Tuesday, January 29, 2008

Trudny wiek, brak wychowania czy roznice kulturowe?

Mlodsza siostra Meza, N., jest w tzw. "trudnym wieku" (16 lat). Podbiera rodzicom pieniadze z portfela, mowi, ze idzie sie uczyc, a tak naprawde idzie na impreze, nie chce jej sie uczyc. O ile to ostatnie jest dla mnie w pelni zrozumiale (nikomu w wieku 16 lat nie chce sie uczyc, mnie tez sie nie chcialo), to inne rzeczy nieco mnie dziwia.
Kilka tygodni temu N. wybierala sie na szkolna zabawe, na ktora zaprosil ja jej chlopak. Na taka okazje nalezy oczywiscie zakupic odpowiednia sukienke. N. poprosila nas o wsparcie finansowe, ktorego chetnie jej udzielilismy. Nieco pozniej okazalo sie, ze moi tesciowie zabronili N. pojsc na zabawe (aby zmotywowac ja do pilniejszej nauki) dlugo przed jej rozmowa z nami. Nietrudno zgadnac jak sie z Mezem poczulismy.
Nie wiem, czy to kwestia roznic kulturowych, czy po prostu wychowania, ale z reka na sercu moge powiedziec, ze w czasach mojej "burzy i naporu" NIGDY nie uszczknelam rodzicom banknotow z portfela i NIGDY nie sklamalam, ze ide do kolezanki uczyc sie, podczas gdy faktycznie szlam sie gdzies zabawic. Wydawalo mi sie to po prostu nie w porzadku. Usprawiedliwianie takich wybrykow mlodym wiekiem brykajacej uwazam za poblazanie, jestem jednak pewna, ze z krnabrnych nastolatkow moga wciaz wyrosnac porzadni dorosli.
Maz twierdzi, ze nie zna absolutnie nikogo, kto bedac w okresie dojrzewania nie wykrecalby podobnych numerow, i ze jestem jedynym mu znanym wyjatkiem, ja jednak mysle, ze sa jeszcze gdzies na swiecie ludzie mnie podobni.
Sa? Czy nie ma? Pozwolę sobie wstawić sondę. A najlepiej dwie:

Z czego wynika krnabrnosc nastolatkow?

Bylem grzeczny czy mialem rozki?

Saturday, January 26, 2008

Zlosliwosc rzeczy martwych

Dziwnym trafem stalo sie tak, ze jestesmy z Mezem szczesliwymi posiadaczami dwoch zepsutych samochodow. Mazda RX7 ma luzny kabel na akumulatorze, ktory prawde mowiac jest juz tez dosc slaby. Honda civic ma jakies problemy z tzw. transmission czyli przekladnia badz walem napedowym (specjalisci beda wiedzieli o co chodzi): biegi wchodza ciezko i cos tam dziwnie rzezi. Jako ze mazda pali duzo, po miescie poruszamy sie honda. Ja czasami jezdze mazda, jednak przezornie woze ze soba kable do uruchamiania samochodu za pomoca czyjegos akumulatora.
W zeszly weekend w hondzie przestal wchodzic bieg czwarty: z trzeciego odrazu wrzucalismy piaty. W poniedzialek stracilismy i ten bieg. We wtorek rano nie udalo sie Mezowi dojechac do miejsca przeznaczenia, gdyz skrzynia biegow odmowila wspolpracy. Potem zmienila zdanie i teraz mamy trzy pierwsze biegi i wsteczny (czasami).
O 5 rano w zeszla srode odwozilam Meza na samolot. Z trzema biegami nielatwo osiagnac przyzwoita predkosc pozwalajaca na dojechanie na lotnisko na czas, postanowilismy wiec jechac mazda. Uzylismy kabli i trzybiegowej hondy do jej uruchomienia. Calujac Malzonka na pozegnanie zapytalam:
- Ktorego auta radzisz mi uzywac podczas Twojej nieobecnosci?
- A z ktorym bedziesz sie czula bardziej komfortowo?- zapytal on kurtuazyjnie.
Majac do wyboru trzybiegowa maszyne, ktora niewiadomo kiedy moze przestac jechac i zdychajacy od czasu do czasu akumulator, wybralam to drugie.
Wrocilam z lotniska, zaparkowalam samochod, poszlam spac. Po przebudzeniu wybralam sie do fryzjera. Samochod zapalil bez problemu.
W drodze powrotnej zadzwonil Maz. Zjechalam na parking pobliskiej apteki, by rozmawiac swobodnie, nie lubie bowiem prowadzic jedna reka a druga sciskac komorke. Po skonczonej rozmowie czekala na mnie niespodzianka: mazdy nie dalo sie odpalic. Nic to, pomyslalam sobie, mam przeciez kable.
Cztery osoby probowaly ze mna uruchomic samochod za pomoca czterech roznych akumulatorow, mazda jednak milczala jak zakleta. Auto zostalo na parkingu a kolega V. odwiozl mnie do domu. Po konsultacji telefonicznej z Mezem ustalilismy, ze kupie akumulator. Lalo niemilosiernie, postanowilam wiec, ze zrobie to nazajutrz. Sasiad Gwatemalczyk, poproszony o podwiezienie mnie do sklepu, chetnie sie zgodzil.
W czwartek rano pojechalismy na miejsce spoczynku mazdy. Cos mnie tknelo z zarzadzilam "akcje kable" jeszcze raz, dla przyzwoitosci. Samochod zapalil i bez najmniejszych problemow dojechalam do domu. Czyzby zlosliwosc rzeczy martwych?
Wczoraj dokonalismy zakupu auta Nissan Xterra z 2000 roku. Teraz musimy znalezc kupcow na dwa trupy.

Monday, January 21, 2008

Snieg w Alabamie

Przez caly miniony tydzien zapowiadano w wiadomosciach opady sniegu w Alabamie. Kataklizm mial nastapic w nocy z piatku na sobote. Ze sklepow zniknela woda i baterie.
Wracajacy z Iowa Maz, utknal na lotnisku w Atlancie: wszystkie samoloty byly opoznione. Po czterech godzinach czekania, okolo godziny 22.00 zostal poinformowany, ze wszystkie loty zostaly odwolane, a nastepny samolot do Birmingham odleci dopiero nazajutrz o godzinie 17.00 (na szczescie udalo mu sie znalezc faceta, ktory rowniez wybieral sie w ta sama strone, i we dwoch wypozyczyli sobie samochod; grubo po polnocy byl juz w domu).
Obudzilismy sie rano i stwierdzilismy, ze snieg faktycznie pada a wszystko pokryte jest centymetrowa warstewka bialego puchu. Ulice opustoszaly. W telewizji odradzano jakiekolwiek podroze. Maz zerwal sie z lozka, chwycil aparat i zaczal robic zdjecia (ostatnie tego typu opady mialy miejsce w 1993 roku).
Poszlismy na spacer. Wokol roilo sie od dzieci i doroslych, z podekscytowaniem lepiacych male balwanki. Wiekszosc sklepow i restauracji byla pozamykana a na drzwiach pojawialy sie informacje: "Zamkniete z powodu pogody. Przepraszamy.". Tutaj, na poludniu, gdy tylko temperatura spadnie lekko ponizej zera lub, co gorsza, gdy zapowiadane sa opady sniegu, zamyka sie szkoly, nie idzie sie do pracy, z ulic znikaja samochody. A wszystko to przez centymetr sniegu, po ktorym do wieczora nie bylo juz ani sladu. To ciekawe, ze jak w Polsce spadnie metr sniegu i zablokuje ci wyjazd z garazu, nikt nie bedzie ci wspolczul lub usprawiedliwial twoja nieobecnosc w biurze: musisz wstac bladym switem, odkopac garaz lub samochod, i stawic sie punktualnie w pracy.
Pod koniec lutego przeprowadzamy sie z Mezem do Iowa. Stan ten ma klimat zblizony do polskiego. Przezorny Maz nabyl juz grube skarpety po kolana i cieple kalesony, pare swetrow oraz dzinsy podszywane flanela. Ja ograniczylam sie tylko do zakupu cieplejszej kurtki i szalika (pomimo sugestii Meza, ktory radzil, zebym kupila DWIE KURTKI, czy ja bym je miala nosic jedna na druga?). Myslimy rowniez powaznie o kupnie nowego samochodu (oba nasze obecne auta to wraki, ale o tym nastepnym razem). Malzonek rozbawil mnie setnie stwierdzajac, ze w plaskim jak desta stanie Iowa niezbedny bedzie naped na cztery kola. Pouczylam go, ze takie cos to owszem, ale w gorach, a tam, gdzie sie wybieramy, w zupelnosci wystarczy mu przyzwoite auto i zimowy komplet opon.
Zabawne to wszystko.

Thursday, January 17, 2008

Co kraj to obyczaj

Ksiazka do nauki indonezyjskiego z ktorej sie ucze; jeden z poczatkowych rozdzialow; pare podstawowych zwrotow:

- Mam na imie Yasemin.
- Jestem balijska tancerka.
- Jemy smazony ryz.


Ksiazka do nauki polskiego z ktorej uczy sie Maz; jeden z poczatkowych rozdzialow; pare podstawowych zwrotow:

- Szukam sponsora.
- Poprosze kilogram kielbasy zywieckiej.
- Tu nie ma wodki.

Tuesday, January 15, 2008

Cokolwiek sie dzieje- nie panikuj

Nalezymy z Mezem i paroma znajomymi do Towarzystwa Grotolazow. Czlonkowie tej grupy chodza- lub tez pelzaja- po roznego rodzaju jaskiniach. Sytuacja jest o tyle zabawna, ze ostatni raz na ostatnim spotkaniu tego towarzystwa bylismy jakis rok temu, zas ja jeszcze w amerykanskiej jaskini nie mialam przyjemnosci przebywac. W dniu wczorajszym mial sie odbyc moj pierwszy raz.
- Pamietaj- mowil tonem znawcy maz, zwijajac liny i pakujac kaski i rekawice- grunt to zachowac zimna krew. Jesli cokolwiek sie stanie- nie panikuj. Bedzie ciemno, bedzie ciasno i bedzie pelzanie na czworakach w wodzie.
Daleko mi do panikary ale pokiwalam tylko glowa ze zrozumieniem. Bylam przygotowana na wszystkie te rzeczy.
W poludnie, wraz z dwoma roslymi kolegami L. i E. oraz zona jednego z nich, A., pojechalismy 35 mil od naszego miasta do Bangor Cave. Jest to niewielka jaskinia, w ktorej w czasach prohibicji odbywaly sie zabawy i libacje. Po przyjemnym, adaptacyjnym spacerku w ciemnosci, pojechalismy nieco dalej i zaparkowalismy przy duzej dziurze w skalach.
Pierwszy do dziury wszedl L., wysoki, rudy dryblas. Za nim podazylam ja, A. (Kolumbijka), potem pocacy sie niemilosiernie E. i moj Maz.
- Nietoperze- wzdrygnal sie L.- Jak ja nie lubie nietoperzy.
Nasi mezczyzni przypomnieli sobie historie, jak to pewnego razu wpelzli do tej wlasnie jaskini i jeden z nich zawadzil niechcacy kaskiem o spiace stworzenie. Wyrwany ze snu nietoperz zaczal latac jak oszalaly, kojarzac sie chlopakom z Dracula, wysysaniem krwi i wscieklizna. Do tragedii jednak nie doszlo i nikt nie przedzierzgnal sie w zadna krwi bestie, trauma jednak pozostala.
Popatrzylam na sklepienie jaskini usiane gdzieniegdzie brazowymi kulkami i usmiechnelam sie tylko. A. przylaczyla sie do mnie. Z rozbawieniem obserwowalysmy L., ktory pelznac na czworakach pod nietoperzami wyraznie przyspieszal.
Po kilkunastu minutach wedrowki usiedlismy aby odpoczac. Zgasilismy latarki aby oszczedzic baterie.
- Widzieliscie filmy "Cave" i "Descent"?- zagadnal taktownie maz chcac nas troche postraszyc (dla niewtajemniczonych: oba filmy opowiadaja o grupie ludzi, ktorzy w jaskini napotykaja na krwiozercze potwory i gina jeden po drugim). L. i E. szybko zapalili latarki.
Ruszylismy dalej. Dotarlismy do korytarza wypelnionego woda po kolana. Maz ruszyl pierwszy ale za chwile przystanal.
- Tam cos jest- powiedzial udajac wystraszonego- Ja nie ide pierwszy. E. niech pojdzie.
- Chyba na glowe upadles- odparl E. drzacym glosem- Tylko nas straszysz. Idziesz pierwszy.
Maz poszedl pierwszy ale za chwile wrocil i z przerazeniem jeknal: Tam ktos lezy. Widze CIALO!
Nasi mezczyzni lekko sie sploszyli. Popatrzylam na A. a ona na mnie. "Jak dzieci" powiedzialysmy do siebie.
Po ustaleniu, ze zadnych trupow w wodzie nie ma, a Maz robi sobie przyslowiowe jaja, ruszylismy dalej. Maz wszedl do korytarza pierwszy ale za chwile wrocil z wrzaskiem i rzucil sie na E. rozdzierajac mu koszule.
- Tam lezy cos w wodzie i miga- wyjakal rozpaczliwie.
- Jasne- powiedzial L. z niedowierzaniem- Pewnie migajacy trup. Idziemy.
- NIE!!!- jeknal maz- tam naprawde cos jest. Jak mi nie wierzycie to wylaczcie latarki i sami zobaczcie.
Wylaczylismy latarki i dostrzeglismy w wodzie slaby blysk stroboskopu. Prawdopodobnie ktos przed nami wrzucil go tam aby oznaczyc droge.
Zaden z panow nie chcial isc pierwszy. W ich glowach tworzyly sie wizje lampki przymocowanej do kasku, ktory z kolei znajduje sie na glowie przymocowanej do niezywego ciala. Mnie chcialo sie smiac. Po krotkiej przepychance E. zadecydowal dzielnie: Ide!
Za nim podazylam ja, potem A.. L. doszedl do polowy i odwrocil sie: maz, pokonawszy panike, zmierzal, brodzac w wodzie po kolana, w kierunku migajacego swiatelka.
- Zostaw, zostaw to!- wrzasnal. Ale Maz nie sluchal. Z odwaga siegnal do wody i wyciagnal... mala migajaca lampke. Moja teoria sie potwierdzila: ktos przed nami po prostu dal znac, ze zmierzamy we wlasciwym kierunku.
Pozostale 20 minut wedrowki odbylismy we wzglednym spokoju. Wyobraznia raz jeszcze splatala chlopakom figla: E. stwierdzil, ze w wodzie znajduje sie czarny ksztalt, ktory plywa w te i wewte (potem okazalo sie, ze byl to po prostu cien). Wypelzlismy na powierzchnie ziemi, brudni, mokrzy, oblepieni glina, ale zadowoleni. Z A. (dla ktorej rowniez byl to pierwszy raz) stwierdzilysmy, ze od dzis jest to nasze nowe hobby. E. probowal jakos poskladac na sobie porwana koszule, L. czyscil sie z blota. Maz usmiechal sie z duma i zapytal:
- No i co, nie mialem racji, ze w wodzie cos migalo?

Cokolwiek sie dzieje- nie panikuj.

Saturday, January 12, 2008

Dobrodziejstwa cywilizacyjne

Pewnej rodzinie, mieszkajacej w srodku lasu w Californi (tak, nawet w Stanach sa jeszcze takie rodziny), zalozono w tym miesiacu telefon. Radosci bylo co niemiara.
Ojciec rodziny, zapytany o to, co do tej pory robil w sytuacjach awaryjnych, odparl:
- Strzelalem trzy razy w powietrze z pistoletu; przy odrobinie szczescia w ciagu godziny ktos sie pojawial.

A nam, posiadaczom komorek, zdarza sie panikowac, gdy w ciagu dnia wyladuje sie bateria.

Wednesday, January 9, 2008

Monster Jam

W sobote bylismy na Monster Jam.

Na pokrytej piaskiem arenie ustawiane sa wraki samochodow. Potem na scene wjezdzaja auta z niesamowicie wielkimi kolami i odbywa sie konkurs skakania samochodami przez wraki, na wraki, obok wrakow... a nastepnie konkurencja freestyle, czyli kazdy kierowca, przy akompaniamencie ryku silnika, robi cos w swoim stylu. Czasem konczy sie to zlamanym zawieszeniem i kawalkami karoserii rozsypanymi po arenie.
Tlum wyje, popijajac piwo, samochody turlaja sie po arenie, z rur wydechowych leca iskry... Zaluje, ze nie zabralam zatyczek do uszu (niektorzy takowe mieli), ale bawilam sie wysmienicie.

Kolega L. stwierdzil, ze mialam swoj moment jako klasyczny, alabamski wiesniak.

Monday, January 7, 2008

Swieta, Sylwester i postanowienia noworoczne

Swieta minely, Sylwester tez. Zaczal sie Nowy Rok, nowe niespodzianki, nowe postanowienia noworoczne... Zeszlorocznych juz nawet nie pamietam (a czy ktos wogole pamieta swoje? Czy sa to tylko rzeczy, ktore umykaja z pamieci wraz z przymrozkami?). Tym razem postanowienie noworoczne uwiecznie tu, na blogu. A brzmi ono:

Biegac.

Biegac codziennie.
Caly listopad i grudzien biegalam na biezni. 1 stycznia zaczelam biegac po miescie i (uwaga uwaga) zaczelo mi to sprawiac niejaka frajde; szczegolnie spojrzenia robotnikow w waciakach, zatrzymujace sie na moich posladkach obleczonych w niebieskie spodenki. Jedzenie czekolady uchodzi mi plazem. Aby jeszcze bardziej sie zmotywowac, zapisalam sie na wyscig 5K (czyli na 5 kilometrow) ktory odbedzie sie w moim miescie 9 lutego. Limit czasowy na przebycie tego dystansu to 1.5 godziny. Jestem w dobrej mysli, bo w tej chwili przebywam go duzo szybciej (nie bede podawac czasu, zeby sie nie osmieszyc). Zostalo mi jeszcze 5 tygodni treningu. Trzymajcie kciuki.

To nie byly najbardziej tradycyjne Swieta Bozego Narodzenia, jakie przezylam, ale z pewnoscia najciekawsze. Ranek 24 grudnia spedzilam rozmawiajac przez telefon z rodzicami, ktorzy akurat rozpoczeli tradycyjna, wigilijna wieczerze (moja 9 rano to 16 w Polsce). Wieczorem odwiedzilismy z Mezem naszych znajomych- V., Turka, i jego dziewczyne, A., Amerykanke. Zjedlismy sernik, popilismy czerwonym barszczem, goraca czekolada i bialym winem (interesujaca kombinacja). Nazajutrz (25- go, w pierwszy dzien swiat) wybralismy sie do opustoszalego w tym dniu miasta, aby porobic troche interesujacych zdjec. Dolaczyl do nas Dieuleveult, nasz afrykanski kolega (nawiasem mowiac, swietnie prezentowal sie na tle bialych chmur).
Nie mielismy zadnych konkretnych planow na Sylwestra. Paru znajomych zapowiadalo swoje odwiedziny ale w koncu nie bylismy pewni, czy ktokolwiek przyjdzie. 30 grudnia zadzwonil moj kolega z biura, w ktorym kiedys pracowalam. Na Sylwestra wybieral sie ze swoja druga polowa na koncert Orkiestry Transsyberyjskiej (Trans-Siberian Orchestra). Niestety zona wlasnie przeszla operacje szczeki i nie czula sie na silach, aby siedziec pol nocy w glosnej sali, zdecydowali wiec oboje, ze bilety odstapia swoim przyjaciolom. W ten sposob o godzinie 21:30 zasiedlismy na widowni naszej lokalnej areny widowiskowej i ogladalismy opere rockowa (zachecam do wrzucenia w youtube). Nie byl to jednak spektakl na tyle interesujacy, aby ogladac go przez bite 4 godziny, Nowy Rok przywitalismy wiec na tarasie widokowym mieszczacym sie na dachu budynku w ktorym mieszkamy. Popatrzylismy na sztuczne ognie i na miasto, ktore przemierzaly tlumy skapo ubranych dziewczat, sledzonych przez nietrzezwych Afroamerykanow, ktorych z kolei sledzily radiowozy. Przejmujace zimno sprawilo, ze zaraz po polnocy wrocilismy do mieszkania. Okolo 1 w nocy pojawil sie w nim nasz przyjaciel L. i podchmielony Gwatemalczyk z sasiedniego apartamentu. Przy piwach i dzwieku gitar wytrwalismy do godziny 4 nad ranem...

Mowi sie, ze jaki Sylwester, taki Nowy Rok. Zapowiada sie interesujaco.

Saturday, December 29, 2007

Nowy domownik- update

Wiadomosci z ostatniej chwili:
Dzis pojechalismy z futrzakiem do Humane Society (osrodka zajmujacego sie ratowaniem zwierzat, polaczonego z weterynarzem, schroniskiem, miejscem adopcji i sklepem) aby, za rada Cioci M., przeskanowac go na obecnosc mikrochipa (w takim urzadzeniu mieszcza sie informacje na temat wlasciciela zwierzaka).
Chipa brak. Pani w osrodku stwierdzila, ze kotka jest autentycznym bobtailem; wydaje mi sie dziwne, ze ktos wypuszcza z domu zwierze czystej rasy bez chipa i bez obrozy z identyfikatorem. Moze sie zgubila, moze uciekla od niewdziecznych wlascicieli, a moze, jak kolezance mojej mamy, wyskoczyla przez okno samochodu podczas jazdy? To wie tylko ona.
W czwartek wywiesilismy ogloszenie "znaleziono kota" z naszym numerem telefonu. Jak na razie nikt sie nie zglosil. Jesli wlasciciel nie odezwie sie do przyszlego czwartku, kotka zostanie nazwana Pomegranate (czyli Owoc Granatu) a.k.a. Pom- Pom ("pompom" oznacza pompon; zwazywszy na to, co ma z tylu zamiast ogona, jest to imie bardzo trafione), zaszczepiona, wysterylizowana, i stanie sie oficjalnym czlonkiem naszej malej rodziny.

Wszystkim zycze, aby nadchodzacy Nowy Rok 2008 byl szczesliwy, dostatni i obfitujacy w niespodzianki.

Wednesday, December 26, 2007

Nowy domownik

Dzien przed Wigilia spedzilismy na imprezie swiatecznej u naszych przyjaciol, G. i J.. Stol uginal sie od potraw a dom pekal w szwach od ludzi, ktorzy smiali sie, jedli, wchodzili, wychodzili... W pewnym momencie, wraz z kolejna fala gosci, do domu wtargnal nikomu nie znany, bezogoniasty kot. Zostal on natychmiast wygoniony przez G., ktora jest wielbicielka psow.
Cztery godziny pozniej, wychodzac dostrzeglismy wyzej wymienionego kota, ktory czail sie w zaroslach i kombinowal, jakby znow dostac sie do cieplego mieszkania.
Jestem wielbicielka kotow. Moim marzeniem jest zostac posiadaczka sfinksa, ktory, oprocz kompletnego braku siersci, charakteryzuje sie rowniez zawrotna cena (okolo 900$ za kociatko bez praw hodowlanych- czyli nie mozna go rozmnazac). Kot z zarosli (pomimo faktu, ze mial jednak futro) wzbudzil moja sympatie i nagly przyplyw cieplejszych uczuc Meza, ktory, mimo moich slabych protestow (ale z goraca zacheta J., ktory grozil, ze zadzwoni po hycla, bo koty rujnuja mu piwnice), pojmal zwierze i wpakowal do samochodu. Wrocilismy do domu z futrzakiem, ktory zachowywal sie wprost idealnie: przytulal sie, lasil, mruczal jak maszyna.
W domu ogarnelo mnie zwatpienie: a co, jesli ktos kota zgubil, i teraz szuka? Co, jesli jakies dziecko teskni za przyjacielem i placze? Zadzwonilam do J. i poprosilam, aby informowal mnie na biezaco, czy w okolicy nie pojawia sie jakies ogloszenia o zagubionym kocie, a wszelkim ewentualnym poszukiwaczom dawal moj numer telefonu.
Po zapoznaniu sie z naszym mieszkaniem, kot wyruszyl na poszukiwanie ubikacji. Szybko zaimprowizowalismy mu kuwete z pudelka po butach, z ktorej skwapliwie skorzystal. Niestety, potrzebe fizjologiczna nr. 2 zalatwil w desperacji do zlewu kuchennego, wprawiajac mnie i Meza w bezgraniczne oslupienie. Byl to jednak, dzieki Bogu, wybryk jednorazowy.
Kot- a wlasciwie kotka- spi teraz na moich kolanach. Gdy wstaje- nie odstepuje mnie na krok. gdy jest wolana- przybiega. Pompon z tylu i szary kolor sprawiaja, ze wyglada jak duzy zajac (zastanawiamy sie z Mezem, czy brak ogona jest zwiazany z wypadkiem w dziecinstwie, czy tez mamy do czynienia z autentycznym bobtailem; moze ktos wie jak mozna to stwierdzic?). Wciaz znajduje sobie nowe zabawki- a to kokardki na choince, a to koraliki zwisajace z klamki. Bladym switem goni po podlodze za znalezionym gdzies kasztanem, robiac przy tym niesamowicie duzo halasu.
Bedzie mi bardzo ciezko sie z nia rozstac, jezeli ktos sie do niej przyzna, nie moge jednak zatrzymac jej nie robiac wszystkiego, aby zwrocic ja pierwotnym wlascicielom. Pomimo protestow Meza (ktory kotke wprost uwielbia), planuje pojechac w piatek w okolice domu G. i J. i zamiescic ogloszenie o znalezieniu kota. Mam jednak cicha nadzieje, ze nikt sie nie zglosi po odbior.

Tuesday, December 25, 2007

Swiateczne przysmaki '2007

Zostalam zaproszona na swiateczny lunch do mojej bylej pracy. Zwyczaj kaze kazdemu przyniesc jakas potrawe, przynioslam i ja. Zadebiutowalam wlasnorecznie przeze mnie przygotowana zapiekanka brokulowa- broccoli casserole. Zapiekanki czesto pojawiaja sie na swiatecznym stole, zaraz obok przepysznej szynki pieczonej w miodzie, salatek, tluczonych ziemniakow z sosem, buleczek z miesem i tzw. dressingu z pieczywa kukurydzianego (zwykle nadziewa sie nim indyka).
Zapiekanka okazala sie byc absolutnym sukcesem, zainteresowanym podaje przepis:

Zapiekanka brokulowa

Skladniki:
- 1 srednia cebula, posiekana,
- 500 g brokula podzielonego na rozyczki,
- 1/2 kostki masla,
- 2 puszki zupy-kremu z kurczaka (moze byc tez z pieczarek),
- szklanka ugotowanego dzikiego ryzu,
- zabek czosnku,
- 3 szklanki tartego sera,

Sposob przygotowania:
Rozgrzac piekarnik do 180 stopni Celsjusza.
W rondelku rozpuscic maslo. Podsmazyc cebule i czosnek. Odstawic do ostygniecia.
Ugotowac brokuly, odsaczyc, odstawic do ostygniecia.
Ugotowac ryz.
Wazne jest, aby pozwolic wszystkim skladnikom ostygnac przed zmieszaniem ich (ser nie moze zaczac rozpuszczac sie zbyt wczesnie).
Odmierzyc pol szklanki tartego sera (posypiemy nim danie). Wymieszac wszystkie skladniki i wlozyc do zaroodpornego pojemnika. Przykryc pierzynka z odlozonego tartego sera. Przykryc wszystko folia aluminiowa. Piec w piekarniku przez 20 minut, zdjac folie i piec jeszcze 5-15 minut, dopoki ser nie rozpusci sie i nie zaczna robic sie na nim bable.


W Stanach nie obchodzi sie Wigilii Swiat Bozego Narodzenia (z reguly wszyscy ida do pracy, a zaczynaja swietowac dopiero 25 grudnia), ja postanowilam jednak zjesc z mezem maly, wigilijny lunch.
Pytana przez znajomych Amerykanow o tradycyjne, wigilijne, polskie potrawy, opowiadam wszystkim o kluskach z makiem, bigosie i karpiu w galarecie. Za kazdym razem spotykam sie z dreszczem obrzydzenia u rozmowcy: kluski z makiem sa tu czyms dziwnym, kiszona kapusta jedzeniem niegodnym czlowieka a karp ryba, ktora kazdy szanujacy sie rybak po zlowieniu wrzuca spowrotem do stawu (bo do niczego sie nie nadaje). Malzonek moj, niestety, podziela te opinie, wiec plany urzadzenia polskiej Wigilii wziely w leb. Narodzenie Jezusa uczcilismy ryzem (bialym oraz Congris z Kuby), tofu smazonym w ostrym sosie, smazonymi warzywami, resztkami zapiekanki brokulowej oraz kawowymi ciasteczkami:

Congris z Kuby, zwane także Moros y cristianos (Maurowie i chrześcijanie)
(przepis zaczerpniety ze zbiorow Beaty Pawlikowskiej, ze strony http://beatapawlikowska.onet.pl/kitchen.html)


Skladniki:
2 szklanki białego ryżu
0.5 szklanki czarnej fasoli (albo puszka czerwonej fasoli)
3 łyżeczki soli
1 papryka czerwona (może byc ostra)
2-3 ząbki czosnku
0.5 cebuli
3 łyzeczki pasty pomidorowej

Sposob przygotowania:
Ugotowac ryż w posolonej wodzie, kiedy będzie już prawie gotowy, dodać pozostałe składniki, razem poddusić. Można jeść na gorąco i na zimno.

Hawajskie ciastka kawowe
(przepis zaczerpniety ze zbiorow Beaty Pawlikowskiej, ze strony http://beatapawlikowska.onet.pl/kitchen.html)


Skladniki:
1 kostka masła albo margaryny
2 jajka
4 łyżki rozpuszczalnej kawy
1 czubata szklanka cukru
1 szklanka posiekanych orzechów makadamia (lub laskowych)
1 łyżeczka aromatu waniliowego
1.5 szklanki mąki

Sposob przygotowania:
Ucierać masło, dodając stopniowo cukier wymieszany z kawą. Dodać jajka, mąkę, aromat, dokładnie wymieszać. Dodać posiekane orzechy. Przełożyć do blachy, piec w temperaturze 180 stopni ok. 15 minut. Ostudzić, pokroić w kwadraty. Gotowe ciastka można ozdobić lukrem albo polewą czekoladową.


Zycze wszystkim Wesolych Swiat!

Thursday, December 20, 2007

Georgia State University- ceremonia zakonczenia studiow

Robimy z Mezem wiele rzeczy. Jedna z nich jest praca dla najwiekszego studia fotograficznego na swiecie, ktore zajmuje sie miedzy innymi fotografowaniem ceremonii zakonczenia studiow. Maz wspolpracuje z ta firma juz wiele lat, ja moje pierwsze zlecenie dostalam kilka miesiecy temu.

W zeszla niedziele pojechalismy do Atlanty aby fotografowac ceremonie zakonczenia studiow na Georgia State University. Bylo to wielkie wydarzenie nie tylko ze wzgledu na ilosc absolwentow (ponad 2000!) ale rowniez dlatego, ze odbywalo sie w Georgia Dome, na stadionie, w tym samym miejscu, gdzie kilka tygodni temu ogladalam moj pierwszy mecz futbolu! Pracowalismy na samej plycie boiska, gumowo- trawiastej powierzchni z wymalowanymi orlami i nazwa Atlanta Falcons NFL. To niesamowite- bylam tam, gdzie graja slawy, w miejscu, do ktorego normalnie nie ma dostepu, a ogladac je mozna jedynie w telewizji lub z trybun. Zaimprowizowalismy nawet z Mezem male przylozenie a inny fotograf (bylo ich, lacznie z nami, okolo 10) uwiecznil nas na zdjeciu.
Ceremonia miala rozpoczac sie o godzinie 11:00 rano, musielismy jednak stawic sie w pracy juz o 8:00 : o tej wlasnie godzinie rozpoczelismy robienie zdjec portretowych. Potem wiekszosc fotografow byla juz wolna, czterech zas (wliczajac nas) zostalo, aby fotografowac uroczystosc.
Ceremonia rozpoczela sie tradycyjnie od melodii "Pomp and Circumstance"- zainteresowanych zachecam do posluchania tu:

http://youtube.com/watch?v=HXjRFlLey3A&feature=related .

Studenci- a raczej juz absolwenci (wszyscy w tradycyjnych togach)- zasiedli na krzeslach na plycie boiska, a rodzice/przyjaciele/wspolmalzonkowie/cala reszta- na trybunach. Na sale wszedl Atlanta Pipe Band, czyli Zespol Graczy na Dudach w Atlancie. Wygladalo to dosc oryginalnie: kilku facetow w szkockich spodniczkach przygrywalo na dudach na zielonej murawie. Za nimi podazali rektor, dziekani, rozmaici dyrektorzy i profesorzy oraz doktoranci. Zaspiewano hymn narodowy. Zaspiewano Alma Mater.
Potem nastapily przemowienia a nastepnie wreczono dyplomy doktorantom. Trwalo to dosc dlugo bo bylo ich okolo 300. Nazwiska absolwentow, ktorzy uzyskali tytul bachelor i master nie zostaly wymienione- w tego typu przypadkach, gdy uczelnie konczy kilka tysiecy ludzi, wyczytywany jest tylko kierunek studiow, ktorego absolwenci wstaja z krzesel i robia duzo radosnego halasu. Z malych armatek, umieszczonych po bokach stadionu, wystrzelono konfetti, rozlegly sie okrzyki i wiwaty.
Zespol Dudowy opuscil stadion, po nim doktoranci i absolwenci. Ceremonia zakonczyla sie o godzinie 3:00 po poludniu.

To bylo moje trzecie zlecenie tego typu, ale za kazdym razem jestem tak samo wzruszona: tradycyjnymi strojami, hymnem, prawdziwym, szczerym patriotyzmem, radoscia studentow... Moze dlatego, ze sama nie mialam takiego wspanialego zakonczenia studiow- wyjechalam do Stanow bardzo szybko po obronie pracy dyplomowej, ale nawet gdybym zostala, zadna taka ceremonia nie mialaby miejsca (nie bylo to przyjete w mojej szkole). Pamietam zdziwienie mojej Mamy (ktora, pracujac na Uniwersytecie Medycznym co roku jest obecna na uroczystosciach rozpoczecia i zakonczenia studiow, i oglada panow dziekanow i rektora w sobolach) kiedy oznajmilam jej, ze pierwszego dnia dali nam indeksy do reki i kazali isc na zajecia, a ostatniego dyplom odbiera sie w dziekanacie. Dla niej uroczystosci sa nieodzowna czescia zycia studenta.
Bardzo zaluje, to wszystko mnie ominelo, mam jednak nadzieje, ze nie we wszystkich szkolach tradycja zanika. Z tego co wiem w Polsce pojawia sie tez nowa- moj kuzyn swoj dyplom odebral w todze (szczesciarz).

Ciesze sie, ze chociaz teraz, ponad rok od zakonczenia politechniki, moge byc swiadkiem wznioslych, radosnych wydarzen, ktorych nikt nie powinien odebrac zadnemu studentowi.

(Zdjecia z ceremonii chetnie przesle zainteresowanym i zaufanym osobom na mejla.)

Wednesday, December 19, 2007

Czerwona torebka

Przynajmniej dwa razy do roku, jak kazda kobieta, odczuwam nieodparta koniecznosc zakupienia sobie nowej torebki; torebki z odpowiednia (lecz nie za duza) iloscia kieszonek, w ktorej nie bedzie panowal balagan i wszystko bedzie mialo swoje miejsce. Swieta sa oczywiscie idealnym momentem aby kupic prezent samej sobie, wybralam sie wiec do Burlington Coat Factory (sklep ten cieszy sie duza popularnoscia ze wzgledu na firmowe ciuchy i akcesoria oraz przystepne ceny).
Dostrzeglam ja niemal natychmiast: na stojaku w glebi sklepu czekala na mnie piekna, czerwona, skorzana torebka, wprost stworzona dla mnie: nie za duza, nie za mala, codzienna, ale swietnie sie prezentujaca. Juz, juz mialam pedzic do kasy, gdy ujrzalam na swoim ramieniu... moja wlasna, czerwona torebke. Nagle przypomnialo mi sie rowniez, ze w domu mam jeszcze dwie w tym kolorze: jedna kupilam przed wylotem do Stanow, a druga trzy miesiace temu podarowala mi mama.

W tym momencie doznalam olsnienia: to nie ja wybieram torebki, to one wybieraja mnie. Wyglada na to, ze szczegolnie upodobaly mnie sobie te czerwone- no bo jak wytlumaczyc fakt, ze mam juz trzy takie? Po prostu co pol roku jakas torebka decyduje sie dolaczyc do mojej kolekcji a mnie jakos tak... glupio odmowic.

Mysl o zakupie czwartej czerwonej torebki wydala mi sie zuchwala i za razem kuszaca, ale resztki zdrowego rozsadku podpowiadaly, ze jej odcien wcale nie musi pasowac do mojego czerwonego plaszcza (ktorego nie mialam dzis na sobie, wiec nie moglam porownac). Torebka jednak nie dawala za wygrana: kusila, blyszczala sie, zachecala. Dzieki Bogu udalo mi sie znalezc, przy pomocy uprzejmej, hinduskiej ekspedientki, jeszcze jedna, biala, w dokladnie tym samym fasonie.
Wiem, ze to tylko kwestia czasu, i za kilka miesiecy w moje rece wpadnie kolejna czerwona torebka (nawiasem mowiac posiadam rowniez dwie pary czerwonych spodni, czerwony portfel, wspomniany wyzej czerwony plaszcz, kilka czerwonych bluzek i czerwone buty: chyba czas przemyslec te sytuacje).

Drogie Panie: jesli kiedykolwiek Wasi malzonkowie lub zyciowi partnerzy beda robili wam wyrzuty na temat posiadania niezliczonej ilosci torebek, butow lub innych akcesoriow (w roznych lub tych samych kolorach), powiedzcie im, ze jest to po prostu niezalezne od was. Moja historia jest tego najlepszym przykladem.

Thursday, December 13, 2007

Swieta, swieta...

Swieta Bozego Narodzenia zblizaja sie wielkimi krokami. O ich rychlym nadejsciu swiadczy kilka faktow:


1. Zaraz po Swiecie Dziekczynienia wszedzie pojawily sie dekoracje bozonarodzeniowe. Ja rowniez dostosowalam sie do ogolnie panujacej tradycji- juz 26 listopada ubralam choinke. Bardzo mi sie ten zwyczaj podoba- teraz moge cieszyc sie swiateczna atmosfera przez kilka tygodni.

2. Pod hipermarketami pojawiaja sie Mikolaje, dzwoniacy dzwonkami i zachecajacy do wplacania drobnych sum pieniedzy na szczytne cele, w hipermarketach zas nie brakuje swiatecznych produktow i promocji.

3. Popularne staja sie okolicznosciowe, czerwone sweterki z naszytymi Mikolajami i choinkami. Jeszcze niedawno zywilam do nich gleboka odraze, w koncu sama sobie taki sprawilam (ale nikomu ani slowa...).

4. Poczawszy od 1 grudnia korki na drodze do galerii handlowej staja sie nie do zniesienia. Pol biedy, jesli na zakupy wybieramy sie na poczatku miesiaca, w poniedzialek, przed 5 po poludniu. Jesli jednak w godzinie obiadowej zachce nam sie (tak jak mnie wczoraj) sushi z restauracji mieszczacej sie pod sama galeria, mozemy byc pewni, ze trase, ktora normalnie pokonalibysmy w 15 minut, przepelzniemy sennie (po autostradzie!) w ciagu okolo godziny. Dzieki Bogu kultura jazdy jest tu zupelnie inna: nie musimy obawiac sie, ze chcac zmienic pas narazimy sie na stek wyzwisk, przy ktorych "ty baranie" brzmi jak lagodna muzyka skrzypcowa.


Tylko aura jest malo swiateczna. Pomijam juz fakt, ze to Alabama i generalnie jest tu troche mniej zimno niz w innych stanach. Ostatnio pogoda zupelnie oszalala- mamy ponad 20 stopni Celsjusza i chodzimy w podkoszulkach i krotkich spodenkach.

Tuesday, December 4, 2007

Historia o skrzydle samolotu

Pewien samolot mial przeleciec trase z Nowego Jorku do Londynu. Pech chcial, ze podczas kolowania na lotnisku inny samolot delikatnie otarl sie o niego, urywajac mu sam czubek skrzydla.
Pasazerowie zostali ewakuowani i przewiezieni do hotelu. Nastepnego dnia rano, czekajac na kolejny lot, zauwazyli z okna terminalu, ze podstawiono im... dokladnie ten sam samolot z odlupanym czubkiem skrzydla. Pomimo zapewnien obslugi technicznej, ze ten kawalek, ktorego nie ma, tak naprawde nie jest do niczego potrzebny, i ze lot bedzie calkowicie bezpieczny, kilka osob odmowilo wejscia na poklad.
Kilkanascie godzin pozniej samolot wyladowal bezpiecznie w Londynie.
Historia ta jest jak najbardziej prawdziwa.

Ogladalam w telewizji program o calym zajsciu. Wypowiadalo sie kilku mechanikow, inzynierow i innych samolotowych ekspertow. Wszyscy jednoglosnie orzekli, ze lot byl calkowicie bezpieczny, i ze akurat ten brakujacy kawalek skrzydla faktycznie nie spelnial zadnej istotnej roli. Jeden fachowiec stwierdzil jednak, ze doskonale rozumie pasazerow, ktorzy odmowili lotu uszkodzona maszyna: w koncu ktos, przy projektowaniu samolotu, po cos ten kawalek skrzydla tam umiescil, i on sam czulby sie nieswojo lecac samolotem, ktory nie ma czegos, co wczesniej tam bylo (bez wzgledu na to, czy jest to potrzebne czy nie).

Caly czas sie waham, czy wsiadlabym do tego samolotu, czy nie...

Thursday, November 29, 2007

Podobno we snie widzimy nasze pragnienia...

Piaty dzien glodowki dobiega konca.

Pierwsza noc przespalam spokojnie.
Drugiej nocy snily mi sie orzeszki ziemne.
Trzeciej- pierniczki alpejskie, bulki kajzerki i kluski gotowane z warzywami (to ostatnie dziwi mnie najbardziej bo nie przepadam za kluskami).
Wczoraj- m&m's-y
Czternastej nocy pewnie ujrze we snie upieczone w calosci prosie z jablkiem w pysku.

Ale ja naprawde nie jestem glodna!

Friday, November 23, 2007

Swieto Dziekczynienia czyli moj pierwszy mecz futbolu amerykanskiego

W dniu wczorajszym obchodzone bylo w USA Swieto Dziekczynienia. Zazwyczaj jest to dzien wolny od pracy, moj Maz jednak nie nalezal to tych szczesliwcow, ktorzy moga pospac sobie do poludnia a potem opychac sie do woli indykiem. Od 5 rano pracowal jako fotograf w Atlancie na corocznym, swiatecznym maratonie.
Z braku ciekawszych zajec postanowilam mu towarzyszyc. Przy okazji odwiedzilismy naszego przyjaciela H.. Zadne z nas nie mialo pojecia, jak przygotowac tradycyjny, swiateczny obiad (maz i H. sa azjatami, mnie rowniez obce sa tajniki pieczenia drobiu), wybralismy sie wiec do koreanskiej restauracji i uczcilismy swieto pieczonymi rybami, ostra zupa, marynowana wolowina i kimchi (koreanska kiszona kapusta).
Wieczorem panowie zdecydowali, ze idziemy na mecz futbolu amerykanskiego. Niespecjalnie usmiechala mi sie perspektywa spedzenia przynajmniej trzech godzin w spoconym, rozwrzeszczanym tlumie, i obserwowania kilkunastu facetow uganiajacych sie za pilka, no ale coz, mus to mus, inaczej siedzialabym sama w domu.
O godzinie 6, opatuleni w kurtki i szaliki (zrobilo sie ostatnio dosc chlodno, okolo 5 stopni w nocy) udalismy sie w kierunku metra. Wszystkie wagony wypelnione byly kibicami obu druzyn (Atlanta Falcons i Indianapolis Colts), usmiechajacymi sie do siebie przyjaznie i rozmawiajacymi o futbolu. H., fan Atlanta Falcons, przystroil sie w czerwien i czern, wokolo widac bylo rowniez niebieskie koszulki tych, ktorzy przybyli na mecz z Indianapolis.
Na stacji Georgia Dome tlumy wylegly z pociagu i zwawo udaly sie w kierunku stadionu. My tez. Zakupilismy pare piw, troche orzeszkow smazonych w miodzie i trzydziestocentymetrowego hotdoga, ktorego Malzonek pochlonal w imponujacym tempie (niewielki z niego chlopina a ma niesamowity spust).
Pod wplywem napoju wyskokowego stwierdzilam, ze moze wieczor nie jest tak do konca stracony. Wokolo stadionu ustawione byly wszelkiego rodzaju pawilony, w ktorych mozna bylo zakupic koszulke ulubionej druzyny, zaspiewac karaoke, wymalowac sobie orla na twarzy lub porzucac pilka, chlod jednak sprawil, ze dlugo w nich nie zagoscilismy i szybko poszlismy szukac naszych miejsc na trybunach.
Pamietam, jak moj szef (rodowity Bahamczyk mieszkajacy na stale w USA, zapalony fan futbolu) opowiadal mi o swoim pierwszym meczu. Tak jak ja kompletnie nie rozumial zasad gry, ale gdy zobaczyl jak wielkie jest cale widowisko okraszajace gre, jak wierni sa fani, jak wielka jest ich wiara w zwyciestwo druzyny, zakochal sie w tej grze na amen. Ja tez tego nie rozumialam. Az do wczoraj.
Wielkosc stadionu sprawila, ze oczy wyszly mi z orbit. Nasze miejsca znajdowaly sie w gornych sektorach, z ktorych doskonale widac bylo cale boisko. Na trybunach znowu mieszaly sie czerwien i blekit, nie bylo osobnych sektorow dla fanow Falcons i fanow Colts. Mimo to nie dalo sie zaobserwowac absolutnie zadnych antagonizmow. Od czasu do czasu slychac bylo jedynie posepne buczenie (majace wyrazac dezaprobate dla wbiegajacej wlasnie na boisko druzyny przeciwnikow i solidarnosc ze swoimi), ktore jednak szybko ustapilo miejsca ogolnemu entuzjazmowi, radosci i wspolnym spiewom.
Godzinny mecz jest podzielony na pietnastominutowe cwiartki. Cale widowisko trwa okolo trzy godziny. Wszystko rozpoczyna sie wciagnieciem na boisko flagi druzyny godpodarzy, potem flagi amerykanskiej i wspolnym odspiewaniem hymnu narodowego. Potem sa sztuczne ognie i prezentacja druzyn: na boisko wbiega gromada roslych, barczystych facetow, czarnych i bialych (w tym momencie stwierdzilam, ze mi sie podoba), ubranych w ochraniacze i kaski. Sa cheerleaderki. Sa maskotki druzyn. Jest wystep zespolu muzycznego. Jest strzelanie do tlumu z armatki naladowanej koszulkami, quizy, zagadki, smieszne filmiki na telebimach...
W trakcie tych wszystkich przerywnikow H. i M. tlumaczyli mi zawziecie zasady. Najwieksza trudnosc sprawialo mi na poczatku dostrzezenie, gdzie jest pilka i jakim cudem tak szybko znalazla sie zupelnie gdzie indziej (ci wielcy faceci potrafia sie niezwykle zwinnie ruszac). Ani sie obejrzalam, a juz sama wywijalam recznikiem z nadrukiem orla i samodzielnie kibicowalam bez dyskretnego ogladania sie na to kiedy H. wiwatuje, a kiedy okazuje przygnebienie.
Byl to moj pierwszy mecz ale zdecydowanie nie ostatni. Bawilam sie swietnie pomimo, iz nasza druzyna przegrala 13 do 31. Niestety o wyniku dowiedzialam sie w domu, z internetu, bo po trzeciej cwiartce moi panowie zaczeli okazywac zniecierpliwienie: jednemu chcialo sie jesc a drugiemu spac. Proby zapchania ich kolejnymi hotdogami oraz sugestie, aby ucieli sobie drzemke tu, na trybunie, spelzly na niczym. Chcac nie chcac, udalam sie z nimi do domu, obiecujac sobie w duszy, ze nastepnym razem wybiore sie na stadion z jakimis fajnymi kolezankami, ktorych sen nie zmorzy o 11 wieczorem a glod nie bedzie szarpal trzewi co cztery godziny.

Wednesday, November 21, 2007

Zycie w Srodziemiu

Ogladamy z Mezem "Wladce Pierscieni".
- Gdybysmy mogli zyc w Srodziemiu, to gdzie chcialabys mieszkac: w Hobbitonie czy w Rivendell?- pyta Maz.
- To zalezy skad byloby blizej do hipermarketu.- odpowiadam po chwili namyslu.

Friday, November 16, 2007

Zyciowe przyjemnosci

Zaczelam biegac. Jak na razie idzie mi to jak po grudzie, wkurza strasznie i nie sprawia absolutnie zadnej przyjemnosci (moze kiedys nastapi ten dzien). Widze jednak efekty w wygladzie i samopoczuciu.

Wczoraj sluchalismy z Mezem audycji w radio. Jakis pisarz wypowiadal sie o zdrowym stylu zycia. Stwierdzil, ze rozumie, ze dla kogos ruch, sport i zdrowe odzywianie moga byc najwazniejsze. Jemu jednak, i nie wstydzi sie o tym otwarcie powiedziec, ogromna przyjemnosc sprawia palenie papierosow i picie piwa.

No nareszcie ktos odwazyl sie o pewnych rzeczach otwarcie powiedziec. Przeciez to autentyczna przyjemnosc, siedziec na kanapie, jesc lody (te z czekolada i karmelem) prosto z dwulitrowego pudelka, ogladac kolejny sezon "Przyjaciol" i popijac tanie (ale jakosciowo dobre) wino! Jakichze rozkoszy mozna doznac jedzac najnowsza pizze sieci Domino's, ta z podwojnym cienkim chrupiacym ciastem! Ile radosci moze dac samodzielne upieczenie enchiladas a potem, pochloniecie wraz z Malzonkiem calego tuzina!

To napisawszy przebralam sie w dresik i poszlam na silownie. Biegac. Trudno jednak ukryc, ze chetniej oddalabym sie wyzej wymienionym czynnosciom.

Tuesday, November 13, 2007

Fenomen Dody- update

Obudzilam sie dzis o jakiejs zupelnie nieprzyzwoitej porze, Maz byl juz w pracy. Ja zajrzalam na bloga... i okazalo sie, ze moja notka zostala polecona przez Onet, a pod nia znajdowalo sie juz kilkadziesiat komentarzy.
Dziekuje serdecznie za tak duzy odzew. Z tego, co przeczytalam jasno wynika, ze na szczescie sa w Polsce jednostki twardo opierajace sie wszechobecnym trendom i mowiace chamstwu stanowcze "nie"- tak trzymac!
Powtorze tu jeszcze raz to, co napisalam w komentarzach:

Do osob, ktore uwazaja, ze pewnosc siebie jest w cenie:
Mysle, ze jest w tym troche racji, wydaje mi sie jednak, ze sposob w jaki Doda prezentuje swoja pewnosc siebie jest absolutnie niedopuszczalny. Niewyparzony jezyk to nie wszystko, w zyciu potrzebna jest dyplomacja i kultura osobista. Wazne jest nie tylko to, co sie mowi, ale takze jak sie to mowi.

Do osob, ktore uwazaja, ze mam kompleksy i dlatego krytykuje:
Kompleksow nie mam. Jestem zadowolona ze swojego wygladu, dumna ze swiatopogladu i z wykonywanej pracy. Nie wyobrazam sobie rowniez, zebym miala komukolwiek zazdroscic braku kultury osobistej.

Do osob, ktore uwazaja, ze jacy Polacy taka telewizja:
Zdecydowanie NIE ZGADZAM SIE ze stwierdzeniem, ze kazdy w Polsce jest wulgarny. A jesli nawet by byl, to STANOWCZO PROTESTUJE przeciwko dalszemu promowaniu chamstwa. Telewizja, oprocz funkcji informacyjnej i rozrywkowej, ma rowniez spelniac zadanie edukacyjne, jest na pewno w jakims stopniu odzwierciedleniem klasy spoleczenstwa, ma nie tylko bawic, ale rowniez wychowywac. Po obejrzeniu fragmentow show z Doda w roli glownej stwierdzam, ze ktos "na gorze" kompletnie zapomnial o roli edukacyjnej telewizji.

Do osob, ktore uwazaja, ze piszac o Dodzie przyczynilam sie tylko do jej popularnosci:
To prawda, ze jak ktos jest kontrowersyjny, to zawsze beda o nim pisac. Prawdopodobnie, gdyby Doda poprzestala na spiewaniu i nie zachowywala sie jak sie zachowuje, wogole bym sie tematem nie zainteresowala, nie moglam jednak przejsc obojetnie nad tym, co sie w polskiej kulturze wyprawia. Dody nie nienawidze. Wyrazam tylko swoje zdanie.

Do kolegi, ktory niepochlebnie wypowiedzial sie o wygladzie mojego bloga:
Dziekuje za zwrocenie mi na to uwagi. Nie ja strone projektowalam, szablon wybralam z gotowej oferty ONETu. W mojej przegladarce wyglada dobrze, ale pewnie nie we wszystkich. Postaram sie cos z tym zrobic.

Usunelam dwa komentarze, ktore wybitnie obrazaly mnie lub osoby trzecie. Nie zycze sobie tego typu slow na moim blogu.

Wszystkim serdecznie dziekuje za dyskusje i zapraszam do dalszej lektury mojego bloga.