Monday, December 28, 2009

Dzien 15- Wizyta u Mamy w gabinecie i spacer po Piotrkowskiej

Moja Mama, wspanialomyslnie, dokonala dzis przegladu technicznego zebow moich i Meza (Dziekujemy Ci, Mamo!). Spedzilismy kilka godzin w jej gabinecie, M jako pacjent, ja jako pacjent i tlumacz.
Wieczorem odwiezlismy Mame do domu, a sami pojechalismy na rentgen zeba. Wpadlam w lekka panike, gdy okazalo sie, ze aby dojechac do gabinetu musze wcisnac sie w bardzo waski wjazd... zupelnie zapomnialam, jakie Lodzkie bramy potrafia byc ciasne.
Po wizycie w pracowni rentgenowskiej poszlismy na spacer po ulicy Piotrkowskiej, od Traugutta az do Placu Wolnosci.



Okazalo sie, ze plac byl zablokowany dla ruchu samochodowego, pomnik Kosciuszki byl zabudowany od gory do dolu, a w samym srodku pysznila sie wielka scena, na ktorej w Sylwestra zaspiewa Doda i Maryla Rodowicz. Nigdy nie widzialam wiekszej sceny w Lodzi. Rowniez tiry i maszyny ustawione wokolo robily wrazenie. Obeszlismy scene wokolo, pojadajac zapiekanke- polski specjal, ktory M bardzo docenil.















Mezowi podoba sie nasza Lodz, chociaz uwaza (tak jak zreszta i ja), ze jest dosc szara. Ja mysle, ze za kilka lat bedzie to naprawde piekne miasto, szczegolnie, jesli bedzie sie rozbudowywac i modernizowac tak szybko jak do tej pory.

Dzien 14- Zakupy, podwieczorek u Dziadka i fotografowanie pod Katedra

Nareszcie po dwoch dniach otworzone zostaly sklepy! Jestesmy zupelnie zepsutymi ludzmi, ktorym ciezko wyobrazic sobie, ze przez dwa dni wszystko moze byc pozamykane. Po zrobieniu prania wybralismy sie do Manufaktury na szybkie zakupy. Ja nabylam kurteczke i berecik a maz bardzo ladna koszule.
Po poludniu pojechalismy do Dziadka na podwieczorek. Rozmawialismy, ogladalismy medale Dziadka i sluchalismy jego historii o zawodach sportowych w jednostce wojskowej. Wyszlismy bardzo zadowoleni, pelni ciasta, lodow i galaretki. Dziekujemy za goscine!
Po odwiezieniu rodzicow do domu pojechalismy jeszcze raz pod pieknie oswietlona Katedre Lodzka, gdzie robilismy fotografie z mysla o zrobieniu z nich HDRow. Wyszly bardzo ciekawie.

Sunday, December 27, 2009

Dzien 13- Avatar

Spedzilismy dzien dosc leniwie na ogladaniu telewizji, i rozmowie. Okolo 14 zjedlismy obiad z rodzicami, a pozniej udalismy sie do kina Silver Screen. Tam czekali juz na nas PL i KL z dwoma kolegami i biletami na film "Avatar" w wersji 3D.
Nie bede oryginalna piszac, iz film byl po prostu swietny.
Po filmie posiedzielismy chwile razem w kinowym barze. Pozniej udalismy sie do domow (my zahaczylismy jeszcze o Lagiewniki, nabralismy w zabrane z domu baniaki wody ze zrodla pod klasztorem).

Saturday, December 26, 2009

Dzien 12- Cmentarz Zydowski i spanie

Dzis rano wybralismy sie na cmentarz zydowski.
Obawialismy sie, ze bedzie przy swiecie zamkniety, ale bylismy mile zaskoczeni. Cmentarz stal dla nas otworem.















Powital nas niezle podciety pan straznik, ktory zainkasowal 4 zlote od glowy za zwiedzanie terenu. Uzbrojeni w aparat i statyw ruszylismy na spacer, rozgladajac sie wokolo i podziwiajac malownicze nagrobki...











































































Po poludniu mielismy zamiar wrocic pod pieknie oswietlona katedre, aby porobic wiecej zdjec. Niestety, Maz, powalony iloscia cukru w ciastach, ktore spozyl, polegl juz okolo 4 po poludniu. Obudzil sie jedynie na obiad, po czym zasnal ponownie i spal, chrapiac donosnie, az do rana. Ja spedzilam mily wieczor z rodzicami, ogladajac film "Taking Chance", oraz- piszac notki na bloga.

Thursday, December 24, 2009

Dzien 11- Wigilia

Nadszedl w koncu ten wieczor- Wigilia Bozego Narodzenia. Cala moja niewielka rodzina (Mama, Tata, Ciocia, Dziadek, Maz i ja), elegancko ubrana, zasiadla razem do wieczerzy. Przelamalismy sie oplatkiem (nie byl to pierwszy raz dla Meza, kazdego roku w Wigilie lamalismy sie oplatkiem, ktory przyslali mi rodzice), zlozylismy sobie zyczenia zdrowia i pomyslnosci.




















Nadeszla pora jedzenia, moment tak dlugo wyczekiwany przez Meza. Wiedzial juz, czego ma sie spodziewac, uczestniczyl bowiem w przygotowaniach, ale i tak byl bardzo ciekaw wszystkich dziwnych ryb, salatek, zup i pierogow...

















Malzonek dzielnie sprobowal wszystkiego. Salatki zjadl z radoscia. Przy karpiu w galarecie mial mieszane uczucia. Ze sledziem po krolewsku stoczyl nierowna walke (wygrana przez sledzia). Poczul nieopisana ulge przy zupie grzybowej, a pierogi (rowniez z grzybami) wprawily go w stan euforii. Ciasta byly dla niego znajomym terenem. Jestem z niego bardzo dumna.















W naszej rodzinie prezenty zawsze sa rozdawane przez najmlodsza osobe. Tym razem jednak w roli Mikolaja wystapil Maz- w koncu jest tu nowy. Z usmiechem na ustach rozdawal prezenty, czytajac glosno: "dla dzadka", "dla czoczy", "dla tatusza".
Wieczerze zakonczylismy o godzinie 8. Odwiezlismy mojego dziadka do domu, a sami pojechalismy pod Katedre Lodzka, aby zobaczyc szopke. Byla rzeczywiscie piekna, w ciekawym ksztalcie, pachnaca surowym drewnem. A w szopce znalezlismy: dwie owce, osiolka, oraz najprawdziwszego wielblada.
W domu bylismy okolo 11 w nocy.

















Maz powiedzial mi, ze jest pod wielkim wrazeniem sposobu, w jaki Polacy obchodza Wigilie. Odswietne ubranie, oplatek, siano na obrusie, koledy plynace z radia, wszystko to stanowilo dla niego bardzo ciekawa i uroczysta kombinacje. Cieszyl sie, ze moze uczestniczyc w tym jakze waznym dla Polakow swiecie.
Moje ostatnie trzy Swieta Bozego Narodzenia byly zupelnie inne, ale zawsze mysla wracalam do tych, polskich. Ciesze sie, ze wreszcie moglam je dzielic z Mezem.

Wesolych Swiat!

Z okazji zblizajacych sie Swiat Bozego Narodzenia pragne zyczyc wszystkim czytelnikom bloga zdrowia, radosci i szczescia. Oby wszystkie Wasze marzenia w tym i w nadchodzacym roku 2010, spelnily sie!


Dzien 10- Przygotowania do Wigilii

Coz mozna powiedziec o dzisiejszym dniu... niech fotografie mowia za mnie:















Maz patrzyl na karpia, pokrywanego przez Mame galareta, najpierw z obrzydzeniem, a potem z rosnacym zainteresowaniem.















Do sernika nie trzeba bedzie Meza dlugo przekonywac.




















Tata przyniosl choinke, ktora wspolnie ustawilismy w duzym pokoju. Przewrocila nam sie dwa razy, ale potem polozylismy na doniczce wielkie kamienie, ktore Tata przyniosl z ogrodu.















Sledz. Od tego zapachu M postanowil trzymac sie z daleka.















Moczace sie grzyby na zupe.

Tuesday, December 22, 2009

Dzien 9- Wizyta na cmentarzu, na Radogoszczu, w Manufakturze, oraz spotkanie z przyjaciolmi w Tawernie

Rano wybralismy sie na cmentarz na Radogoszczu. Byla to interesujaca wizyta dla Meza, ktory nie mial do tej pory okazji ogladac europejskich cmentarzy. Zrobilismy wiele zdjec, postawilismy swieczki na grobach mojego dziadka i babci oraz dalszej rodziny.















Pozniej wybralismy sie do sasiadujacego Muzeum Tradycji Niepodleglosciowych. Na stronie muzeum (http://www.muzeumtradycji.pl/) mozemy znalezc wiele informacji na temat tego obiektu:
"Radogoszcz to nazwa gminy graniczącej przed II wojną światową od północy z Łodzią, dziś rejon miasta w dzielnicy Bałuty. Nazwie tej hitlerowcy nadali okrutne piętno. To właśnie tu, w fabryce włókienniczej Samuela Abbego u zbiegu ulic Zgierskiej i Sowińskiego, na przełomie października i listopada 1939 r. powstał obóz, przekształcony później na więzienie. Powstanie tego ośrodka męczeństwa związane jest z masowymi aresztowaniami jakich okupant dokonał w Łodzi i okręgu łódzkim jesienią 1939 r. Objęły one głównie in-teligencję, znanych działaczy społeczno-politycznych i gospodarczych.
(...)
Długą listę zbrodni popełnionych na Radogoszczu zamyka najpotworniejsza - spalenie więzienia razem z przebywającymi tam ludźmi w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. Tylko nieliczni spośród 1500 więźniów zdołali się uratować. Według dokumentów Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu (obecnie Instytut Pamięci Narodowej) z masakry uratowało się tylko 25 więźniów."















































Obejrzelismy dziedziniec, wystawy, oraz kolekcje armat, na ktore M zaraz zaczal sie wspinac.
Po poludniu pojechalismy do Manufaktury. Oboje bylismy pod ogromnym wrazeniem: pieknie odnowione fabryki zostaly zaadaptowane do restauracji, sklepow, klubow...





























Wiele zmienilo sie przez te trzy i pol roku w Polsce. Nie tylko Manufaktura zostala wybudowana. Pojawilo sie wiele nowych sklepow i miejsc rozrywki.
O 6 wieczorem w Tawernie spotkalismy sie z moimi przyjaciolmi z liceum, studiow, harcerstwa... Bylo mi bardzo milo, ze stawili sie w tak licznym gronie. Milo bylo powspominac stare czasy i dowiedziec sie co u nich nowego. Dziekuje wszystkim za przybycie!
Po spotkaniu PW odwiozl nas do domu (dziekujemy!)- dluzsza droga. Zwiedzilismy sobie w nocy Lodz. Byla to dobra pora na jazde po miescie; swiateczny ruch na drogach w ciagu dnia skutecznie zniecheca do jakichkolwiek podrozy, nawet krotkich. W domu bylismy po polnocy.

Monday, December 21, 2009

Dzien 8- Kolacja u E

Dzisiejszy dzien uplynal pod znakiem relaksu w domu. Przez
7 dni udalo nam sie nosic wiekszosc ubran, totez przyszedl czas na pranie. Michael byl nieco zaskoczony faktem, iz moi rodzice nie maja suszarki do ubran (w Stanach to norma), ale przekonal sie, ze kaloryfery potrafia zdzialac cuda w krotkim czasie.
Wieczorem wybralismy sie na obiad do EK i JK.
EK byla moja nauczycielka angielskiego. Mialam z nia lekcje przed moim pierwszym wyjazdem do Stanow. Za kazdym razem, gdy EK widziala sie z moja Mama (ktora leczy jej zeby), pytala co sie u mnie dzieje. Wreszcie Mama dala jej moj email i zaczelysmy korespondowac. Wkrotce EK stala sie moja przyjaciolka.
Dzis wreszcie mialam okazje przedstawic EK i jej mezowi J. Spedzilismy wspanialy wieczor jedzac obiad (zlozony z przepysznego kurczaka w karmelu, ryzu i salatki z kapusty pekinskiej i pomaranczy), pozniej deser (ciasto!), rozmawiajac i ogladajac zdjecia... Dziekujemy za mile spedzony czas!

Sunday, December 20, 2009

Dzien 7- wieczor ze starymi przyjaciolmi

W koncu nastal dzien, na ktory czekalam. Dzien spotkania z moimi najlepszymi przyjaciolmi. Wieczorem, po malej przechadzce w centrum handlowym M1, pojechalismy do Zakowic, do mojego przyjaciela PL i jego brata KL. Milo bylo mi rowniez zobaczyc Mame P i K, bardzo ciepla, kochana osobe, ktora zawsze byla mi bardzo bliska. Pozniej pojawil sie jeszcze MM, moj przyjaciel ze studiow. Jedlismy przepyszna kolacje przygotowana przez Mame P i K, rozmawialismy, ogladalismy zdjecia, bawilismy sie z psem Monika, kotem Czesiem i pajakami (bardzo wlochatymi).
Cieszy mnie to, ze pomimo uplywu czasu nasze relacje sa wciaz takie same: swietne. Nie zmienilo sie nic poza faktem, ze ja mam meza a MM zone. Wciaz nadajemy na tych samych falach i smiesza nas te same rzeczy.
Moi przyjaciele bardzo polubili Meza, a on ich. Ciesze sie, ze w koncu wszyscy mieli okazje sie poznac.
Dziekujemy za wspanialy wieczor!

Saturday, December 19, 2009

Dzien 6- Las Lagiewnicki i Leclerc

Na zewnątrz bylo znow -15 stopni, ale zza chmur wyjrzalo dzis słońce. Pogoda wygladala na znosna- i taka byla, o czym przekonalismy się po wyjściu z domu.
Dziś wybraliśmy się na spacer do Lasu Lagiewnickiego, który jest największym lasem miejskim w Europie.




















Przeszlismy 5 km, zatrzymujac się co jakiś czas aby zrobić zdjęcie.















Widzielismy grupe mezczyzn jezdzacych na biegowkach po zamarznietym stawie.














Mąż, zaciekawiony, również wszedł na lód, ale szybko z niego uciekł gdy usłyszał trzeszczenie.














Poszliśmy dalej, aż do klasztoru w Lagiewnikach, gdzie (oprócz zwiedzania) nabralismy dobrej, mineralnej wody do butelki.





















Stamtąd, o godzinie 14:50, pojechalismy autobusem do domu.
Wieczorem wybraliśmy się z Mama do Leclerc'a na małe zakupy (Mama), do pomocy Mamie (ja) i zwiedzanie (M). Mąż chodził miedzy regalami i stoiskami i poszerzal swoje slownictwo. Ze zdziwieniem skonstatowal, ze stoisko mięsne znajduje się zaraz przy stoisku z ubraniami. Zainteresował się również wielkimi, oblozonymi ziolami kiełbasami, wiszacymi na ścianie.
Wieczorem obejrzelismy wspólnie program Bear'a Grylls'a i zjedlismy obiad złożony z plackow ziemniaczanych, a w nocy, po upewnieniu się, ze nikogo nie obudzimy, dzwonilismy do naszych amerykańskich przyjaciół: DE, AW oraz VO.

Dzien 5- Galeria Lodzka

Dzis rano termometr pokazywal -15. Stwierdzilismy, ze taki mróz to nie jest dobra pogoda na spacery, postanowiliśmy wiec pójść do Galerii Lodzkiej na małe zakupy.
Tata, który jechał na ogledziny do rzeczoznawcy, zgodził się podwiezc nas kawałek, żebyśmy nie musieli marznac na mrozie. Skończyło się tak, ze wysadzil nas przed sama Galeria. Dziekujemy!




















Naszym pierwszym zakupem stał się starter Heyah, teraz jesteśmy już osiagalni.
Obeszlismy wszystkie piętra Galerii zatrzymujac się w wybranych sklepach. Mąż, z konwerterem jednostek, sprawdzał, co jest droższe w Stanach (ubrania, jedzenie, wyroby skorzane) a co tańsze (elektronika).
Obiad kupilismy w Fatih Servet na trzecim pietrze restauracji. Maz byl wielce zaskoczny, gdy zaplaciwszy 18.50 PLN otrzymał numerek. Kelnerka przyniosła wielka porcje do stolika, wraz z metalowymi szuccami. Takich luksusow mąż nie spodziewał się zastac w centrum handlowym.
















Inne rzeczy, które spodobaly się dziś M to ruchomych chodnik (a nie schody) łączący piętra galerii, oraz pózniej, w sklepie przy moim domu- znicz cmentarny (nie wiedział co to, forma i kształt były dla niego zupełnie nieznane).




















Wieczór spędziliśmy z rodzicami, oglądając telewizje. Rozbolaly naz brzuchu ze śmiechu wywolanego programem o pewnym panu, ktory do walki ze śniegiem zbudował sobie taka maszynę:


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Thursday, December 17, 2009

Dzien 4- Odsniezanie, stluczka, Lodz i mroz

Niestety, dziś również nie było mi dane pospac sobie do oporu. Obudzilam się już o godzinie 3:30 nad ranem. Mąż, wyspany po dniu wczorajszym, również. Poogladalismy sobie filmy na YouTube, pogralismy w jakieś gry na telefonach... Wreszcie stwierdzilam, ze jestem tak glodna, iz dłużej tego nie wytrzymam. Zeszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sobie sniadanie.
Około 5:30 zaczęłam się zastanawiać, kiedy wreszcie wzejdzie słońce.
Około 6 było caly czas ciemno.
Około 6:30 wstala Mama, żeby sprawdzić, kto tam buszuje w lodówce. Posiedzialysmy sobie razem w kuchni, jedzac I rozmawiajac. Wkrotce dolaczyl do nas Tata.
Około 7 wciąż było ciemno!
Wreszcie, po jakichś 15 minutach, zaczęło się rozjasniac.
Wkrotce wstal Maz, I oboje postanowilismy pomoc Tacie w odsniezaniu podworka. Ubrani w kufajki i rękawice, w 45 minut udroznilismy wszystkie wjazdy i chodniki.
Mama wyszła do pracy wcześniej, niż zamierzał: okazało się, ze jej koleżanka miała drobna kolizje, i nie dojedzie na czas na ćwiczenia ze studentami.
Około 9, gdy zasiedlismy z Tata i M do śniadania, zadzwoniła do nas Mama i poinformowała, ze nie dojechała nigdzie, bo... miała stluczke i stoi na końcu naszej ulicy. Szybko pospieszylismy na pomoc (cała nasza trójka!). Tata pomogl spisać protokół z wypadku, ja zrobilam niezbedne zdjecia telefonem a Maz stał obok i wyglądał groźnie.
W domu dokonczylismy śniadanie i zaczęliśmy z Mezem zbierać się na wycieczkę po Lodzi. W swietle zaistnialej sytuacji postanowiliśmy nie brać samochodu Taty, ale używać komunikacji miejskiej.
Najpierw jechalismy tramwajem. Mąż wyglądał przez okno i robił zdjęcia. Szczególnie rozbawil go ten widok:



Wysiedlismy na ulicy Piotrkowskiej. Odwiedzilismy katedre, popatrzylismy chwile na panów budujących szopke z pachnacego drewna, i poszliśmy w kierunku Politechniki.


Milo bylo odwiedzic stare katy. Dużo zmieniło się w mojej szkole.















Ze szkoły zawrocilismy, i poszliśmy ulica Piotrkowska, podziwiajac kamienice.
Obiad zjedlismy w indyjskiej restauracji Ganesh (http://ganesh.pl/). Menu, ku radosci Meza, bylo w dwoch jezykach: angielskim i polskim. Zamowilismy samosy, kurczaka Tika Masala oraz Palak Paneer, wszystko przepyszne.
Po obiedzie poszliśmy dalej Piotrkowska, a pózniej Narutowicza, mijając budynek telewizji i cerkiew.





W końcu, około 3:15, wyladowalismy na Placu Dabrowskiego, skąd po dosc dlugim oczekiwaniu (swiateczne korki) pojechalismy autobusem do domu.

















Po 20 minutach marszu doszlismy do domu rodziców. Okazalo sie, ze byl zupelnie pusty: Mama pojechała na pracowa Wigilie, Ciocia poszła do miasta, a Tata, który miał być w domu, gdzieś zniknął. Nie mielismy klucza ani telefonu.
Znając mojego Tate byłam pewna, ze pojawi się w domu w przeciągu 20 minut, wiedział bowiem, ze mieliśmy wracac do domu o tej porze, i nie zostawilby nas, biednych zuczkow, na mrozie (potem w domu dowiedzialam sie, ze bylo -12 stopni Celsjusza).
Mimo wszystko postanowiliśmy jednak pójść w kierunku, z którego przyszlismy (po prostu zeby sie rozgrzac) i użyć telefonu miejskiego. W połowie drogi spotkaliśmy nasza wybawicielke, Ciocie, która własnie wracała z miasta. Gdy zblizalismy się do domu, ujrzelismy migajace światło na bramie: Tata również wrócił do domu.
W domu odtajalismy, napilismy się herbaty i wzięliśmy gorący prysznic. Zadzwonilam do paru znajomych, ale do wielu nie zdążyłam: o 8:30 scielo nas oboje z nóg i zasnelismy słodko, leżąc wpoprzek łóżka...

Wednesday, December 16, 2009

Dzien 3- Spimy

Dzisiejszy dzien uplynal pod haslem snu. Przynajmniej dla Meza. Obudzil sie o 10, zjadl lekkie sniadanie, po czym postanowil uciac sobie jeszcze krotka drzemke przed wyjsciem z domu. Ocknal sie kolo 4 po poludniu, gdy bylo juz calkiem ciemno.
Ja spedzilam dzien z Tata. Rozmawialismy, ogladalismy filmy, ktore nakrecilam z M. w Stanach, przygladalam sie, jak Tata naprawia nasza amerykanska listwe zasilajaca, ktora poprzedniej nocy podlaczylam do polskiego pradu (rozleglo sie glosne BUM i wysiadly korki).
Zjedlismy obiad, poogladalismy polska telewizje. Maz, znalazlszy w internecie lekcje jezyka polskiego, zaczal je pilnie studiowac. Zasmiewalismy sie do rozpuku przy czytaniu fonetycznych zapisow polskich fraz:

nah-ZIH-vahm sheng
PROH-sheng
Ratoonkoo!

Okolo 8 wieczorem Mama wrocila z pracy. Posiedzielismy sobie w czworke jeszcze przez chwile, po czym wszyscy udalismy sie na spoczynek. Mialam nadzieje, ze tej nocy bede wreszcie dobrze spac.

Tuesday, December 15, 2009

Dzien 2- Lot do Warszawy i spotkanie na lotnisku

... czas plynal nam szybko. Wkrotce okazalo sie, ze zblizamy sie do Londynu, i ze pora na przesiadke.



Lot trwal jedynie 2.5 godziny. Z niecierpliwoscia patrzylam na przesuwajacy sie na ekranie samolocik, najpierw opuszczajacy wyspe, potem lecacy nad morzem, nad Amsterdamem, nad Berlinem i w koncu ladujacy w Warszawie. Maz dostal pierwsza pieczatke w swoim nowym paszporcie.
Na lotnisku czekal juz na nas moj Tata. Radosci z powitania nie bylo konca. Zapakowalismy nasze walizki z samochodu i wyruszylismy w droge do Lodzi. Maz, podekscytowany, wygladal przez okno: to jego pierwsza wizyta w Europie! Z zaskoczeniem zauwazyl, ze samochod jadacy obok nas holuje inny samochod na bardzo cienkim sznureczku (zaraz mu z Tata wytlumaczylismy, ze to polski sznurek, supermocny), oraz ze swiatla drogowe sa duzo mniejsze, niz w Stanach (nie oszukujmy sie, w Stanach wiekszosc rzeczy jest wieksza, niz w Polsce). Z jego zainteresowaniem spotkal sie rowniez tramwaj stojacy w zajezdni niedaleko mojego domu (przypominal mu tramwaj kursujacy w Nowym Orleanie).
Mnie, po trzyipolletniej nieobecnosci w Polsce, rowniez wszystko wydaje sie mniejsze: wezsze drogi, mniejsze samochody, nawet lodowka w domu Rodzicow wyglada dosc mizernie w porownaniu z kolosem, ktory ma A.
W domu Rodzicow wiele sie zmienilo. Duza czesc domu jest po remoncie i wyglada naprawde pieknie.
Wracac do domu po tygodniowej nieobecnosci, to jedno, ale widziec dom rodzinny po latach, to zupelnie cos innego.
Dlugo nie moglam zasnac, troche ze wzgledu na roznice czasu, a troche ze wzgledu na ekscytacje. W myslach snulam plany, co tez pokaze Mezowi przez najblizszy miesiac...

Monday, December 14, 2009

Nasza wycieczka do Polski- Dzien 1- Lot do Londynu

Wstalismy rano o godzinie 9. Pomimo krótkiego snu czulismy sie wypoczeci.
O 9:30 przyszła S, siostra Meza. Wspanialomyslnie zgodziła się zaopiekowac nasza kotka podczas naszej nieobecności. Wytlumaczylam jej co i jak i ustalilysmy, ze zabierze Pom-Pom po poludniu, po powrocie z jazdy na snowboardzie.
O 8:30 mieliśmy samolot do Londynu. Uwzgledniwszy fakt, ze przed lotem międzynarodowym należy koczowac na lotnisku przez 3 godziny, oraz możliwość wystąpienia korków na drogach, postanowiliśmy opuścić dom już o 4. Wciąż mieliśmy jednak sporo czasu, postanowiliśmy wiec wyskoczyć z A na śniadanie do Baker's.
Po sniadaniu dokonczylismy pakowanie, posprzatalismy, wypilismy toast kwasem jablkowym Martinelli, poglaskalismy Pom-Pom, zapakowalismy wszystko do samochodu i wyruszylismy do domu rodzicow Meza. Stamtad, po wspolnej modlitwie, wyjechalismy na lotnisko wraz z moim tesciem, który zgodził się zawieźć nas a potem odprowadzić nasze auto pod dom.
Korki oczywiscie byly, ale do przeżycia. Byliśmy na lotnisku o 5:30. Po szybkiej odprawie i przeswietleniu naszych bagaży (nie wykryli ukrytych w nim czterech puszek z owocem chlebowca oraz sercem bananowca, hura!) zakotwiczylismy z laptopem na kolanach przy naszym "gate".
Czas oczekiwania na samolot umilalismy sobie rozmowa oraz tworzeniem list muzyki na iTunes. Nagle maz, widzac kogos w tlumie ludzi, podskoczyl i udal sie w poscig. Okazalo sie, iż wypatrzył naszego kolegę AM, ktory własnie dzisiaj leciał z Chicago do Bangkoku i miał przesiadke na naszym lotnisku! Co za miłe spotkanie!
Punktualnie o 7:30 podstawiono nam samolot linii British Airways a o 8:30 rozpoczęliśmy kolowanie. Wszystko zgodnie z planem.












Samolot (z siedzeniami w rozkladzie 2-4-2) był dość wygodny, obsługa bardzo dobra, jedzenie wysmienite (chociaż, karmienie kilkuset zamkniętych w małej przestrzeni osób salatka z fasoli, uważam za nieporozumienie). Obejrzalam 2 filmy ("District 9" i "Harry Potter and the Haf Blood Prince"), zjadlam potrawke z wolowiny, ucielam sobie drzemke...

Sunday, December 13, 2009

Przygotowywania do wyjazdu

W niedziele wybralam sie na male zakupy, ostatnie przed naszym wyjazdem do Polski.

Wyszlam z domu o godzinie 11 rano. W planach (bardzo zreszta optymistycznych) mialam zawiezienie puszek i butelek do recyclingu, zakup wygodnych spodni, w ktorych bede sie czula komfortowo podczas lotu, drobne zakupy spozywcze w azjatyckim markecie oraz pojscie na basen, zeby sobie jeszcze przed tak dlugim lotem pocwiczyc. Cala akcja miala zajac maksymalnie 4 godziny.
W punkcie recyclingu czekalo mnie zaskoczenie: pomimo niedzieli, oprocz mnie, bylo tam jeszcze jakies 50 osob. Zaparkowalam na koncu parkingu i poszlam do punktu skupu po 2 pojemniki na kolkach, wazace jakies 10 kilo kazdy. Przeciagnelam je, przez bloto i kaluze (padalo ostatnio) w okolice mojego auta i wypelnilam puszkami i plastikowymi butelkami. Poszlam po dwa wiadra na szklo i wozek. Niestety, nawierzchnia, po ktorej przyszlo mi go ciagnac stawiala powazny opor: kolka grzezly w blocie, a stojace na wozku wiadra bez przerwy z niego zjezdzaly.
Wreszcie zlitowal sie nade mna jakis facet i pomogl mi zapchac/zaciagnac to wszystko. Glupia bylam, ze pozwolilam mu odejsc, bo czekaly mnie jeszcze dwie wyprawy: jedna z puszkami i butelkami i druga ze szklem w pojemnikach na wozku. Wszystko razem wazylo jakies 120 kilogramow.
Po pol godzinie pchania wozkow, pojemnikow i wiader bylam tak zziajana, zmeczona i spocona, ze postanowilam odpuscic sobie basen.
Kolejne pol godziny spedzilam stojac w kolejce do skupu. W wyznaczonym miejscu mily Meksykanin szybko wszystko zwazyl i wpisal dane do komputera. Dodal moje informacje z dowodu osobistego, i wydrukowal mi kupon, na ktorym widnialy cyfry rekompensujace caly ten stres i pot: $29.57 . Potem juz tylko zostalo mi podpisanie kuponu, odcisniecie kciuka w wyznaczonym miejscu i ustawienie sie w kolejce po odbior pieniedzy.
Zakupy w WalMarcie bardzo sie przedluzyly: za nic nie moglam znalezc spodni w moim rozmiarze, w koncu jednak moje poszukiwania zostaly uwienczone sukcesem.
Ostatnie miejscem do odwiedzenia byl azjatycki supermarket. Gdy w zolwim tempie do niego jechalam, zadzwonil do mnie maz z prosba, abym kupila tam dla niego orzeszki ziemne. Migiem zrobilam niezbedne zakupy, wsiadlam do samochodu i zauwazylam, ze musze zatankowac.
Po dojechaniu na stacje benzynowa zorientowalam sie, ze w koncu zapomnialam o tych orzeszkach. Zatankowalam, wrocilam do marketu. W miedzy czasie zadzwonil Maz, zebym mu jeszcze kupila lunch w DelTaco.
Jazda do DelTaco w slimaczym tempie... po drodze przypomnialo mi sie, ze powinnam jeszcze pojsc do fryzjera na szybkie podciecie grzywki (taka przyjemnosc kosztuje jedynie $10).
Parking przed galeria handlowa, w ktorej znajduje sie moj fryzjer, byl CALKOWICIE zapelniony. Znalezienie miejsca parkingowego zajelo mi jakies 25 minut. Akcja z podcinaniem grzywki i powrotem do domu- jakas godzine. Do domu wrocilam o 5 po poludniu.
Pakowanie rozpoczelam okolo 6, i juz 3 godziny pozniej bylam gotowa w jakichs 90%. Moj Maz za to zdecydowal, iz za pakowanie zabierze sie wtedy, jak ja skoncze, co skutecznie uniemozliwilo mi pojscie spac o przyzwoitej porze (cale nasze lozko pokryte bylo ubraniami). W koncu, okolo 3 nad ranem, udalismy sie na spoczynek...

Thursday, December 10, 2009

Mezczyzna potrafi

Dzis rano moj ukochany Malzonek wlal plyn do mycia szyb samochodowych do zbiornika wyrownawczego chlodnicy.
Czy musze pisac, jak bardzo poprawilo mi to nastroj na caly dzien?

Tuesday, December 8, 2009

Snieg, tak blisko!

Cala noc i caly dzien padalo. Dzis po poludniu chmury podniosly sie i- zobaczylam osniezone gory. Pieknie wygladaja. Lubie snieg, lubie nawet popatrzec nan z daleka.
Niedlugo bede miala sniegu pod dostatkiem... jade do Polski na swieta.

Wednesday, December 2, 2009

Tijuana!


W poniedzialek wieczorem postanowilismy, ze we wtorek wybierzemy sie na wycieczke do Meksyku. Do granicy mamy jedynie 2 godziny jazdy.
We wtorek o godzinie 9 rano, wraz z AW i MB ruszylismy do San Diego. Czekali tam juz na nas ADZ, GW i DL. Cala nasza siodemka, w dwoch Nissanach Xterra, wyruszyla w kierunku granicy.
Po 30 minutach ujrzelismy znaki informujace nas, ze Meksyk juz blisko.


Zaparkowalismy auta po amerykanskiej stronie i na piechote ruszylismy w dalsza droge.
Wyglad przejscia granicznego bardzo mnie zaskoczyl. Spodziewalam sie, tak jak w Europie, okienka i celnika, ktory kazdemu zada kilka pytan. Okienko owszem, bylo, ale zwykly turysta nie musial do niego podchodzic. Wystarczylo przejsc przez obrotowa bramke, potem przez druga...


... i juz jestesmy w Meksyku.


Tijuana jest typowo "turystyczna" miejscowoscia. Mozna tu zaopatrzyc sie w roznego rodzaju bizuterie, koce, meksykanskie poncha, marakasy i wiele, wiele innych drobiazgow. Mozna bezkarnie zakupic leki, ktore w Stanach Zjednoczonych sa na recepte. Mozna rowniez zjesc doskonale (bo oryginalne) meksykanskie jedzenie, oraz spedzic wieczor w barze, pijac piwo i grajac w bilard.
Jest bardzo tanio. Sprzedawcy, widzac turystow na ulicy, zapraszaja do srodka i zachwalaja swoje towary. Chetnie sie targuja. Potrafia zgodzic sie na zbicie ceny o 70%, czestuja w sklepie tequila, robia wszystko, zeby tylko sprzedac towar. Nie sa jednak meczacy, tak jak, na przyklad, sprzedawcy w Turcji, ktorzy w celach zarobkowych uciekaja sie czesto do bardzo nieczystych zagran. Bylam w Turcji pare lat temu i musze przyznac, ze zdecydowanie bardziej podoba mi sie atmosfera Tijuany. Pomimo panujacej wszedzie biedy, ludzie sa usmiechnieci i skorzy do zartow.
GW i ADZ, stali bywalcy Tijuany, zabrali nas do malej restauracyjki z najlepszym jedzeniem w okolicy.


Zaraz pojawil sie okoliczny bard z gitara, ktory, na zyczenie Meza, zaspiewal "Volver, volver".
Przez reszte dnia spacerowalismy po okolicy, kupowalismy drobne upominki, jedlismy tacos i tamales... niektorzy z nas wybrali sie nawet do aptek po jakies niedostepne w Stanach pigulki. Okolo 6 wieczorem stwierdzilismy, ze juz czas wracac do domu.
Szescioro z nas przeszlo przez granice bez problemu (nawet ci, ktorzy zapomnieli paszportow). Jedynie GW zostala zatrzymana, gdyz... miala niezaplacony mandat w innym stanie. Po wyjasnieniu sprawy, ktore trwalo okolo godzily, GW wrocila. Wsiedlismy w nasze samochody i, wraz z zakupionymi marakasami, kocami i ponczami, wyruszylismy w droge powrotna do San Diego i Los Angeles.