Rozpoczela sie u nas pora deszczowa. Wraz z ulewami pojawily sie w naszym budynku rozmaite garnki, wiadra i miski porozstawiane gdzie tylko sie da. Stalo sie dla nas jasne, ze wymagajacy remontu dach ma konstrukcje sita i podczas deszczu woda ciurkiem leje sie do srodka budynku.
Urzedujacy w piwnicy J., zajmujacy sie drobnymi naprawami oraz wynajem magazynow, zostal promowany do pozycji managera budynku. Cala sprawa zostala omowiona z wlascicielem przy lunchu i przypieczetowana usciskiem dloni.
3 tygodnie pozniej, uslyszawszy "O niczym takim nie rozmawialismy!" i nie otrzymawszy ani centa z obiecanych pieniedzy za dodatkowa prace, J. rozpoczal "strajk": na drzwiach swojego pokoju wywiesil ogloszenie: "Nie ma mnie w pracy bo mi nie placa". Wlasciciel budynku zostal zbombardowany telefonami od mieszkancow, i wreszcie, chcac nie chcac, zaplacil mu czesc naleznych pieniedzy. Ale tylko czesc.
W wyposazeniu mieszkania, ktore wynajmujemy, wchodzi stara, ale wciaz dzialajaca lodowka. Zadnemu z poprzednich mieszkancow (ani wlascicieli) nie chcialo sie o nia zadbac, wiec caly zamrazalnik pokrywala gruba warstwa lodu. Pewnego pieknego dnia maz wyjechal w delegacje, a ja postanowilam lodowke rozmrozic i wyczyscic. Wieczorem odlaczylam maszyne z pradu i zabezpieczylam roznego rodzaju foliami i pojemnikami na topiacy sie lod. Skonstatowawszy z zadowoleniem, ze woda splywa tam gdzie powinna, poszlam spac.
Rano obudzilo mnie pukanie do drzwi: to M., zaniepokojona wlascicielka kawiarni (znajdujacej sie pod naszym apartamentem), przyszla zapytac, czy wszystko u mnie w porzadku, bo cos im kapie z sufitu. Okazalo sie, ze w mojej lodowce gdzies pod spodem jest dziura, i cala woda, przez ta dziure i cienki, drewniany strop, przeciekla do kawiarni. Zeszlam na dol aby obejrzec, jakaz to katastrofe spowodowalam, ale na szczescie bylo to tylko jednostajne kapanie w odstepach dwusekundowych. Goscie caly czas z usmiechem popijali kawe a pracownicy nie ustawali w jej serwowaniu. M. rowniez nie byla specjalnie przejeta: opowiedziala mi, ze kiedys pekla rura znajdujaca sie pod sufitem i woda lala sie z niej wartkim strumieniem (co rowniez nie przeszkodzilo kawiarni w pracy, po prostu podstawiono tam wiadro).
Szybko zadzwonilam do wlasciciela budynku i, przepraszajac, opowiedzialam o calej sprawie.
- Nie przejmuj sie- odparl on beztrosko- i nie pozwol, aby ktokolwiek sprawil, ze poczujesz sie winna. W poniedzialek przysle do ciebie kogos z obslugi technicznej.
Po ponownym podlaczeniu do pradu lodowka zaczela dzialac a to, co wczesniej kapalo- zamarzlo. Katastrofa zostala zazegnana.
Nie musze chyba dodawac, ze nikt do mnie w poniedzialek nie przyszedl, aby zainteresowac sie przeciekiem.
W poniedzialek w calym budynku zgaslo swiatlo. Okazalo sie, ze management nie zaplacil rachunku za prad za ostatnie 4 miesiace.
We wtorek wlasciciel budynku spakowal manatki i wyjechal do swojej ojczystej Californi. Jako, ze transakcja przejecia budynku przez niego od poprzedniego wlasciciela nie byla jeszcze kompletna, szybko sie wycofal bo stwierdzil, ze zarzadzanie nieruchomoscia to nie na jego nerwy.
Wychodzi na to, ze przeczucie mnie nie mylilo: robienie interesow (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID307917587,index.html) z wlascicielem miejsca, w ktorym mieszkamy, nie przyniosloby chyba oczekiwanych rezultatow...
Friday, May 2, 2008
Tuesday, April 29, 2008
Z serii: fajny film wczoraj widzialam- "Sicko" Michaela Moore'a
Okazuje sie, ze w przypadku powaznej choroby sytuacja obywateli USA, ktorzy maja ubezpieczenie, nie rozni sie zbytnio od sytuacji tych, ktorzy go nie maja.
Jesli nasz pracodawca nas nie ubezpiecza- mozemy zrobic to sami. Skladamy wtedy petycje do wybranej firmy ubezpieczeniowej, wraz z formularzem, w ktory wpisujemy historie naszej choroby. Posiadanie przewleklych schorzen dyskwalifikuje nas jednak jako potencjalnych klientow.
Obowiazkiem panstwa jest zapewnienie jego obywatelom nalezytej opieki medycznej. Czy to tylko puste slowa? Wyglada na to, ze nalezy ubezpieczac jedynie zdrowych, szczuplych ludzi, bez historii chorob przewleklych w rodzinie- maja oni mniejsze szanse na zachorowanie, a co za tym idzie- na narazenie firmy ubezpieczeniowej na koszty! Chorzy nie przynosza zyskow. Chorych trzeba leczyc, placic za zabiegi, lekarstwa, wizyty... to sie nie oplaca.
Wyobrazmy sobie jednak, ze znalezlismy sie w gronie tych szczesliwcow, ktorzy zostali ubezpieczeni. Chodzimy do lekarza na badania okresowe. Nie dosc, ze placimy comiesieczna skladke w wysokosci kilkuset dolarow, za kazda wizyte u lekarza musimy rowniez zaplacic copay (oplate za wizyte wynoszaca kilkadziesiat dolarow).
Pewnego dnia powaznie chorujemy: lekarze wykrywaja u nas np. raka skory. Machina idzie w ruch: firma, ktora nas ubezpiecza, przekopuje sie przez nasza historie choroby i znajduje cos, co moze byc uznane jako przewlekle lub istniejace schorzenie, ktore mielismy w momencie starania sie o ubezpieczenie, a ktore zatailismy (np poparzenie sloneczne 10 lat temu, grzybice lub lupiez). Ubezpieczenie zostaje anulowane. Musimy sami sobie radzic z choroba, bolem i rachunkami.
Tak wlasnie Michael Moore przedstawia realia zwiazane z opieka medyczna w USA. Czesc jego filmu byla krecona na Kubie. Pomimo, iz obywatele Stanow Zjednoczonych nie moga legalnie pojechac do tego kraju, udaje sie to rezyserowi i kilku ludziom, ktorzy pomagali kilka lat temu przy szukaniu w gruzach ofiar 9/11, a ktorym panstwo amerykanskie odmowilo pomocy medycznej. Dobrzy lekarze udzielaja ludziom darmowej pomocy (podobno to standard na Kubie), wstawiaja facetowi komplet nowych zebow, lecza kobiete z dusznosci a wszystkiemu przygrywa rzewna muzyka. Wyglada na to, ze w panstwie wroga Amerykanie sa traktowani lepiej niz w ich wlasnym kraju.
Michael Moore uzyl w filmie "Sicko" bardzo dobrych chwytow. Poruszyl tematy, ktore sa bliskie kazdemu, kto mieszka w USA, problemy, z ktorymi (predzej czy pozniej) kazdy bedzie musial sie zetknac.
Nie wiem jak to jest, gdy czlowiek ubezpiecza sie sam. Do tej pory zawsze bylam ubezpieczana przez pracodawce. Nikt nie kazal mi wypelniac formularzy z historia choroby. Gdy potrzebowalam pomocy lekarskiej, zostala mi ona udzielona, pomimo, iz moje schorzenie bylo przewlekle i istniejace przed wykupieniem ubezpieczenia. Dlatego wlasnie uwazam, ze zdecydowanie lepiej jest ubezpieczenie miec, niz go nie miec. Jednoczesnie jestem ciekawa, jak to jest z tymi, ktorzy ubezpieczaja sie sami (jesli ktos z Was, czytajacych tego bloga, mieszka w Stanach Zjednoczonych i nalezy do takich osob, prosze o wypowiedzi w komentarzach lub na mejla).
W przypadku posiadania ubezpieczenia placenie copay za wizyte uwazam za cos najzupelniej normalnego. Lekarze w Stanach Zjednoczonych sa jednymi z najlepszych na swiecie, nalezy im sie godne wynagrodzenie za uslugi, ktore wykonuja. Czas oczekiwania na wizyte nie jest dlugi, warunki sa doskonale, sprzet medyczny najwyzszej klasy. Zdecydowane "TAK" dla copay.
Nie kazdy moze byc wyksztalcony i obrotny i miec dobrego pracodawce, ktory go ubezpiecza. Mniej obdarowanym przez los tez nalezy sie opieka medyczna i tu zgadzam sie z Michaelem Moore'm, ze cos w tym panstwie nie gra. Wydaje mi sie jednak, ze rezyser celowo wybral ekstremalne przypadki i tragicznie konczace sie historie ludzi, aby stworzyc kontrowersyjny film, na ktory przyjda miliony, i ktory zarobi dla niego miliardy. Prosze mnie wyprowadzic z bledu, jesli sie myle. Moze takie sytuacje sa nagminne.
Michael Moore to w Ameryce postac budzaca wiele sprzecznych uczuc. Wielu go kocha i wielu nienawidzi. Stworzyl trzy glosne filmy dokumentalne (dwa poprzednie to "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11"). Nie da sie ukryc, ze dziela te sa bardzo przekonujace, a do tego wywoluja w widzu uczucie, jakby rezyser odkrywal przed nami prawde, ktora caly swiat z jakichs powodow stara sie ukryc.
Z reguly jestem nastawiona sceptycznie do wszystkich kontrowersyjnych filmow, ktore przedstawiaja cos jako czarne albo biale. Uwazam, ze kazdy kij ma dwa konce. Mysle rowniez, ze kazdy, nawet najdziwniejszy poglad mozna obronic, jesli ma sie dobre argumenty. W przypadku "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11" dalam sie nabrac.
Nie tym razem.
Co jednak nie zmienia faktu, ze duzo lepiej sie czulam przed obejrzeniem tego filmu.
Jesli nasz pracodawca nas nie ubezpiecza- mozemy zrobic to sami. Skladamy wtedy petycje do wybranej firmy ubezpieczeniowej, wraz z formularzem, w ktory wpisujemy historie naszej choroby. Posiadanie przewleklych schorzen dyskwalifikuje nas jednak jako potencjalnych klientow.
Obowiazkiem panstwa jest zapewnienie jego obywatelom nalezytej opieki medycznej. Czy to tylko puste slowa? Wyglada na to, ze nalezy ubezpieczac jedynie zdrowych, szczuplych ludzi, bez historii chorob przewleklych w rodzinie- maja oni mniejsze szanse na zachorowanie, a co za tym idzie- na narazenie firmy ubezpieczeniowej na koszty! Chorzy nie przynosza zyskow. Chorych trzeba leczyc, placic za zabiegi, lekarstwa, wizyty... to sie nie oplaca.
Wyobrazmy sobie jednak, ze znalezlismy sie w gronie tych szczesliwcow, ktorzy zostali ubezpieczeni. Chodzimy do lekarza na badania okresowe. Nie dosc, ze placimy comiesieczna skladke w wysokosci kilkuset dolarow, za kazda wizyte u lekarza musimy rowniez zaplacic copay (oplate za wizyte wynoszaca kilkadziesiat dolarow).
Pewnego dnia powaznie chorujemy: lekarze wykrywaja u nas np. raka skory. Machina idzie w ruch: firma, ktora nas ubezpiecza, przekopuje sie przez nasza historie choroby i znajduje cos, co moze byc uznane jako przewlekle lub istniejace schorzenie, ktore mielismy w momencie starania sie o ubezpieczenie, a ktore zatailismy (np poparzenie sloneczne 10 lat temu, grzybice lub lupiez). Ubezpieczenie zostaje anulowane. Musimy sami sobie radzic z choroba, bolem i rachunkami.
Tak wlasnie Michael Moore przedstawia realia zwiazane z opieka medyczna w USA. Czesc jego filmu byla krecona na Kubie. Pomimo, iz obywatele Stanow Zjednoczonych nie moga legalnie pojechac do tego kraju, udaje sie to rezyserowi i kilku ludziom, ktorzy pomagali kilka lat temu przy szukaniu w gruzach ofiar 9/11, a ktorym panstwo amerykanskie odmowilo pomocy medycznej. Dobrzy lekarze udzielaja ludziom darmowej pomocy (podobno to standard na Kubie), wstawiaja facetowi komplet nowych zebow, lecza kobiete z dusznosci a wszystkiemu przygrywa rzewna muzyka. Wyglada na to, ze w panstwie wroga Amerykanie sa traktowani lepiej niz w ich wlasnym kraju.
Michael Moore uzyl w filmie "Sicko" bardzo dobrych chwytow. Poruszyl tematy, ktore sa bliskie kazdemu, kto mieszka w USA, problemy, z ktorymi (predzej czy pozniej) kazdy bedzie musial sie zetknac.
Nie wiem jak to jest, gdy czlowiek ubezpiecza sie sam. Do tej pory zawsze bylam ubezpieczana przez pracodawce. Nikt nie kazal mi wypelniac formularzy z historia choroby. Gdy potrzebowalam pomocy lekarskiej, zostala mi ona udzielona, pomimo, iz moje schorzenie bylo przewlekle i istniejace przed wykupieniem ubezpieczenia. Dlatego wlasnie uwazam, ze zdecydowanie lepiej jest ubezpieczenie miec, niz go nie miec. Jednoczesnie jestem ciekawa, jak to jest z tymi, ktorzy ubezpieczaja sie sami (jesli ktos z Was, czytajacych tego bloga, mieszka w Stanach Zjednoczonych i nalezy do takich osob, prosze o wypowiedzi w komentarzach lub na mejla).
W przypadku posiadania ubezpieczenia placenie copay za wizyte uwazam za cos najzupelniej normalnego. Lekarze w Stanach Zjednoczonych sa jednymi z najlepszych na swiecie, nalezy im sie godne wynagrodzenie za uslugi, ktore wykonuja. Czas oczekiwania na wizyte nie jest dlugi, warunki sa doskonale, sprzet medyczny najwyzszej klasy. Zdecydowane "TAK" dla copay.
Nie kazdy moze byc wyksztalcony i obrotny i miec dobrego pracodawce, ktory go ubezpiecza. Mniej obdarowanym przez los tez nalezy sie opieka medyczna i tu zgadzam sie z Michaelem Moore'm, ze cos w tym panstwie nie gra. Wydaje mi sie jednak, ze rezyser celowo wybral ekstremalne przypadki i tragicznie konczace sie historie ludzi, aby stworzyc kontrowersyjny film, na ktory przyjda miliony, i ktory zarobi dla niego miliardy. Prosze mnie wyprowadzic z bledu, jesli sie myle. Moze takie sytuacje sa nagminne.
Michael Moore to w Ameryce postac budzaca wiele sprzecznych uczuc. Wielu go kocha i wielu nienawidzi. Stworzyl trzy glosne filmy dokumentalne (dwa poprzednie to "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11"). Nie da sie ukryc, ze dziela te sa bardzo przekonujace, a do tego wywoluja w widzu uczucie, jakby rezyser odkrywal przed nami prawde, ktora caly swiat z jakichs powodow stara sie ukryc.
Z reguly jestem nastawiona sceptycznie do wszystkich kontrowersyjnych filmow, ktore przedstawiaja cos jako czarne albo biale. Uwazam, ze kazdy kij ma dwa konce. Mysle rowniez, ze kazdy, nawet najdziwniejszy poglad mozna obronic, jesli ma sie dobre argumenty. W przypadku "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11" dalam sie nabrac.
Nie tym razem.
Co jednak nie zmienia faktu, ze duzo lepiej sie czulam przed obejrzeniem tego filmu.
Thursday, April 24, 2008
Polek o wiek sie nie pyta
Nie rozumiem i nigdy nie rozumialam polskiego zwyczaju nie pytania kobiet w Polsce o wiek. Bo "nie wypada". A do tego Polki, zapytane ile maja lat, uciekaja sie do roznego rodzaju idiotycznych forteli, aby tylko nie odpowiedziec na pytanie wprost:
- odpowiadaja: kobiety o wiek sie nie pyta,
- odpowiadaja: tyle, na ile wygladam,
- jesli sa w wieku 18- 25 lat- mowia, ze maja lat 18, a potem to juz zawsze maja 25, nawet, jesli dobijaja szescdziesiatki,
- sugeruja, aby pytajacy sam ogadl,
- przestawiaja cyfry w liczbie przezytych lat (np. 42- latki z przebieglym usmiechem na ustach mowia, ze maja 24 lata),
- po prostu sie odmladzaja i podaja inne nieprawdziwe liczby.
Takie wlasnie odpowiedzi zniechecaja skutecznie do pytania, ile ktos ma lat, bo i po co? I tak nie uzyskamy prawdziwej odpowiedzi.
Ze niby co to zmieni? Odmlodzi delikwentke? Sprawi ze bedzie bardziej atrakcyjna? Automatycznie sprawi, ze zmarszczki sie rozprostuja a siwe wlosy znikna? Wydaje mi sie to smieszne i zalosne, jesli kobieta wygladajaca na swoje lata usiluje wmowic wszystkim, ze ma ich mniej. Tak samo godni politowania sa lysiejacy panowie, ktorzy zapuszczaja sobie trzy wlosy z boku i zaczesuja je sobie okreznym ruchem na czaszce.
Uplywajacy czas trzeba przyjmowac z godnoscia.
- odpowiadaja: kobiety o wiek sie nie pyta,
- odpowiadaja: tyle, na ile wygladam,
- jesli sa w wieku 18- 25 lat- mowia, ze maja lat 18, a potem to juz zawsze maja 25, nawet, jesli dobijaja szescdziesiatki,
- sugeruja, aby pytajacy sam ogadl,
- przestawiaja cyfry w liczbie przezytych lat (np. 42- latki z przebieglym usmiechem na ustach mowia, ze maja 24 lata),
- po prostu sie odmladzaja i podaja inne nieprawdziwe liczby.
Takie wlasnie odpowiedzi zniechecaja skutecznie do pytania, ile ktos ma lat, bo i po co? I tak nie uzyskamy prawdziwej odpowiedzi.
Ze niby co to zmieni? Odmlodzi delikwentke? Sprawi ze bedzie bardziej atrakcyjna? Automatycznie sprawi, ze zmarszczki sie rozprostuja a siwe wlosy znikna? Wydaje mi sie to smieszne i zalosne, jesli kobieta wygladajaca na swoje lata usiluje wmowic wszystkim, ze ma ich mniej. Tak samo godni politowania sa lysiejacy panowie, ktorzy zapuszczaja sobie trzy wlosy z boku i zaczesuja je sobie okreznym ruchem na czaszce.
Uplywajacy czas trzeba przyjmowac z godnoscia.
Saturday, April 19, 2008
Trzesienie ziemi
- Kochanie, trzesienie ziemi!- obudzil mnie maz w srodku nocy. Otworzylam oczy. Pom- Pom rowniez podniosla sie ze swojego lozeczka i niespokojnie rozgladala sie wokolo.
Poczulam jak lozko delikatnie kolysze sie w przod i w tyl. Na poczatku myslalam, ze to maz- zartownis naigrawa sie ze mnie, ale nie, tym razem byl powazny. Kolysanie ustalo po kilku sekundach.
Rano zaczelismy surfowac po internecie aby przekonac sie, czy ruchy sejsmiczne byly wytworem naszej wyobrazni, czy tez zdarzyly sie naprawde. Okazalo sie, ze o 4.37 nad ranem mialo miejsce trzesienie ziemi (5.4 w skali Richtera!), ktorego epicentrum znajdowalo sie w okolicy Evansville, Indiana, i ktore bylo odczuwalne az do 450 mil w kierunku polnocnozachodnim. Wyglada na to, ze dotarlo i do nas. Ofiar i wiekszych strat jak na razie nie zanotowano.
Maz, Kalifornijczyk, przezyl juz kilka trzesien ziemi i jest wyczulony na wszelkie kolysanie. Obudziwszy sie w srodku nocy czekal tylko, az rozpeta sie prawdziwe pieklo, i zastanawial sie nad mozliwymi miejscami schronienia oraz obmyslal plan ewakuacji.
Dobrze, ze mnie obudzil, bo przespalabym swoje pierwsze trzesienie ziemi.
Poczulam jak lozko delikatnie kolysze sie w przod i w tyl. Na poczatku myslalam, ze to maz- zartownis naigrawa sie ze mnie, ale nie, tym razem byl powazny. Kolysanie ustalo po kilku sekundach.
Rano zaczelismy surfowac po internecie aby przekonac sie, czy ruchy sejsmiczne byly wytworem naszej wyobrazni, czy tez zdarzyly sie naprawde. Okazalo sie, ze o 4.37 nad ranem mialo miejsce trzesienie ziemi (5.4 w skali Richtera!), ktorego epicentrum znajdowalo sie w okolicy Evansville, Indiana, i ktore bylo odczuwalne az do 450 mil w kierunku polnocnozachodnim. Wyglada na to, ze dotarlo i do nas. Ofiar i wiekszych strat jak na razie nie zanotowano.
Maz, Kalifornijczyk, przezyl juz kilka trzesien ziemi i jest wyczulony na wszelkie kolysanie. Obudziwszy sie w srodku nocy czekal tylko, az rozpeta sie prawdziwe pieklo, i zastanawial sie nad mozliwymi miejscami schronienia oraz obmyslal plan ewakuacji.
Dobrze, ze mnie obudzil, bo przespalabym swoje pierwsze trzesienie ziemi.
Friday, April 18, 2008
Melancholijnie... (2)
Kiedys myslalam, ze jesli bede punktualna i odpowiedzialna, to innym bedzie sie ze mna zylo latwiej i szczesliwiej.
Kiedys myslalam, ze zycie zgodnie z pewnymi zasadami uczyni mnie lepszym czlowiekiem.
Kiedys myslalam, ze klotnia powinna zostac zakonczona wyciagnieciem wnioskow i planami na przyszlosc.
Kiedys myslalam, ze przytulenie i wypowiedzenie slow "kocham cie" po klotni jest niezwykle wazne, bo daje tej drugiej osobie do zrozumienia, ze pomimo sprzeczki wciaz jest mi bliska.
Kiedys myslalam, ze porzadek w domu to nic nadzwyczajnego, a balagan charakteryzuje mieszkania ludzi leniwych i slabych psychicznie.
Kiedys myslalam, ze wypowiedzenie slowa "przepraszam" jest logicznym daniem komus do zrozumienia, ze zdaje sobie sprawe z bledow, ktore popelnilam.
Z wiekiem czlowiek traci zludzenia.
Kiedys myslalam, ze zycie zgodnie z pewnymi zasadami uczyni mnie lepszym czlowiekiem.
Kiedys myslalam, ze klotnia powinna zostac zakonczona wyciagnieciem wnioskow i planami na przyszlosc.
Kiedys myslalam, ze przytulenie i wypowiedzenie slow "kocham cie" po klotni jest niezwykle wazne, bo daje tej drugiej osobie do zrozumienia, ze pomimo sprzeczki wciaz jest mi bliska.
Kiedys myslalam, ze porzadek w domu to nic nadzwyczajnego, a balagan charakteryzuje mieszkania ludzi leniwych i slabych psychicznie.
Kiedys myslalam, ze wypowiedzenie slowa "przepraszam" jest logicznym daniem komus do zrozumienia, ze zdaje sobie sprawe z bledow, ktore popelnilam.
Z wiekiem czlowiek traci zludzenia.
Sunday, April 13, 2008
"Z pamietnika mlodej zony", czyli jak pieklam placek i ciastka
W srode o 14.00 poszlam pobiegac. Wrocilam pol godziny pozniej i zauwazylam, ze miga lampka na moim telefonie sygnalizujac, ze ktos dzwonil.
Byl to maz. Za 2 godziny przeprowadzal szkolenie, laczone z poczestunkiem dla szkolonych, i zastanawial sie, czy bym mu nie upiekla key lime pie (taki placek limonkowy). Czasu bylo niewiele ale co to dla mnie, upiec placek, tym bardziej, ze 2 pudelka gotowej mieszanki staly na polce.
Po dokladnym przeszukaniu calej kuchni okazalo sie, ze pudelko jest tylko jedno. Przepis wymagal wlania masy do foremki 8"x8", ja zas dysponowalam duza forma 16"x8". Drugie pudelko key lime pie byloby jak znalazl, ale w obliczu zaistnialych okolicznosci wpadlam na swietny pomysl podzielenia formy na dwa sztywna, wysoka na cal poprzeczka. Wylozylam kazda czesc gruba warstwa folii aluminiowej. W ten sposob otrzymalam dwie czesci 8"x8"; w jednej z nich mial sie znalezc placek a w drugiej postanowilam upiec ciastka kawowe.
Najpierw wlalam do formy mase key lime pie. Czas pieczenia placka wynosil 22 minuty a ciastek- 15 minut. Po 7 minutach wyjelam forme z piekarnika i wlalam do drugiej jej czesci mase, z ktorej mialy powstac pyszne ciastka kawowe. Zadowolona z siebie zabralam sie za zmywanie.
Po kolejnych 7 minutach postanowilam sprawdzic, co tez sie tam dzieje w piekarniku.
Forma key lime pie pekla, i pol masy wplynelo pieknie pod forme ciastek kawowych, tworzac pod nia urocza, zielona pierzynke. Forma, w ktorej mial znajdowac sie placek, zawierala pol centymetra sztywnego niewiadomoczego, zas kompletnie plynna masa kawowa trwala wciaz wiernie na swoim miejscu.
Postanowilam interweniowac. Wyjelam forme z piekarnika, wyciagnelam folie z key lime niewiadomoczym i umiescilam na duzej blasze. Wzielam noz i zaczelam obskrobywac folie z masa ciastkowa z resztek placka. Noz okazal sie byc narzedziem malo skutecznym, chwycilam wiec druga reka lyzke. W tym czasie duza kropla goracej masy spadla mi z noza na dlon, parzac mnie okropnie. Klnac w duchu zaniechalam uprzednio wykonywanych czynnosci, wrzucilam do zlewu noz i lyzke i wsunelam ciastka kawowe spowrotem do pieca, zeby sie dopiekly. Zrezygnowana dokonczylam zmywanie.
Po jakichs 7- 10 minutach otworzylam piekarnik, z ktorego wydobywal sie czarny dym i won spalenizny: to resztki key lime pie na folii aluminiowej wydawaly swoje ostatnie tchnienie.
Maz, przybywszy o 16.30 do domu, zastal mnie siedzaca z szalenstwem w oczach w pobojowisku sprzetow kuchennych, trzymajaca w reku DRUGIE PUDELKO KEY LIME PIE, ktore nie wiadomo jakim cudem znalazlo sie w niewidocznym z kuchni miejscu na kanapie.
Ciastka kawowe, pomimo zakalca, okazaly sie nawet jadalne.
Byl to maz. Za 2 godziny przeprowadzal szkolenie, laczone z poczestunkiem dla szkolonych, i zastanawial sie, czy bym mu nie upiekla key lime pie (taki placek limonkowy). Czasu bylo niewiele ale co to dla mnie, upiec placek, tym bardziej, ze 2 pudelka gotowej mieszanki staly na polce.
Po dokladnym przeszukaniu calej kuchni okazalo sie, ze pudelko jest tylko jedno. Przepis wymagal wlania masy do foremki 8"x8", ja zas dysponowalam duza forma 16"x8". Drugie pudelko key lime pie byloby jak znalazl, ale w obliczu zaistnialych okolicznosci wpadlam na swietny pomysl podzielenia formy na dwa sztywna, wysoka na cal poprzeczka. Wylozylam kazda czesc gruba warstwa folii aluminiowej. W ten sposob otrzymalam dwie czesci 8"x8"; w jednej z nich mial sie znalezc placek a w drugiej postanowilam upiec ciastka kawowe.
Najpierw wlalam do formy mase key lime pie. Czas pieczenia placka wynosil 22 minuty a ciastek- 15 minut. Po 7 minutach wyjelam forme z piekarnika i wlalam do drugiej jej czesci mase, z ktorej mialy powstac pyszne ciastka kawowe. Zadowolona z siebie zabralam sie za zmywanie.
Po kolejnych 7 minutach postanowilam sprawdzic, co tez sie tam dzieje w piekarniku.
Forma key lime pie pekla, i pol masy wplynelo pieknie pod forme ciastek kawowych, tworzac pod nia urocza, zielona pierzynke. Forma, w ktorej mial znajdowac sie placek, zawierala pol centymetra sztywnego niewiadomoczego, zas kompletnie plynna masa kawowa trwala wciaz wiernie na swoim miejscu.
Postanowilam interweniowac. Wyjelam forme z piekarnika, wyciagnelam folie z key lime niewiadomoczym i umiescilam na duzej blasze. Wzielam noz i zaczelam obskrobywac folie z masa ciastkowa z resztek placka. Noz okazal sie byc narzedziem malo skutecznym, chwycilam wiec druga reka lyzke. W tym czasie duza kropla goracej masy spadla mi z noza na dlon, parzac mnie okropnie. Klnac w duchu zaniechalam uprzednio wykonywanych czynnosci, wrzucilam do zlewu noz i lyzke i wsunelam ciastka kawowe spowrotem do pieca, zeby sie dopiekly. Zrezygnowana dokonczylam zmywanie.
Po jakichs 7- 10 minutach otworzylam piekarnik, z ktorego wydobywal sie czarny dym i won spalenizny: to resztki key lime pie na folii aluminiowej wydawaly swoje ostatnie tchnienie.
Maz, przybywszy o 16.30 do domu, zastal mnie siedzaca z szalenstwem w oczach w pobojowisku sprzetow kuchennych, trzymajaca w reku DRUGIE PUDELKO KEY LIME PIE, ktore nie wiadomo jakim cudem znalazlo sie w niewidocznym z kuchni miejscu na kanapie.
Ciastka kawowe, pomimo zakalca, okazaly sie nawet jadalne.
Thursday, April 10, 2008
Kot, czyli pies
- Czy wiesz, ze jesli umrzesz sama w domu, pies bedzie wiernie warowal przy twoim martwym ciele az sam nie umrze?- zagaduje ktoregos wieczoru Maz.
- A kot?- pytam glaszczac Pom- Pom, ktora mruczy i wiernie wpatruje sie w moje oczy,
- Kot zacznie jesc twoje zwloki.
Nie wydaje mi sie, zeby Pom- Pom, poczuwszy burczenie w zoladku, zdecydowala sie na spozycie swej dobrej pani (chociaz czasem czuje sie nieswojo, gdy budze sie w nocy, z kotka siedzaca mi na piersi i przygladajaca sie mi spod przymruzonych powiek, tak jakby cos knula). Inaczej sprawa ma sie z panem: pan, w przyplywie czulosci, ma zwyczaj lapania biednego zwierzecia za malutki ogonek, czochrania mu siersci na glowie oraz noszenia na rekach i zawzietego kolysania. Nic dziwnego, ze nieszczesna ucieka gdzie pieprz rosnie, lub wdrapuje sie pod sam sufit na zrolowany dywan stojacy w kacie pokoju. Na jej miejscu zdecydowalabym sie na konsumpcje wlasnie pana. Czasami groze Mezowi, ze zadzwonie do odpowiednich instytucji, oskarze go o znecanie sie nad zwierzetami i zamkna go na 5 lat.
Oczywiscie zartuje.
Pom- Pom jest zwierzeciem wyjatkowym. Naturalnie zdaje sobie sprawe, ze 99% posiadaczy czworonogow uwaza swoich pupili za osmy cud swiata, ja jednak mialam juz wczesniej dwa koty, ktore poza spaniem, jedzeniem i okazjonalnym gonieniem wlasnego ogona nie robily nic nadzwyczajnego. Inaczej jest z Pom- Pom.
Codziennie o 5 nad ranem jestem lizana po twarzy. Koci jezyk, szorstki jak tarka sprawia, ze momentalnie sie budze. Na poczatku probowalam sie jakos od zwierzaka opedzic, ale nadaremnie: skutkowalo to jeszcze bardziej intensywnym lizaniem. Szybko zorientowalam sie, ze samotna w nocy kotka potrzebuje bladym switem pieszczot. Po 5- 10 minutach drapania pod broda i intensywnego glaskania Pom- Pom daje mi spokoj na jakies 2- 3 godziny. Potem jestem budzona lizaniem i glosnym miauczeniem, ktore oznacza: daj mi jesc!
Ciekawe, ze Maz moze spokojnie przespac cala noc bez zaklocen, a takie nocne atrakcje sa serwowane tylko mnie. Pewnie Pom- Pom wie, ze u meza nic nie wskora. A moze po prostu zdecydowala zwracac sie bezposrednio do tej NAJWAZNIEJSZEJ osoby w domu? Chyba jednak to drugie.
Okolo godziny 9 zabieram sie do pracy przy komputerze a kotka zabiera sie do biegu z przeszkodami po mieszkaniu, przerywanego od czasu do czasu zabawa. Na pierwszy ogien ida wszelkiego rodzaju papiery: zostaja bezlitosnie zrzucone na podloge. Potem przychodzi czas na pogon za kapslem od piwa, pluszowa kaczuszka, oraz na siedzenie na lodowce i kopanie w doniczce z roslina. Wszystko, co sie blyszczy jest potencjalna zabawka, szybko wiec nauczylam sie chowac bizuterie i spinki do wlosow.
Poza balaganem straty zwiazane z taka zabawa sa niewielkie: Pom- Pom, skupiwszy sie na naszej skajowej kanapie, nie drapie juz innych mebli.
Okolo poludnia wychodze na basen. Kazde otwarcie drzwi do mieszkania grozi nagla ucieczka kotki. Wystarczy chwila nieuwagi- i juz musze ja gonic po korytarzu (ktory jest dlugi i krety, wprost stworzony do zabawy w ganianego).
Gdy wracam do domu, jestem witana glosnym, tesknym miauczeniem oraz usciskami, ktorymi sa obdarowywane moje nogi. Czesto zakladam jej wtedy smycz i idziemy na maly spacer. Pom- Pom, pokonawszy strach przed dzwiekiem silnikow samochodow, idzie dzielnie z wiatrem i pod wiatr, ciagnac czasem tak silnie, ze musze za nia biec.
Kilka razy dziennie Pom- Pom wskakuje na blat kuchenny lub na zlew w lazience i wydaje z siebie dzwiek oznaczajacy: daj mi pic! Odkrecam wtedy wode w kranie, aby kotka mogla zaspokoic pragnienie. Woda pozostawiona w miseczce budzi sprzeciw i konczy rozlana na podlodze.
Pora popoludniowa to czas na zabawy interaktywne. Pom- Pom przychodzi na zawolanie oraz pieknie staje slupka na komende "Up!". Bawi sie ciagnietymi po podlodze koralikami oraz pileczka umieszczona na koncu patyka ze sznurkiem, ktora przed nia macham. Kotka towarzyszy mi rowniez, gdy biore prysznic: siedzi za plastikowa, przezroczysta zaslonka i patrzy na splywajaca po niej wode. Wieczorem, gdy ogladamy z Mezem film w telewizji, Pom- Pom oglada z nami, zajmujac miejsce na lodowce, lub tez spi na podlodze, wyciagnieta na plecach z lapami w powietrzu.
Maz, wielbiciel psow twierdzi, ze nasza kotka to szczenie w kociej skorze i nazywa ja "swoim malym pieskiem". Ja podchodze do tego stwierdzenia z lekkim dystansem, ale rowniez nie moge oprzec sie wrazeniu, ze ten kot jest jakis "inny".
Bardzo sie ciesze, ze Pom- Pom jest z nami; dzieki niej nie jestem sama w domu, gdy maz jest w pracy, no i oczywiscie mam co robic: trzeba przeciez pozbierac papiery z podlogi i upchnac ziemie spowrotem do doniczki...
- A kot?- pytam glaszczac Pom- Pom, ktora mruczy i wiernie wpatruje sie w moje oczy,
- Kot zacznie jesc twoje zwloki.
Nie wydaje mi sie, zeby Pom- Pom, poczuwszy burczenie w zoladku, zdecydowala sie na spozycie swej dobrej pani (chociaz czasem czuje sie nieswojo, gdy budze sie w nocy, z kotka siedzaca mi na piersi i przygladajaca sie mi spod przymruzonych powiek, tak jakby cos knula). Inaczej sprawa ma sie z panem: pan, w przyplywie czulosci, ma zwyczaj lapania biednego zwierzecia za malutki ogonek, czochrania mu siersci na glowie oraz noszenia na rekach i zawzietego kolysania. Nic dziwnego, ze nieszczesna ucieka gdzie pieprz rosnie, lub wdrapuje sie pod sam sufit na zrolowany dywan stojacy w kacie pokoju. Na jej miejscu zdecydowalabym sie na konsumpcje wlasnie pana. Czasami groze Mezowi, ze zadzwonie do odpowiednich instytucji, oskarze go o znecanie sie nad zwierzetami i zamkna go na 5 lat.
Oczywiscie zartuje.
Pom- Pom jest zwierzeciem wyjatkowym. Naturalnie zdaje sobie sprawe, ze 99% posiadaczy czworonogow uwaza swoich pupili za osmy cud swiata, ja jednak mialam juz wczesniej dwa koty, ktore poza spaniem, jedzeniem i okazjonalnym gonieniem wlasnego ogona nie robily nic nadzwyczajnego. Inaczej jest z Pom- Pom.
Codziennie o 5 nad ranem jestem lizana po twarzy. Koci jezyk, szorstki jak tarka sprawia, ze momentalnie sie budze. Na poczatku probowalam sie jakos od zwierzaka opedzic, ale nadaremnie: skutkowalo to jeszcze bardziej intensywnym lizaniem. Szybko zorientowalam sie, ze samotna w nocy kotka potrzebuje bladym switem pieszczot. Po 5- 10 minutach drapania pod broda i intensywnego glaskania Pom- Pom daje mi spokoj na jakies 2- 3 godziny. Potem jestem budzona lizaniem i glosnym miauczeniem, ktore oznacza: daj mi jesc!
Ciekawe, ze Maz moze spokojnie przespac cala noc bez zaklocen, a takie nocne atrakcje sa serwowane tylko mnie. Pewnie Pom- Pom wie, ze u meza nic nie wskora. A moze po prostu zdecydowala zwracac sie bezposrednio do tej NAJWAZNIEJSZEJ osoby w domu? Chyba jednak to drugie.
Okolo godziny 9 zabieram sie do pracy przy komputerze a kotka zabiera sie do biegu z przeszkodami po mieszkaniu, przerywanego od czasu do czasu zabawa. Na pierwszy ogien ida wszelkiego rodzaju papiery: zostaja bezlitosnie zrzucone na podloge. Potem przychodzi czas na pogon za kapslem od piwa, pluszowa kaczuszka, oraz na siedzenie na lodowce i kopanie w doniczce z roslina. Wszystko, co sie blyszczy jest potencjalna zabawka, szybko wiec nauczylam sie chowac bizuterie i spinki do wlosow.
Poza balaganem straty zwiazane z taka zabawa sa niewielkie: Pom- Pom, skupiwszy sie na naszej skajowej kanapie, nie drapie juz innych mebli.
Okolo poludnia wychodze na basen. Kazde otwarcie drzwi do mieszkania grozi nagla ucieczka kotki. Wystarczy chwila nieuwagi- i juz musze ja gonic po korytarzu (ktory jest dlugi i krety, wprost stworzony do zabawy w ganianego).
Gdy wracam do domu, jestem witana glosnym, tesknym miauczeniem oraz usciskami, ktorymi sa obdarowywane moje nogi. Czesto zakladam jej wtedy smycz i idziemy na maly spacer. Pom- Pom, pokonawszy strach przed dzwiekiem silnikow samochodow, idzie dzielnie z wiatrem i pod wiatr, ciagnac czasem tak silnie, ze musze za nia biec.
Kilka razy dziennie Pom- Pom wskakuje na blat kuchenny lub na zlew w lazience i wydaje z siebie dzwiek oznaczajacy: daj mi pic! Odkrecam wtedy wode w kranie, aby kotka mogla zaspokoic pragnienie. Woda pozostawiona w miseczce budzi sprzeciw i konczy rozlana na podlodze.
Pora popoludniowa to czas na zabawy interaktywne. Pom- Pom przychodzi na zawolanie oraz pieknie staje slupka na komende "Up!". Bawi sie ciagnietymi po podlodze koralikami oraz pileczka umieszczona na koncu patyka ze sznurkiem, ktora przed nia macham. Kotka towarzyszy mi rowniez, gdy biore prysznic: siedzi za plastikowa, przezroczysta zaslonka i patrzy na splywajaca po niej wode. Wieczorem, gdy ogladamy z Mezem film w telewizji, Pom- Pom oglada z nami, zajmujac miejsce na lodowce, lub tez spi na podlodze, wyciagnieta na plecach z lapami w powietrzu.
Maz, wielbiciel psow twierdzi, ze nasza kotka to szczenie w kociej skorze i nazywa ja "swoim malym pieskiem". Ja podchodze do tego stwierdzenia z lekkim dystansem, ale rowniez nie moge oprzec sie wrazeniu, ze ten kot jest jakis "inny".
Bardzo sie ciesze, ze Pom- Pom jest z nami; dzieki niej nie jestem sama w domu, gdy maz jest w pracy, no i oczywiscie mam co robic: trzeba przeciez pozbierac papiery z podlogi i upchnac ziemie spowrotem do doniczki...
Saturday, April 5, 2008
Biznes
S., wlasciciel budynku w ktorym mieszkamy, to postac bardzo barwna. Widac, ze wiele przeszedl: pracowal w wielu miejscach, wielu rzeczy doswiadczyl, przezyl okropny wypadek samochodowy, w wyniku ktorego ma tzw. "leniwe oko".
Jakims cudem S. wszedl w posiadanie ogromnych pieniedzy (podejrzewamy, ze to z ubezpieczenia za ten wypadek), ktore z mniejszym lub wiekszym powodzeniem inwestuje. Ma kilka spolek, kilka domow, klubow i restauracji oraz zna cala mase osob. Ma rowniez mnostwo pomyslow jak zarobic jeszcze wieksze pieniadze. Oprowadzajac mnie po naszym budynku opowiedzial mi o najnowszym: chce stworzyc cos dzialajace na zasadzie serwisu oferujacego zakup dzwonkow do telefonow komorkowych: jedna taka usluga kosztuje $1, ale jesli w ciagu dnia 100 osob sciagnie taki dzwonek, to juz mamy $10.
Jak tylko S., dowiedzial sie, ze robie strony internetowe, postanowil wtajemniczyc nas w szczegoly swojego pomyslu. Zaprosil nas na lunch do pobliskiej biblioteko- kawiarni (ktora, nawiasem mowiac, ma najlepsze na swiecie kanapki z warzywami) aby nam cala sprawe naswietlic.
Jadac z Mezem do biblioteki rozmyslalam o tym calym interesie, i po przeanalizowaniu sprawy stwierdzilam, ze jesli tylko rzecz jest legalna to w sumie czemu nie. To, co uslyszalam od S. sprawilo jednak, ze kanapka z awokado nabrala dziwnego smaku goryczy.
Wyobrazmy sobie sytuacje, gdy wracajacy z delegacji mezczyzna, przed powrotem do zony pragnie kilka godzin spedzic ze swoja kochanka. Sprawa nie jest jednak taka prosta- nalezy znalezc jakies wiarygodne wytlumaczenie dla polowicy (stworzenia z natury podejrzliwego). W tym celu mezczyzna dzwoni pod numer serwisowy 1-800-WYTLUMACZENIE i wybiera z menu dzwiek, ktory bedzie odgrywany w tle w trakcie jego rozmowy z zona. Wybiera nastepnie, na zasadzie rozmowy konferencyjnej, numer niczego nieswiadomej kobiety, i, przy akompaniamencie startujacych samolotow i megafonow, mowi zmeczonym glosem:
- Kochanie, utknalem na lotnisku. Moj lot jest opozniony o 5 godzin, nie czekaj z kolacja. Bede rano.
Zona, nieco rozczarowana faktem, ze maz nie zje pysznego spaghetti, ktore przygotowala, czuje sie jednak uspokojona: zadzwonil, zyje, wszystko w porzadku, przeciez to nie jego wina, ze lot jest opozniony. W tym czasie niewierny znajduje sie juz w domu kochanki.
Jakze przydatny serwis! Za jedyne $0.99 zapewnisz zonie spokoj a sobie wspaniale chwile! Dzwon teraz!
Legalne? Legalne.
Zarobi pieniadze? A jakze!
Po wysluchaniu calego planu obiecalismy S., ze sprawe przemyslimy i damy mu odpowiedz.
Malzonek byl sklonny wejsc w ten biznes, nie da sie ukryc, ze zarobilibysmy na tym niezle pieniadze oraz zdobyli rozglos. Mnie sumienie podpowiada "nie".
Nie chce przykladac reki do czyjegos nieszczescia. Oczywiscie, zdaje sobie sprawe, ze jesli ktos chce zdradzic, to i tak zdradzi, i ze moje zadanie polegaloby jedynie na stworzeniu informacyjnej strony internetowej. Nie moge jednak pogodzic sie z mysla, ze dzieki mojemu tworowi niewierni malzonkowie/ niewierne malzonki (lub, na przyklad, zbuntowane dzieciaki, ktore zamiast byc w szkole kupuja nielegalnie alkohol lub pala ziolo) beda mieli ulatwione zadanie. Nie wyobrazam sobie zadnego innego zastosowania dla tego serwisu, jak tylko oszukanie kogos. Nie chce, aby w przyszlosci jakas moja przyjaciolka czy znajoma opowiedziala mi historie swojego rozwodu; jak to jej maz dzwonil na serwis "wytlumaczenie" a potem do niej, tlumaczac, ze jest w szpitalu z chorym kolega, a de facto bawil sie w doktora ze swoja sekretarka.
Coz. Wyglada na to, ze pieniadze i slawa beda musialy poczekac a S. bedzie musial znalezc sobie innego webmastera.
Jakims cudem S. wszedl w posiadanie ogromnych pieniedzy (podejrzewamy, ze to z ubezpieczenia za ten wypadek), ktore z mniejszym lub wiekszym powodzeniem inwestuje. Ma kilka spolek, kilka domow, klubow i restauracji oraz zna cala mase osob. Ma rowniez mnostwo pomyslow jak zarobic jeszcze wieksze pieniadze. Oprowadzajac mnie po naszym budynku opowiedzial mi o najnowszym: chce stworzyc cos dzialajace na zasadzie serwisu oferujacego zakup dzwonkow do telefonow komorkowych: jedna taka usluga kosztuje $1, ale jesli w ciagu dnia 100 osob sciagnie taki dzwonek, to juz mamy $10.
Jak tylko S., dowiedzial sie, ze robie strony internetowe, postanowil wtajemniczyc nas w szczegoly swojego pomyslu. Zaprosil nas na lunch do pobliskiej biblioteko- kawiarni (ktora, nawiasem mowiac, ma najlepsze na swiecie kanapki z warzywami) aby nam cala sprawe naswietlic.
Jadac z Mezem do biblioteki rozmyslalam o tym calym interesie, i po przeanalizowaniu sprawy stwierdzilam, ze jesli tylko rzecz jest legalna to w sumie czemu nie. To, co uslyszalam od S. sprawilo jednak, ze kanapka z awokado nabrala dziwnego smaku goryczy.
Wyobrazmy sobie sytuacje, gdy wracajacy z delegacji mezczyzna, przed powrotem do zony pragnie kilka godzin spedzic ze swoja kochanka. Sprawa nie jest jednak taka prosta- nalezy znalezc jakies wiarygodne wytlumaczenie dla polowicy (stworzenia z natury podejrzliwego). W tym celu mezczyzna dzwoni pod numer serwisowy 1-800-WYTLUMACZENIE i wybiera z menu dzwiek, ktory bedzie odgrywany w tle w trakcie jego rozmowy z zona. Wybiera nastepnie, na zasadzie rozmowy konferencyjnej, numer niczego nieswiadomej kobiety, i, przy akompaniamencie startujacych samolotow i megafonow, mowi zmeczonym glosem:
- Kochanie, utknalem na lotnisku. Moj lot jest opozniony o 5 godzin, nie czekaj z kolacja. Bede rano.
Zona, nieco rozczarowana faktem, ze maz nie zje pysznego spaghetti, ktore przygotowala, czuje sie jednak uspokojona: zadzwonil, zyje, wszystko w porzadku, przeciez to nie jego wina, ze lot jest opozniony. W tym czasie niewierny znajduje sie juz w domu kochanki.
Jakze przydatny serwis! Za jedyne $0.99 zapewnisz zonie spokoj a sobie wspaniale chwile! Dzwon teraz!
Legalne? Legalne.
Zarobi pieniadze? A jakze!
Po wysluchaniu calego planu obiecalismy S., ze sprawe przemyslimy i damy mu odpowiedz.
Malzonek byl sklonny wejsc w ten biznes, nie da sie ukryc, ze zarobilibysmy na tym niezle pieniadze oraz zdobyli rozglos. Mnie sumienie podpowiada "nie".
Nie chce przykladac reki do czyjegos nieszczescia. Oczywiscie, zdaje sobie sprawe, ze jesli ktos chce zdradzic, to i tak zdradzi, i ze moje zadanie polegaloby jedynie na stworzeniu informacyjnej strony internetowej. Nie moge jednak pogodzic sie z mysla, ze dzieki mojemu tworowi niewierni malzonkowie/ niewierne malzonki (lub, na przyklad, zbuntowane dzieciaki, ktore zamiast byc w szkole kupuja nielegalnie alkohol lub pala ziolo) beda mieli ulatwione zadanie. Nie wyobrazam sobie zadnego innego zastosowania dla tego serwisu, jak tylko oszukanie kogos. Nie chce, aby w przyszlosci jakas moja przyjaciolka czy znajoma opowiedziala mi historie swojego rozwodu; jak to jej maz dzwonil na serwis "wytlumaczenie" a potem do niej, tlumaczac, ze jest w szpitalu z chorym kolega, a de facto bawil sie w doktora ze swoja sekretarka.
Coz. Wyglada na to, ze pieniadze i slawa beda musialy poczekac a S. bedzie musial znalezc sobie innego webmastera.
Sunday, March 30, 2008
Normalnie horror
Wieczor, nasze mieszkanie. Siedzimy z Mezem na kanapie, z nogami wygodnie opartymi na kawowym stoliku, na ktorym pala sie swieczki. Ogladamy film, pogryzamy cynamonowe krakersy. Sielanka.
Na stolik wdziecznie wskakuje Pom- Pom, mruczac glosno i proszac o krakersa. Odlamuje kawalek i klade na brzegu stolu. Kotka zbliza sie do niego i, krecac sie w poszukiwaniu wygodnej pozycji, PODPALA SOBIE RESZTKI OGONA. Futro plonie jasnym, ale krotkim plomieniem: gasimy je z mezem klepiac kota. Do konsumpcji krakersa nie dochodzi- Pom- Pom, zdenerwowana naszym klepaniem, ucieka ze stolu. W powietrzu rozchodzi sie swad palonych wlosow. Kotka, nie zdajac sobie sprawy, co tak naprawde sie stalo, chodzi po mieszkaniu weszac w poszukiwaniu zrodla dziwnego zapachu. Wyglada na to, ze nic nie poczula- plomien nie dotarl do skory.
Kontynuujemy ogladanie filmu. Pom- Pom wylizuje sobie resztki spalenizny po czym zapada w gleboki sen.
Dobrze, ze ten kot nie mial ogona "od nowosci"; bo po opaleniu wygladalby jak szczur.
Na stolik wdziecznie wskakuje Pom- Pom, mruczac glosno i proszac o krakersa. Odlamuje kawalek i klade na brzegu stolu. Kotka zbliza sie do niego i, krecac sie w poszukiwaniu wygodnej pozycji, PODPALA SOBIE RESZTKI OGONA. Futro plonie jasnym, ale krotkim plomieniem: gasimy je z mezem klepiac kota. Do konsumpcji krakersa nie dochodzi- Pom- Pom, zdenerwowana naszym klepaniem, ucieka ze stolu. W powietrzu rozchodzi sie swad palonych wlosow. Kotka, nie zdajac sobie sprawy, co tak naprawde sie stalo, chodzi po mieszkaniu weszac w poszukiwaniu zrodla dziwnego zapachu. Wyglada na to, ze nic nie poczula- plomien nie dotarl do skory.
Kontynuujemy ogladanie filmu. Pom- Pom wylizuje sobie resztki spalenizny po czym zapada w gleboki sen.
Dobrze, ze ten kot nie mial ogona "od nowosci"; bo po opaleniu wygladalby jak szczur.
Saturday, March 29, 2008
Z serii: fajny film wczoraj widzialam- "God Grew Tired Of Us"
"God Grew Tired Of Us" (http://www.godgrewtiredofus.com/) to film dokumentalny opisujacy historie mlodych Sudanczykow, zmuszonych do ucieczki z kraju ojczystego. Przemierzaja Etiopie i Kenie. W koncu, 15 lat pozniej, rzad amerykanski udziela wielu z nich pomocy w postaci przesiedlenia ich do Stanow Zjednoczonych. Mezczyzni, ktorzy nigdy wczesniej nie mieli do czynienia z elektrycznoscia, kranem, prysznicem, mikrofalowka, musza odnalezc sie w nowej sytuacji.
Sudanczycy, zyjacy teraz w kraju dobrobytu i wolnosci, nie zapomnieli jednak o swoich rodzinach w Afryce. Jednemu z nich udaje sie odnalezc matke i siostre i sprowadzic je do Ameryki. Inny konczy studia i wraca do Sudanu, aby krzewic oswiate i budowac szkoly.
"God Grew Tired Of Us" na dlugo pozostanie w mojej pamieci, nie tylko ze wzgledu na to, ze pokazuje patriotyzm i przywiazanie do tradycji i kultury. Film zmusil mnie do przemyslen:
1. Jak musi czuc sie czlowiek, ktory nie wie jak obslugiwac wiekszosc sprzetow AGD? Wyobrazmy sobie sytuacje odwrotna: nie wiem, jak czulabym sie, gdyby ktos nagle wywiozl mnie do Sudanu i kazal zyc BEZ elektrycznosci, BEZ prysznica, BEZ pralki... Mysle, ze podobnie do tych mlodych Sudanczykow: bylabym kompletnie zdezorientowana.
2. Mezczyzni zostali przesiedleni do wielkich, amerykanskich metropolii: Nowy Jork i Pittsburgh, Pennsylvania. Nie trudno sobie wyobrazic, jak wielkie problemy sprawilo im zaadaptowanie sie do nowego srodowiska. Niewyksztalceni, musieli na poczatku pracowac w fabrykach lub hipermarketach. Zastanawia mnie, czemu rzad amerykanski nie wybral dla nich bardziej przyjaznego miejsca- wsi lub malego miasteczka, gdzie mieliby (tak jak w ojczyznie) kontakt z natura, mogliby wydoic krowe, jezdzic konno, pracowac przy uprawach pol. Mysle, ze w takich warunkach adaptacja przebiegalaby stopniowo, mezczyzni mieliby wieksze szanse na znalezienie pracy, ktora daje im radosc, oraz wieksze prawdopodobienstwo na znalezienie uczciwej, dobrej zony (w sumie wszystko obrocilo sie na ich korzysc, ale nie bede zdradzac szczegolow filmu tym, ktorzy chcieliby go obejrzec).
3. Jeden z mezczyzn zostal rozdzielony ze swoja matka, gdy mial jakies 10 lat. Po 15 latach udalo mu sie ja odnalezc i zobaczyc ponownie. Mysle, ze musial byc to duzy szok, zarowno dla niego jak i dla niej: po 15 latach oboje sa juz przeciez innymi ludzmi, ona- kobieta z Afryki po przejsciach, on- mieszkajacy w Ameryce dojrzaly mezczyzna. Ciekawi mnie, jak udalo im sie poznac sie na nowo i zaakceptowac odmiennosc od obrazu, ktory na pewno ksztaltowal sie w ich umyslach przez wszystkie te lata.
Goraco polecam. Na pewno jest w polskich wypozyczalniach. A moze ktos juz widzial?
Sudanczycy, zyjacy teraz w kraju dobrobytu i wolnosci, nie zapomnieli jednak o swoich rodzinach w Afryce. Jednemu z nich udaje sie odnalezc matke i siostre i sprowadzic je do Ameryki. Inny konczy studia i wraca do Sudanu, aby krzewic oswiate i budowac szkoly.
"God Grew Tired Of Us" na dlugo pozostanie w mojej pamieci, nie tylko ze wzgledu na to, ze pokazuje patriotyzm i przywiazanie do tradycji i kultury. Film zmusil mnie do przemyslen:
1. Jak musi czuc sie czlowiek, ktory nie wie jak obslugiwac wiekszosc sprzetow AGD? Wyobrazmy sobie sytuacje odwrotna: nie wiem, jak czulabym sie, gdyby ktos nagle wywiozl mnie do Sudanu i kazal zyc BEZ elektrycznosci, BEZ prysznica, BEZ pralki... Mysle, ze podobnie do tych mlodych Sudanczykow: bylabym kompletnie zdezorientowana.
2. Mezczyzni zostali przesiedleni do wielkich, amerykanskich metropolii: Nowy Jork i Pittsburgh, Pennsylvania. Nie trudno sobie wyobrazic, jak wielkie problemy sprawilo im zaadaptowanie sie do nowego srodowiska. Niewyksztalceni, musieli na poczatku pracowac w fabrykach lub hipermarketach. Zastanawia mnie, czemu rzad amerykanski nie wybral dla nich bardziej przyjaznego miejsca- wsi lub malego miasteczka, gdzie mieliby (tak jak w ojczyznie) kontakt z natura, mogliby wydoic krowe, jezdzic konno, pracowac przy uprawach pol. Mysle, ze w takich warunkach adaptacja przebiegalaby stopniowo, mezczyzni mieliby wieksze szanse na znalezienie pracy, ktora daje im radosc, oraz wieksze prawdopodobienstwo na znalezienie uczciwej, dobrej zony (w sumie wszystko obrocilo sie na ich korzysc, ale nie bede zdradzac szczegolow filmu tym, ktorzy chcieliby go obejrzec).
3. Jeden z mezczyzn zostal rozdzielony ze swoja matka, gdy mial jakies 10 lat. Po 15 latach udalo mu sie ja odnalezc i zobaczyc ponownie. Mysle, ze musial byc to duzy szok, zarowno dla niego jak i dla niej: po 15 latach oboje sa juz przeciez innymi ludzmi, ona- kobieta z Afryki po przejsciach, on- mieszkajacy w Ameryce dojrzaly mezczyzna. Ciekawi mnie, jak udalo im sie poznac sie na nowo i zaakceptowac odmiennosc od obrazu, ktory na pewno ksztaltowal sie w ich umyslach przez wszystkie te lata.
Goraco polecam. Na pewno jest w polskich wypozyczalniach. A moze ktos juz widzial?
Friday, March 21, 2008
"I'm Polish" vs. "I'm from Poland"
W ciagu ostatnich kilku miesiecy mialam przyjemnosc poznac mase ludzi. Niektorzy, uslyszawszy moj akcent i dowiedziawszy sie, skad pochodze, wykrzykiwali radosnie: Oh, I'm Polish too!
Naiwnie wierzylam, ze ci ludzie, deklarujacy sie jako Polacy, beda umieli zamienic pare slow w jezyku ojczystym, jednak przekonalam sie niebawem, ze istnieje zasadnicza roznica miedzy sformulowaniem "I'm Polish" i "I'm from Poland". To pierwsze opisuje pochodzenie, korzenie, sygnalizuje, ze mama, babcia lub ktos inny z rodziny byl (jest) Polakiem, ale delikwent wcale nie musi znac mowy przodkow. To drugie daje nam jasno do zrozumienia: jestem Polakiem, znam jezyk polski.
Teraz, gdy dowiaduje sie, ze ktos jest "Polish", prowadze konwersacje w kierunku rodziny i historii, jesli zas osoba dumnie stwierdza "I'm from Poland", pytam "Jak sie masz?".
Naiwnie wierzylam, ze ci ludzie, deklarujacy sie jako Polacy, beda umieli zamienic pare slow w jezyku ojczystym, jednak przekonalam sie niebawem, ze istnieje zasadnicza roznica miedzy sformulowaniem "I'm Polish" i "I'm from Poland". To pierwsze opisuje pochodzenie, korzenie, sygnalizuje, ze mama, babcia lub ktos inny z rodziny byl (jest) Polakiem, ale delikwent wcale nie musi znac mowy przodkow. To drugie daje nam jasno do zrozumienia: jestem Polakiem, znam jezyk polski.
Teraz, gdy dowiaduje sie, ze ktos jest "Polish", prowadze konwersacje w kierunku rodziny i historii, jesli zas osoba dumnie stwierdza "I'm from Poland", pytam "Jak sie masz?".
Sunday, March 16, 2008
Kurza kupa
Znalazlam w sklepie taki oto produkt:
Pomadka ochronna
KURZA KUPA
(nie zawiera kurzej kupy)
a pod spodem haslo reklamowe:
"Posmaruj usta kurza kupa, to nie bedziesz ich lizac"
(cos w tym jest).
nie wierzycie? Sprawdzcie tu:
http://www.drugstore.com/products/prod.asp?pid=155686&aid=336064&aparam=chicken_poop_lipstick
Pomadka ochronna
KURZA KUPA
(nie zawiera kurzej kupy)
a pod spodem haslo reklamowe:
"Posmaruj usta kurza kupa, to nie bedziesz ich lizac"
(cos w tym jest).
nie wierzycie? Sprawdzcie tu:
http://www.drugstore.com/products/prod.asp?pid=155686&aid=336064&aparam=chicken_poop_lipstick
Wednesday, March 12, 2008
Ommmmmm.........
F. jest malym miasteczkiem liczacym sobie tylko 9.5 tysiaca mieszkancow. Tu przestepczosc praktycznie nie wystepuje. Norma jest zostawianie na parkingu hipermarketu samochodu z wlaczonym silnikiem i kluczykami w srodku, bo, na przyklad, zapowiadaja nam sie dlugie zakupy, i nie chcemy pozniej miec problemu z uruchomieniem auta (Polacy, przyzwyczajeni do dlugich zim, wiedza o czym mowie), lub wewnatrz grzeje sie pozostawiony na czas zakupow pies. W F. zycie plynie spokojnie a ludzie mijaja sie z usmiechem i pozdrowieniem na ustach. Czasem nad autostrada przefruwaja dzikie indyki a na niebie pojawiaja sie klucze gegajacych glosno gesi. Sklepy zamykane sa o 11 wieczorem (bylo to dla mnie duzym zaskoczeniem, bo gdy w B., w Alabamie, o 3 nad ranem zachcialoby mi sie ciastek, znalazlabym kilkanascie miejsc, w ktorych moglabym zaspokoic potrzebe).
Ktos pewnie zainteresuje sie dlaczego najwieksze studio fotograficzne na swiecie ma swa siedzibe wlasnie tutaj. Odpowiedz jest zaskakujaca: bo jego szefowie uprawiaja TM (medytacje transcendentalna), a F. (w ktorym znajduje sie Uniwersytet Biznesu zalozony przez Maharishi Mahesha) jest wlasnie swoista "mekka" dla medytujacych, a takze ludzi pragnacych zyc zdrowo i odzywiac sie prawidlowo. W restauracjach kroluja potrawy wegetarianskie i przygotowane z ekologicznej zywnosci. Gdy poprosisz o herbate, zostaniesz przez kelnera zasypany nazwami i rodzajami herbat z calego swiata.
Moj Maz bardzo sie dziwil, dlaczego jego nowe biuro jest wyposazone w szklane drzwi (w reszcie pomieszczen sa one pelne, drewniane). "Chcecie mnie lepiej kontrolowac?"- pytal pol zartem- pol serio. Jakiez bylo jego zdziwienie gdy wytlumaczono mu, ze jego biuro, wraz z oknem znajdujacym sie na przeciwko jego drzwi w srodku oraz oknem na korytarzu, ulokowane jest na osi polnoc- poludnie. Maz, jako "nowy narybek" zostal tam specjalnie umieszczony, aby mogl bez przeszkod chlonac pozytywna energie, ktora tam sie wrecz panoszy, oraz dobrze sie aklimatyzowac.
Kazdy szanujacy sie budynek ma tu wejscie od wschodu (ma to zapewnic przeplyw dobrej energii). Wlasciciel tego, w ktorym mieszkamy, musial takie wejscie specjalnie dobudowac, bo nikt w F. nie chcial wynajmowac od niego mieszkan.
Szef Meza zaprosil go na obiad do siebie do domu. Zapytany o ktorej ma sie ona zaczac, odparl z namyslem:
- Hmmm... wracam z pracy o 5, pomedytuje ze dwie godziny.... przyjdz o 8.
Pokoje do medytacji sa tu norma. W pracy Meza tez jest jeden (jakby ktos, na przyklad w trakcie lunchu, poczul nieodparta potrzebe zapewnienia sobie strawy nie tylko dla ciala, ale i dla ducha).
W swietle tego, co napisalam wyzej, historia z weterynarzem (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID297395029,index.html) przestaje dziwic. Wyglada na to, ze trafilam w interesujace miejsce. Bedzie ciekawie.
Ktos pewnie zainteresuje sie dlaczego najwieksze studio fotograficzne na swiecie ma swa siedzibe wlasnie tutaj. Odpowiedz jest zaskakujaca: bo jego szefowie uprawiaja TM (medytacje transcendentalna), a F. (w ktorym znajduje sie Uniwersytet Biznesu zalozony przez Maharishi Mahesha) jest wlasnie swoista "mekka" dla medytujacych, a takze ludzi pragnacych zyc zdrowo i odzywiac sie prawidlowo. W restauracjach kroluja potrawy wegetarianskie i przygotowane z ekologicznej zywnosci. Gdy poprosisz o herbate, zostaniesz przez kelnera zasypany nazwami i rodzajami herbat z calego swiata.
Moj Maz bardzo sie dziwil, dlaczego jego nowe biuro jest wyposazone w szklane drzwi (w reszcie pomieszczen sa one pelne, drewniane). "Chcecie mnie lepiej kontrolowac?"- pytal pol zartem- pol serio. Jakiez bylo jego zdziwienie gdy wytlumaczono mu, ze jego biuro, wraz z oknem znajdujacym sie na przeciwko jego drzwi w srodku oraz oknem na korytarzu, ulokowane jest na osi polnoc- poludnie. Maz, jako "nowy narybek" zostal tam specjalnie umieszczony, aby mogl bez przeszkod chlonac pozytywna energie, ktora tam sie wrecz panoszy, oraz dobrze sie aklimatyzowac.
Kazdy szanujacy sie budynek ma tu wejscie od wschodu (ma to zapewnic przeplyw dobrej energii). Wlasciciel tego, w ktorym mieszkamy, musial takie wejscie specjalnie dobudowac, bo nikt w F. nie chcial wynajmowac od niego mieszkan.
Szef Meza zaprosil go na obiad do siebie do domu. Zapytany o ktorej ma sie ona zaczac, odparl z namyslem:
- Hmmm... wracam z pracy o 5, pomedytuje ze dwie godziny.... przyjdz o 8.
Pokoje do medytacji sa tu norma. W pracy Meza tez jest jeden (jakby ktos, na przyklad w trakcie lunchu, poczul nieodparta potrzebe zapewnienia sobie strawy nie tylko dla ciala, ale i dla ducha).
W swietle tego, co napisalam wyzej, historia z weterynarzem (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID297395029,index.html) przestaje dziwic. Wyglada na to, ze trafilam w interesujace miejsce. Bedzie ciekawie.
Friday, March 7, 2008
Los Angeles Marathon
Juz drugi raz bylam swiadkiem maratonu w Los Angeles, ale za kazdym razem robi on na mnie takie samo wrazenie. Widok ludzi walczacych z wlasnymi slabosciami, w pocie czola pokonujacymi kolejne mile sprawia, ze chce mi sie byc lepszym czlowiekiem.
W maratonie biegna starzy i mlodzi, grubi i chudzi, profesjonalisci i amatorzy, czarni, biali, zolci, mieszancy, pelnosprawni i niepelnosprawni. Biegnie facet przebrany za kelnera, inny- za rzymskiego legioniste. Jeden biegnie na bosaka a inny bez koszulki. Pracujac na linii mety spotkalam znajomego, ubranego w okulary, czarne spodnie, czarny t-shirt i czarna peruke z dlugich, kreconych wlosow. Za nim bieglo jesze kilka osob wygladajacych dokladnie tak samo. Stanowili oni "Grupe Slash'ow" (oczywiscie chodzi tu o Slash'a z legendarnej grupy Guns N' Roses).
Na linii mety mozna zaobserwowac rozne ciekawe zachowania ludzkie. Pomijam juz fakt, ze niektorzy ze zmeczenia wymiotuja lub mdleja (na boku czeka kolejka policjantow i sanitariuszy przygotowanych do akcji): ludzie rowniez skacza do gory, krzycza "thank you Jesus" albo "yes, Lord, yes", spiewaja, staja na rekach, caluja otrzymany przed chwila pamiatkowy medal.
Poza tym, pracujac na linii finiszowej, mozna najesc sie do woli belgijskiej czekolady i jablek (przygotowanych dla maratonczykow, ktorzy po tak dlugim biegu musza uzupelnic zapasy energii). Byc fotografem nie jest zle.
Pierwszy do mety dobija oczywiscie Kenijczyk, z czasem lekko ponad 2 godziny. Kenijczycy przoduja w maratonach dzieki swojej niesamowitej pojemnosci pluc (moj tesc zartuje, ze w Kenii praktykuje sie biegi uciekajac przed lwami, stad takie dobre osiagniecia).
Z czasem krotszym niz 4 godziny (co jest wciaz bardzo dobrym wynikiem) dobiega mezczyzna pchajac przed soba wozek z chora coreczka. Niepelnosprawni (psychicznie i fizycznie) sa dowozeni przez swoich opiekunow na linie mety po czym PODNOSZA SIE Z WOZKOW i przechodza przez czerwona linie. Ci, ktorzy nie moga chodzic wstaja, a ich opiekunowie przesuwaja im nogi, jedna za druga. Tlum gromadzi sie wokolo, klaszcze, na twarzach ludzi (czasem ludzi z porazeniem mozgowym) maluje sie ogromna radosc: pokonali wlasna niemoc.
Na maratonie wszyscy sa rowni, nie wazne, czy jestes sportowcem, grubasem czy niepelnosprawnym. Tutaj zacieraja sie wszystkie granice. Mam nadzieje, ze pewnego dnia i ja przebiegne 26 mil i 385 jardow, biorac tym samym udzial w tej wspanialej afirmacji zycia, radosci i rownosci.
W maratonie biegna starzy i mlodzi, grubi i chudzi, profesjonalisci i amatorzy, czarni, biali, zolci, mieszancy, pelnosprawni i niepelnosprawni. Biegnie facet przebrany za kelnera, inny- za rzymskiego legioniste. Jeden biegnie na bosaka a inny bez koszulki. Pracujac na linii mety spotkalam znajomego, ubranego w okulary, czarne spodnie, czarny t-shirt i czarna peruke z dlugich, kreconych wlosow. Za nim bieglo jesze kilka osob wygladajacych dokladnie tak samo. Stanowili oni "Grupe Slash'ow" (oczywiscie chodzi tu o Slash'a z legendarnej grupy Guns N' Roses).
Na linii mety mozna zaobserwowac rozne ciekawe zachowania ludzkie. Pomijam juz fakt, ze niektorzy ze zmeczenia wymiotuja lub mdleja (na boku czeka kolejka policjantow i sanitariuszy przygotowanych do akcji): ludzie rowniez skacza do gory, krzycza "thank you Jesus" albo "yes, Lord, yes", spiewaja, staja na rekach, caluja otrzymany przed chwila pamiatkowy medal.
Poza tym, pracujac na linii finiszowej, mozna najesc sie do woli belgijskiej czekolady i jablek (przygotowanych dla maratonczykow, ktorzy po tak dlugim biegu musza uzupelnic zapasy energii). Byc fotografem nie jest zle.
Pierwszy do mety dobija oczywiscie Kenijczyk, z czasem lekko ponad 2 godziny. Kenijczycy przoduja w maratonach dzieki swojej niesamowitej pojemnosci pluc (moj tesc zartuje, ze w Kenii praktykuje sie biegi uciekajac przed lwami, stad takie dobre osiagniecia).
Z czasem krotszym niz 4 godziny (co jest wciaz bardzo dobrym wynikiem) dobiega mezczyzna pchajac przed soba wozek z chora coreczka. Niepelnosprawni (psychicznie i fizycznie) sa dowozeni przez swoich opiekunow na linie mety po czym PODNOSZA SIE Z WOZKOW i przechodza przez czerwona linie. Ci, ktorzy nie moga chodzic wstaja, a ich opiekunowie przesuwaja im nogi, jedna za druga. Tlum gromadzi sie wokolo, klaszcze, na twarzach ludzi (czasem ludzi z porazeniem mozgowym) maluje sie ogromna radosc: pokonali wlasna niemoc.
Na maratonie wszyscy sa rowni, nie wazne, czy jestes sportowcem, grubasem czy niepelnosprawnym. Tutaj zacieraja sie wszystkie granice. Mam nadzieje, ze pewnego dnia i ja przebiegne 26 mil i 385 jardow, biorac tym samym udzial w tej wspanialej afirmacji zycia, radosci i rownosci.
Thursday, February 28, 2008
Weterynarz
W poniedzialek pakowalismy nasz dobytek do ciezarowki, we wtorek i srode przejechalismy 800 mil do naszego nowego miejsca zamieszkania. W czwartek rozpakowywalismy ciezarowke, w piatek staralam sie jakos zapanowac nad pudlami panoszacymi sie w naszym apartamencie, w sobote zas pakowalismy sie znowu, aby w niedziele wyleciec na 10- dniowa wycieczke do Los Angeles (na poczatku marca, jak co roku, odbywa sie tam maraton, na ktorym pracujemy z mezem jako fotografowie).
Przed wylotem pojawil sie problem: co zrobic z Pom- Pom? Na poczatku chcielismy ja zabrac z nami, postanowilismy jednak oszczedzic jej stresu zwiazanego z kolejna podroza. Pozostala opcja nr 2: pozostawic kotke pod czyjas opieka. Cztery dni w F. nie wystarczyly oczywiscie na nawiazanie blizszych znajomosci z ludzmi, ktorzy z checia zajeliby sie zwierzakiem przez ponad tydzien, postanowilismy wiec skorzystac z uslug lokalnego szpitala dla zwierzat (tego typu placowki oferuja opieke za cene okolo 10 dolarow za dobe). W sobote zapakowalismy zaprawiona juz w podrozach samochodowych kotke do auta, i wyruszylismy do kliniki.
Drzwi otworzyl nam mezczyzna w srednim wieku, rasy bialej, przystrojony w orientalna czapeczke. Po zalatwieniu formalnosci przekazalismy mu kotke i jedzenie, ktore polecono nam zakupic.
- Nie trzeba- odezwal sie mezczyzna- ja ja bede karmil moim jedzeniem, mam lepsze.
- Ona nie bardzo przepada za jedzeniem z puszki- powiedzialam- ale zdaje sie suche i tak jest dla kotow lepsze...
Facet spojrzal na mnie z politowaniem:
- Trafilas z ta gadka na zlego czlowieka- przerwal mi- ja ja bede karmil SUROWYM MIESEM, one sa z natury stworzone aby nim sie zywic.
Podal mi swoja wizytowke mowiac:
- Zajrzyj na moja strone internetowa, to wszystkiego sie dowiesz.
Po przyjezdzie do domu wyszukalam w internecie strone, gdzie przeczytalam:
Szpital Zwierzecy w F. oferuje uslugi medyczne oraz zabiegi; stosujemy medycyne konwencjonalna i alternatywna. Pacjent jest postrzegany jako czesc wiekszej calosci, swiata, w ktorym dzialaja zroznicowane sily. Skupiamy nasza uwage glownie na osiagnieciu przez pacjenta rownowagi wewnetrznej, mniej na zwalczaniu symptomow choroby. Choroba to sygnal, ze w systemie pacjenta powinna zostac przywrocona rownowaga. Wzmaganie w ciele energii, sil witalnych i inteligencji (za pomoca wlasciwego odzywiania i medycyny naturalnej) pomaga zwiekszyc dynamike zycia i osiagnac zdolnosc samozwalczania symptomow choroby.
Mam nadzieje, ze po powrocie z kliniki Pom- Pom nie zacznie medytowac i palic orientalnych ziol.
Przed wylotem pojawil sie problem: co zrobic z Pom- Pom? Na poczatku chcielismy ja zabrac z nami, postanowilismy jednak oszczedzic jej stresu zwiazanego z kolejna podroza. Pozostala opcja nr 2: pozostawic kotke pod czyjas opieka. Cztery dni w F. nie wystarczyly oczywiscie na nawiazanie blizszych znajomosci z ludzmi, ktorzy z checia zajeliby sie zwierzakiem przez ponad tydzien, postanowilismy wiec skorzystac z uslug lokalnego szpitala dla zwierzat (tego typu placowki oferuja opieke za cene okolo 10 dolarow za dobe). W sobote zapakowalismy zaprawiona juz w podrozach samochodowych kotke do auta, i wyruszylismy do kliniki.
Drzwi otworzyl nam mezczyzna w srednim wieku, rasy bialej, przystrojony w orientalna czapeczke. Po zalatwieniu formalnosci przekazalismy mu kotke i jedzenie, ktore polecono nam zakupic.
- Nie trzeba- odezwal sie mezczyzna- ja ja bede karmil moim jedzeniem, mam lepsze.
- Ona nie bardzo przepada za jedzeniem z puszki- powiedzialam- ale zdaje sie suche i tak jest dla kotow lepsze...
Facet spojrzal na mnie z politowaniem:
- Trafilas z ta gadka na zlego czlowieka- przerwal mi- ja ja bede karmil SUROWYM MIESEM, one sa z natury stworzone aby nim sie zywic.
Podal mi swoja wizytowke mowiac:
- Zajrzyj na moja strone internetowa, to wszystkiego sie dowiesz.
Po przyjezdzie do domu wyszukalam w internecie strone, gdzie przeczytalam:
Szpital Zwierzecy w F. oferuje uslugi medyczne oraz zabiegi; stosujemy medycyne konwencjonalna i alternatywna. Pacjent jest postrzegany jako czesc wiekszej calosci, swiata, w ktorym dzialaja zroznicowane sily. Skupiamy nasza uwage glownie na osiagnieciu przez pacjenta rownowagi wewnetrznej, mniej na zwalczaniu symptomow choroby. Choroba to sygnal, ze w systemie pacjenta powinna zostac przywrocona rownowaga. Wzmaganie w ciele energii, sil witalnych i inteligencji (za pomoca wlasciwego odzywiania i medycyny naturalnej) pomaga zwiekszyc dynamike zycia i osiagnac zdolnosc samozwalczania symptomow choroby.
Mam nadzieje, ze po powrocie z kliniki Pom- Pom nie zacznie medytowac i palic orientalnych ziol.
Saturday, February 23, 2008
Przeprowadzka
Sobotnia pozegnalna impreza udala sie jak zadna inna. Duzo osob przyszlo tylko na chwile, ale kolo godziny 8 wieczorem bylismy juz w skladzie, ktory przetrwal do poznych godzin nocnych- sami najblizsi przyjaciele.
W poniedzialek odebralismy ciezarowke i przyczepe. Wszystko razem mialo dlugosc grubo ponad 10 metrow. Z niedowierzaniem patrzylam na Meza, ktory mial tego potwora prowadzic. Okazalo sie, ze moje obawy byly zupelnie niepotrzebne. Chwile pozniej przekonalam sie na wlasne oczy o umiejetnosciach Malzonka, ktory prowadzil, skrecal, cofal i parkowal to cudo w odleglosci 1 cm od budynku.
Amerykanie maja piekne slowo na okreslenie wszystkich rzeczy, potrzebnych i niepotrzebnych: STUFF. Nie przypuszczalam, ze mamy tyle tego "stuffu" w posiadaniu. Gdyby nie nasz przyjaciel V., rosly byk, nie zapakowalibysmy do ciezarowki kanapy, lozka i zeliwno- szklanego, zdobycznego stolu, ktorego manager budynku chcial sie pozbyc, ale nie chcialo mu sie go ruszac z miejsca (teraz juz wiemy dlaczego). Pakowanie zajelo nam mase czasu. Maz, ktory optymistycznie twierdzil, ze wyjedziemy w poniedzialek przed polnoca, okolo godziny 23 skapitulowal. Dokonczylismy pakowanie we wtorek i o godzinie 5 po poludniu wyruszylismy w droge. Kotka, zainstalowana w kabinie, szybko sie zaaklimatyzowala, dawala jednak znac o swoim niezadowoleniu glosnym miauczeniem. Zaaplikowalismy jej otrzymana od weterynarza tabletke nasenna, ktora miala ja "kompletnie znokautowac". Pom- Pom o dziwo nie zasnela snem kamiennym, ale znacznie sie uspokoila i drzemala spokojnie nad deska rozdzielcza pod przednia szyba.
Wjechawszy do Kentucky, o godzinie drugiej nad ranem wstapilismy do kasyna (w Alabamie hazard jest zabroniony, wiec wszyscy hazardzisci nalogowo podrozuja aby oddac sie rozpuscie w innych stanach). Przegralismy dumnie cala posiadana gotowke, czyli 20$ w ruletke i 3$ na "jednorekim bandycie" (w pewnym momencie wygrywalam 1.50$ ale chciwosc mnie zgubila). Wrocilismy do ciezarowki i, nakarmiwszy kota, wyruszylismy w dalsza droge.
Bez wiekszych przeszkod dotarlismy do celu o godzinie 14.00 (zatrzymalismy sie tylko w Saint Louis aby obejrzec wielki, stalowy luk). Przywital nas snieg i dziesieciostopniowy mroz; po 17 stopniach w B., w Alabamie, byl to dla nas spory szok. Mnie na widok bialego puchu poprawil sie nastroj, jednak Maz (urodzony w Indonezji, wychowany w Californi) trzasl sie jak osikowy lisc.
Wlascicielem budynku, w ktorym mielismy zamieszkac, okazal sie gadatliwy pol Wloch- pol Rosjanin. Dal nam klucz i nauczyl jak obslugiwac winde towarowa- prawdziwy antyk, najstarsza winde w Iowa (z 1908 roku): aby wjechac pietro wyzej nalezy pociagnac stalowa line do dolu, aby zjechac nizej- do gory, aby sie zatrzymac- pociagnac do siebie. Bardzo urozmaicilo nam to rozpakowywanie ciezarowki, a Mezowi udalo sie nawet zatrzymac miedzy pietrami (musieli go panowie technicy potem sciagac).
Nasza podloga pokryta jest pudlami, plastikowymi pojemnikami, ubraniami, gitarami i meblami, a miedzy tym wszystkim porusza sie kot, osiagajac calkiem niezle predkosci w tym biegu z przeszkodami. Uporzadkowanie tego balaganu zajmie nam pewnie ze dwa tygodnie. Najwazniejsze, ze juz tu jestesmy.
Dziekuje wszystkim za glosowanie na mojego bloga w konkursie Blog Roku 2007. Dzieki Wam przeszlam do drugiego etapu, co dla mnie jest juz sukcesem. Ciesze sie, ze blog sie podoba i ze mam wiernych czytelnikow. Jeszcze raz dziekuje!
W poniedzialek odebralismy ciezarowke i przyczepe. Wszystko razem mialo dlugosc grubo ponad 10 metrow. Z niedowierzaniem patrzylam na Meza, ktory mial tego potwora prowadzic. Okazalo sie, ze moje obawy byly zupelnie niepotrzebne. Chwile pozniej przekonalam sie na wlasne oczy o umiejetnosciach Malzonka, ktory prowadzil, skrecal, cofal i parkowal to cudo w odleglosci 1 cm od budynku.
Amerykanie maja piekne slowo na okreslenie wszystkich rzeczy, potrzebnych i niepotrzebnych: STUFF. Nie przypuszczalam, ze mamy tyle tego "stuffu" w posiadaniu. Gdyby nie nasz przyjaciel V., rosly byk, nie zapakowalibysmy do ciezarowki kanapy, lozka i zeliwno- szklanego, zdobycznego stolu, ktorego manager budynku chcial sie pozbyc, ale nie chcialo mu sie go ruszac z miejsca (teraz juz wiemy dlaczego). Pakowanie zajelo nam mase czasu. Maz, ktory optymistycznie twierdzil, ze wyjedziemy w poniedzialek przed polnoca, okolo godziny 23 skapitulowal. Dokonczylismy pakowanie we wtorek i o godzinie 5 po poludniu wyruszylismy w droge. Kotka, zainstalowana w kabinie, szybko sie zaaklimatyzowala, dawala jednak znac o swoim niezadowoleniu glosnym miauczeniem. Zaaplikowalismy jej otrzymana od weterynarza tabletke nasenna, ktora miala ja "kompletnie znokautowac". Pom- Pom o dziwo nie zasnela snem kamiennym, ale znacznie sie uspokoila i drzemala spokojnie nad deska rozdzielcza pod przednia szyba.
Wjechawszy do Kentucky, o godzinie drugiej nad ranem wstapilismy do kasyna (w Alabamie hazard jest zabroniony, wiec wszyscy hazardzisci nalogowo podrozuja aby oddac sie rozpuscie w innych stanach). Przegralismy dumnie cala posiadana gotowke, czyli 20$ w ruletke i 3$ na "jednorekim bandycie" (w pewnym momencie wygrywalam 1.50$ ale chciwosc mnie zgubila). Wrocilismy do ciezarowki i, nakarmiwszy kota, wyruszylismy w dalsza droge.
Bez wiekszych przeszkod dotarlismy do celu o godzinie 14.00 (zatrzymalismy sie tylko w Saint Louis aby obejrzec wielki, stalowy luk). Przywital nas snieg i dziesieciostopniowy mroz; po 17 stopniach w B., w Alabamie, byl to dla nas spory szok. Mnie na widok bialego puchu poprawil sie nastroj, jednak Maz (urodzony w Indonezji, wychowany w Californi) trzasl sie jak osikowy lisc.
Wlascicielem budynku, w ktorym mielismy zamieszkac, okazal sie gadatliwy pol Wloch- pol Rosjanin. Dal nam klucz i nauczyl jak obslugiwac winde towarowa- prawdziwy antyk, najstarsza winde w Iowa (z 1908 roku): aby wjechac pietro wyzej nalezy pociagnac stalowa line do dolu, aby zjechac nizej- do gory, aby sie zatrzymac- pociagnac do siebie. Bardzo urozmaicilo nam to rozpakowywanie ciezarowki, a Mezowi udalo sie nawet zatrzymac miedzy pietrami (musieli go panowie technicy potem sciagac).
Nasza podloga pokryta jest pudlami, plastikowymi pojemnikami, ubraniami, gitarami i meblami, a miedzy tym wszystkim porusza sie kot, osiagajac calkiem niezle predkosci w tym biegu z przeszkodami. Uporzadkowanie tego balaganu zajmie nam pewnie ze dwa tygodnie. Najwazniejsze, ze juz tu jestesmy.
Dziekuje wszystkim za glosowanie na mojego bloga w konkursie Blog Roku 2007. Dzieki Wam przeszlam do drugiego etapu, co dla mnie jest juz sukcesem. Ciesze sie, ze blog sie podoba i ze mam wiernych czytelnikow. Jeszcze raz dziekuje!
Saturday, February 16, 2008
Melancholijnie...
Kilka dni temu wybralam sie pozalatwiac rozne sprawy i porobic niezbedne zakupy. Zazwyczaj sprawdzam dokladnie trase, ktora mam zamiar przejechac na www.mapquest.com , jednak tym razem po raz pierwszy dalam sobie spokoj.
Przejechalam kilkanascie mil, w roznych kierunkach, po autostradach i po drogach miejskich, nie gubiac sie (jak to mi sie czasem zdarzalo) ani razu.
Teraz, po prawie dwoch latach mieszkania tu, gdzie mieszkam, kiedy znam juz dokladnie wszystkie drogi, kiedy wiem, gdzie jest najtansza pralnia i najlepszy mechanik samochodowy- musze sie przeprowadzic.
W sobote urzadzamy wielka pozegnalna impreze. Zaprosilismy okolo 40 osob, z czego 25 zapowiedzialo, ze stawi sie na pewno.
W poniedzialek odbieramy siedemnastostopowa ciezarowke i przyczepke do niej- bedziemy na niej ciagnac naszego nissana, zeby nie nabijac mu mil na liczniku (a bedzie tych mil wiele, bo az 750, czyli 1200 kilometrow).
Maly bilans mojego dwuletniego zycia w B., Alabama:
- W wieku 24 lat wyszlam za maz (obecnie jestem mezatka rok i piec miesiecy). W ciagu tego czasu przekonalam sie, ze zycie malzenskie to zupelnie co innego, niz myslalam. Nauczylam sie cierpliwosci, tolerancji i jak sie porozumiewac.
- Nasza mala rodzina powiekszyla sie o kota, ktory wlasciwie zachowuje sie jak pies (ale to temat na zupelnie inna notke) i jest bardzo aktywnym uczestnikiem naszego codziennego zycia,
- Pracowalam w 9 miejscach,
- Raz prace stracilam, 6 razy odeszlam sama,
- W wieku 25 stalam sie wlascicielka firmy,
- Przekonalam sie, jak wielka sile ma zadrukowana kartka papieru z podpisem,
- Odwiedzili mnie tu, w Stanach, Rodzice, ktorym wreszcie moglam przedstawic mojego Meza,
- Poznalam wspaniale dziewczyny, ktore staly sie moimi najlepszymi przyjaciolkami: P.- Czeszke, gadatliwa mame dwuletniej coreczki, A.- Kolumbijke, z ktora laczy mnie wspolnota malzenskich doswiadczen, i S.- Afroamerykanke, ktora jest przy mnie od samego poczatku mojej przygody z USA.
- Poznalam innych waznych dla mnie ludzi: P.- Amerykanke, sekretarke z jednej z moich prac, ktora zawsze dawala i daje mi niesamowite wsparcie, E.- Amerykanina, meza Kolumbijki, pieniacza, szalenca i wspanialego czlowieka, z ktorym zawsze mozna pogadac, L.- Amerykanina, z ktorym laczy mnie milosc do mocnych trunkow, V.- Turka, ktory je wieprzowine, i na ktorego zawsze moge liczyc, i H.- Indonezyjczyka po przejsciach, dzieki ktoremu chce byc lepszym czlowiekiem.
- Zupelnym przypadkiem poznalam G. i J., ludzi, ktorzy stali sie moimi "amerykanskimi rodzicami", i ktorzy dbaja o mnie jak o rodzona corke,
- Przekonalam sie, ze ludzie, ktorych uwazamy za naszych przyjaciol, dziwnie szybko o nas zapominaja, kiedy wyjezdzamy daleko. Oprocz rodziny nie zapomnieli o mnie ciocia M. i wujek Z., przyjaciele moich Rodzicow, ktorzy stali sie takze moimi przyjaciolmi, P., ktory zawsze jest ze mna w kontakcie, niezaleznie od tego, jaka dzieli nas odleglosc i E., nauczycielka angielskiego, z ktora znajomosc szybko przemienila sie w bliska wiez.
- Bylam na meczu futbolu amerykanskiego,
- Czolgalam sie w jaskini, w ktorej bez swiatla i liny przyszloby mi marnie zginac,
- Zaczelam pisac bloga,
- Odnowilam stare znajomosci dzieki www.nasza-klasa.pl .
Teraz w moim zyciu zaczyna sie kolejny, nie mniej ciekawy rozdzial (o ktorym napisze niebawem, jak tylko przejade te 750 mil wielka ciezarowka z meblami, przyczepa, samochodem, mezem i kotem).
Przejechalam kilkanascie mil, w roznych kierunkach, po autostradach i po drogach miejskich, nie gubiac sie (jak to mi sie czasem zdarzalo) ani razu.
Teraz, po prawie dwoch latach mieszkania tu, gdzie mieszkam, kiedy znam juz dokladnie wszystkie drogi, kiedy wiem, gdzie jest najtansza pralnia i najlepszy mechanik samochodowy- musze sie przeprowadzic.
W sobote urzadzamy wielka pozegnalna impreze. Zaprosilismy okolo 40 osob, z czego 25 zapowiedzialo, ze stawi sie na pewno.
W poniedzialek odbieramy siedemnastostopowa ciezarowke i przyczepke do niej- bedziemy na niej ciagnac naszego nissana, zeby nie nabijac mu mil na liczniku (a bedzie tych mil wiele, bo az 750, czyli 1200 kilometrow).
Maly bilans mojego dwuletniego zycia w B., Alabama:
- W wieku 24 lat wyszlam za maz (obecnie jestem mezatka rok i piec miesiecy). W ciagu tego czasu przekonalam sie, ze zycie malzenskie to zupelnie co innego, niz myslalam. Nauczylam sie cierpliwosci, tolerancji i jak sie porozumiewac.
- Nasza mala rodzina powiekszyla sie o kota, ktory wlasciwie zachowuje sie jak pies (ale to temat na zupelnie inna notke) i jest bardzo aktywnym uczestnikiem naszego codziennego zycia,
- Pracowalam w 9 miejscach,
- Raz prace stracilam, 6 razy odeszlam sama,
- W wieku 25 stalam sie wlascicielka firmy,
- Przekonalam sie, jak wielka sile ma zadrukowana kartka papieru z podpisem,
- Odwiedzili mnie tu, w Stanach, Rodzice, ktorym wreszcie moglam przedstawic mojego Meza,
- Poznalam wspaniale dziewczyny, ktore staly sie moimi najlepszymi przyjaciolkami: P.- Czeszke, gadatliwa mame dwuletniej coreczki, A.- Kolumbijke, z ktora laczy mnie wspolnota malzenskich doswiadczen, i S.- Afroamerykanke, ktora jest przy mnie od samego poczatku mojej przygody z USA.
- Poznalam innych waznych dla mnie ludzi: P.- Amerykanke, sekretarke z jednej z moich prac, ktora zawsze dawala i daje mi niesamowite wsparcie, E.- Amerykanina, meza Kolumbijki, pieniacza, szalenca i wspanialego czlowieka, z ktorym zawsze mozna pogadac, L.- Amerykanina, z ktorym laczy mnie milosc do mocnych trunkow, V.- Turka, ktory je wieprzowine, i na ktorego zawsze moge liczyc, i H.- Indonezyjczyka po przejsciach, dzieki ktoremu chce byc lepszym czlowiekiem.
- Zupelnym przypadkiem poznalam G. i J., ludzi, ktorzy stali sie moimi "amerykanskimi rodzicami", i ktorzy dbaja o mnie jak o rodzona corke,
- Przekonalam sie, ze ludzie, ktorych uwazamy za naszych przyjaciol, dziwnie szybko o nas zapominaja, kiedy wyjezdzamy daleko. Oprocz rodziny nie zapomnieli o mnie ciocia M. i wujek Z., przyjaciele moich Rodzicow, ktorzy stali sie takze moimi przyjaciolmi, P., ktory zawsze jest ze mna w kontakcie, niezaleznie od tego, jaka dzieli nas odleglosc i E., nauczycielka angielskiego, z ktora znajomosc szybko przemienila sie w bliska wiez.
- Bylam na meczu futbolu amerykanskiego,
- Czolgalam sie w jaskini, w ktorej bez swiatla i liny przyszloby mi marnie zginac,
- Zaczelam pisac bloga,
- Odnowilam stare znajomosci dzieki www.nasza-klasa.pl .
Teraz w moim zyciu zaczyna sie kolejny, nie mniej ciekawy rozdzial (o ktorym napisze niebawem, jak tylko przejade te 750 mil wielka ciezarowka z meblami, przyczepa, samochodem, mezem i kotem).
Sunday, February 10, 2008
Historie zaslyszane od znajomych rozwozicieli pizzy
Historia nr 1
Czarna dzielnica. Gniazdo przestepczosci. Miejsce, do ktorego zaden szanujacy sie rozwoziciel pizzy nie chce jezdzic. Powybijane okna w domach, potluczone lampy, ciemno, zimno, wyja psy.
Na parkingu stoi zloty cadillac z wielka naklejka gloszaca: "JEZUS JEST MOIM MEZEM".
Historia nr 2
Ta sama dzielnica. Roznosiciel, drzac otwiera drzwi samochodu, wysiada. Trwoznie zbliza sie do drzwi domu. Nagle zza krzaka wyskakuje obdarty murzyn, goniony przez w pelni uzbrojonego funkcjonariusza S.W.A.T.- u (takich amerykanskich sil specjalnych). Murzyn znika w ciemnosci, za nim policjant. Wszystko ucicha tak szybko, ze nie wiadomo, czy to byla jawa, czy sen.
Historia nr 3
Ta sama dzielnica. Roznosiciel puka do drzwi, w ktorych staje staruszka i szybko wciaga roznosiciela do wnetrza mieszkania.
- Szybko, synku, zeby cie nie zastrzelili.
Historia nr 4
Ta sama dzielnica. Roznosicielka zmierza do mieszkania 307. Otwieraja sie drzwi mieszkania 308.
- Tutaj, tutaj- wola afroamerykanin- przeprowadzilismy sie- po czym bierze pizze od dziewczyny, zamyka drzwi i znika we wnetrzu mieszkania: niby to idzie po pieniadze.
Mijaja minuty, klient sie nie pojawia. Zniecierpliwiona dziewczyna otwiera drzwi i jej oczom ukazuje sie... puste mieszkanie.
Mieszkancy z 307 zamowili pizze, weszli przez okno do 308, zabrali pizze roznosicielce i uciekli. 307 zamkniete na glucho.
Historia nr 5
Na drogach korki. Roznosiciel jedzie tak szybko, jak tylko moze, spoznia sie jednak z dostarczeniem zamowienia okolo 15 minut. Drzwi otwiera dzierzacy kij do baseballa wielki, brzuchaty facet w gaciach i bez koszuli. Do transakcji pizza-dla-faceta-pieniadze-dla-roznosiciela nie dochodzi z przyczyn obiektywnych.
Historia nr 6
Roznosiciel puka do drzwi podrzednego hotelu. Otwiera mu KOMPLETNIE NAGA, czarna prostytutka. Widzac, ze roznosiciel czuje sie co najmniej nieswojo, zapytuje:
- Co jest, nigdy nie widziales czarnych cycuszkow?
Kurtyna.
Czarna dzielnica. Gniazdo przestepczosci. Miejsce, do ktorego zaden szanujacy sie rozwoziciel pizzy nie chce jezdzic. Powybijane okna w domach, potluczone lampy, ciemno, zimno, wyja psy.
Na parkingu stoi zloty cadillac z wielka naklejka gloszaca: "JEZUS JEST MOIM MEZEM".
Historia nr 2
Ta sama dzielnica. Roznosiciel, drzac otwiera drzwi samochodu, wysiada. Trwoznie zbliza sie do drzwi domu. Nagle zza krzaka wyskakuje obdarty murzyn, goniony przez w pelni uzbrojonego funkcjonariusza S.W.A.T.- u (takich amerykanskich sil specjalnych). Murzyn znika w ciemnosci, za nim policjant. Wszystko ucicha tak szybko, ze nie wiadomo, czy to byla jawa, czy sen.
Historia nr 3
Ta sama dzielnica. Roznosiciel puka do drzwi, w ktorych staje staruszka i szybko wciaga roznosiciela do wnetrza mieszkania.
- Szybko, synku, zeby cie nie zastrzelili.
Historia nr 4
Ta sama dzielnica. Roznosicielka zmierza do mieszkania 307. Otwieraja sie drzwi mieszkania 308.
- Tutaj, tutaj- wola afroamerykanin- przeprowadzilismy sie- po czym bierze pizze od dziewczyny, zamyka drzwi i znika we wnetrzu mieszkania: niby to idzie po pieniadze.
Mijaja minuty, klient sie nie pojawia. Zniecierpliwiona dziewczyna otwiera drzwi i jej oczom ukazuje sie... puste mieszkanie.
Mieszkancy z 307 zamowili pizze, weszli przez okno do 308, zabrali pizze roznosicielce i uciekli. 307 zamkniete na glucho.
Historia nr 5
Na drogach korki. Roznosiciel jedzie tak szybko, jak tylko moze, spoznia sie jednak z dostarczeniem zamowienia okolo 15 minut. Drzwi otwiera dzierzacy kij do baseballa wielki, brzuchaty facet w gaciach i bez koszuli. Do transakcji pizza-dla-faceta-pieniadze-dla-roznosiciela nie dochodzi z przyczyn obiektywnych.
Historia nr 6
Roznosiciel puka do drzwi podrzednego hotelu. Otwiera mu KOMPLETNIE NAGA, czarna prostytutka. Widzac, ze roznosiciel czuje sie co najmniej nieswojo, zapytuje:
- Co jest, nigdy nie widziales czarnych cycuszkow?
Kurtyna.
Wednesday, February 6, 2008
Super Bowl
W dniu wczorajszym w godzinach popoludniowych ulice opustoszaly. Tym razem nie bylo to zwiazane z pogoda (chociaz lalo jak z cebra): wczoraj rozgrywaly sie 42. mistrzostwa futbolu amerykanskiego Super Bowl.
Kilka dni temu w hipermarketach pojawily sie specjalne stoiska z piwem, przekaskami i okolicznosciowymi naczyniami na te przysmaki. Bary sportowe przescigaly sie w ofertach, majacych skusic fanow do obejrzenia meczu wlasnie tam. W niedziele ja wybralam sie do znajomych, E. i A.. Maz pracowal.
Juz od progu mozna bylo wyczuc zapach kurczecych skrzydelek barbecue (tradycyjny przysmak wielbicieli futbolu) oraz podniecenia. Ostatni mecz byl rozgrywany miedzy dwoma druzynami: New England Patriots i New York Giants. Wszyscy (bylo nas lacznie 6 osob) kibicowalismy tej ostatniej, spodziewalismy sie jednak, ze New England Patriots spuszcza im niezle manto.
Nigdy nie bylam specjalna fanka zadnej dyscypliny sportowej, jednak w futbolu amerykanskim jestem zakochana na amen. Moze to sprawa tej calej otoczki, tego show dookola gry: wspominalam juz kiedys, ze sama gra trwa 60 minut, ale przerywana jest koncertem, roznymi grami, losowaniami i nowymi, wyjatkowymi reklamami (ktorych ceny za 30 sekundowa emisje siegaja nawet 5 milionow dolarow). Przez ponad 3 godziny nie odeszlam od telewizora (no chyba, ze za potrzeba).
Ku naszemu wielkiemu zdumieniu i opetanczej radosci mistrzostwo zdobyli New York Giants, ktorzy wygrali doslownie w ostatnich dwoch minutach gry. Rozgoryczony trener New England Patriots zszedl z boiska jeszcze przed ogloszeniem oficjalnych wynikow, popelniajac tym samym wielkie faux pas.
Do domu wrocilam w szampanskim nastroju.
Skrzydelka barbecue zniknely, piwo tez. Sezon na futbol sie skonczyl. Na kolejne uniesienia musze teraz poczekac do wrzesnia.
Kilka dni temu w hipermarketach pojawily sie specjalne stoiska z piwem, przekaskami i okolicznosciowymi naczyniami na te przysmaki. Bary sportowe przescigaly sie w ofertach, majacych skusic fanow do obejrzenia meczu wlasnie tam. W niedziele ja wybralam sie do znajomych, E. i A.. Maz pracowal.
Juz od progu mozna bylo wyczuc zapach kurczecych skrzydelek barbecue (tradycyjny przysmak wielbicieli futbolu) oraz podniecenia. Ostatni mecz byl rozgrywany miedzy dwoma druzynami: New England Patriots i New York Giants. Wszyscy (bylo nas lacznie 6 osob) kibicowalismy tej ostatniej, spodziewalismy sie jednak, ze New England Patriots spuszcza im niezle manto.
Nigdy nie bylam specjalna fanka zadnej dyscypliny sportowej, jednak w futbolu amerykanskim jestem zakochana na amen. Moze to sprawa tej calej otoczki, tego show dookola gry: wspominalam juz kiedys, ze sama gra trwa 60 minut, ale przerywana jest koncertem, roznymi grami, losowaniami i nowymi, wyjatkowymi reklamami (ktorych ceny za 30 sekundowa emisje siegaja nawet 5 milionow dolarow). Przez ponad 3 godziny nie odeszlam od telewizora (no chyba, ze za potrzeba).
Ku naszemu wielkiemu zdumieniu i opetanczej radosci mistrzostwo zdobyli New York Giants, ktorzy wygrali doslownie w ostatnich dwoch minutach gry. Rozgoryczony trener New England Patriots zszedl z boiska jeszcze przed ogloszeniem oficjalnych wynikow, popelniajac tym samym wielkie faux pas.
Do domu wrocilam w szampanskim nastroju.
Skrzydelka barbecue zniknely, piwo tez. Sezon na futbol sie skonczyl. Na kolejne uniesienia musze teraz poczekac do wrzesnia.
Trudny wiek, brak wychowania czy roznice kulturowe?- update
Dziekuje wszystkim za wziecie udzialu w moich sondach. Oto wyniki (na dzien dzisiejszy):
Z czego wynika krnabrnosc nastolatkow?
trudny wiek 30.77% (4)
brak wychowania 69.23% (9)
roznice kulturowe 0% (0)
Łącznie głosów: 13
Jako nastolatek:
podkradalem pieniadze rodzicom lub nie zawsze mowilem prawde 33.33% (7)
zadne z powyzszych, bylem grzeczny 66.67% (14)
Łącznie głosów: 21
Wyglada na to, ze z polska mlodzieza nie jest jeszcze tak zle.
Z czego wynika krnabrnosc nastolatkow?
trudny wiek 30.77% (4)
brak wychowania 69.23% (9)
roznice kulturowe 0% (0)
Łącznie głosów: 13
Jako nastolatek:
podkradalem pieniadze rodzicom lub nie zawsze mowilem prawde 33.33% (7)
zadne z powyzszych, bylem grzeczny 66.67% (14)
Łącznie głosów: 21
Wyglada na to, ze z polska mlodzieza nie jest jeszcze tak zle.
Subscribe to:
Posts (Atom)