Sunday, October 28, 2012

Ciagnik party

Tak okreslil moj znajomy z Polski impreze, na ktorej mialam przyjemnosc ostatnio goscic.
W sobote wieczorem udalam sie do rodziny G, moich znajomych z kosciola, na coroczna hay ride: impreze, na ktorej glowna atrakcja jest jazda na wozie wypelnionym sianem, ciagnietym przez konie. Zmotoryzowany wariant, w ktorym uczestniczylam, przewiduje lawete z sianem podczepiona do traktora.





Okolo 20 osob zajelo miejsce na blokach siana na lawecie. Wieczor byl mrozny.



Po krotkiej modlitwie odmowionej przez naszego pastora (ktory rowniez byl obecny), WG, glowa rodziny G, zapuscil silnik traktora. Jazda trwala okolo 45 minut. Na koniec zostalismy "zaciagnieci" do miejsca, gdzie rozpalono ognisko. Reszte wieczoru spedzilismy na grillowaniu, rozmowie, spiewach oraz grze na gitarze (ja).




Juz dawno nie bawilam sie tak dobrze.

Wednesday, October 24, 2012

Zjazd rodzinny

Poprzednia wlascicielka domu, ktory kupilismy, jest mama mojej szefowej. Zarowno z jedna jak i z druga jestem w bardzo zazylych stosunkach.
Kilka tygodni temu zostalam zaproszona na ich zjazd rodzinny. Na zjezdzie pojawili sie:
- JS i PS, poprzedni wlasciciele mojego domu,
- SP - moja szefowa (corka JS), jej siostry i bracia,
- Byly maz JS, ojciec mojej szefowej,
- Byli mezowie mojej szefowej (2),
- Obecny maz mojej szefowej,
- Corki i synowie mojej szefowej oraz jej braci i siostr,
- Ich mezowie / zony / byli mezowie / byle zony / narzeczeni / dzieci,
- Cala masa kuzynow i czlonkow dalszej rodziny, 
- Przyjaciele rodziny (w tym ja). 
Wszyscy bawili sie wysmienicie.

Friday, October 12, 2012

Zombie

Jestem fanką filmów z zombie.
Poczynając od klasyku "Night of the Living Dead" z 1968 roku, poprzez "Dawn of the Dead" (który zapoczątkował moją osobliwą pasję), lekki i zabawny "Zombieland", doskonały "I Am Legend" z Willem Smithem w roli głównej, kończąc na hicie sezonu - "The Walking Dead".
Nie zapominajmy również o "Resident Evil".
Lubię zombie. Z okazji zbliżającego się Halloween oraz mojej sympatii do żywych trupów, zakupiłam sobie nawet taką oto koszulkę (paczka już w drodze):


Nie chodzi jedynie o walory rozrywkowe wypruwanych wnętrzności: uważam filmy z zombie za niezwykle wartościowe z przynajmniej trzech powodów:

1. Pokazują prawdziwe charaktery ludzi w ekstremalnych sytuacjach. W obliczu apokalipsy, masowej zagłady, gdy świat rządzi się jedynie prawem silniejszego, ludzie zrzucają maski i zachowują się zgodnie z ich prawdziwą, moralną lub nie, naturą.

2. Promują sport, zdrowie i tężyznę fizyczną.
Czy zauważyliście, jak szybko muszą przed zombie uciekać żywi? Poza tym muszą wystrzegać się skaleczeń, zadrapań, oraz jeść czystą, sprawdzoną żywność.

3. Promują ekologię, recykling i wynalazczość.
Gdy sklepy świecą pustkami, zdobycie czystej wody graniczy z cudem a na stacji benzynowej skończyła się benzyna, oszczędność i recykling stają się koniecznością.

A teraz udam się na zasłużony (po ciężkim tygodniu pracy) odpoczynek, podczas którego obejrzę odcinek lub dwa pierwszego sezonu The Walking Dead. Bo seriale z zombie, nawet odgrzewane, niesamowicie relaksują.

Tuesday, October 9, 2012

Uczeń

Moja koleżanka z pracy przez długi czas szukała kogoś, kto dawałby jej 9-letniemu synowi lekcje gry na gitarze. W Fairfield nie znalazła nauczyciela a wozić dzieciaka 2 razy w tygodniu do Iowa City było jej nie na rękę.
Powiedziała mi o tym wszystkim 2 tygodnie temu.
Od tamtego czasu daję O'R lekcje gry na gitarze (w niezwykle konkurencyjnej cenie). Jest to dla mnie nowe, bardzo interesujące doświadczenie.
Po pierwsze - gdy sama zaczynałem uczyć się grać na gitarze, miałam za sobą już 6 lat szkoły muzycznej w klasie fortepianu, i siłę w dłoniach, której ten mały chłopiec jeszcze nie posiada. Upłynie sporo czasu, zanim uda mu się wydobyć z instrumentu jakiś przyzwoicie brzmiący dźwięk.
Po drugie - z przyjemnością zauważyłam, ze pamietam bardzo wiele z moich lekcji z przeszłości, i, wyglada na to, ze umiem tę wiedzę przekazać.
O'R chętnie spędza ze mną czas i szybko się uczy. Mam nadzieje, że z czasem nie zabraknie mu entuzjazmu.

Tuesday, September 18, 2012

Pralka i suszarka

Wraz z domem, przejelismy od poprzednich wlascicieli stara pralke i suszarke.
- Suszarka dziala, ale robi strasznie duzo halasu. Z pralki cieknie.- powiedzial PS- Czy mamy zabrac je na zlomowisko? My kupilismy juz nowe.
- Sprobuje je naprawic- odparl Maz, bohatersko wypinajac piers- jesli mi sie nie uda, osobiscie wrzuce je do rowu.
Zaraz po przeprowadzce Maz zaczal przegladac YouTube w poszukiwaniu filmow instruktazowych. Kilka dni pozniej wyciagnal suszarke na srodek salonu i rozlozyl na czynniki pierwsze. W mysl zasady "gdy mezczyzna obiecuje, ze cos zrobi, to to zrobi; nie trzeba mu przypominac co 6 miesiecy" zacisnelam zeby. Postanowilam dac Michaelowi 2 tygodnie na eksperymenty, po czym zadzwonic po fachowca / wyrzucic ustrojstwo na zlom (w zaleznosci od stopnia desperacji).
Jeszcze tego samego wieczoru Michael znalazl przyczyne awarii suszarki (zlamane kolko, na ktorym obraca sie beben) i zamowil w internecie odpowiednia czesc (ktora okazala sie niezwykle tania). 5 dni pozniej razem zlozylismy maszyne do kupy i triumfalnie podlaczylismy. Dziala jak marzenie.
Zachecony tym sukcesem Michael wytoczyl wojne pralce. Akcja kupna i wymiany pompy i paska zajela tydzien.
Mamy teraz dwa swietnie dzialajace urzadzenia. Jestem dumna z Meza.
A pralka ma swiatelko, ktore odkrylam przypadkiem dopiero jakis tydzien temu:


Dobrze, ze caly czas sa jeszcze urzadzenia, ktore mozna naprawic za pomoca mlotka i srubokreta. Z pralka z XXI wieku nie poszloby tak latwo.

Thursday, September 6, 2012

Problemy z komentowaniem

Doszly mnie sluchy, ze dodawanie komentarzy do moich notek bylo ostatnio niemozliwe... Wylaczylam CAPTCHA, wszystko powinno byc teraz w porzadku.

Wypoczynek

Pod koniec sierpnia wybraliśmy sie z Mężem na mini-wakacje połączone z odrobiną pracy do Los Angeles.
W środę (10-22-12), około północy, wyladowalismy w LAX i pojechaliśmy do siostry Męża, ktora mieszka w sercu Los Angeles (nie potrafię sobie nawet wyobrazić, ile musi płacić za wynajem mieszkania).
W czwartek rano pojechaliśmy do Chinatown, które jest dla mnie zawsze obowiązkowym punktem programu w każdej metropolii.
- Co ty masz na twarzy?- zapytał Mąż, dziwnie mi się przyglądając. Przejrzałam się w lusterku pierwszego napotkanego zaparkowanego na ulicy auta. Całą twarz i dekolt miałam pokryte czerwoną, paskudną wysypką, która, na szczęście, zniknęła po kilku godzinach.
Lunch zjedliśmy z NB, naszym kolegą Filipinczykiem w Chino Hills, a resztę popołudnia i wieczoru z rodzicami i siostrami Męża w Pomona.
W nocy w mieszkaniu siostry Męża włączył się alarm pożarowy. Wstałam i zaczęłam się ubierać, gdy wreszcie zorientowałam się, że tylko ja przygotowuję się do ewakuacji. Pociągnięta za duży palec u nogi szwagierka wymamrotała jedynie "... każdej nocy... żaden alarm..." i odwróciła się na drugi bok. Wróciłam do łóżka.
W piątek pojechaliśmy odwiedzić mojego byłego szefa w Monrovia oraz naszych byłych sąsiadów w Sierra Madre, z którymi wciąż pozostajemy w bliskim kontakcie. Po południu pojechaliśmy aż do Hesperia, zobaczyć sie z kolejnymi znajomymi.
W sobotę rano pojechaliśmy do naszego kościoła w Azusa, a prosto stamtąd - do San Diego. Jazda zajęła nam około 5 godzin, korek był przeogromny. Zjedliśmy kolację z kolegami i udaliśmy sie spać.
W niedzielę wstaliśmy o 4 rano, aby fotografować America's Finest City Half Marathon. Po zakończeniu zjedliśmy obiad w Point Loma Seafoods i ruszyliśmy w drogę powrotną do Los Angeles.
W nocy znowu włączył się alarm.
W poniedziałek rano mieliśmy spotkać. się z DE, ale byliśmy oboje tak zmordowani, ze zostaliśmy w domu siostry Męża. Na obiad ze znajomymi z kościoła, pojechaliśmy aż do Fontana.
We wtorek rano z ulgą opusciliśmy Californię.
No, nie wypoczęłam.

Tuesday, August 28, 2012

Sołtys

Zaraz po wprowadzce wybraliśmy sie na krótki spacer, którego celem było poznanie sąsiadów. Jako pierwszego poznaliśmy W, sołtysa, łysego, wąsatego harlejowca po czterdziestce. Koło godziny 7 wieczorem W był już lekko "na cyku". Jego stan, na szczęście, nie stanowił przeszkody w miłej rozmowie, gawędziliśmy więc sobie przez dobre pół godziny.
Boberta (ktora wciąż jest jeszcze małym kociakiem) słysząc nasze głosy obok domu sołtysa, podążyła w ich kierunku, jednak na widok psa zrejterowała na pobliskie drzewo.
I oczywiście nie potrafiła zejść.
- Ja ją ściągnę z tego drzewa!- powiedział bohatersko W, zakasując rękawy- jestem strażakiem!
Sołtys, we własnej osobie, wspina się na drzewo aby uratować mojego kota! Nie mieszkam tu jeszcze nawet jednego dnia, a już czuję się pełnoprawnym członkiem lokalnej społeczności!
W powoli zaczął wspinać się na sosnę. Boberta, widząc co się święci, rownież zaczęła podążać ku górze. W pewnym momencie gałązki na których stał sołtys złamały się, i W zjechał po pniu sosny jak po rurze w remizie.
- Nic mi nie jest...!- zakrzyknał dziarsko.- K, przynieś mi krzesło!- zawołał do syna.
Po kilku próbach udało się wreszcie sołtysowi ściągnąć Bobertę z drzewa. Spocony, oblepiony żywicą, podrapany przez kota W, triumfalnie i z uśmiechem wręczył mi Bobertę.
- Witamy w sąsiedztwie!- powiedział.

Wednesday, August 1, 2012

Nr 3

Trzeci czynnik przyblakal sie do poprzednich wlascicieli naszego domu jakis miesiac przed nasza wprowadzka.


JS i PS maja 3 psy i nie bardzo wiedzieli co zrobic z prawie czteromiesiecznym (obecnie) kociakiem.
Kupilismy wiec dom z kotka w bonusie.
Nazwalismy ja Bobby (zdrobnienie od Boberta :) ), z racji faktu, ze... nie ma ogona (bobcat). Wyglada na to, ze brak ogona jest czesta mutacja, naszej Pom-Pom tez brakuje tego organu.
Boberta miala infekcje, ktora JS probowala samodzielnie wyleczyc. Niestety, nie obylo sie bez interwencji lekarskiej. Bobby spedzila u weterynarza dwa dni.
Po zabraniu kotki do domu stwierdzilam, ze caly czas jest z nia cos nie w porzadku. W czwartek zadzwonilam po konsultacje do weterynarza, ktory zaproponowal, ze zabierze Bobby do kliniki i poobserwuje przez weekend za darmo.
W poniedzialek bylam gotowa zawiezc Bobby do domu, ale lekarz stwierdzil, ze chetnie zatrzyma zwierzaka kolejnych pare dni - caly czas nie biorac za to zadnej zaplaty. W sumie kotka spedzila w klinice caly tydzien. W podziekowaniu za opieke dalam zespolowi weterynarzy i pielegniarek miske slodyczy i miske jezyn z naszego ogrodu.
Boberta powoli dochodzi do siebie. Pomimo problemow natury gastrycznej jest bardzo wesola, radosnie wspina sie na drzewa i towarzyszy nam przy pracy w ogrodzie.





A tu jeszcze 2 filmiki z Boberta w roli glownej:



Tuesday, July 24, 2012

Przeprowadzka

Planowalismy z Michaelem stopniowa przeprowadzke, ale zostala ona przyspieszona przez 3 czynniki:

1. Powrot naszego przyjaciela, AM, wlasciciela domu, w ktorym mieszkalismy. 
AM powrocil (razem z malzonka) z wielomiesiecznej podrozy. Nasza obecnosc, jak sam zapewnial, nie stanowila dla niego problemu, ale i tak postanowilismy wyniesc sie i dac im odpoczac. Noc z 11 na 12 lipca spedzilismy w naszym nowym domu.

2. Ogrod i pogoda
Ogrod postanowil, ze teraz wlasnie jest czas produkcji. W ciagu ostatnich 2 tygodni nazbieralam: 
- 4.5 galona jezyn,
- 4 galony fasolki,
- 15 galonow pomidorow (jako miary uzywam 5- galonowego wiadra Menards),
- 15 galonow kukurydzy w kolbach,
- 2 miski jagod czarnego bzu, 
- ze 20 ogorkow, 
- 5 glowek kapusty,
- troche brokulow.
Jezyny, fasolke i kukurydze zamrozilam, ogorki przerobilam na malosolne, kapuste na relish (piklowany dodatek do potraw) oraz upieklam w folii na lunch. Z calej masy pomidorow zrobilam sosy do spaghetti, sok pomidorowy, dzem bazyliowo-pomidorowy oraz salse. 1/3 rozdalam znajomym.
Nasz ogrod wymagal- i wciaz wymaga- specjalnej troski nie tylko na ogrom plonow. Zrobilo sie strasznie goraco- ponad 40 stopni. Latwiej wszystkiego dogladac jak sie jest na miejscu, nie tak z doskoku. 

3. 
O trzecim czynniku napisze bardzo niedlugo... :)

Thursday, July 12, 2012

Coś

W poniedziałek przyszedł czas za zbiory zielonej fasolki, we wtorek zaś- na zbiory kukurydzy. Kazdego dnia rwę też pomidory, dojrzewają jak szalone.
Zabrałam plony do domu AM (skąd powoli sie wyprowadzamy, ale jeszcze tam śpimy) aby je przygotować do zamrozenia i przetworzenia. Michael luskal kukurydze do dużego wiadra, a ja, w miedzy czasie, zrobiłam pierwszy przetwór w życiu: dżem pomodorowo-bazyliowy. Poszliśmy spać około 2 w nocy.
Bladym świtem obudziły mnie koty, biegajace po pokoju i warczące głośno, co pozwalało mi się domyślać, ze znalazły mysz w piwnicy, przyciągnęły ja do naszej sypialni a teraz gonią ja po pokoju. Odwrocilam sie na drugi bok, starając sie zignorować odwieczny konflikt miedzy kotami a gryzoniami, gdy nagle cos mokrego i zimnego znalazło sie na mojej nodze. Wrzasnelam przerazona: mieć żywa mysz w pokoju to jedno, ale mieć okrwawione truchlo w łóżku to zupełnie inna sprawa.
Zimne i mokre "coś" na mojej nodze zmieniło lokalizacje i teraz siedzialo mi ma lokciu. Opanowalam odruch wymiotny i spojrzałam w jego kierunku.

Na moim lokciu siedziała niewielka żaba, która prawdopodobnie przyjechała ze mną na kukurydzy.

Wednesday, July 11, 2012

Ogród

W niedzielę, około 9 rano, zapakowałam do samochodu kartony z akcesoriami kuchennymi i wyruszyłam do domu. Michael dołączył do mnie kilka godzin pózniej, przywożąc więcej pudeł, ale, zamiast je rozpakowywać, zajęliśmy się pracą w ogrodzie (przeprowadzka mogła poczekać, ale ogród, torturowany przez ostatnie 2 tygodnie falą 38- stopniowych upałów- nie).
Wypieliliśmy grządki. Nakopaliśmy wielkie wiadro ziemniaków. Podlaliśmy cukinię, ogórki, fasolkę, szparagi, zioła, kapustę, pomidory i brokuła, oraz rośliny ozdobne, które powoli zaczęły się robić brązowe.
Po lunchu Michael wraz z narzeczonym mojej przyjaciółki pojechał po meble do sypialni. Ja zajęłam się rozpakowywaniem pudeł i tym, co nazywa się pięknie po angielsku: nesting.
Czyli wiciem gniazda.
:)


Zapraszam do obejrzenia zdjec z mojej aktywnosci ogrodowo-kuchennej:
https://www.facebook.com/psusapl

Friday, July 6, 2012

Nasz nowy dom

Po wycenie wszystko potoczylo sie jak z bicza trzasnal:
- w czwartek, 28 czerwca, dostarczylam WC kopie czeku, ktorym wplacilam zadatek.
- we wtorek, 3 lipca, WC skontaktowala sie z moja firma ubezpieczeniowa i wprowadzila pare poprawek do mojej polisy.
- w czwartek, 5 lipca, WC poinformowala mnie, ile beda wynosic koszty zamkniecia transakcji (wchodzi w nie wplata z gory, oplata manipulacyjna banku, oplata dla prawnika, ubezpieczenie, podatek, oplata za inspekcje na obecnosc szkodnikow etc.) i poprosila o przyniesienie w piatek po poludniu czeku przygotowanego przez bank (czeki osobiste na takie kwoty nie sa akceptowane).
- w piatek rano pojechalismy do banku po czek oraz na zakupy: nabylismy narzedzia ogrodowe, srodki czystosci i wszystko, co potrzebne jest "na rozruch" :)

6 lipca o 3 po poludniu spotkalismy sie w banku z WC, poprzednimi wlascicielami, ich prawnikiem i naszym prawnikiem. W ciagu 45 minut JS i PS przepisali dom na nas.
Pozniej, wraz z Mezem, podpisalismy papiery pozyczkowe, w ktorych okreslona jest wysokosc i warunki naszej pozyczki oraz cala masa prawniczych rozmaitosci.

O 6 wieczorem pojechalismy obejrzec nasz nowy dom (ponizej zdjecia zrobione 29 maja, zanim poprzedni wlasciciele wyprowadzili sie):






















Monday, July 2, 2012

Obywatel drugiej kategorii

Krąży pogląd, iż Polak mieszkający za granicą zawsze będzie obywatelem drugiej kategorii. Mieszkając w Stanach przez 6 lat nigdy nie doświadczyłam takiego stanu rzeczy, nigdy tez nie doświadczyłam dyskryminacji z powodu bycia obcokrajowcem.
Ciekawa jestem opinii i komentarzy tych z Was, którzy mieszkają poza granicami Polski. Czy jesteście dyskryminowani? Czy czujecie, że jesteście traktowani inaczej / gorzej, niz rodowici obywatele kraju, w którym mieszkanie? Proszę o komentarze i zapraszam do dyskusji.

Friday, June 29, 2012

Ogród warzywny

Jak juz wczesniej wspominalam, obecna wlascicielka domu, ktory kupujemy, jest mama mojej szefowej. Wraz z mezem, PS, stanowia bardzo mila pare. Nasze czeste wizyty w ich domu (przy okazji roznych rozmow, inspekcji etc.) sprawily, ze bardzo sie polubilismy.
Jako, ze niedlugo bedziemy posiadaczami domu z olbrzymim ogrodem warzywnym, postanowilismy nieco doksztalcic sie w dziedzinie uprawy i pielegnacji roslin. W srode po pracy pojechalismy do JS i PS i spedzilismy milo czas, pielac grzadki, kopiąc ziemniaki, plotąc cebule w warkocze i robiąc przetwory warzywne. Po raz pierwszy miałam okazje używać cisnieniowego garnka do przetworów.
Miałam rownież okazje spróbować przysmaku z czasów kryzysowych: surowego ziemniaka z masłem orzechowym. Dość intrygujące połączenie.

Wednesday, June 27, 2012

Ubezpieczenie

We wtorek WC poinformowala mnie, ze wreszcie doczekalismy sie pisemnej wyceny domu... i, ze jest ona sporo wyzsza, niz cena, ktora zgodzilismy sie zaplacic! A to i dobrze i zle.
Dobrze dlatego, ze placimy mniej za dom, ktory ma wieksza wartosc.
Zle dlatego, ze bedziemy musieli zaplacic podatek nie od kwoty, za ktora kupujemy dom, ale od jego wartosci. W naszym przypadku nie robi to jednak wiekszej roznicy, nie kupujemy bowiem domu za milion dolarow. Z im "wyzszej polki" jest dom, tym wieksze moga byc wahania w oplatach za ubezpieczenie (lub rate kredytu), jesli dochodzi do jakichs drastycznych zmian w wartosci (lub zmianie stopy procentowej).
WC polecila mi zakup ubezpieczenia, z data rozpoczecia 6. lipca (czyli wtedy, kiedy staniemy sie pelnoprawnymi wlascicielami. Wymog posiadania ubezpieczenia uzasadniony jest faktem, iz bierzemy na dom pozyczke: jesli posiadlosc sie sfajczy, to bank ma pewnosc, iz splacimy ja pieniedzmi otrzymanymi za ubezpieczenie.
Istnieja dwa znane mi typy ubezpieczen domu:
1. cash value - jesli dom sie spali doszczetnie, otrzymujemy kwote rowna wartosci domu w momencie palenia. Ta kwota uwzglednia spadek wartosci domu.
2. replacement value - jesli dom sie spali, specjalista oceni, ile kosztowaloby wybudowanie nowego domu tej samej klasy.
Obie wersje ubezpieczenia zawieraja ubezpieczenie tego, co w domu, ubezpieczenie innych budynkow znajdujacych sie na dzialce, oplate za strazakow, kwote na drobne wydatki medyczne itp.
Tak naprawde roznice miedzy tymi dwoma rodzajami ubezpieczenia sa nikle i pewnie ma to znaczenie w jakichs przypadkach, o ktorych ja, maly zuczek, nie mam pojecia.
Ubezpieczenie ktore wybralismy to cash value - z prostej przyczyny: replacement value zaczynalo sie od wartosci wyzszej, niz wartosc naszego domu.

Tuesday, June 26, 2012

BINGO w pracy

W tym tygodniu przyjechał do biura PR, Szef Wszystkich Szefów. PR składa nam wizytę średnio raz w miesiącu, aby sprawdzić jak się sprawy mają oraz wygłosić "orędzie".
Przed przemową SP odwiedziła biuro każdego z pracowników i rozdała każdemu z nas... plansze do gry w Bingo, zawierające słowa, które nieświadom niczego Szef Szefów prawdopodobnie wypowie podczas przemowy.
PR zebrał nas wszystkich w sali konferencyjnej i zaczął prawić. 29 osób pilnie słuchało, i, od czasu do czasu, coś notowało. PR przyznał później, że był bardzo zdziwiony uwagą i nabożnym skupieniem na sali.
Po pól godzinie przemowa skończyła się, i nikt nie wrzasnął "Bingo!", zaczęliśmy więc zadawać pytania dodatkowe, aby skłonić Szefa Wszystkich Szefów do wypowiedzenia konkretnych słów. GS wykazał się niezwykłą przebiegłością:
- P, powiedz słowo "flexible"- poprosił.
Zdezorientowany PR wypowiedział ostatnie słowo, którego brakowało GS do wygranej.
- Oszust! Oszust!- zaczęliśmy krzyczeć jeden przez drugiego.

Byłam tak blisko wygranej!

Monday, June 25, 2012

Papiery

W czwartek zadzwoniła WC, moja "bankierka", z prośbą o dostarczenie większej ilości dowodów dobrej historii kredytowej. Do poniedziałku udało mi się zasypać ją rachunkami za telefon, prąd, gaz, ubezpieczenie samochodu i zdrowotne... W końcu sama powiedziała "dość" :).
WC powiedziała rownież, ze wszystko idzie zgodnie z planem na tyle, że data zamknięcia transakcji kupna może zostać przesunięta z 15. lipca na 6. lipca.
W niedzielę pojechaliśmy z Mężem szukać mebli do sypialni. Z okazji zbliżającego się Święta Niepodległości większość sklepów obniża ceny, jest to więc świetny czas na robienie większych zakupów.

Friday, June 22, 2012

Łysy

Mąż, strzygąc się samodzielnie maszynką, wygolił sobie przez przypadek z tylu łysy placek.
Nie pozostawało mu nic innego, jak ogolić się do zera.
Owinięty w pomarańczowy ręcznik wyglada jak mnich z Tybetu.

Thursday, June 14, 2012

Oby tak dalej

W środę wieczorem zadzwoniła do mnie JS, obecna właścicielka "prawie naszego" domu. Okazało się, że kuchenka, którą mieliśmy kupić razem z domem, dokonała żywota.
Właściciele opuścili cenę.
W czwartek wieczorem przyszedł specjalista od klimatyzatorów i stwierdził co następuje:
Klimatyzator skorodował, ponieważ obsikał go pies. Nie musi to wcale oznaczać, ze niedługo przestanie działać- ale może.
Właściciele zgodzili sie opuścić cenę po raz kolejny.
Oby tak dalej.