Kilka tygodni temu ogladalismy z Mezem w telewizji Michaela Jacksona zapowiadajacego serie koncertow w Europie. Sluchalam tej wiadomosci z dosc krytycznym nastawieniem. Nie przypuszczalam, zeby beznosy, wychudzony wokalista byl jeszcze w stanie zrobic show na miare tych, ktore ogladalam bedac mala dziewczynka.
- Wiesz, mysle, ze zostalo mu niewiele lat zycia- powiedzialam do Meza, ktory popatrzyl na mnie z niedowierzaniem- on nie wyglada za dobrze.
- Co ty opowiadasz- obruszyl sie moj M!- zobaczysz on nas jeszcze wszystkich zaskoczy.
No i zaskoczyl.
25 czerwca 2009 roku Michael Jackson odszedl z tego swiata.
Nie potrafie wytlumaczyc przeczucia, ktore wtedy mialam, ale bylam pewna, ze do serii koncertow nie dojdzie.
Michael Jackson byl pierwszym wokalista, ktorego kasete "Bad" kupila mi mama kilkanascie lat temu na Rynku Baluckim.
Michael Jackson byl pierwszym mezczyzna, do ktorego (patrzac na plakat zawieszony na scianie) ukradkiem wzdychalam.
Michael Jackson byl osoba, na widok twarzy ktorej, w ostatnich latach, doznawalam uczucia obrzydzenia.
Michael Jackson zawsze bedzie osoba, ktora bede cenic za niebywale osiagniecia muzyczne, i ktorej zawsze bedzie mi zal ze wzgledu na nieudane zycie prywatne.
Dopiero teraz, po kilku dniach, dotarla do mojej swiadomosci prawda, ze Michael Jackson nie zyje. Skonczyla sie pewna era.
Umarl krol, niech zyje krol.
Kiedys Elvis, potem Michael, kto bedzie nastepny?
Monday, June 29, 2009
Wednesday, June 24, 2009
Jak niechcacy przeploszylam Swiadkow Jehowy
Wczoraj rano ktos zapukal do naszych drzwi. Otworzylam, i ujrzalam dwoch Afroamerykanow, elegancko ubranych w czarne garnitury.
- Dzien dobry- przywitali sie grzecznie.
- Dzien dobry, w czym moge pomoc?
- Czy chcialabys porozmawiac z nami o Pismie Swietym?- zapytali- Ciekawi jestesmy jakie jest twoje zdanie. Czy myslisz, ze Biblia jest przydatna w codziennym zyciu?
- Oczywiscie ze jest przydatna!- odpowiedzialam entuzjastycznie- Sama czytam ja codziennie.
- O... naprawde?- na ich twarzach widac bylo zaskoczenie.
- Naprawde. Czy jestescie panowie Adwentystami Dnia Siodmego?
- Nie, Swiadkami Jehowy...- odparli coraz bardziej zmieszani- Coz, w takim razie nie bedziemy ci wiecej zajmowac czasu. Mozemy ewentualnie... zostawic "Straznice"?- zapytali bez wiekszej nadziei.
- Czemu nie, zawsze z checia dowiem sie czegos o innych wyznaniach.
- Dziekujemy bardzo za Twoj czas, milego dnia!- powiedzieli Swiadkowie i oddalili sie szybkim krokiem.
Tym razem nie udalo mi sie porozmawiac ze Swiadkami Jehowy. Przypuszczam, iz wyczuli, ze jesli zaangazuja sie w konwersacje ze mna, to nie beda wyglaszali monologu do laika, ale czeka ich dluga i intensywna dyskusja. Najwyrazniej przeploszylam ich moim entuzjazmem.
Szkoda.
- Dzien dobry- przywitali sie grzecznie.
- Dzien dobry, w czym moge pomoc?
- Czy chcialabys porozmawiac z nami o Pismie Swietym?- zapytali- Ciekawi jestesmy jakie jest twoje zdanie. Czy myslisz, ze Biblia jest przydatna w codziennym zyciu?
- Oczywiscie ze jest przydatna!- odpowiedzialam entuzjastycznie- Sama czytam ja codziennie.
- O... naprawde?- na ich twarzach widac bylo zaskoczenie.
- Naprawde. Czy jestescie panowie Adwentystami Dnia Siodmego?
- Nie, Swiadkami Jehowy...- odparli coraz bardziej zmieszani- Coz, w takim razie nie bedziemy ci wiecej zajmowac czasu. Mozemy ewentualnie... zostawic "Straznice"?- zapytali bez wiekszej nadziei.
- Czemu nie, zawsze z checia dowiem sie czegos o innych wyznaniach.
- Dziekujemy bardzo za Twoj czas, milego dnia!- powiedzieli Swiadkowie i oddalili sie szybkim krokiem.
Tym razem nie udalo mi sie porozmawiac ze Swiadkami Jehowy. Przypuszczam, iz wyczuli, ze jesli zaangazuja sie w konwersacje ze mna, to nie beda wyglaszali monologu do laika, ale czeka ich dluga i intensywna dyskusja. Najwyrazniej przeploszylam ich moim entuzjazmem.
Szkoda.
Monday, June 22, 2009
Papugi
Wychodzac wczoraj z kosciola zauwazylam spore stado dziwnych ptakow, ktore skrzeczac glosno przysiadly na kablach elektrycznych. Po blizszym przyjrzeniu sie stwierdzilam ze zdumieniem, ze to... papugi. Duze, zielone, dzikie papugi.
Po powrocie do domu zapytalam Meza o to egzotyczne zjawisko. Opowiedzial mi, ze te papugi to potomkowie ptakow, ktore zostaly przywiezione do Stanow Zjednoczonych jeszcze zanim import egzotycznych zwierzat byl zabroniony, i jakims cudem uciekly lub zostaly wypuszczone na wolnosc. Szybko sie rozmnozyly i teraz lataja sobie po Californi.
Zobaczyc stado papug w centrum miasta- bezcenne.
Po powrocie do domu zapytalam Meza o to egzotyczne zjawisko. Opowiedzial mi, ze te papugi to potomkowie ptakow, ktore zostaly przywiezione do Stanow Zjednoczonych jeszcze zanim import egzotycznych zwierzat byl zabroniony, i jakims cudem uciekly lub zostaly wypuszczone na wolnosc. Szybko sie rozmnozyly i teraz lataja sobie po Californi.
Zobaczyc stado papug w centrum miasta- bezcenne.
Saturday, June 20, 2009
Wzorowi pracownicy
Firma, dla ktorej pracuje ja i Maz, zawsze poszukuje dobrych asystentow, ktorzy kazdego sezonu pomagaja przy robieniu zdjec na ceremoniach.
Kilka tygodni temu, na jednej z ceremonii pojawilo sie czterech roslych Afroamerykanow w srednim wieku, o nienagannych manierach. Przez caly miesiac ci panowie (zatrudnieni przez nasza kolezanke z human resources) pracowali dla nas jako asystenci. Zawsze uprzejmi, zawsze na czas. Nigdy sie nie spoznili ani nie odmowili pracy. Ubrani byli zawsze jak z zurnala, w piekne garnitury i koszule, zestawione w bardzo ciekawe (ale gustowne) kombinacje kolorystyczne.
Jeden z nich przynosil naszej kolezance- fotografowi lunch na kazda ceremonie.
Inny nie mial samochodu, ale dojezdzal do pracy autobusem nawet po kilkadziesiat mil.
Jeszcze inny znalazl nam dodatkowego asystenta.
Kilka dni temu maz powiedzial mi, ze ci czterej mezczyzni pracuja na co dzien na uniwersytecie jako... sprzatacze.
Kilka tygodni temu, na jednej z ceremonii pojawilo sie czterech roslych Afroamerykanow w srednim wieku, o nienagannych manierach. Przez caly miesiac ci panowie (zatrudnieni przez nasza kolezanke z human resources) pracowali dla nas jako asystenci. Zawsze uprzejmi, zawsze na czas. Nigdy sie nie spoznili ani nie odmowili pracy. Ubrani byli zawsze jak z zurnala, w piekne garnitury i koszule, zestawione w bardzo ciekawe (ale gustowne) kombinacje kolorystyczne.
Jeden z nich przynosil naszej kolezance- fotografowi lunch na kazda ceremonie.
Inny nie mial samochodu, ale dojezdzal do pracy autobusem nawet po kilkadziesiat mil.
Jeszcze inny znalazl nam dodatkowego asystenta.
Kilka dni temu maz powiedzial mi, ze ci czterej mezczyzni pracuja na co dzien na uniwersytecie jako... sprzatacze.
Friday, June 12, 2009
Opetanie?
W ciagu ostatnich dwoch miesiecy nasza kotka Pom-Pom byla kilka razy u weterynarza z powodu infekcji na skorze. To przyjazne i rozkoszne zwierze zamienialo sie u lekarza (i w drodze do niego) w bestie opetana przez demony: bylo wicie sie, drapanie, slinienie a raz nawet Pom-Pom ulzyla sobie w garniturowe koszule Meza, ktore ten nieopatrznie zostawil w samochodzie.
Wczoraj przyjmowal nas inny doktor (nasz byl na urlopie). Wchodzac do gabinetu przywital sie, zerknal w "karte pacjenta", spojrzal na niewinnie wygladajace zwierze siedzace na stole.
- A wiec to jest Pom-Pom?- zapytal zagladajac ponownie w papiery. Potwierdzilam.
- I ma wpisane w karcie "UWAGA, ZACHOWAC OSTROZNOSC"?
Faktycznie: na gorze strony widnialo slowo "CAUTION" zakreslone na zolto.
- Damy jej zastrzyk- zarzadzil doktor po ostroznych ogledzinach tylnej nogi kotki, ktora wyjatkowo byla bardzo spokojna. Nie uspilo to jednak czujnosci doktora.
- Pojde zawolac wsparcie.
Do gabinetu weszla rosla pielegniarka, ktora fachowym ruchem unieruchomila Pom-Pom na stole. Pacjentka dzielnie przyjela zastrzyk, widac obrala nowa taktyke pod tytulem "nie wstane, tak bede lezal".
Tym razem obylo sie bez Armageddonu, ale kto wie co stanie sie 24- go, gdy zabiore Pom-Pom na wizyte kontrolna.
Wczoraj przyjmowal nas inny doktor (nasz byl na urlopie). Wchodzac do gabinetu przywital sie, zerknal w "karte pacjenta", spojrzal na niewinnie wygladajace zwierze siedzace na stole.
- A wiec to jest Pom-Pom?- zapytal zagladajac ponownie w papiery. Potwierdzilam.
- I ma wpisane w karcie "UWAGA, ZACHOWAC OSTROZNOSC"?
Faktycznie: na gorze strony widnialo slowo "CAUTION" zakreslone na zolto.
- Damy jej zastrzyk- zarzadzil doktor po ostroznych ogledzinach tylnej nogi kotki, ktora wyjatkowo byla bardzo spokojna. Nie uspilo to jednak czujnosci doktora.
- Pojde zawolac wsparcie.
Do gabinetu weszla rosla pielegniarka, ktora fachowym ruchem unieruchomila Pom-Pom na stole. Pacjentka dzielnie przyjela zastrzyk, widac obrala nowa taktyke pod tytulem "nie wstane, tak bede lezal".
Tym razem obylo sie bez Armageddonu, ale kto wie co stanie sie 24- go, gdy zabiore Pom-Pom na wizyte kontrolna.
Monday, June 8, 2009
Dziwne programy w telewizji
Dzis spalismy do 3 po poludniu.
Potem, przegladajac internet i rozmawiajac, ogladalismy "Law & Order", gdzie dzielni policjanci tropia przestepcow seksualnych.
Okolo 7 wieczorem, na National Geographic, obejrzelismy program o malej Hindusce, ktora urodzila sie z osmioma konczynami. Lekarzom udalo sie usunac nadmiar nog i rak. Dziewczynka powoli dochodzi do zdrowia.
Okolo 8 wieczorem, na tym samym kanale, obejrzelismy program opowiadajacy historie chinskiego "czlowieka- slonia".
Nastepnie, idac za ciosem, sledzilismy losy tredowatych w Tybecie, ludzi zywiacych sie odpadkami z Australijskich smietnikow, oraz Hinduskich lapaczy szczurow.
Teraz w telewizji mamy program o ludziach, ktorzy jedza dziwne rzeczy. Widzialam juz amatorow kozlich jader, zgnilego miesa rekina, plodow zwierzecych... co bedzie nastepne?
Potem, przegladajac internet i rozmawiajac, ogladalismy "Law & Order", gdzie dzielni policjanci tropia przestepcow seksualnych.
Okolo 7 wieczorem, na National Geographic, obejrzelismy program o malej Hindusce, ktora urodzila sie z osmioma konczynami. Lekarzom udalo sie usunac nadmiar nog i rak. Dziewczynka powoli dochodzi do zdrowia.
Okolo 8 wieczorem, na tym samym kanale, obejrzelismy program opowiadajacy historie chinskiego "czlowieka- slonia".
Nastepnie, idac za ciosem, sledzilismy losy tredowatych w Tybecie, ludzi zywiacych sie odpadkami z Australijskich smietnikow, oraz Hinduskich lapaczy szczurow.
Teraz w telewizji mamy program o ludziach, ktorzy jedza dziwne rzeczy. Widzialam juz amatorow kozlich jader, zgnilego miesa rekina, plodow zwierzecych... co bedzie nastepne?
Sunday, June 7, 2009
Wiecej, jeszcze wiecej
W sobote dzwoni do mnie A:
- Czy mozesz mi powiedziec, jak ugotowac ryz w waszej maszynce?- pyta. Do gotowania ryzu mamy specjalny ricecooker: wsypuje sie ryz, zalewa odpowiednia iloscia wody, wlacza i zostawia samemu sobie az sie ugotuje i sam wylaczy.
- Wsypujesz 2 miarki ryzu- tlumacze- i zalewasz woda do poziomu oznaczonego cyferka "2".
- Ale ja chce duzo wiecej. Co wtedy?
Duzo wiecej. Zaloze sie, pomyslalam sobie, ze 2 dni pozniej wyrzucimy wszystko do smieci, bo poza dwoma miarkami, nikt tego nie zje.
Oczywiscie mialam racje. Dzis wyrzucilam pelen pojemnik do smieci.
Pisalam juz o tym, ale powtorze jeszcze raz: naprawde nie dziwie sie, ze wiekszosc Amerykanow ma problemy finansowe, i ze ekonomia jest w takim stanie, w jakim jest. Niektorzy ludzie wykazuja sie ogromnym marnotrawstwem, nie szanuja pieniadza ani ludzkiej pracy. A stracila prace, ale nie powstrzymalo ja to od wyprawienia urodzin i zakupienia alkoholu za $400 oraz od wydania $2000 na wycieczke do Nowego Orleanu. Codziennie wyrzucam cala mase jedzenia, ktore A kupuje i nawet nie probuje zjesc (bo stoluje sie na miescie).
Sa dwie rzeczy na swiecie, ktorych nienawidze: brudu i wyrzucania jedzenia. Przez ostatnie 6 miesiecy musze tolerowac jedno i drugie.
- Czy mozesz mi powiedziec, jak ugotowac ryz w waszej maszynce?- pyta. Do gotowania ryzu mamy specjalny ricecooker: wsypuje sie ryz, zalewa odpowiednia iloscia wody, wlacza i zostawia samemu sobie az sie ugotuje i sam wylaczy.
- Wsypujesz 2 miarki ryzu- tlumacze- i zalewasz woda do poziomu oznaczonego cyferka "2".
- Ale ja chce duzo wiecej. Co wtedy?
Duzo wiecej. Zaloze sie, pomyslalam sobie, ze 2 dni pozniej wyrzucimy wszystko do smieci, bo poza dwoma miarkami, nikt tego nie zje.
Oczywiscie mialam racje. Dzis wyrzucilam pelen pojemnik do smieci.
Pisalam juz o tym, ale powtorze jeszcze raz: naprawde nie dziwie sie, ze wiekszosc Amerykanow ma problemy finansowe, i ze ekonomia jest w takim stanie, w jakim jest. Niektorzy ludzie wykazuja sie ogromnym marnotrawstwem, nie szanuja pieniadza ani ludzkiej pracy. A stracila prace, ale nie powstrzymalo ja to od wyprawienia urodzin i zakupienia alkoholu za $400 oraz od wydania $2000 na wycieczke do Nowego Orleanu. Codziennie wyrzucam cala mase jedzenia, ktore A kupuje i nawet nie probuje zjesc (bo stoluje sie na miescie).
Sa dwie rzeczy na swiecie, ktorych nienawidze: brudu i wyrzucania jedzenia. Przez ostatnie 6 miesiecy musze tolerowac jedno i drugie.
Saturday, June 6, 2009
2 dni urodzin
Od kilku tygodni zastanawialam sie, jak uczcic moje 27 urodziny i nie moglam znalezc zlotego srodka. Problem polegal na tym, iz mam obecnie 2 grupy przyjaciol.
Grupa pierwsza, to przyjaciele z kosciola: FS- moja przyjaciolka, z ktora wspolnie studiujemy Biblie, LK- corka pastora, DR, H, LS, MS, BS i wielu innych.
Grupa druga to A i jej chlopak JG, JP- gej, MH- masazystka, MB i inni.
Moi przyjaciele z kosciola nie pija alkoholu ani kawy, nie jedza pewnych potraw (niektorzy sa wegetarianami) i generalnie prowadza zupelnie inny tryb zycia, niz ci z grupy drugiej. Nie wiedzialam, jak polaczyc te dwie grupy, ani czy wogole powinnam to robic. Z dnia na dzien bylam coraz bardziej zrezygnowana, az w koncu doszlam do wniosku, ze zadnych imprez robic nie bede.
Jak co tydzien umowilysmy sie z FS (moja indonezyjska przyjaciolka) na wspolne studiowanie Biblii. Tym razem spotkalysmy sie w piatek o 3 po poludniu. Po naszym spotkaniu, okolo 5 udalysmy sie na happy hour w naszej ulubionej restauracji serwujacej sushi (w czasie happy hour wybrane dania sa o polowe tansze).
W restauracji czekali juz na mnie wszyscy moi najblizsi przyjaciele z kosciola, z balonami, tortem i prezentami. Wzruszylam sie. Jeszcze nigdy nie smialam sie tak glosno, jeszcze nigdy nie dostalam tak zroznicowanych prezentow, w ktorych znalazly sie 2 sukienki, kosmetyki, karty prezentowe oraz torebka. Bawilismy sie swietnie do okolo 7 wieczorem. Potem udalismy sie razem do domu FS. Tam wspolnie cwiczylismy piosenke, ktora mielismy spiewac w sobote w kosciele.
Po powrocie do domu, o polnocy, Maz wkroczyl do pokoju z kwiatami i 5 wielkimi pudlami, wprawiajac mnie w stan kompletnego oslupienia (prawde mowiac myslalam, ze zapomni, lub ze nie bedzie mial czasu na myslenie o prezencie dla mnie). W pierwszym z pudel znajdowala sie... nasza kotka Pom-Pom, zawinieta w ozdobny papier. Potem przyszla kolej na 2 kartki (od Meza i od jego rodzicow), zielony sweterek i... kolejna sukienke! Zaczelam sie zastanawiac, ze moze wszyscy usiluja mi tymi prezentami cos przekazac, np, ze powinnam sie wreszcie zaczac ubierac kobieco do kosciola (wsrod moich eleganckich ubran dominuja niestety spodnie).
Prezentem glownym byl... tablet od Meza. Nareszcie bede mogla rozwinac skrzydla jako graphic designer!
W sobote rano, po mszy, caly kosciol udal sie jak zwykle do sali bankietowej na wspolny posilek. Tam czekalo juz na mnie ciasto i budyn, zrobione dla mnie przez mame Meza. Wszyscy w kosciele zaspiewali mi "Happy Birthday", wiekszosc wysciskala.
Wieczorem w domu A pojawila sie "grupa druga", aby czcic moje urodziny. Bylo dosc milo i bardzo imprezowo. Niektorzy, jak zwykle, niezle sie zaprawili.
Po imprezie zostalo w domu pobojowisko, ktore sprzatalam przez pol nocy i pol niedzieli, ale nie zaluje: lubie, jak ludzie dobrze sie bawia.
Nie przypuszczalam, ze w ciagu tych dwoch dni spotka mnie tyle niespodzianek. Musze jednak przyznac, ze w towarzystwie "grupy pierwszej" czulam sie duzo lepiej. Jednak da sie bawic bez alkoholu, a chrzescijanie potrafia byc towarzyscy i duzo bardziej zabawni, niz ludzie, ktorych (teoretycznie) nic nie ogranicza.
Mysle, ze w przyszlosci nie bede juz miala dylematu co robic i z kim czcic wyjatkowe okazje.
Grupa pierwsza, to przyjaciele z kosciola: FS- moja przyjaciolka, z ktora wspolnie studiujemy Biblie, LK- corka pastora, DR, H, LS, MS, BS i wielu innych.
Grupa druga to A i jej chlopak JG, JP- gej, MH- masazystka, MB i inni.
Moi przyjaciele z kosciola nie pija alkoholu ani kawy, nie jedza pewnych potraw (niektorzy sa wegetarianami) i generalnie prowadza zupelnie inny tryb zycia, niz ci z grupy drugiej. Nie wiedzialam, jak polaczyc te dwie grupy, ani czy wogole powinnam to robic. Z dnia na dzien bylam coraz bardziej zrezygnowana, az w koncu doszlam do wniosku, ze zadnych imprez robic nie bede.
Jak co tydzien umowilysmy sie z FS (moja indonezyjska przyjaciolka) na wspolne studiowanie Biblii. Tym razem spotkalysmy sie w piatek o 3 po poludniu. Po naszym spotkaniu, okolo 5 udalysmy sie na happy hour w naszej ulubionej restauracji serwujacej sushi (w czasie happy hour wybrane dania sa o polowe tansze).
W restauracji czekali juz na mnie wszyscy moi najblizsi przyjaciele z kosciola, z balonami, tortem i prezentami. Wzruszylam sie. Jeszcze nigdy nie smialam sie tak glosno, jeszcze nigdy nie dostalam tak zroznicowanych prezentow, w ktorych znalazly sie 2 sukienki, kosmetyki, karty prezentowe oraz torebka. Bawilismy sie swietnie do okolo 7 wieczorem. Potem udalismy sie razem do domu FS. Tam wspolnie cwiczylismy piosenke, ktora mielismy spiewac w sobote w kosciele.
Po powrocie do domu, o polnocy, Maz wkroczyl do pokoju z kwiatami i 5 wielkimi pudlami, wprawiajac mnie w stan kompletnego oslupienia (prawde mowiac myslalam, ze zapomni, lub ze nie bedzie mial czasu na myslenie o prezencie dla mnie). W pierwszym z pudel znajdowala sie... nasza kotka Pom-Pom, zawinieta w ozdobny papier. Potem przyszla kolej na 2 kartki (od Meza i od jego rodzicow), zielony sweterek i... kolejna sukienke! Zaczelam sie zastanawiac, ze moze wszyscy usiluja mi tymi prezentami cos przekazac, np, ze powinnam sie wreszcie zaczac ubierac kobieco do kosciola (wsrod moich eleganckich ubran dominuja niestety spodnie).
Prezentem glownym byl... tablet od Meza. Nareszcie bede mogla rozwinac skrzydla jako graphic designer!
W sobote rano, po mszy, caly kosciol udal sie jak zwykle do sali bankietowej na wspolny posilek. Tam czekalo juz na mnie ciasto i budyn, zrobione dla mnie przez mame Meza. Wszyscy w kosciele zaspiewali mi "Happy Birthday", wiekszosc wysciskala.
Wieczorem w domu A pojawila sie "grupa druga", aby czcic moje urodziny. Bylo dosc milo i bardzo imprezowo. Niektorzy, jak zwykle, niezle sie zaprawili.
Po imprezie zostalo w domu pobojowisko, ktore sprzatalam przez pol nocy i pol niedzieli, ale nie zaluje: lubie, jak ludzie dobrze sie bawia.
Nie przypuszczalam, ze w ciagu tych dwoch dni spotka mnie tyle niespodzianek. Musze jednak przyznac, ze w towarzystwie "grupy pierwszej" czulam sie duzo lepiej. Jednak da sie bawic bez alkoholu, a chrzescijanie potrafia byc towarzyscy i duzo bardziej zabawni, niz ludzie, ktorych (teoretycznie) nic nie ogranicza.
Mysle, ze w przyszlosci nie bede juz miala dylematu co robic i z kim czcic wyjatkowe okazje.
Monday, May 25, 2009
Los Angeles Marathon- Memorial Day
Los Angeles Marathon odbywal sie do tej pory na poczatku marca. W tym roku zostal przeniesiony na druga polowe maja, a dokladnie na Dzien Pamieci Narodowej.
W poniedzialek wstalismy o godzinie 4 rano. O godzinie 4:30 opuscilismy dom. O 5:30 bylismy w Los Angeles, pod autostrada na skrzyzowaniu Flower i 4th. Tam wlasnie znajdowala sie meta oraz "punkt dowodzenia" fotografow.
Zostaly nam rozdane aparaty wraz z zadaniem robienia pozowanych zdjec uczestnikom maratonu, ktorzy powoli zaczeli sie juz gromadzic na starcie (oddalonym od mety o zaledwie jedna przecznice). Do 8 rano krazylismy miedzy biegaczami, zdzierajac sobie gardla (zachecajac do pozowania) oraz podeszwy (goniac mniej zainteresowanych). Potem wrocilismy do punktu dowodzenia. Tam zostaly juz rozwieszone tla, przed ktorymi okolo godziny 10 zaczelismy robic zdjecia tym, ktorzy ukonczyli bieg. Pomimo zmeczenia wszyscy bylismy w doskonalych nastrojach. W dobrym towarzystwie czas zawsze mija szybko, a tym razem towarzystwo bylo doborowe:
- AM, Amerykanka, ktora niedawno wrocila z Iraku,
- RB, Litwin, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszka w Stanach juz od kilkunastu lat,
- KN, owlosiony rubaszny Iranczyk,
- GW, Amerykanka z dlugimi blond dreadami,
- SS, facet, ktory pierwszy raz robil zdjecia na maratonie i nikt mu nie powiedzial, ze nie musi miec na sobie garnituru,
i wiele innych, ciekawych osob.
Zartom nie bylo konca. Okolo poludnia glodni fotografowie uknuli niecny plan: Litwin zagada jakiegos maratonczyka, kolezanka- zolnierka go obezwladni, a ja odbiore przemoca bulke (ktora dostal po biegu w ramach uzupelnienia energii) i uciekne w sina dal.
Robilismy zdjecia do 3 po poludniu, potem zaczelismy pakowac sprzet. Niestety, zla sytuacja ekonomiczna dala tym razem o sobie znac: tylko 14 000 ludzi bralo udzial w biegu i niestety niewielu z nich chcialo robic sobie zdjecia. Juz okolo 6 wieczorem bylismy w hotelu, segregujac karty pamieci.
Nie mialam zbyt wiele do roboty, DV rowniez.
- Chodzmy do twojego pokoju i wezmy prysznic- zaproponowalam glosno, co zostalo poparte radosnymi pohukiwaniami meskiej czesci fotografow, a niektorzy nawet zaoferowali, ze beda nam towarzyszyc z aparatem (co to sie dzieje w wyobrazni zmeczonych facetow, no naprawde).
Okolo 9 wieczorem przyszedl czas pozegnania z DV. Te kilka godzin, ktore razem spedzilysmy, sprawilo, ze odzyly wspomnienia wspolnie spedzonych chwil w Iowa. Nie bylo latwo.
Pozniej, wraz z BF, DL i WF udalismy sie na sushi, a okolo polnocy wyuszylismy spowrotem do domu.
Przysypiajac w samochodzie myslalam o tych ostatnich trzech dniach, o tych wszystkich wspanialych ludziach, o maratonczykach, o sushi... i naprawde cieszylam sie, ze Bog poblogoslawil mnie tak ciekawym, barwnym zyciem.
W poniedzialek wstalismy o godzinie 4 rano. O godzinie 4:30 opuscilismy dom. O 5:30 bylismy w Los Angeles, pod autostrada na skrzyzowaniu Flower i 4th. Tam wlasnie znajdowala sie meta oraz "punkt dowodzenia" fotografow.
Zostaly nam rozdane aparaty wraz z zadaniem robienia pozowanych zdjec uczestnikom maratonu, ktorzy powoli zaczeli sie juz gromadzic na starcie (oddalonym od mety o zaledwie jedna przecznice). Do 8 rano krazylismy miedzy biegaczami, zdzierajac sobie gardla (zachecajac do pozowania) oraz podeszwy (goniac mniej zainteresowanych). Potem wrocilismy do punktu dowodzenia. Tam zostaly juz rozwieszone tla, przed ktorymi okolo godziny 10 zaczelismy robic zdjecia tym, ktorzy ukonczyli bieg. Pomimo zmeczenia wszyscy bylismy w doskonalych nastrojach. W dobrym towarzystwie czas zawsze mija szybko, a tym razem towarzystwo bylo doborowe:
- AM, Amerykanka, ktora niedawno wrocila z Iraku,
- RB, Litwin, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszka w Stanach juz od kilkunastu lat,
- KN, owlosiony rubaszny Iranczyk,
- GW, Amerykanka z dlugimi blond dreadami,
- SS, facet, ktory pierwszy raz robil zdjecia na maratonie i nikt mu nie powiedzial, ze nie musi miec na sobie garnituru,
i wiele innych, ciekawych osob.
Zartom nie bylo konca. Okolo poludnia glodni fotografowie uknuli niecny plan: Litwin zagada jakiegos maratonczyka, kolezanka- zolnierka go obezwladni, a ja odbiore przemoca bulke (ktora dostal po biegu w ramach uzupelnienia energii) i uciekne w sina dal.
Robilismy zdjecia do 3 po poludniu, potem zaczelismy pakowac sprzet. Niestety, zla sytuacja ekonomiczna dala tym razem o sobie znac: tylko 14 000 ludzi bralo udzial w biegu i niestety niewielu z nich chcialo robic sobie zdjecia. Juz okolo 6 wieczorem bylismy w hotelu, segregujac karty pamieci.
Nie mialam zbyt wiele do roboty, DV rowniez.
- Chodzmy do twojego pokoju i wezmy prysznic- zaproponowalam glosno, co zostalo poparte radosnymi pohukiwaniami meskiej czesci fotografow, a niektorzy nawet zaoferowali, ze beda nam towarzyszyc z aparatem (co to sie dzieje w wyobrazni zmeczonych facetow, no naprawde).
Okolo 9 wieczorem przyszedl czas pozegnania z DV. Te kilka godzin, ktore razem spedzilysmy, sprawilo, ze odzyly wspomnienia wspolnie spedzonych chwil w Iowa. Nie bylo latwo.
Pozniej, wraz z BF, DL i WF udalismy sie na sushi, a okolo polnocy wyuszylismy spowrotem do domu.
Przysypiajac w samochodzie myslalam o tych ostatnich trzech dniach, o tych wszystkich wspanialych ludziach, o maratonczykach, o sushi... i naprawde cieszylam sie, ze Bog poblogoslawil mnie tak ciekawym, barwnym zyciem.
Sunday, May 24, 2009
Los Angeles Marathon- Goraczka Sobotniej Nocy
Na Union Station czekala juz na mnie DV, moja przyjaciolka. Usciskalysmy sie po dlugiej rozlace. Widzialam, ze (tak jak ja) ma lzy w oczach. Pojechalysmy razem do hotelu, gdzie (pomimo poznych godzin wieczornych) wrzala praca: managerowie szykowali sprzet fotograficzny na poniedzialek.
W hotelowym barze posilal sie BF (szef meza). Na moj widok (a moze na widok mojej bluzki, ktora wiecej odslaniala niz zakrywala) tak sie ucieszyl, ze zaczal mnie karmic lososiem ze swojego talerza.
- Czego sie napijesz?- zapytal uprzejmie.
- Brudne Martini- odpowiedzialam (brudne Martini to moj ulubiony trunek).
- Z ktora wodka?- zapytal uprzejmie barman, wyjmujac shaker spod lady.
- Nie ma znaczenia- odparlam, ale BF wskazal ruchem kciuka w gore, ze Martini ma byc z wodka z najwyzszej polki. Poczulam sie prawie jak Carrie z "Sex And The City".
Siedzielismy, saczylismy drinki i rozmawialismy o tym, co sie zmienilo przez te 5 miesiecy, i o tym, co zostalo takie samo. Okolo godziny 11 w nocy dolaczyl do nas Maz, ktory wlasnie skonczyl robic zdjecia na jakiejsc ceremonii. Zjedlismy wspolnie pozny obiad, za ktory zaplacil BF (facet zarabia ogromne pieniadze, umie z nich korzystac i lubi sprawiac radosc innym. Oczywiscie nie ma dla mnie nic przyjemniejszego jak pozwolic mu sprawic mi te radosc.). Okolo polnocy wyruszylismy w droge powrotna (dluzsze imprezowanie nie wchodzilo w gre, poniewaz musielismy wstac w niedziele o 5 nad ranem, aby byc w pracy na czas).
W hotelowym barze posilal sie BF (szef meza). Na moj widok (a moze na widok mojej bluzki, ktora wiecej odslaniala niz zakrywala) tak sie ucieszyl, ze zaczal mnie karmic lososiem ze swojego talerza.
- Czego sie napijesz?- zapytal uprzejmie.
- Brudne Martini- odpowiedzialam (brudne Martini to moj ulubiony trunek).
- Z ktora wodka?- zapytal uprzejmie barman, wyjmujac shaker spod lady.
- Nie ma znaczenia- odparlam, ale BF wskazal ruchem kciuka w gore, ze Martini ma byc z wodka z najwyzszej polki. Poczulam sie prawie jak Carrie z "Sex And The City".
Siedzielismy, saczylismy drinki i rozmawialismy o tym, co sie zmienilo przez te 5 miesiecy, i o tym, co zostalo takie samo. Okolo godziny 11 w nocy dolaczyl do nas Maz, ktory wlasnie skonczyl robic zdjecia na jakiejsc ceremonii. Zjedlismy wspolnie pozny obiad, za ktory zaplacil BF (facet zarabia ogromne pieniadze, umie z nich korzystac i lubi sprawiac radosc innym. Oczywiscie nie ma dla mnie nic przyjemniejszego jak pozwolic mu sprawic mi te radosc.). Okolo polnocy wyruszylismy w droge powrotna (dluzsze imprezowanie nie wchodzilo w gre, poniewaz musielismy wstac w niedziele o 5 nad ranem, aby byc w pracy na czas).
Saturday, May 23, 2009
Los Angeles Marathon- sobota, Dzien Dziwnych Pytan
Dla wiekszosci ludzi rok zaczyna sie 1-go Stycznia a konczy sie Sylwestrem. Dla mnie wydarzeniem, ktorym konczy sie stary rok a zaczyna nowy, jest Los Angeles Marathon.
Powodem mojej radosci nie byl tylko maraton, ale takze fakt, ze wielu moich przyjaciol z Iowa mialo przyjechac, aby nim pracowac. Perspektywa zobaczenia ich wprawiala mnie w swietny nastroj.
W sobote wieczorem, okolo godziny 7, udalam sie na stacje kolejowa (Maz pojechal samochodem na jakas ceremonie, musiam wiec radzic sobie sama). Od zawsze bardzo lubilam jezdzic pociagami. Kupilam w automacie bilet, usiadlam na lawce na peronie i cierpliwie czekalam. Obok mnie siedzial okolo 30-letni, przyzwoicie ubrany Meksykanin, ze starsza kobieta (pewnie jego mama). Przy nich bawila sie mala dziewczynka, zapewne coreczka mezczyzny.
- Wiesz moze o ktorej przyjedzie nasz pociag?- zagadnal Meksykanin.
- 7:39- odpowiedzialam.
- Jedziesz do Los Angeles?
- Tak. Moi znajomi przyjechali w z Iowa i nocuja w hotelu przy lotnisku.
Potem konwersacja potoczyla sie w kierunku przeprowadzek, Iowa, Polski, pracy, pogody... Rozmawialo nam sie milo. Dalo sie wyczuc, ze mezczyzna mieszka w Stanach nie od wczoraj: jego angielski i maniery nie pozostawialy nic do zyczenia. W koncu Meksykanin zapytal:
- Mieszkalas w Iowa... czy globalne ocieplenie ma duzy wplyw na tamtejszy klimat?
Zdebialam. To bylo chyba jedno z najoryginalniejszych pytan, jakie ktos kiedykolwiek mi zadal. Z trudem wybakalam cos w odpowiedzi nie wiedzac, ze najdziwniejsze pytanie pod sloncem mialo dopiero pasc.
- Bylem ostatnio w Los Angeles- ciagnal mezczyzna- na expo poswieconym zdrowiu i higienie. Widzialem tam nowe podpaski. Czy wiesz, ze maja one chlonnosc dwukrotnie wieksza, niz normalne?
W tym momencie szczeka mi zupelnie opadla, ale Meksykanin, niezrazony, ciagnal dalej:
- Wszedlem w biznes z ta firma i jestem teraz dystrybutorem. Czy chcesz, zebym zostawil ci wizytowke lub probke podpasek?
- Oczywiscie- powiedzialam, probujac nie krztusic sie ze smiechu.
Przyjelam wizytowke. W tym samym momencie nadjechal pociag, zabierajac mnie, Meksykanina, jego mame i coreczke oraz setki innych ludzi w kierunku Union Station. Zastanawialam sie, ilu ludziom zostaly ostatnio zadane tak dziwne pytania, jak mnie.
Powodem mojej radosci nie byl tylko maraton, ale takze fakt, ze wielu moich przyjaciol z Iowa mialo przyjechac, aby nim pracowac. Perspektywa zobaczenia ich wprawiala mnie w swietny nastroj.
W sobote wieczorem, okolo godziny 7, udalam sie na stacje kolejowa (Maz pojechal samochodem na jakas ceremonie, musiam wiec radzic sobie sama). Od zawsze bardzo lubilam jezdzic pociagami. Kupilam w automacie bilet, usiadlam na lawce na peronie i cierpliwie czekalam. Obok mnie siedzial okolo 30-letni, przyzwoicie ubrany Meksykanin, ze starsza kobieta (pewnie jego mama). Przy nich bawila sie mala dziewczynka, zapewne coreczka mezczyzny.
- Wiesz moze o ktorej przyjedzie nasz pociag?- zagadnal Meksykanin.
- 7:39- odpowiedzialam.
- Jedziesz do Los Angeles?
- Tak. Moi znajomi przyjechali w z Iowa i nocuja w hotelu przy lotnisku.
Potem konwersacja potoczyla sie w kierunku przeprowadzek, Iowa, Polski, pracy, pogody... Rozmawialo nam sie milo. Dalo sie wyczuc, ze mezczyzna mieszka w Stanach nie od wczoraj: jego angielski i maniery nie pozostawialy nic do zyczenia. W koncu Meksykanin zapytal:
- Mieszkalas w Iowa... czy globalne ocieplenie ma duzy wplyw na tamtejszy klimat?
Zdebialam. To bylo chyba jedno z najoryginalniejszych pytan, jakie ktos kiedykolwiek mi zadal. Z trudem wybakalam cos w odpowiedzi nie wiedzac, ze najdziwniejsze pytanie pod sloncem mialo dopiero pasc.
- Bylem ostatnio w Los Angeles- ciagnal mezczyzna- na expo poswieconym zdrowiu i higienie. Widzialem tam nowe podpaski. Czy wiesz, ze maja one chlonnosc dwukrotnie wieksza, niz normalne?
W tym momencie szczeka mi zupelnie opadla, ale Meksykanin, niezrazony, ciagnal dalej:
- Wszedlem w biznes z ta firma i jestem teraz dystrybutorem. Czy chcesz, zebym zostawil ci wizytowke lub probke podpasek?
- Oczywiscie- powiedzialam, probujac nie krztusic sie ze smiechu.
Przyjelam wizytowke. W tym samym momencie nadjechal pociag, zabierajac mnie, Meksykanina, jego mame i coreczke oraz setki innych ludzi w kierunku Union Station. Zastanawialam sie, ilu ludziom zostaly ostatnio zadane tak dziwne pytania, jak mnie.
Tuesday, May 19, 2009
Obrzydliwosc
Wczoraj wieczorem, Maz jedzac enchiladas z DelTaco, natrafil w nich na cos twardego. Myslac, ze to niedogotowana fasola, wyjal to z ust w celu blizszego przyjrzenia sie.
Okazalo sie, ze to sztuczny, akrylowy paznokiec.
Maz wrocil do DelTaco i zrobil awanture. Kazal wszystkim pracownikom pokazac sobie dlonie. Niestety, winnej nie znaleziono...
Niedobrze nam. Obojgu. Jak w dzisiejszych czasach mozna sie czuc bezpiecznie jedzac cokolwiek przygotowanego przez kogos innego, niz my sami?
Okazalo sie, ze to sztuczny, akrylowy paznokiec.
Maz wrocil do DelTaco i zrobil awanture. Kazal wszystkim pracownikom pokazac sobie dlonie. Niestety, winnej nie znaleziono...
Niedobrze nam. Obojgu. Jak w dzisiejszych czasach mozna sie czuc bezpiecznie jedzac cokolwiek przygotowanego przez kogos innego, niz my sami?
Friday, May 15, 2009
Widzialam Arnolda Schwarzeneggera!
Po trzech godzinach snu, o 6 rano, znalezlismy sie na uniwersytecie i, w samym sercu kampusu, zaczelismy organizowanie naszego centrum dowodzenia.
Fotografowie i asystenci zaczeli przyjezdzac okolo godziny 8 rano. Szybko zrobilo sie naprawde tloczno. Do godziny 10 gimnastykowalismy nasze ciala i umysly, probujac (z dobrymi wynikami) umiescic wszystkich w ponad dwudziestu roznych miejscach. Nasze telefony nie przestawaly dzwonic. Pote machina ruszyla. Dziesiatki ceremonii rozpoczely sie. Tysiace studentow stalo sie absolwentami. Dziesiatki tysiecy fotografii zostalo zrobionych.
Okolo godziny 11 managerowie zostawili mnie w centrum dowodzenia i udali sie na "obchod". Wreszcie moglam chwile odetchnac. Posegregowalam dokumenty, poukladalam sprzet, odebralam pare telefonow od zablakanych asystentow, po czym, wyciagnawszy nogi na dwoch sasiednich krzeslach, rozpoczelam moja godzinke relaksu.
Nagle okolica zaroila sie od radiowozow, policjantow i ochroniarzy kampusu na segwayach. Po chwili, na ulicy przylegajacej do naszego centrum dowodzenia, pojawil sie samochod, a w nim, machajacy do przechadzajacych sie studentow Arnold Schwarzenegger, gubernator Californii! Wiedzialam, ze mial byc obecny na uniwersytecie, wiedzialam, ze mial przemawiac na jednej z ceremonii, ale nie przypuszczalam, ze uda mi sie go zobaczyc z tak bliska.
Zegnany radosnymi okrzykami studentow, Arnold odjechal w sina dal, zostawiajac mnie w stanie totalnej euforii: mieszkam w Californi od niecalych pieciu miesiecy, a juz udalo mi sie zobaczyc dwoch VIPow, i to nie byle jakich!
Kolejne godziny pracy uplynely mi dosc szybko, oslodzone wspomnieniem widoku gubernatora-terminatora w lnianym garniturze. Managerowie wrocili. Z koordynatora fotografow i asystentow zamienilam sie w gonca a pozniej w osobe zajmujaca sie sprzetem. Mysl o tym, ile setek tysiecy dolarow (w postaci aparatow) zostalo mi powierzonych, nieco mnie oslabiala. Zostalam obdarzona niesamowitym zaufaniem i odpowiedzialnoscia. Dziesiatki aparatow znalazly sie w moich rekach i zostaly umieszczone we wlasciwych walizkach. Dziesiatki walizek zostaly przeze mnie opisane i umieszczone w rekach wlasciwych ludzi.
O godzinie 10 w nocy opuscilismy kampus samochodem zapelnionym az po dach pudlami, aparatami, flagami, statywami i innymi rzeczami, ktorych opisywanie zajeloby mi pewnie najblizsza godzine. W domu znalezlismy sie o 11 w nocy. Po wykonaniu pracy, ktora wciaz musiala byc zrobiona przed sobota, poszlismy spac o 3 nad ranem.
Wlasnie przezylam najbardziej intensywne dwa dni w ciagu ostatnich dwoch lat... Pomimo ogromnego zmeczenia i stresu im towarzyszacego musze przyznac, ze chetnie przezylabym je ponownie.
Fotografowie i asystenci zaczeli przyjezdzac okolo godziny 8 rano. Szybko zrobilo sie naprawde tloczno. Do godziny 10 gimnastykowalismy nasze ciala i umysly, probujac (z dobrymi wynikami) umiescic wszystkich w ponad dwudziestu roznych miejscach. Nasze telefony nie przestawaly dzwonic. Pote machina ruszyla. Dziesiatki ceremonii rozpoczely sie. Tysiace studentow stalo sie absolwentami. Dziesiatki tysiecy fotografii zostalo zrobionych.
Okolo godziny 11 managerowie zostawili mnie w centrum dowodzenia i udali sie na "obchod". Wreszcie moglam chwile odetchnac. Posegregowalam dokumenty, poukladalam sprzet, odebralam pare telefonow od zablakanych asystentow, po czym, wyciagnawszy nogi na dwoch sasiednich krzeslach, rozpoczelam moja godzinke relaksu.
Nagle okolica zaroila sie od radiowozow, policjantow i ochroniarzy kampusu na segwayach. Po chwili, na ulicy przylegajacej do naszego centrum dowodzenia, pojawil sie samochod, a w nim, machajacy do przechadzajacych sie studentow Arnold Schwarzenegger, gubernator Californii! Wiedzialam, ze mial byc obecny na uniwersytecie, wiedzialam, ze mial przemawiac na jednej z ceremonii, ale nie przypuszczalam, ze uda mi sie go zobaczyc z tak bliska.
Zegnany radosnymi okrzykami studentow, Arnold odjechal w sina dal, zostawiajac mnie w stanie totalnej euforii: mieszkam w Californi od niecalych pieciu miesiecy, a juz udalo mi sie zobaczyc dwoch VIPow, i to nie byle jakich!
Kolejne godziny pracy uplynely mi dosc szybko, oslodzone wspomnieniem widoku gubernatora-terminatora w lnianym garniturze. Managerowie wrocili. Z koordynatora fotografow i asystentow zamienilam sie w gonca a pozniej w osobe zajmujaca sie sprzetem. Mysl o tym, ile setek tysiecy dolarow (w postaci aparatow) zostalo mi powierzonych, nieco mnie oslabiala. Zostalam obdarzona niesamowitym zaufaniem i odpowiedzialnoscia. Dziesiatki aparatow znalazly sie w moich rekach i zostaly umieszczone we wlasciwych walizkach. Dziesiatki walizek zostaly przeze mnie opisane i umieszczone w rekach wlasciwych ludzi.
O godzinie 10 w nocy opuscilismy kampus samochodem zapelnionym az po dach pudlami, aparatami, flagami, statywami i innymi rzeczami, ktorych opisywanie zajeloby mi pewnie najblizsza godzine. W domu znalezlismy sie o 11 w nocy. Po wykonaniu pracy, ktora wciaz musiala byc zrobiona przed sobota, poszlismy spac o 3 nad ranem.
Wlasnie przezylam najbardziej intensywne dwa dni w ciagu ostatnich dwoch lat... Pomimo ogromnego zmeczenia i stresu im towarzyszacego musze przyznac, ze chetnie przezylabym je ponownie.
Thursday, May 14, 2009
Szalony czwartek
Przez caly tydzien nasz (a raczej A) dom byl glowna kwatera czterech managerow firmy, dla ktorej pracuje maz. Przygotowania do ceremonii rozdania dyplomow na jednym z najwiekszych Kalifornijskich uniwersytetow byly niezwykle intensywne. Praca trwala od wczesnych godzin rannych do poznych godzin nocnych, przerywana jedynie konsumpcja tajskich dan zamowionych z dowozem w pobliskiej restauracji.
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
Wednesday, May 6, 2009
Sadysta
Maz meczy kota: goni po domu, ciagnie za ogonek i generalnie tarmosi. Do rodzicow, z ktorymi rozmawiam przez Skype'a, dobiega glosne miauczenie.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
Sunday, April 12, 2009
"Michalki"
Kolezanka powiedziala mi o znajdujacym sie w okolicy sklepie z polskimi artykulami. Przy pierwszej okazji pojechalismy tam z Mezem aby zakupic "Michalki" (jego ulubione cukierki). Niestety, pani sprzedawczyni bezradnie rozlozyla rece: wszystkie paczki zostaly juz wyprzedane.
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
Monday, April 6, 2009
Niech zyje bal
W sobote odbyla sie u nas impreza z okazji 30. urodzin A.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Thursday, April 2, 2009
No nie wytrzymam
Dzis bede marudzic, chociaz nie lubie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Monday, March 30, 2009
Markery
Czy wiecie, ze aby kupic markery w Californi, trzeba miec przynajmniej 18 lat?
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Friday, March 27, 2009
Widzialam Baracka Obame!
Dzis rano, okolo godziny 9, zadzwonil do nas tata Meza z informacja, iz zablokowano ulice, przy ktorej mieszka, a odwiedzajacy Californie prezydent Barack Obama bedzie przejezdzal niemalze pod jego oknami.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Subscribe to:
Posts (Atom)