Saturday, July 28, 2007
Troche egzotyki
Dzis, w centrum duzego miasta Alabamy, wypatrzylam faceta grajacego na dudach.
Wednesday, July 25, 2007
Parada gejów
Wybralam sie jakis czas temu na parade gejow. Daleko nie musialam chodzic: parada rozpoczynala sie na stacji benzynowej umieszczonej dokladnie na przeciwko budynku, w ktorym mieszkam. Juz od kilku dni podziwiac moglam "flagi rownosci" porozwieszane w calej okolicy (kolory teczy). Tego dnia mialam na wlasne oczy zobaczyc te rownosc.
Okolo godziny 7 wieczorem policja zablokowala drogi. Przed stacja benzynowa zaczeli gromadzic sie ludzie, co do ktorych plci mozna bylo miec powazne watpliwosci i przystrojone samochody z powypisywanymi haslami. Byla nawet dorozka zaprzegnieta w bialego konia. O godzinie 8 wyszlam przed dom. Spotkalam tam kolezanke, ktora przedstawila mnie swojej dziewczynie. Parada ruszyla. Muzyka zagrala (same gejowskie hity: "I will survive", "YMCA"...). W strzezonym przez policje konwoju maszerowali geje, lesbijki, drag-queens (na ktorych sukienki wygladaly duzo lepiej niz na niejednej kobiecie), transseksualisci, transwestyci, heteroseksualisci i zwierzeta. Zauwazylam nawet faceta z pieskiem: facet mial na koszulce napisane "nie jestem gejem ale moj pies z pewnoscia tak". Dorozka jechal mezczyzna w sukni z cekinami i bialej peruce z piorami. Na jednym z samochodow widnial napis: "Geje- Lesbijki- Hetero- Znajdz swoj kawalek ukladanki". Paradujacy machali i rzucali w tlum cukierki, lizaki i koraliki. Tlum (zlozony z mlodziezy obojga plci i wszelkiej orientacji, starcow i dzieci) entuzjastycznie odmachiwal i, zjadajac slodycze, radosnie obwieszal sie koralikami.
Po paradzie spotkalam sasiada Adama z chlopakiem i udalismy sie na male afterparty na dach. I teraz pytanie: ktory kraj jest bardziej cywilizowany? Ten, w ktorym jedna z najwiekszych partii politycznych bojkotuje parady rownosci a ludzi o odmiennej orientacji traktuje jak tredowatych, czy ten, w ktorym parada jest legalna, strzezona przez policje jak kazde wielkie wydarzenie, tolerowana, a ludzie powszechnie uwazani za "normalnych" rowniez dobrze sie na niej bawia?
Okolo godziny 7 wieczorem policja zablokowala drogi. Przed stacja benzynowa zaczeli gromadzic sie ludzie, co do ktorych plci mozna bylo miec powazne watpliwosci i przystrojone samochody z powypisywanymi haslami. Byla nawet dorozka zaprzegnieta w bialego konia. O godzinie 8 wyszlam przed dom. Spotkalam tam kolezanke, ktora przedstawila mnie swojej dziewczynie. Parada ruszyla. Muzyka zagrala (same gejowskie hity: "I will survive", "YMCA"...). W strzezonym przez policje konwoju maszerowali geje, lesbijki, drag-queens (na ktorych sukienki wygladaly duzo lepiej niz na niejednej kobiecie), transseksualisci, transwestyci, heteroseksualisci i zwierzeta. Zauwazylam nawet faceta z pieskiem: facet mial na koszulce napisane "nie jestem gejem ale moj pies z pewnoscia tak". Dorozka jechal mezczyzna w sukni z cekinami i bialej peruce z piorami. Na jednym z samochodow widnial napis: "Geje- Lesbijki- Hetero- Znajdz swoj kawalek ukladanki". Paradujacy machali i rzucali w tlum cukierki, lizaki i koraliki. Tlum (zlozony z mlodziezy obojga plci i wszelkiej orientacji, starcow i dzieci) entuzjastycznie odmachiwal i, zjadajac slodycze, radosnie obwieszal sie koralikami.
Po paradzie spotkalam sasiada Adama z chlopakiem i udalismy sie na male afterparty na dach. I teraz pytanie: ktory kraj jest bardziej cywilizowany? Ten, w ktorym jedna z najwiekszych partii politycznych bojkotuje parady rownosci a ludzi o odmiennej orientacji traktuje jak tredowatych, czy ten, w ktorym parada jest legalna, strzezona przez policje jak kazde wielkie wydarzenie, tolerowana, a ludzie powszechnie uwazani za "normalnych" rowniez dobrze sie na niej bawia?
Tuesday, July 17, 2007
Pytania i odpowiedzi
Pracowalam ostatnio jako fotograf na ceremonii rozdania dyplomow ukonczenia studiow.
Zapadl mi w pamiec fragment przemowienia dziekana:
- Gdy mialem 20 lat wiedzialem wszystko. Gdy mialem 30 lat znalem wszystkie odpowiedzi. Gdy mialem 40 lat wiedzialem, jakie sa najwazniejsze w zyciu pytania. Teraz nie jestem pewien, czy wiem cokolwiek.
No tak. Ja jestem na etapie "wiem wszystko" a moj Maz zna wszystkie odpowiedzi.
Zapadl mi w pamiec fragment przemowienia dziekana:
- Gdy mialem 20 lat wiedzialem wszystko. Gdy mialem 30 lat znalem wszystkie odpowiedzi. Gdy mialem 40 lat wiedzialem, jakie sa najwazniejsze w zyciu pytania. Teraz nie jestem pewien, czy wiem cokolwiek.
No tak. Ja jestem na etapie "wiem wszystko" a moj Maz zna wszystkie odpowiedzi.
Friday, July 13, 2007
Reklama
Pare dni temu widzialam w lokalnej (amerykanskiej) telewizji interesujaca reklame.
Facet opowiada o swoich problemach doradcy finansowemu, ktory wpatruje sie z przejeciem w swoj dlugopis. Zapytany co mysli na ten temat odpowiada plynna polszczyzna:
-W tym piorze nie ma atramentu.
Potem slychac glos spikera:
-Znajdz doradce finansowego, ktory mowi jezykiem zrozumialym dla ciebie.
I pojawia sie logo firmy na ekranie.
Zastanawiam sie, czemu akurat uzyli jezyka polskiego a nie na przyklad suahili...
Facet opowiada o swoich problemach doradcy finansowemu, ktory wpatruje sie z przejeciem w swoj dlugopis. Zapytany co mysli na ten temat odpowiada plynna polszczyzna:
-W tym piorze nie ma atramentu.
Potem slychac glos spikera:
-Znajdz doradce finansowego, ktory mowi jezykiem zrozumialym dla ciebie.
I pojawia sie logo firmy na ekranie.
Zastanawiam sie, czemu akurat uzyli jezyka polskiego a nie na przyklad suahili...
Sunday, July 8, 2007
Kaszanka- update
Zyje i mam sie dobrze.
Dzis na obiad przychodzi szef mojego Meza. Dokonamy ostatecznej destrukcji kaszanki i paczki flakow wolowych, ktora przyslali mi rodzice. Moj Maz spozyje gado gado- indonezyjska potrawe zlozona z kalafiora, marchewki, zielonej fasolki, jajka i sosu z orzeszkow ziemnych.
Dzis na obiad przychodzi szef mojego Meza. Dokonamy ostatecznej destrukcji kaszanki i paczki flakow wolowych, ktora przyslali mi rodzice. Moj Maz spozyje gado gado- indonezyjska potrawe zlozona z kalafiora, marchewki, zielonej fasolki, jajka i sosu z orzeszkow ziemnych.
Saturday, July 7, 2007
Kaszanka
Ponad rok temu pracowalam w restauracji Cracker Barrel. Jednego czerwcowego dnia obslugiwalam faceta z czteroosobowa rodzina. Jakiez bylo moje zdziwienie gdy po uslyszeniu mojego imienia i narodowosci... zagadal do mnie po polsku! Okazalo sie, ze to Polak, ktory od 25 lat mieszka w USA a dokladnie w Chicago. W moim miescie byl przejazdem, na wycieczce.
Obiecal ze nastepnym razem jak przyjedzie to przywiezie mi kaszanke.
Obietnicy dotrzymal(!). 2 tygodnie pozniej do restauracji przyszla jego zona i przyniosla mi zamrozona, dorodna, polmetrowa kaszanke zawinieta w apetyczne peto.
Kaszanke wlozylam do zamrazarki w pracy chroniac ja tym samym przed czarnymi kucharzami, ktorzy czym predzej chcieli wrzucic ja na grila. Wlasciwie to sami potem zrezygnowali jak im powiedzialam, z czego sie sklada.
Moj Maz wzdrygnal sie na sam widok (jako Adwentysta Dnia Siodmego nie jada takich paskudztw).
Kolejnym lokum kaszanki byla nasza zamrazarka az do dnia dzisiejszego. Przypomnialam sobie o niej jakies 2 tygodnie temu przy okazji rozmowy z szefem mojego meza, ktory stwierdzil ze chetnie by sprobowal. Zwatpil nieco, gdy powiedzialam mu, ze lezakuje ona juz ponad rok. Ustalilismy, ze odmroze kawalek, przetestuje na sobie i jesli przezyje to zaprosze go na obiad.
Dzis nastal ten wyjatkowy dzien. Maz poszedl do pracy. Zostalam sama. Uroczyscie wyjelam kaszanke z zamrazarki, odpakowalam i odmierzylam 2 cale.
Zamrozona byla tak dobrze, ze udalo mi sie na niej zlamac noz. Nic to jednak w porownaniu do rozkoszy podniebienia jakie mialy mnie zaraz czekac.
Odkrojony kawalek rozmrozilam w mikrofali, zdjelam flaczek.
Poszatkowalam cebulke.
Podsmazylam, najpierw cebulke potem kaszanke.
Calosc lekko osolilam.
Wyjelam kawalek brazowego whole wheat tosta i posmarowalam maselkiem.
Zasiadlam w salonie i przystapilam do konsumpcji.
Pierwszy kes rozplynal sie w moich ustach niczym ambrozja, wokol mnie zabrzmialy chory anielskie.
Tak dobrego dnia nie mialam dawno.
Nastepnym razem skusze sie i na flaczek.
Obiecal ze nastepnym razem jak przyjedzie to przywiezie mi kaszanke.
Obietnicy dotrzymal(!). 2 tygodnie pozniej do restauracji przyszla jego zona i przyniosla mi zamrozona, dorodna, polmetrowa kaszanke zawinieta w apetyczne peto.
Kaszanke wlozylam do zamrazarki w pracy chroniac ja tym samym przed czarnymi kucharzami, ktorzy czym predzej chcieli wrzucic ja na grila. Wlasciwie to sami potem zrezygnowali jak im powiedzialam, z czego sie sklada.
Moj Maz wzdrygnal sie na sam widok (jako Adwentysta Dnia Siodmego nie jada takich paskudztw).
Kolejnym lokum kaszanki byla nasza zamrazarka az do dnia dzisiejszego. Przypomnialam sobie o niej jakies 2 tygodnie temu przy okazji rozmowy z szefem mojego meza, ktory stwierdzil ze chetnie by sprobowal. Zwatpil nieco, gdy powiedzialam mu, ze lezakuje ona juz ponad rok. Ustalilismy, ze odmroze kawalek, przetestuje na sobie i jesli przezyje to zaprosze go na obiad.
Dzis nastal ten wyjatkowy dzien. Maz poszedl do pracy. Zostalam sama. Uroczyscie wyjelam kaszanke z zamrazarki, odpakowalam i odmierzylam 2 cale.
Zamrozona byla tak dobrze, ze udalo mi sie na niej zlamac noz. Nic to jednak w porownaniu do rozkoszy podniebienia jakie mialy mnie zaraz czekac.
Odkrojony kawalek rozmrozilam w mikrofali, zdjelam flaczek.
Poszatkowalam cebulke.
Podsmazylam, najpierw cebulke potem kaszanke.
Calosc lekko osolilam.
Wyjelam kawalek brazowego whole wheat tosta i posmarowalam maselkiem.
Zasiadlam w salonie i przystapilam do konsumpcji.
Pierwszy kes rozplynal sie w moich ustach niczym ambrozja, wokol mnie zabrzmialy chory anielskie.
Tak dobrego dnia nie mialam dawno.
Nastepnym razem skusze sie i na flaczek.
Sunday, July 1, 2007
Spodnie sedziego (2)
No i koniec, wyrok zapadl. Oczywiscie na niekorzysc sedziego. Ale podczas samego procesu dzialy sie ciekawe rzeczy. Sedzia na przyklad wnosil o zdjecie napisow na pralni, ktore informowaly "Satysfakcja gwarantowana" oraz "Zamowienia realizujemy w ciagu tego samego dnia" poniewaz uznal je za wprowadzajace w blad. Przy wspomnieniu swoich spodni nie mogl powstrzymac lez i poprosil o przerwanie procesu, zeby mogl sie uspokoic. Prawnik panstwa Chung ujawnil, iz sedzia byl ostatnio w ciezkiej sytuacji finansowej spowodowanej niedawnym rozwodem.
Podobno podczas czytania mowy poczatkowej sedzia mial delikatny usmieszek na twarzy. Zdawal sobie sprawe z niedorzecznosci procesu, uznal jednak, ze nalezy postapic fair i wysluchac obu stron.
A poza tym ubawil sie setnie.
Podobno podczas czytania mowy poczatkowej sedzia mial delikatny usmieszek na twarzy. Zdawal sobie sprawe z niedorzecznosci procesu, uznal jednak, ze nalezy postapic fair i wysluchac obu stron.
A poza tym ubawil sie setnie.
Wednesday, June 20, 2007
Spodnie sedziego (1)
Przez pare ostatnich tygodni sledzimy z Mezem w internecie proces pewnego sedziego i pralni/krawca.
W 2005 roku sedzia dostal nowa prace. Siedzenie za biurkiem sprawilo, ze biedaczyna przytyl 10 kilo. W nowej pracy trzeba wygladac szykownie, postanowil wiec zabrac swoje stare garnitury do krawca/pralni aby je nieco powiekszyc i odswiezyc.
Pech chcial, ze biednym, koreanskim wlascicielom pralni, gdzies zapodzialy sie jedne spodnie.
Sedzia zazadal zwrotu pieniedzy za caly garnitur- 1 150$.
Panstwo Chung znalezli spodnie po paru dniach.
Sedzia stwierdzil kategorycznie, ze te spodnie nie naleza do niego.
Po czym sie wkurzyl i pozwal Koreanczykow. Zazadal 63 700 000$- slownie: szescdziesiat trzy miliony siedemset tysiecy dolarow amerykanskich.
Jak do tego doszedl?
Otoz stwierdzil, ze jest niezadowolony z uslug i od tej pory, przez najblizszych 5 lat bedzie korzystal z innej pralni oddalonej nieco od jego miejsca zamieszkania (bo ta najblizsza tak bardzo go zawiodla). Jako osoba nieposiadajaca samochodu bedzie musial placic za jego wynajecie lub za taksowke. Pomnozyl cene, jaka zaplaci za taksowke (lub samochod) przez ilosc dni, w ktorych bedzie wybieral sie do pralni, do tego dorzucil straty moralne (brak spodni moze powaznie odbic sie na zdrowiu psychicznym). Po pomnozeniu tego wszystkiego przez 2 (jest dwoje winowajcow, dwoje wlascicieli: maz i zona) otrzymal imponujaca sume 63 milionow dolarow.
W marcu w sadzie zaproponowano mu ugode- za 12 000$ mialby wycofac wszystkie zarzuty. Ugoda ta nie spodobala sie sedziemu ale wielkodusznie zmniejszyl wysokosc zadanej kwoty do 54 000 000 $, ktore wedlug niego sa jak najbardziej do przyjecia.
Sprawa jest w toku.
W 2005 roku sedzia dostal nowa prace. Siedzenie za biurkiem sprawilo, ze biedaczyna przytyl 10 kilo. W nowej pracy trzeba wygladac szykownie, postanowil wiec zabrac swoje stare garnitury do krawca/pralni aby je nieco powiekszyc i odswiezyc.
Pech chcial, ze biednym, koreanskim wlascicielom pralni, gdzies zapodzialy sie jedne spodnie.
Sedzia zazadal zwrotu pieniedzy za caly garnitur- 1 150$.
Panstwo Chung znalezli spodnie po paru dniach.
Sedzia stwierdzil kategorycznie, ze te spodnie nie naleza do niego.
Po czym sie wkurzyl i pozwal Koreanczykow. Zazadal 63 700 000$- slownie: szescdziesiat trzy miliony siedemset tysiecy dolarow amerykanskich.
Jak do tego doszedl?
Otoz stwierdzil, ze jest niezadowolony z uslug i od tej pory, przez najblizszych 5 lat bedzie korzystal z innej pralni oddalonej nieco od jego miejsca zamieszkania (bo ta najblizsza tak bardzo go zawiodla). Jako osoba nieposiadajaca samochodu bedzie musial placic za jego wynajecie lub za taksowke. Pomnozyl cene, jaka zaplaci za taksowke (lub samochod) przez ilosc dni, w ktorych bedzie wybieral sie do pralni, do tego dorzucil straty moralne (brak spodni moze powaznie odbic sie na zdrowiu psychicznym). Po pomnozeniu tego wszystkiego przez 2 (jest dwoje winowajcow, dwoje wlascicieli: maz i zona) otrzymal imponujaca sume 63 milionow dolarow.
W marcu w sadzie zaproponowano mu ugode- za 12 000$ mialby wycofac wszystkie zarzuty. Ugoda ta nie spodobala sie sedziemu ale wielkodusznie zmniejszyl wysokosc zadanej kwoty do 54 000 000 $, ktore wedlug niego sa jak najbardziej do przyjecia.
Sprawa jest w toku.
Friday, June 15, 2007
Klimatyzator
Mojemu Przyjacielowi z Polski upaly ostatnio dokuczaly i stwierdzil, ze kupi sobie takie urzadzenie. Niezorientowany w temacie zapytal na forum internetowym jakie sa typy, jakie ceny, w co warto zainwestowac.
I zaraz posypaly sie odpowiedzi, ze drogi, ze czesto przecieka, ze glosny, ze w naszych warunkach klimatycznych to w sumie nie warto.
Podzielilam sie z nim moim doswiadczeniem. Odbylismy na skajpie rozmowe, w ktorej zachwalalam amerykanskie klimatyzatory. O cene w sumie martwic sie nie trzeba- tutaj klima jest standardem tak w mieszkaniach jak i w samochodach. Glosny... no coz, jesli mieszka sie w apartamentowcu i ma sie wentylator bezposrednio pod oknem to pewnie ze glosno. W domkach jednorodzinnym takie wiatraki sa umieszczone w odpowiednich miejscach, daleko od okien.
Same zalety! chlodno w lecie, cieplo w zimie, w sumie bezawaryjne. Zastanawia mnie czasem jak to jest, ze tu, w Stanach, mozna zrobic urzadzenie wysokiej jakosci, ktore dziala bez usterek, a w Polsce jakos nie.
Z rozmowy wyrwalo mnie jakies kapanie. Poszlam do pokoju z instalacjami.
Kapie mi z klimatyzatora.
I zaraz posypaly sie odpowiedzi, ze drogi, ze czesto przecieka, ze glosny, ze w naszych warunkach klimatycznych to w sumie nie warto.
Podzielilam sie z nim moim doswiadczeniem. Odbylismy na skajpie rozmowe, w ktorej zachwalalam amerykanskie klimatyzatory. O cene w sumie martwic sie nie trzeba- tutaj klima jest standardem tak w mieszkaniach jak i w samochodach. Glosny... no coz, jesli mieszka sie w apartamentowcu i ma sie wentylator bezposrednio pod oknem to pewnie ze glosno. W domkach jednorodzinnym takie wiatraki sa umieszczone w odpowiednich miejscach, daleko od okien.
Same zalety! chlodno w lecie, cieplo w zimie, w sumie bezawaryjne. Zastanawia mnie czasem jak to jest, ze tu, w Stanach, mozna zrobic urzadzenie wysokiej jakosci, ktore dziala bez usterek, a w Polsce jakos nie.
Z rozmowy wyrwalo mnie jakies kapanie. Poszlam do pokoju z instalacjami.
Kapie mi z klimatyzatora.
Sunday, June 3, 2007
czas Pierwszych Komunii...
Autorka bloga, do ktorego bardzo czesto zagladam (nie linkuje, nie pytalam o pozwolenie), przezywala ostatnio Pierwsza Komunie swojej corki. Widze, ze procedura niewiele sie zmienila od czasu, kiedy to ja mialam swoja Pierwsza Komunie: kosciol, alba lub biala sukienka, odswietny obiad po mszy. Wydaje mi sie jednak, ze cala ta uroczystosc ewoluuje w bardzo zlym kierunku.
Przyjrzyjmy sie co oznacza termin "Komunia" (powtarzam za Wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Komunia ):
Komunia Święta to inaczej Eucharystia lub Wieczerza Pańska, podczas której celebrans i wierni spożywają (przyjmują) Ciało i Krew (Komunia pod dwiema postaciami) lub też Ciało Pańskie (Komunia pod jedną postacią). Nie widze tu wzmianki o drogich prezentach i wystawnym obiedzie. Z definicji wynika, ze Komunia Swieta jest przezyciem czysto duchowym.
Co sie dzieje?
Rodzice kupuja swoim pociechom najdrozsze sukienki i garnitury. Uroczystosc traci swoj sens, staje sie za to okazja do porownania kto jest ladniej ubrany. Oszalamiaja tez fryzury, jakby rodzice nie rozumieli, ze czesanie osmiolatke "na panne mloda" jest w wybitnie zlym guscie.
Po uroczystosci odbywa sie obiad. Przystawki. Pierwsze, drugie, trzecie danie. Desery. Alkohole. Kolejna "pokazowka" na co rodzicow stac.
Nadchodzi czas prezentow.
Ja na komunie dostalam rower, kalkulator i dlugopis (bardzo popularny zestaw w tamtych czasach). Przypomina mi sie jeszcze jakis zestaw bizuterii, kolczyki plus pierscionek, ktory zalozylam moze 2 razy w zyciu.
Dzis rower jest najtanszym z prezentow, ktore otrzymuje dziecko z okazji swojej Pierwszej Komunii. Laptop jest standardem. Odtwarzacz mp3 rowniez jest akceptowany.
Co sie dzieje? Czemu rodzice nie rozumieja, ze to NIE TA OKAZJA! To nie jest powod, zeby wydawac tysiace zlotych! Co sie stalo z medalikiem? Czemu nikt nie daje ksiazeczki do nabozenstwa? Rower wydaje mi sie rowniez trafionym prezentem, propagowanie sportu i zdrowego trybu zycia wsrod dzieci jest zawsze dobrym pomyslem.
Nie potepiam autorki bloga, ktorego czytam. Co wiecej czuje do niej sympatie.
Rozumiem chec dania dziecku tego, co najlepsze. Rozumiem presje "inne dostana to moje nie moze byc gorsze". Wydaje mi sie, ze warto jednak przypomniec sobie czym tak naprawde jest Pierwsza Komunia Swieta: okazja do pokazania sie, sprezentowania dziecku laptopa czy przezyciem, ktore umacnia i rozwija zycie duchowe?
Polecam artykul: http://www.opoka.org.pl/varia/komunia/artykuly/pierwszakomunia.html .
Przyjrzyjmy sie co oznacza termin "Komunia" (powtarzam za Wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Komunia ):
Komunia Święta to inaczej Eucharystia lub Wieczerza Pańska, podczas której celebrans i wierni spożywają (przyjmują) Ciało i Krew (Komunia pod dwiema postaciami) lub też Ciało Pańskie (Komunia pod jedną postacią). Nie widze tu wzmianki o drogich prezentach i wystawnym obiedzie. Z definicji wynika, ze Komunia Swieta jest przezyciem czysto duchowym.
Co sie dzieje?
Rodzice kupuja swoim pociechom najdrozsze sukienki i garnitury. Uroczystosc traci swoj sens, staje sie za to okazja do porownania kto jest ladniej ubrany. Oszalamiaja tez fryzury, jakby rodzice nie rozumieli, ze czesanie osmiolatke "na panne mloda" jest w wybitnie zlym guscie.
Po uroczystosci odbywa sie obiad. Przystawki. Pierwsze, drugie, trzecie danie. Desery. Alkohole. Kolejna "pokazowka" na co rodzicow stac.
Nadchodzi czas prezentow.
Ja na komunie dostalam rower, kalkulator i dlugopis (bardzo popularny zestaw w tamtych czasach). Przypomina mi sie jeszcze jakis zestaw bizuterii, kolczyki plus pierscionek, ktory zalozylam moze 2 razy w zyciu.
Dzis rower jest najtanszym z prezentow, ktore otrzymuje dziecko z okazji swojej Pierwszej Komunii. Laptop jest standardem. Odtwarzacz mp3 rowniez jest akceptowany.
Co sie dzieje? Czemu rodzice nie rozumieja, ze to NIE TA OKAZJA! To nie jest powod, zeby wydawac tysiace zlotych! Co sie stalo z medalikiem? Czemu nikt nie daje ksiazeczki do nabozenstwa? Rower wydaje mi sie rowniez trafionym prezentem, propagowanie sportu i zdrowego trybu zycia wsrod dzieci jest zawsze dobrym pomyslem.
Nie potepiam autorki bloga, ktorego czytam. Co wiecej czuje do niej sympatie.
Rozumiem chec dania dziecku tego, co najlepsze. Rozumiem presje "inne dostana to moje nie moze byc gorsze". Wydaje mi sie, ze warto jednak przypomniec sobie czym tak naprawde jest Pierwsza Komunia Swieta: okazja do pokazania sie, sprezentowania dziecku laptopa czy przezyciem, ktore umacnia i rozwija zycie duchowe?
Polecam artykul: http://www.opoka.org.pl/varia/komunia/artykuly/pierwszakomunia.html .
Monday, May 28, 2007
Memorial Day i kawowe przemyslenia
Celine Dion wyspiewuje z ekranu "God Bless America". Miasto opustoszalo. Stacje telewizyjne pokazuja prognoze pogody na przemian z koncertem Maroon 5. Na glownych ulicach pojawily sie flagi. Mamy Dzien Pamieci Narodowej.
Obudzilam sie o godzinie 6.30 i postanowilam rozpoczac ten piekny dzien duza, goraca biala moccha i kawalkiem ciasta marmurkowego ze Starbucks. W tym celu ubralam sie, poczekalam kulturalnie do 8.00 i pelna niepewnosci co do godzin otwarcia kawiarni (mamy przeciez swieto) wybralam sie na spacer. Mam to szczescie, ze mieszkam w poblizu dwoch Starbucksow z ktorych jeden jest wystarczajaco blisko zeby dotrzec tam piechota.
Juz z daleka zauwazylam, ze dziwnym trafem wszyscy wylegli na ulice i czekaja nie wiadomo na co. Po dotarciu na miejsce okazalo sie, ze nie ma pradu, stad ta masowa stagnacja. No ale oczywiscie z goracej kawy nici. Ciasta tez nie dalo sie wyjac z zamykanej elektrycznie chlodziarki.
Pan serdecznie mnie przeprosil i uraczyl mrozona kawa, gorzka i mocna jak diabli ale tez majaca swoj urok. Za darmo.
Ten mily gest przypomnial mi o roznych zdarzeniach w moim zyciu zwiazanych z kawa (i nie tylko).
Zanim zaczelam pracowac w biurze kawe pilam tylko okazjonalnie. Pozniej to sie zmienilo. Kazdy dzien zaczynalam od kubka kawy, goracej lub zimnej. Nie robi mi to roznicy.
Zazwyczaj kawe robi sekretarka. Pewnego dnia do pracy przyjechalo pelno "grubych ryb" a sekretarki zabraklo. Obowiazek zrobienia kawy spadl na mnie- taki juz los stazysty. Specjalnie mnie to nie boli bo w pracy mamy samych przyjaznych, fantastycznych ludzi. Kraza jednak historie, ze nasz krajobrazowiec, jeszcze jako swiezak, byl wysylany do sklepu po paczki a i mnie kiedys probowali przekonac, podczas podrozy na budowe, zebym sprawdzila co jest przyczyna poteznego korka na drodze. Odparlam lamana angielszczyzna, ze nie bardzo wiem o co im chodzi bo nie za dobrze rozumiem po angielsku. Od tamtej pory ciesze sie powszechnym szacunkiem i tylko raz zachecali mnie do skosztowania jagod w parku zeby sprawdzic, czy sa trujace.
Z sekretarka bardzo sie zaprzyjaznilysmy. Zawsze po lunchu chodzimy na kawe i placimy na zmiane. Sekretarka pije cappuchino.
Szef pije czarna nieslodzona. Raz opowiadal jak przed wazna konferencja kawy nie wypil i klasycznie "przybil gwozdzia" czyli po prostu zasnal. Po przebudzeniu mial stolik odcisniety na czole o czym przekonal sie w lazience. Nikt z osob obecnych na konferencji nie powiedzial ani slowa.
Po biurze krazy rowniez opowiesc o facecie, ktory pol godziny swojej przerwy przeznaczal na lunch a drugie pol na drzemke: bral poduszke i wpelzal pod biurko. Zdarzaja sie dni, ze mam ochote zrobic to samo.
Kilka miesiecy temu, podczas pobytu w Nowym Jorku, nie czulam sie najlepiej. W Starbucks zamowilam srednia mocche, zaplacilam i czekalam na nia smetnie przy stoliku. Kilka minut pozniej sprzedawca podszedl do mnie i stawiajac przede mna najwiekszy kubek powiedzial "Wygladasz na zmartwiona, pomyslalem, ze ekstra duza sprawi, ze poczujesz sie lepiej". Poczulam sie tak, jakby mnie ktos owinal kocem w chlodny dzien.
Takie to wlasnie wspomnienia przychodza mi do glowy gdy zaczynam ten dzien mrozona, mocna kawa i melonem zamiast slodka, goraca kawa i ciastem. I wiem, ze to bedzie dobry dzien.
Obudzilam sie o godzinie 6.30 i postanowilam rozpoczac ten piekny dzien duza, goraca biala moccha i kawalkiem ciasta marmurkowego ze Starbucks. W tym celu ubralam sie, poczekalam kulturalnie do 8.00 i pelna niepewnosci co do godzin otwarcia kawiarni (mamy przeciez swieto) wybralam sie na spacer. Mam to szczescie, ze mieszkam w poblizu dwoch Starbucksow z ktorych jeden jest wystarczajaco blisko zeby dotrzec tam piechota.
Juz z daleka zauwazylam, ze dziwnym trafem wszyscy wylegli na ulice i czekaja nie wiadomo na co. Po dotarciu na miejsce okazalo sie, ze nie ma pradu, stad ta masowa stagnacja. No ale oczywiscie z goracej kawy nici. Ciasta tez nie dalo sie wyjac z zamykanej elektrycznie chlodziarki.
Pan serdecznie mnie przeprosil i uraczyl mrozona kawa, gorzka i mocna jak diabli ale tez majaca swoj urok. Za darmo.
Ten mily gest przypomnial mi o roznych zdarzeniach w moim zyciu zwiazanych z kawa (i nie tylko).
Zanim zaczelam pracowac w biurze kawe pilam tylko okazjonalnie. Pozniej to sie zmienilo. Kazdy dzien zaczynalam od kubka kawy, goracej lub zimnej. Nie robi mi to roznicy.
Zazwyczaj kawe robi sekretarka. Pewnego dnia do pracy przyjechalo pelno "grubych ryb" a sekretarki zabraklo. Obowiazek zrobienia kawy spadl na mnie- taki juz los stazysty. Specjalnie mnie to nie boli bo w pracy mamy samych przyjaznych, fantastycznych ludzi. Kraza jednak historie, ze nasz krajobrazowiec, jeszcze jako swiezak, byl wysylany do sklepu po paczki a i mnie kiedys probowali przekonac, podczas podrozy na budowe, zebym sprawdzila co jest przyczyna poteznego korka na drodze. Odparlam lamana angielszczyzna, ze nie bardzo wiem o co im chodzi bo nie za dobrze rozumiem po angielsku. Od tamtej pory ciesze sie powszechnym szacunkiem i tylko raz zachecali mnie do skosztowania jagod w parku zeby sprawdzic, czy sa trujace.
Z sekretarka bardzo sie zaprzyjaznilysmy. Zawsze po lunchu chodzimy na kawe i placimy na zmiane. Sekretarka pije cappuchino.
Szef pije czarna nieslodzona. Raz opowiadal jak przed wazna konferencja kawy nie wypil i klasycznie "przybil gwozdzia" czyli po prostu zasnal. Po przebudzeniu mial stolik odcisniety na czole o czym przekonal sie w lazience. Nikt z osob obecnych na konferencji nie powiedzial ani slowa.
Po biurze krazy rowniez opowiesc o facecie, ktory pol godziny swojej przerwy przeznaczal na lunch a drugie pol na drzemke: bral poduszke i wpelzal pod biurko. Zdarzaja sie dni, ze mam ochote zrobic to samo.
Kilka miesiecy temu, podczas pobytu w Nowym Jorku, nie czulam sie najlepiej. W Starbucks zamowilam srednia mocche, zaplacilam i czekalam na nia smetnie przy stoliku. Kilka minut pozniej sprzedawca podszedl do mnie i stawiajac przede mna najwiekszy kubek powiedzial "Wygladasz na zmartwiona, pomyslalem, ze ekstra duza sprawi, ze poczujesz sie lepiej". Poczulam sie tak, jakby mnie ktos owinal kocem w chlodny dzien.
Takie to wlasnie wspomnienia przychodza mi do glowy gdy zaczynam ten dzien mrozona, mocna kawa i melonem zamiast slodka, goraca kawa i ciastem. I wiem, ze to bedzie dobry dzien.
Wednesday, May 23, 2007
Amerykanskie jedzenie 2- dziwactwa
Z zywnosci najdziwniejsze rzeczy do jedzenia jakie mozna tu kupic to:
- sproszkowana jajecznica,
- marynowane jaja,
- marynowane swinskie nogi,
- slodka herbata w baniakach (najpierw mnie to smieszylo ale to bardzo popularny napoj na poludniu),
- bekon drobiowy,
- lod pokruszony na drobne kawaleczki i oblany slodkomdlacym syropem (Wprost uwielbiany przez dzieci. Nazywa sie Icee),
- lody o smaku gumy do zucia,
- wino w torbie z zamontowanym kranikiem wpakowane do pudelka. Na pudelku jest odpowiedni otwor przez ktory wyciaga sie kranik i nalewa wino do kieliszka. Cos fantastycznego.
- kiedys, cala szczesliwa, znalazlam sklep "Zdrowa zywnosc". Jakiez bylo moje zdziwienie gdy w srodku znalazlam... wylacznie tabletki na odchudzanie.
- sproszkowana jajecznica,
- marynowane jaja,
- marynowane swinskie nogi,
- slodka herbata w baniakach (najpierw mnie to smieszylo ale to bardzo popularny napoj na poludniu),
- bekon drobiowy,
- lod pokruszony na drobne kawaleczki i oblany slodkomdlacym syropem (Wprost uwielbiany przez dzieci. Nazywa sie Icee),
- lody o smaku gumy do zucia,
- wino w torbie z zamontowanym kranikiem wpakowane do pudelka. Na pudelku jest odpowiedni otwor przez ktory wyciaga sie kranik i nalewa wino do kieliszka. Cos fantastycznego.
- kiedys, cala szczesliwa, znalazlam sklep "Zdrowa zywnosc". Jakiez bylo moje zdziwienie gdy w srodku znalazlam... wylacznie tabletki na odchudzanie.
Friday, May 18, 2007
Wrestling
Gdy bylam mala ogladalam z dziadkiem na satelicie wrestling. Bylo to dla mnie niezwykle ekscytujace przezycie: wielcy, groznie wygladajacy mezczyzni, zadawali sobie okrutne razy.
Wczoraj ogladalam z Mezem wrestling na jednym ze standardowych programow telewizyjnych. I bardzo mnie to dziwi: jak bedac mala dziewczynka nie dostrzeglam, ze ci niesamowici mezczyzni to banda kretynow poprzebieranych w kolorowe stroje, ktorzy tylko udaja, ze sie bija.
No nawet krew nie sika...
Wczoraj ogladalam z Mezem wrestling na jednym ze standardowych programow telewizyjnych. I bardzo mnie to dziwi: jak bedac mala dziewczynka nie dostrzeglam, ze ci niesamowici mezczyzni to banda kretynow poprzebieranych w kolorowe stroje, ktorzy tylko udaja, ze sie bija.
No nawet krew nie sika...
Friday, May 11, 2007
Koscioly amerykanskie (2)
Istnieje wiele wyznan, takich jak Baptysci, Metodysci, Adwentysci Dnia Siodmego, Koscioly Chrystusowe. Kazde z tych wyznan ma swoje tradycje.
Adwentysci Dnia Siodmego na przyklad, bardzo doslownie traktuja slowa zawarte w Biblii. Duza wage przywiazuja do zdrowego zycia. Nie jedza wieprzowiny (ma to swoje uzasadnienie w Biblii), w wiekszosci sa wegetarianami. Alkohol i inne uzywki sa zabronione.
Bardzo wazna jest dzialalnosc misjonarska. Wielu czlonkow wspolnoty podrozuje do dalekich krajow gdzie naucza o Bogu ale takze o zdrowym odzywianiu i o medycynie. Dzieki tym podrozom Koscioly Adwentystow Dnia Siodmego maja tak roznych wyznawcow: sa biali, czarni i czerwoni, sa Afrykanie, Europejczycy, Amerykanie i Azjaci. Mieszaja sie kultury.
Msze odbywaja sie w soboty i sa zupelnie inne od tradycyjnych mszy katolickich. U Adwentystow "dzien swiety swiecic" oznacza "wstrzymac sie od jakiejkolwiek pracy i caly dzien poswiecic Bogu".
Co wcale nie oznacza trwanie na kleczkach od switu do zmierzchu.
Rano odbywa sie tzw. Szkola Sabatowa (lub Szabatowa). Zainteresowanych, ktorym sabat kojarzy sie z czarownicami i satanizmem, odsylam do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Szabat : Szabat, Szabas, Sabat, sobota - w judaizmie i tradycji chrześcijańskiej, ostatni (siódmy) dzień każdego tygodnia (czyli sobota). W judaizmie i niektórych kościołach chrześcijańskich (adwentyści, część zielonoświątkowców i niektórych wspólnot protestanckich) obchodzony jako dzień święty - na pamiątkę biblijnego aktu stworzenia.
W sobote rano zaczyna sie nauczanie. Pastor lub inna osoba posiadajaca dar wymowy, czyta wybrany fragment z Biblii i objasnia go. Pozniej nastepuje dyskusja: wszyscy zastanawiaja sie, jak mozna go zastosowac do zycia wspolczesnego czlowieka. Mozna zabrac glos, mozna siedziec cicho, mozna sie zgadzac lub nie. Jak kto woli.
Jak juz wspomnialam nauczaja mezczyzni i kobiety, pastorzy i cywile, zonaci i niezamezni. Kazdy, kto ma cos do powiedzenia, zostanie wysluchany. Zdarzaja sie tez swiadectwa: ludzie opowiadaja o tym, jak wiara zmienila ich zycie.
Pozniej nastepuje Msza Swieta.
Robi sie godzina 12 lub 13 po poludniu i nadchodzi czas lunchu. Kazdy przynosi cos, co ugotowal sam w domu. Potrawy sa wegetarianskie, kroluje ryz i tofu. Sama bylam na takim lunchu i musze przyznac, ze lepszych rzeczy nie jadlam nawet w drogich restauracjach.
Po lunchu i przerwie, zazwyczaj polgodzinnej, nastepuje czesc rozrywkowa. I tutaj, w zaleznosci od wspolnoty, jej wielkosci, zainteresowan, okolicznosci lub tez pory roku mozna:
- spiewac,
- grac,
- sluchac wyzej wymienionych,
- obejrzec przedstawienie okolicznosciowe zorganizowane przez dzieci,
- isc na spacer (cala wspolnota),
- a mozna tez isc do domu i nikt nie bedzie nam mial tego za zle.
Powie mi ktos, ze sie zafascynowalam innoscia. Ktos inny, ze takie spotkania nie maja struktury lub, ze najlepsze jest to, czego przestrzegali nasi dziadowie lub pradziadowie od prawiekow. Ja jednak mysle, ze Kosciol wspolczesny, przyjazny czlowiekowi i rozumiejacy jego problemy to jest to, czego kazdy z nas potrzebuje, mieszanie sie kultur zas, uczy szeroko pojetej tolerancji.
Adwentysci Dnia Siodmego na przyklad, bardzo doslownie traktuja slowa zawarte w Biblii. Duza wage przywiazuja do zdrowego zycia. Nie jedza wieprzowiny (ma to swoje uzasadnienie w Biblii), w wiekszosci sa wegetarianami. Alkohol i inne uzywki sa zabronione.
Bardzo wazna jest dzialalnosc misjonarska. Wielu czlonkow wspolnoty podrozuje do dalekich krajow gdzie naucza o Bogu ale takze o zdrowym odzywianiu i o medycynie. Dzieki tym podrozom Koscioly Adwentystow Dnia Siodmego maja tak roznych wyznawcow: sa biali, czarni i czerwoni, sa Afrykanie, Europejczycy, Amerykanie i Azjaci. Mieszaja sie kultury.
Msze odbywaja sie w soboty i sa zupelnie inne od tradycyjnych mszy katolickich. U Adwentystow "dzien swiety swiecic" oznacza "wstrzymac sie od jakiejkolwiek pracy i caly dzien poswiecic Bogu".
Co wcale nie oznacza trwanie na kleczkach od switu do zmierzchu.
Rano odbywa sie tzw. Szkola Sabatowa (lub Szabatowa). Zainteresowanych, ktorym sabat kojarzy sie z czarownicami i satanizmem, odsylam do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Szabat : Szabat, Szabas, Sabat, sobota - w judaizmie i tradycji chrześcijańskiej, ostatni (siódmy) dzień każdego tygodnia (czyli sobota). W judaizmie i niektórych kościołach chrześcijańskich (adwentyści, część zielonoświątkowców i niektórych wspólnot protestanckich) obchodzony jako dzień święty - na pamiątkę biblijnego aktu stworzenia.
W sobote rano zaczyna sie nauczanie. Pastor lub inna osoba posiadajaca dar wymowy, czyta wybrany fragment z Biblii i objasnia go. Pozniej nastepuje dyskusja: wszyscy zastanawiaja sie, jak mozna go zastosowac do zycia wspolczesnego czlowieka. Mozna zabrac glos, mozna siedziec cicho, mozna sie zgadzac lub nie. Jak kto woli.
Jak juz wspomnialam nauczaja mezczyzni i kobiety, pastorzy i cywile, zonaci i niezamezni. Kazdy, kto ma cos do powiedzenia, zostanie wysluchany. Zdarzaja sie tez swiadectwa: ludzie opowiadaja o tym, jak wiara zmienila ich zycie.
Pozniej nastepuje Msza Swieta.
Robi sie godzina 12 lub 13 po poludniu i nadchodzi czas lunchu. Kazdy przynosi cos, co ugotowal sam w domu. Potrawy sa wegetarianskie, kroluje ryz i tofu. Sama bylam na takim lunchu i musze przyznac, ze lepszych rzeczy nie jadlam nawet w drogich restauracjach.
Po lunchu i przerwie, zazwyczaj polgodzinnej, nastepuje czesc rozrywkowa. I tutaj, w zaleznosci od wspolnoty, jej wielkosci, zainteresowan, okolicznosci lub tez pory roku mozna:
- spiewac,
- grac,
- sluchac wyzej wymienionych,
- obejrzec przedstawienie okolicznosciowe zorganizowane przez dzieci,
- isc na spacer (cala wspolnota),
- a mozna tez isc do domu i nikt nie bedzie nam mial tego za zle.
Powie mi ktos, ze sie zafascynowalam innoscia. Ktos inny, ze takie spotkania nie maja struktury lub, ze najlepsze jest to, czego przestrzegali nasi dziadowie lub pradziadowie od prawiekow. Ja jednak mysle, ze Kosciol wspolczesny, przyjazny czlowiekowi i rozumiejacy jego problemy to jest to, czego kazdy z nas potrzebuje, mieszanie sie kultur zas, uczy szeroko pojetej tolerancji.
Wednesday, May 9, 2007
Koscioly amerykanskie (1)
Jesli pragniesz zawrzec blizsza znajomosc z typowym przedstawicielem poludniowych Stanow Zjednoczonych mozesz sie spodziewac, ze jednym z pierwszych pytan, jakie zostanie ci zadane bedzie:
-Gdzie chodzisz do kosciola?
Prawdopodobnie jesli jestes rodowitym europejczykiem (a tym bardziej Polakiem) twoja odpowiedz bedzie brzmiala:
-Nigdzie.
poniewaz koscioly amerykanskie to w 90 procentach koscioly protestanckie. Nie mysl jednak, ze twojemu rozmowcy bedzie to przeszkadzac. Bez skrepowania zacznie ci opowiadac o swoim Kosciele i zachecac abys dolaczyl do wspolnoty.
Koscioly amerykanskie to nie tylko miejsce, w ktorym mozna sie pomodlic. To instytucja (niekiedy olbrzymia). Koscioly prowadza: zlobki, przedszkola, szkoly, maja wlasne sale gimnastyczne, sale do nauczania doroslych i dzieci. W kosciele jest kuchnia, sala bankietowa, sale kol zainteresowan i wiele, wiele innych. Kazdy kosciol ma swoje biuro. Wielkosc jest uzalezniona od ilosci wiernych- zdarzaja sie pojedyncze pomieszczenia, zdarzaja sie cale budynki biurowe.
Pastorzy moga byc zonaci. Moga miec dzieci. To zwykli ludzie tacy jak my. I ty mozesz zostac pastorem! Jesli masz dar wymowy i gleboka wiare, jesli masz charyzme- ten zawod jest dla ciebie. Jesli przy tym jestes np. wykladowca na wyzszej uczelni- wcale nie musisz rezygnowac z pracy! Jedno mozesz doskonale pogodzic z drugim.
Kobiety takze nauczaja!
Fakt, iz pastorzy maja zony i dzieci sprawia, ze bliskie sa im problemy dnia codziennego kazdego czlowieka. Gdy przychodzisz do pastora z problemem "kloce sie z zona, co mam zrobic?" lub "moje dzieci mnie nie szanuja, jak byc autorytetem?" on nie odpowie ci "modl sie, bracie" ale bedzie staral sie zglebic istote problemu i dac konkretna rade.
Tak, do pastora mozesz przyjsc. Co wiecej, mozesz poprosic go o prywatne odwiedziny. Gdy jestes chory- mozesz do niego zadzwonic. Gdy potrzebujesz pomocy- on chetnie przyjdzie aby cie wesprzec duchowo i materialnie. Cala wspolnota wesprze cie materialnie. Wyobraz sobie, ze straciles prace a twoja zona jest ciezko chora i nie ma kto zarobic na utrzymanie dzieci. Nie jestes sam. Wspolnota zbierze pieniadze, przyniesie je do ciebie. Ktos posprzata ci w domu, ktos ugotuje ci obiad. To nie sa historie zaslyszane od znajomych. To jest to, czego doswiadczylam ja i moja rodzina. To jest prawda.
Zapisujac sie do kosciola deklarujesz sume pieniedzy, ktora dobrowolnie bedziesz wplacal kazdego miesiaca. Zazwyczaj jest to 10% twoich dochodow. Juz widze jak wszyscy gorliwi katolicy lapia sie za glowy i ubolewaja "na co, po co". Dzieki tym datkom kosciol dziala, rozwija sie i jest istotna czescia twojego zycia. Dzieki tym datkom mozesz pojsc na basen lub silownie nalezaca do twojego kosciola. Dzieki tym datkom nie musisz w calosci placic za pogrzeb lub wesele- kosciol zaplaci i pomoze wszystko zorganizowac.
Nie jestes sam.
-Gdzie chodzisz do kosciola?
Prawdopodobnie jesli jestes rodowitym europejczykiem (a tym bardziej Polakiem) twoja odpowiedz bedzie brzmiala:
-Nigdzie.
poniewaz koscioly amerykanskie to w 90 procentach koscioly protestanckie. Nie mysl jednak, ze twojemu rozmowcy bedzie to przeszkadzac. Bez skrepowania zacznie ci opowiadac o swoim Kosciele i zachecac abys dolaczyl do wspolnoty.
Koscioly amerykanskie to nie tylko miejsce, w ktorym mozna sie pomodlic. To instytucja (niekiedy olbrzymia). Koscioly prowadza: zlobki, przedszkola, szkoly, maja wlasne sale gimnastyczne, sale do nauczania doroslych i dzieci. W kosciele jest kuchnia, sala bankietowa, sale kol zainteresowan i wiele, wiele innych. Kazdy kosciol ma swoje biuro. Wielkosc jest uzalezniona od ilosci wiernych- zdarzaja sie pojedyncze pomieszczenia, zdarzaja sie cale budynki biurowe.
Pastorzy moga byc zonaci. Moga miec dzieci. To zwykli ludzie tacy jak my. I ty mozesz zostac pastorem! Jesli masz dar wymowy i gleboka wiare, jesli masz charyzme- ten zawod jest dla ciebie. Jesli przy tym jestes np. wykladowca na wyzszej uczelni- wcale nie musisz rezygnowac z pracy! Jedno mozesz doskonale pogodzic z drugim.
Kobiety takze nauczaja!
Fakt, iz pastorzy maja zony i dzieci sprawia, ze bliskie sa im problemy dnia codziennego kazdego czlowieka. Gdy przychodzisz do pastora z problemem "kloce sie z zona, co mam zrobic?" lub "moje dzieci mnie nie szanuja, jak byc autorytetem?" on nie odpowie ci "modl sie, bracie" ale bedzie staral sie zglebic istote problemu i dac konkretna rade.
Tak, do pastora mozesz przyjsc. Co wiecej, mozesz poprosic go o prywatne odwiedziny. Gdy jestes chory- mozesz do niego zadzwonic. Gdy potrzebujesz pomocy- on chetnie przyjdzie aby cie wesprzec duchowo i materialnie. Cala wspolnota wesprze cie materialnie. Wyobraz sobie, ze straciles prace a twoja zona jest ciezko chora i nie ma kto zarobic na utrzymanie dzieci. Nie jestes sam. Wspolnota zbierze pieniadze, przyniesie je do ciebie. Ktos posprzata ci w domu, ktos ugotuje ci obiad. To nie sa historie zaslyszane od znajomych. To jest to, czego doswiadczylam ja i moja rodzina. To jest prawda.
Zapisujac sie do kosciola deklarujesz sume pieniedzy, ktora dobrowolnie bedziesz wplacal kazdego miesiaca. Zazwyczaj jest to 10% twoich dochodow. Juz widze jak wszyscy gorliwi katolicy lapia sie za glowy i ubolewaja "na co, po co". Dzieki tym datkom kosciol dziala, rozwija sie i jest istotna czescia twojego zycia. Dzieki tym datkom mozesz pojsc na basen lub silownie nalezaca do twojego kosciola. Dzieki tym datkom nie musisz w calosci placic za pogrzeb lub wesele- kosciol zaplaci i pomoze wszystko zorganizowac.
Nie jestes sam.
Friday, May 4, 2007
Pszczoly
Rzecz dzieje sie w pracy mojego Meza.
Pewnego upalnego dnia przez otwor w dachu, po rurze, weszly do budynku pszczoly. Nie jedna. Nie dziesiec. Kilkaset pszczol.
Koledzy z pracy zadzwonili do mojego Meza po instrukcje co i jak nalezy zrobic. Malzonek, myslac, ze chodzi o kilka niewinnych owadow, polecil im pojechanie do Lowes (taka nasza Castorama), zakupienie odpowiedniego srodka i nie zawracanie mu wiecej glowy. Uparci ludzie nie dali jednak za wygrana i wezwali go na miejsce zdarzenia. Pragnac szybko pozbyc sie natretnych pracownikow moj Maz otworzyl drzwi do budynku z mocnym postanowieniem rozprawienia sie z pszczolami. Posepne bzyczenie sprawilo, ze czym predzej je zamknal.
Wezwano firme zajmujaca sie dezynsekcja. Panowie bezradnie rozlozyli rece.
A dlaczego?
Nie dlatego, ze nie mieli sprzetu.
Nie dlatego, ze nie zajmuja sie owadami.
Dlatego, ze pszczola jest pozyteczna i jest tu traktowana jako zwierze.
Aby pozbyc sie pszczol nalezy wezwac specjalna firme zajmujaca sie usuwaniem zwierzat. Pszczoly sa zwabiane do specjalnej pulapki, gdzie sa zamykane (zywe!), nastepnie przewozone do laboratorium, przebadane i wypuszczane w granicach stanu, w ktorym zostaly schwytane.
Najwyrazniej Amerykanie wzieli sobie do serca slowa Alberta Einsteina "Jesli pszczoly zniknelyby z powierzchni ziemi, ludzkosci pozostalyby tylko cztery lata zycia".
Pewnego upalnego dnia przez otwor w dachu, po rurze, weszly do budynku pszczoly. Nie jedna. Nie dziesiec. Kilkaset pszczol.
Koledzy z pracy zadzwonili do mojego Meza po instrukcje co i jak nalezy zrobic. Malzonek, myslac, ze chodzi o kilka niewinnych owadow, polecil im pojechanie do Lowes (taka nasza Castorama), zakupienie odpowiedniego srodka i nie zawracanie mu wiecej glowy. Uparci ludzie nie dali jednak za wygrana i wezwali go na miejsce zdarzenia. Pragnac szybko pozbyc sie natretnych pracownikow moj Maz otworzyl drzwi do budynku z mocnym postanowieniem rozprawienia sie z pszczolami. Posepne bzyczenie sprawilo, ze czym predzej je zamknal.
Wezwano firme zajmujaca sie dezynsekcja. Panowie bezradnie rozlozyli rece.
A dlaczego?
Nie dlatego, ze nie mieli sprzetu.
Nie dlatego, ze nie zajmuja sie owadami.
Dlatego, ze pszczola jest pozyteczna i jest tu traktowana jako zwierze.
Aby pozbyc sie pszczol nalezy wezwac specjalna firme zajmujaca sie usuwaniem zwierzat. Pszczoly sa zwabiane do specjalnej pulapki, gdzie sa zamykane (zywe!), nastepnie przewozone do laboratorium, przebadane i wypuszczane w granicach stanu, w ktorym zostaly schwytane.
Najwyrazniej Amerykanie wzieli sobie do serca slowa Alberta Einsteina "Jesli pszczoly zniknelyby z powierzchni ziemi, ludzkosci pozostalyby tylko cztery lata zycia".
Sunday, April 29, 2007
Robert Fulghum (2)
"Mieszkancy Wysp Salomona (Poludniowy Pacyfik) maja niezwykly sposob scinania drzew. Jesli jakies jest zbyt duze by je sciac toporem, tubylcy zwalaja je za pomoca krzyku. (Nie mam przed soba artykulu, w ktorym to przeczytalem, ale przysiegam, tak bylo napisane.) O swicie obdarzeni niezwyklymi mocami drwale wspinaja sie na drzewa i nagle krzycza na nie ile sil w plucach. Robia tak przez 30 dni. Drzewo umiera i pada na ziemie. Teoria mowi, ze to wrzask zabija ducha drzewa. Tubylcy mowia, ze metoda zawsze dziala.
Och, jacy oni biedni, naiwni i nieswiadomi. Jakze osobliwe zwyczaje dzungli. Krzyczec na drzewa, no naprawde. Jakiez to prymitywne. Wielka szkoda, ze nie maja zadnych wynalazkow wspolczesnej techniki ani naukowych umyslow.
A ja? Ja krzycze na moja zone. Krzycze na telefon i na kosiarke. I krzycze na telewizor, na gazete i na moje dzieci. Jestem nawet znany z tego ze czasem zaciskam piesci i krzycze w strone nieba. Moj sasiad krzyczy na swoj samochod. A tego lata slyszalem jak krzyczal na drabine przez cale popoludnie. My, nowoczesni, cywilizowani i wyksztalceni ludzie krzyczymy na korki uliczne, na sedziow sportowych, na rachunki i banki i na maszyny- zwlaszcza maszyny. Maszynom i rodzinie dostaje sie najbardziej.
Nie wiem, co dobrego to przynosi. Urzadzenia i przedmioty po prostu tkwia na swoim miejscu. Czasem nawet kopanie nie pomaga. Jesli chodzi o ludzi, coz, mieszkancy Wysp Salomona moga miec racje. Krzyczenie na zywe istoty zwykle zabija w nich dusze. Kije i kamienie moga zlamac nasze kosci. Slowa moga zlamac nasze serca..."
" Cytat zaczerpniety z:
"All I Really Need to Know I Learned in Kindergarten", Villard Books, New York 1988.
Tlumaczenie moje.
Och, jacy oni biedni, naiwni i nieswiadomi. Jakze osobliwe zwyczaje dzungli. Krzyczec na drzewa, no naprawde. Jakiez to prymitywne. Wielka szkoda, ze nie maja zadnych wynalazkow wspolczesnej techniki ani naukowych umyslow.
A ja? Ja krzycze na moja zone. Krzycze na telefon i na kosiarke. I krzycze na telewizor, na gazete i na moje dzieci. Jestem nawet znany z tego ze czasem zaciskam piesci i krzycze w strone nieba. Moj sasiad krzyczy na swoj samochod. A tego lata slyszalem jak krzyczal na drabine przez cale popoludnie. My, nowoczesni, cywilizowani i wyksztalceni ludzie krzyczymy na korki uliczne, na sedziow sportowych, na rachunki i banki i na maszyny- zwlaszcza maszyny. Maszynom i rodzinie dostaje sie najbardziej.
Nie wiem, co dobrego to przynosi. Urzadzenia i przedmioty po prostu tkwia na swoim miejscu. Czasem nawet kopanie nie pomaga. Jesli chodzi o ludzi, coz, mieszkancy Wysp Salomona moga miec racje. Krzyczenie na zywe istoty zwykle zabija w nich dusze. Kije i kamienie moga zlamac nasze kosci. Slowa moga zlamac nasze serca..."
" Cytat zaczerpniety z:
"All I Really Need to Know I Learned in Kindergarten", Villard Books, New York 1988.
Tlumaczenie moje.
Wednesday, April 25, 2007
Bill O'Reilly vs Geraldo Rivera
Virginia Beach jest miastem, ktorego wladze nie scigaja nielegalnych imigrantow. Moga oni zyc tam spokojnie bez obawy, ze Urzad Imigracyjny zapuka do ich drzwi.
W tym wlasnie miescie Alfredo Ramos zabil dwie nastolatki prowadzac samochod po pijaku. Mezczyzna mial juz przeszlosc kryminalna. Za swoje poprzednie wykroczenia nie zostal poslany do wiezienia ani tez deportowany.
Furore robi ostatnio wywiad, jaki Bill O'Reilly przeprowadzil z Geraldo Rivera. Gdy pierwszy raz, nieswiadoma, ogladalam ten wywiad, bylam przekonana, ze O'Reilly i Rivera sa politykami. Tymczasem- nie. Sa oni dziennikarzami, gospodarzami popularnych programow w Fox News.
W skrocie:
Rivera twierdzi, ze nie nalezy w tej sprawie dopatrywac sie problemu z nielegalnymi imigrantami ale problemu prowadzenia auta pod wplywem alkoholu. Mowi tez, ze (nielegalni) imigranci popelniaja z reguly mniej przestepstw niz rodowici obywatele USA.
O'Reilly broni swojego zdania. Mowi, ze do wypadku by nie doszlo, gdyby wladze Virginia Beach robily to, co do nich nalezy- czyli zajely sie deportowaniem nielegalnych imigrantow. Twierdzi rowniez, iz sam fakt bycia nielegalnym imigrantem swiadczy o nieodpowiedzialnosci.
Panowie poklocili sie tak, ze doszlo prawie do rekoczynow. Zobaczcie sami:
http://www.youtube.com/watch?v=NM7hoauFLDU
Co jednak dzieje sie na koncu- obaj dziennikarze biora gleboki oddech, usmiechaja sie i stwierdzaja, ze to naprawde wspaniale, ze istnieje stacja telewizyjna taka jak Fox News, w programie ktorej dwie osoby o kompletnie roznych pogladach maja szanse konfrontacji.
Nie padlo ani jedno obrazliwe slowo. Nikt nikogo nie nazwal idiotą ani nie zaproponowal, ze moze mu podac noge a nie reke.
Przypominaja mi sie tutaj walki slowne polskich politykow. Ze szczegolnym rozrzewnieniem wspominam rowniez pewna bojke na sali sejmowej ktora telewizja polska byla laskawa transmitowac.
Uwazam, ze prawo powinno byc przestrzegane. Przestepca powinien poniesc kare za to, co zrobil, nie ma znaczenia, czy jest czarny czy bialy, obywatel czy nielegalny imigrant. To, ze Alfredo Ramos nie zostal ukarany, swiadczy o niepelnosprawnosci systemu sprawiedliwosci w Virginia Beach. Problem prowadzenia pojazdu pod wplywem alkoholu jest jednak uniwersalny i nie ma zadnego zwiazku z byciem nielegalnym imigrantem. Kwestia deportacji i uszczelnienia granic to calkiem inna historia.
Zgadzam sie z Geraldo Rivera.
W tym wlasnie miescie Alfredo Ramos zabil dwie nastolatki prowadzac samochod po pijaku. Mezczyzna mial juz przeszlosc kryminalna. Za swoje poprzednie wykroczenia nie zostal poslany do wiezienia ani tez deportowany.
Furore robi ostatnio wywiad, jaki Bill O'Reilly przeprowadzil z Geraldo Rivera. Gdy pierwszy raz, nieswiadoma, ogladalam ten wywiad, bylam przekonana, ze O'Reilly i Rivera sa politykami. Tymczasem- nie. Sa oni dziennikarzami, gospodarzami popularnych programow w Fox News.
W skrocie:
Rivera twierdzi, ze nie nalezy w tej sprawie dopatrywac sie problemu z nielegalnymi imigrantami ale problemu prowadzenia auta pod wplywem alkoholu. Mowi tez, ze (nielegalni) imigranci popelniaja z reguly mniej przestepstw niz rodowici obywatele USA.
O'Reilly broni swojego zdania. Mowi, ze do wypadku by nie doszlo, gdyby wladze Virginia Beach robily to, co do nich nalezy- czyli zajely sie deportowaniem nielegalnych imigrantow. Twierdzi rowniez, iz sam fakt bycia nielegalnym imigrantem swiadczy o nieodpowiedzialnosci.
Panowie poklocili sie tak, ze doszlo prawie do rekoczynow. Zobaczcie sami:
http://www.youtube.com/watch?v=NM7hoauFLDU
Co jednak dzieje sie na koncu- obaj dziennikarze biora gleboki oddech, usmiechaja sie i stwierdzaja, ze to naprawde wspaniale, ze istnieje stacja telewizyjna taka jak Fox News, w programie ktorej dwie osoby o kompletnie roznych pogladach maja szanse konfrontacji.
Nie padlo ani jedno obrazliwe slowo. Nikt nikogo nie nazwal idiotą ani nie zaproponowal, ze moze mu podac noge a nie reke.
Przypominaja mi sie tutaj walki slowne polskich politykow. Ze szczegolnym rozrzewnieniem wspominam rowniez pewna bojke na sali sejmowej ktora telewizja polska byla laskawa transmitowac.
Uwazam, ze prawo powinno byc przestrzegane. Przestepca powinien poniesc kare za to, co zrobil, nie ma znaczenia, czy jest czarny czy bialy, obywatel czy nielegalny imigrant. To, ze Alfredo Ramos nie zostal ukarany, swiadczy o niepelnosprawnosci systemu sprawiedliwosci w Virginia Beach. Problem prowadzenia pojazdu pod wplywem alkoholu jest jednak uniwersalny i nie ma zadnego zwiazku z byciem nielegalnym imigrantem. Kwestia deportacji i uszczelnienia granic to calkiem inna historia.
Zgadzam sie z Geraldo Rivera.
Monday, April 23, 2007
Meksykanie
Meksykanow mozna znalezc wszedzie. Mieszkaja w twoim miescie, w twojej dzielnicy, na twojej ulicy, wreszcie- w tym samym budynku co ty.
Typowa meksykanska rodzina to usmiechniety ojciec w bialym podkoszulku, dzinsach i adidasach, mloda matka w ciazy w spodniach ogrodniczkach i dwoje bardzo grzecznych, trzymajacych sie blisko dzieci. Zawsze gdy na nich patrze przychodzi mi na mysl film "Ojciec chrzestny" (chociaz to o Wlochach): oni sa jak mafia- solidarni, kochajacy swoje "ninos". Wszedzie razem. W hipermarkecie oscyluja wokol dzialu z latynoskim jedzeniem (biora liscie kukurydzy na tamales).
Na ulicach dominuje nieco inna moda: meksykanscy mezczyzni nosza podkoszulki polo w czerwono- niebieskie paski oraz czapeczke z daszkiem zalozona tyl na przod. Nieodlaczny atrybut to wielki samochod dostawczy z ktorego glosnikow wydobywa sie tradycyjna muzyka a rzewny glos wyspiewuje "amor, amor".
Jesli jestes atrakcyjna blondynka przecietny Meksykanin zasypie cie mnostwem komplementow. Jesli nie- tak samo. Nie wazne czy jestes gruba czy chuda, mloda czy stara, z jasnymi czy ciemnymi wlosami: meksykanski mezczyzna sprawi, ze poczujesz sie jak miss swiata.
Wczoraj pojechalam na tzw. Farmers Market (czyli mowiac najzwyczajniej- rynek). Owoce i warzywa mozna tu nabyc po kilkakrotnie nizszych cenach niz w zwyklych sklepach. Oczywiscie na rynku krolami straganow sa Meksykanie.
- Pomoc?- zapytal uprzejmie maly brazowy czlowieczek gdy chodzilam wzdluz straganow wybierajac warzywa.
- Dziekuje, juz mi ktos pomaga.- odpowiedzialam zgodnie z prawda. Obok mnie inny brazowy usmiechal sie zwyciesko przesypujac pomidory z koszyka do reklamowki. Pierwszy jednak nie dawal za wygrana.
- Jak masz na imie?- zapytal.
- P.
- Mieszkasz tutaj?
Pozornie niewinne pytanie ale kryje w sobie mnostwo tresci. Mieszkasz tutaj- jestes stad. Jestes stad- jestes obywatelem. Jestes obywatelem- mozna sie z Toba ozenic i dostac zielona karte.
- Tak, w centrum B.
- Dasz mi swoj numer telefonu?
- Przykro mi, nie, jestem mezatka.
- O.K.- odparl bez zalu i niezrazony wyruszyl na poszukiwanie kolejnej "ofiary".
Nie zrozumcie mnie zle. Meksykanie w zadnym stopniu nie sa natretni. Podtrzymuja rozmowe tylko wtedy jesli masz na to ochote. Jesli nie- oddalaja sie. Gdy opuszczasz sklep/rynek pomoga Ci zaniesc warzywa do samochodu a na pozegnanie zycza milego dnia. Sa bardzo uprzejmi, po czesci ze strachu. Staraja sie pracowac i zachowywac idealnie z obawy przed deportacja, ja jednak mysle, ze oni ta uprzejmosc maja tez we krwi. Osobiscie znam paru, ktorzy sa tu legalnie ale ich zachowanie jest wciaz takie samo: zawsze usmiechnieci, zadowoleni, chetni do pomocy.
Meksykanie nigdy sie nie poddaja. Jak nie na wizie- to przez zielona granice. Jak nie przez zielona granice- to ukryci w ciezarowce. Zawsze znajda jakis sposob zeby dostac sie do bratniego kraju.
Ciekawi mnie tylko, jakimi doroslymi beda dzieci urodzone w USA z meksykanskich rodzicow. Czy tak samo milymi, usmiechnietymi, pomocnymi ludzmi? Czy tak jak ich rodzice, beda wykonywac prace, ktorej normalny Amerykanin sie brzydzi? Czy tez beda mierzyc wyzej?
Czas pokaze.
Typowa meksykanska rodzina to usmiechniety ojciec w bialym podkoszulku, dzinsach i adidasach, mloda matka w ciazy w spodniach ogrodniczkach i dwoje bardzo grzecznych, trzymajacych sie blisko dzieci. Zawsze gdy na nich patrze przychodzi mi na mysl film "Ojciec chrzestny" (chociaz to o Wlochach): oni sa jak mafia- solidarni, kochajacy swoje "ninos". Wszedzie razem. W hipermarkecie oscyluja wokol dzialu z latynoskim jedzeniem (biora liscie kukurydzy na tamales).
Na ulicach dominuje nieco inna moda: meksykanscy mezczyzni nosza podkoszulki polo w czerwono- niebieskie paski oraz czapeczke z daszkiem zalozona tyl na przod. Nieodlaczny atrybut to wielki samochod dostawczy z ktorego glosnikow wydobywa sie tradycyjna muzyka a rzewny glos wyspiewuje "amor, amor".
Jesli jestes atrakcyjna blondynka przecietny Meksykanin zasypie cie mnostwem komplementow. Jesli nie- tak samo. Nie wazne czy jestes gruba czy chuda, mloda czy stara, z jasnymi czy ciemnymi wlosami: meksykanski mezczyzna sprawi, ze poczujesz sie jak miss swiata.
Wczoraj pojechalam na tzw. Farmers Market (czyli mowiac najzwyczajniej- rynek). Owoce i warzywa mozna tu nabyc po kilkakrotnie nizszych cenach niz w zwyklych sklepach. Oczywiscie na rynku krolami straganow sa Meksykanie.
- Pomoc?- zapytal uprzejmie maly brazowy czlowieczek gdy chodzilam wzdluz straganow wybierajac warzywa.
- Dziekuje, juz mi ktos pomaga.- odpowiedzialam zgodnie z prawda. Obok mnie inny brazowy usmiechal sie zwyciesko przesypujac pomidory z koszyka do reklamowki. Pierwszy jednak nie dawal za wygrana.
- Jak masz na imie?- zapytal.
- P.
- Mieszkasz tutaj?
Pozornie niewinne pytanie ale kryje w sobie mnostwo tresci. Mieszkasz tutaj- jestes stad. Jestes stad- jestes obywatelem. Jestes obywatelem- mozna sie z Toba ozenic i dostac zielona karte.
- Tak, w centrum B.
- Dasz mi swoj numer telefonu?
- Przykro mi, nie, jestem mezatka.
- O.K.- odparl bez zalu i niezrazony wyruszyl na poszukiwanie kolejnej "ofiary".
Nie zrozumcie mnie zle. Meksykanie w zadnym stopniu nie sa natretni. Podtrzymuja rozmowe tylko wtedy jesli masz na to ochote. Jesli nie- oddalaja sie. Gdy opuszczasz sklep/rynek pomoga Ci zaniesc warzywa do samochodu a na pozegnanie zycza milego dnia. Sa bardzo uprzejmi, po czesci ze strachu. Staraja sie pracowac i zachowywac idealnie z obawy przed deportacja, ja jednak mysle, ze oni ta uprzejmosc maja tez we krwi. Osobiscie znam paru, ktorzy sa tu legalnie ale ich zachowanie jest wciaz takie samo: zawsze usmiechnieci, zadowoleni, chetni do pomocy.
Meksykanie nigdy sie nie poddaja. Jak nie na wizie- to przez zielona granice. Jak nie przez zielona granice- to ukryci w ciezarowce. Zawsze znajda jakis sposob zeby dostac sie do bratniego kraju.
Ciekawi mnie tylko, jakimi doroslymi beda dzieci urodzone w USA z meksykanskich rodzicow. Czy tak samo milymi, usmiechnietymi, pomocnymi ludzmi? Czy tak jak ich rodzice, beda wykonywac prace, ktorej normalny Amerykanin sie brzydzi? Czy tez beda mierzyc wyzej?
Czas pokaze.
Wednesday, April 18, 2007
Pull- A- Part
Niezwykle ciekawym zjawiskiem sa w USA Pull- A- Party. Czyli olbrzymie przestrzenie wypelnione wrakami samochodow. Mozna tu za niewielkie pieniadze zdobyc czesc, ktora nas interesuje, a ktorej nie mozemy kupic gdzie indziej. Jesli nasz samochod ulegnie nieodwracalnemu wypadkowi mozemy go tu rowniez sprzedac. Zajmie zaszczytne miejsce miedzy weteranami tej samej marki i przysluzy sie jeszcze wielu, wielu innym wehikulom. Prawie jak bank organow.
Pull- A- Part jest otwarty 7 dni w tygodniu z wyjatkiem Swieta Dziekczynienia, Wigilii i Swieta Bozego Narodzenia. Cena za wejscie- tylko 1$.
Pull- A- Part dzieli sie na 2 czesci: po lewej samochody amerykanskie, po prawej samochody z innych czesci swiata. Auta ustawione sa markami. Przy wejsciu na szrot znajduje sie komputer, w ktorym mozemy znalezc interesujace nas auto oraz jego pozycje (tego samego mozna dowiedziec sie rowniez przez internet). Moj Maz bardzo czesto sprawdza czy przypadkiem nie pojawil sie jakis dawca dla mojej Hondy lub jego Mazdy RX-7.
Przed wejsciem na szrot zabieramy narzedzia, placimy naleznosc w kasie, dajemy sobie przystawic pieczatkie na reku (niektorzy cwaniacy przeskakuja przez plot zeby wykrecic sobie czesci za darmo. Pieczatka jest dowodem legalnego wstepu.), odnajdujemy odpowiedni samochod a potem- do dziela!
Dlugo nie moglam zrozumiec co w Pull- A- Partach jest takiego zajmujacego: kupa polnagich facetow w 40- stopniowym upale grzebie w pokrytym smarem wraku. Az w koncu Maz mnie zabral- i spodobalo mi sie!
Spodobal mi sie ten dreszczyk emocji przy sprawdzaniu w komputerze czy jest dawca czy tez go nie ma.
Spodobalo mi sie szukanie samochodu.
Spodobalo mi sie szukanie czesci i badanie, czy nadaja sie na przeszczep czy tez nie.
Spodobalo mi sie rowniez to, co mozna w tych samochodach znalezc. A znalezc mozna- oprocz standardowych czesci- bardzo wiele: plyty CD, torby, portfele, siedzenia dla dzieci, ubrania, butelki, resztki jedzenia...
Widok morza aut ustawionych w rzedzie zrobil na mnie ogromne wrazenie. Tak wiele mysli przychodzi do glowy podczas wizyty na glupim szrocie...
Kazdy taki samochod mial swoja historie zanim trafil do Pull- A- Partu. Ktos go zrobil. Ktos go kupil. Ktos nim jezdzil. Ktos go sprzedal. Ktos w nim sie zakochal. Ktos nim jechal na slub, ktos inny- na pogrzeb. Ktos w nim uprawial milosc, ktos sie poklocil, ktos zerwal zareczyny. Ktos mial wypadek. Ktos zginal. Ktos kogos zastrzelil a ktos inny przyszedl na swiat.
Kiedy patrzylam na te auta i na ich zawartosc przypomnialo mi sie wiele wydarzen z mojego wlasnego zycia.
Historia samochodu z Pull- A- Partu jest po trochu historia kazdego z nas.
Pull- A- Part jest otwarty 7 dni w tygodniu z wyjatkiem Swieta Dziekczynienia, Wigilii i Swieta Bozego Narodzenia. Cena za wejscie- tylko 1$.
Pull- A- Part dzieli sie na 2 czesci: po lewej samochody amerykanskie, po prawej samochody z innych czesci swiata. Auta ustawione sa markami. Przy wejsciu na szrot znajduje sie komputer, w ktorym mozemy znalezc interesujace nas auto oraz jego pozycje (tego samego mozna dowiedziec sie rowniez przez internet). Moj Maz bardzo czesto sprawdza czy przypadkiem nie pojawil sie jakis dawca dla mojej Hondy lub jego Mazdy RX-7.
Przed wejsciem na szrot zabieramy narzedzia, placimy naleznosc w kasie, dajemy sobie przystawic pieczatkie na reku (niektorzy cwaniacy przeskakuja przez plot zeby wykrecic sobie czesci za darmo. Pieczatka jest dowodem legalnego wstepu.), odnajdujemy odpowiedni samochod a potem- do dziela!
Dlugo nie moglam zrozumiec co w Pull- A- Partach jest takiego zajmujacego: kupa polnagich facetow w 40- stopniowym upale grzebie w pokrytym smarem wraku. Az w koncu Maz mnie zabral- i spodobalo mi sie!
Spodobal mi sie ten dreszczyk emocji przy sprawdzaniu w komputerze czy jest dawca czy tez go nie ma.
Spodobalo mi sie szukanie samochodu.
Spodobalo mi sie szukanie czesci i badanie, czy nadaja sie na przeszczep czy tez nie.
Spodobalo mi sie rowniez to, co mozna w tych samochodach znalezc. A znalezc mozna- oprocz standardowych czesci- bardzo wiele: plyty CD, torby, portfele, siedzenia dla dzieci, ubrania, butelki, resztki jedzenia...
Widok morza aut ustawionych w rzedzie zrobil na mnie ogromne wrazenie. Tak wiele mysli przychodzi do glowy podczas wizyty na glupim szrocie...
Kazdy taki samochod mial swoja historie zanim trafil do Pull- A- Partu. Ktos go zrobil. Ktos go kupil. Ktos nim jezdzil. Ktos go sprzedal. Ktos w nim sie zakochal. Ktos nim jechal na slub, ktos inny- na pogrzeb. Ktos w nim uprawial milosc, ktos sie poklocil, ktos zerwal zareczyny. Ktos mial wypadek. Ktos zginal. Ktos kogos zastrzelil a ktos inny przyszedl na swiat.
Kiedy patrzylam na te auta i na ich zawartosc przypomnialo mi sie wiele wydarzen z mojego wlasnego zycia.
Historia samochodu z Pull- A- Partu jest po trochu historia kazdego z nas.
Subscribe to:
Posts (Atom)