczynka, zapewne coreczka mezczyzny.
- Wiesz moze o ktorej przyjedzie nasz pociag?- zagadnal Meksykanin.
- 7:39- odpowiedzialam.
- Jedziesz do Los Angeles?
- Tak. Moi znajomi przyjechali w z Iowa i nocuja w hotelu przy lotnisku.
Potem konwersacja potoczyla sie w kierunku przeprowadzek, Iowa, Polski, pracy, pogody... Rozmawialo nam sie milo. Dalo sie wyczuc, ze mezczyzna mieszka w Stanach nie od wczoraj: jego angielski i maniery nie pozostawialy nic do zyczenia. W koncu Meksykanin zapytal:
- Mieszkalas w Iowa... czy globalne ocieplenie ma duzy wplyw na tamtejszy klimat?
Zdebialam. To bylo chyba jedno z najoryginalniejszych pytan, jakie ktos kiedykolwiek mi zadal. Z trudem wybakalam cos w odpowiedzi nie wiedzac, ze najdziwniejsze pytanie pod sloncem mialo dopiero pasc.
- Bylem ostatnio w Los Angeles- ciagnal mezczyzna- na expo poswieconym zdrowiu i higienie. Widzialem tam nowe podpaski. Czy wiesz, ze maja one chlonnosc dwukrotnie wieksza, niz normalne?
W tym momencie szczeka mi zupelnie opadla, ale Meksykanin, niezrazony, ciagnal dalej:
- Wszedlem w biznes z ta firma i jestem teraz dystrybutorem. Czy chcesz, zebym zostawil ci wizytowke lub probke podpasek?
- Oczywiscie- powiedzialam, probujac nie krztusic sie ze smiechu.
Przyjelam wizytowke. W tym samym momencie nadjechal pociag, zabierajac mnie, Meksykanina, jego mame i coreczke oraz setki innych ludzi w kierunku Union Station. Zastanawialam sie, ilu ludziom zostaly ostatnio zadane tak dziwne pytania, jak mnie.

Tuesday, May 19, 2009

Obrzydliwosc

Wczoraj wieczorem, Maz jedzac enchiladas z DelTaco, natrafil w nich na cos twardego. Myslac, ze to niedogotowana fasola, wyjal to z ust w celu blizszego przyjrzenia sie.
Okazalo sie, ze to sztuczny, akrylowy paznokiec.
Maz wrocil do DelTaco i zrobil awanture. Kazal wszystkim pracownikom pokazac sobie dlonie. Niestety, winnej nie znaleziono...
Niedobrze nam. Obojgu. Jak w dzisiejszych czasach mozna sie czuc bezpiecznie jedzac cokolwiek przygotowanego przez kogos innego, niz my sami?