Tuesday, September 29, 2009

Najgorsze samochody swiata

Buszujac w ksiegarni natrafilam na ksiazke "Najgorsze samochody swiata".
A w niej... Poloneza, Fiata Multiple, Wartburga i Trabanta, moj niegdysiejszy obiekt pozadania.

Tuesday, September 15, 2009

Radio Disney wpada w ucho

Zrobilam sobie skladanke 20 piosenek, ktorych sluchalismy w kolko w Radio Disney podczas weekendu. Nie mowcie nikomu :)

I got a feeling,
that tonight's gonna be a good night...

Monday, September 14, 2009

Wycieczka na Santa Catalina Island (koszty)

prom w obie strony: $60 od glowy- $240 za 4 osoby
camping: $14 od glowy- $56 za 4 osoby
jedzenie: $50 od glowy- $200 za 4 osoby

razem: $124 od glowy- $496 za 4 osoby
(plus paliwo oczywiscie)

Sunday, September 13, 2009

Wycieczka na Santa Catalina Island (3)

Ostatni dzien... niewiele sie dzialo. Poza sniadaniem, krotkim spacerem i ostatnimi, pamiatkowymi zdjeciami, nie robilismy nic. Autobus zawiozl nas na druga strone wyspy, a o 2:15 siedzielismy juz na promie wracajacym do San Pedro...

Saturday, September 12, 2009

Wycieczka na Santa Catalina Island (2)

Gdy o 8 rano wypelznelismy z namiotu, ujrzelismy mewe czekajaca cierpliwie na krakersy. Mam z natury miekkie serce i nie potrafie ignorowac glodnego wzroku ptaka, ale Maz stwierdzil, iz trzeba go pogonic bo nie da nam spokoju. Czesciowo mial racje: mewa (lub ktorys z jej kuzynow) towarzyszyla nam przez caly dzien, ale nie wykazywala sie zbytnia natarczywoscia. Zadowalala sie rzucanymi przez nas ziemniakami oraz ulubionymi krakersami i preclami.
Okolo godziny 11 nadjechal autobus z nasza kolezanka, MH na pokladzie. Panowie postanowili wykorzystac fakt, iz kierowca autobusu pojawia sie na campingu kilka razy dziennie, i poprosili go, aby nastepnym razem przywiozl im dwanascie piw. Kierowca spelnil prosbe, szczegolnie, iz poparta ona byla wysokim napiwkiem "za fatyge".
MH, po krotkiej drzemce (tamtejsze powietrze sprawialo, iz wszyscy mielismy melodie do spania) udala sie ze mna na plaze, gdzie usilowala opalac sie przy zachmurzonym niebie. Ja, z maska i fajka, ruszylam na zwiedzanie glebin. Niestety, poza kamieniami, wodorostami i kilkoma malymi, brazowymi rybkami, nie znalazlam w wodzie nic. Szczescia nie mial rowniez Maz, ktory uzbrojony w wedke z kalamarnica jako przyneta wyruszyl na lowy.
Pogoda, niestety- a moze i stety?- nie dopisywala: slonce caly czas bylo ukryte za chmurami. Prawde mowiac nie narzekalam, bo nie bardzo lubie upaly, ale wieczorami robilo sie dosyc zimno. Rozpalenie ogniska wieczorem bylo koniecznoscia- ale rowniez, oczywiscie, przyjemnoscia.
Tego wieczoru na obiad jedlismy steki, kolby kukurydzy, pieczone ziemniaki i grillowane warzywa. To zadziwiajace, o ile lepiej taki posilek smakuje, gdy jest przygotowany w terenie.

Friday, September 11, 2009

Wycieczka na Santa Catalina Island (1)

Od poniedzialku trwaly nasze przygotowania do wycieczki na wyspe Santa Catalina. Caly tydzien zaopatrywalismy sie w roznego rodzaju suchy prowiant, baterie, latarki, a Maz, oczywiscie, w wedki, zylki i przynety, ktore mialy mu pomoc w zlowieniu duzej ryby.

W piatek nadeszla "godzina zero".

Opuscilismy dom o godzinie 7 rano. Dwie godziny pozniej bylismy w San Pedro, i wraz z kolega MB, czekalismy na prom do Two Harbors.
Prom okazal sie byc lodka, ktora, po wydostaniu sie z portu, gwaltownie przyspieszyla, i prula fale z jakas zawrotna predkoscia. To byl najbardziej kolyszacy rejs w moim zyciu. Dobrze, ze nie mam choroby morskiej.
Po jakichs 30 minutach dostrzeglismy, zasnuta chmurami, sylwetke wyspy. Okolo 11:30 nasza trojka dotarla szczesliwie do portu w Twin Harbor. Czekala nas wciaz jeszcze jazda Safari Busem, ale najblizszy odjezdzal dopiero o 2:30 po poludniu. 3 godziny oczekiwania umilalam sobie drzemka, a panowie- piciem piwa zakupionego w pobliskim sklepiku.
O 2:15, taszczac trzy plecaki, namiot, dwie duze torby i przenosna lodowke, udalismy sie w kierunku przystanku autobusowego. Zobaczywszy tlum ludzi gromadzacych sie pod palmami, kierowca podrapal sie w kedzierzawa glowe, a pozniej udal sie po wiekszy autobus.
Droga do Little Harbor byla kreta, piela sie ostro w gore i prowadzila przy samym jej zboczu. Na kierowcy nie zdawalo sie to robic wiekszego wrazenia. Po jego minie wnioskowac mozna bylo, ze stary autobus niejedno juz przeszedl, i ze smrod palacego sie sprzegla jest rzecza najzupelniej normalna. Gary (kierowca) zatrzymywal sie co chwila, pozwalajac turystom sfotografowac przepiekny widok na port, doskonale widoczny ze szczytu wzgorza, a takze- najprawdziwszego bizona.
W latach dwudziestych minionego stulecia 14 bizonow zostalo przywiezionych na Santa Catalina Island dla potrzeb filmu "The Vanishing American". Zwierzeta dobrze zaaklimatyzowaly sie na wyspie- w latach szescdziesiatych naliczono juz 400 sztuk. Obecnie jest ich tu 250.
Po krotkiej dyskusji na temat, czy obecny tu bizon jest prawdziwy, czy mechaniczny (siedzial nieruchomo i tylko ruszajace sie boki i mrugajace powieki zdawaly sie potwierdzac teze, iz jest to zywe zwierze), wyruszylismy w dalsza droge.
Okolo 3 po poludniu znalezlismy sie na campingu w Little Harbor: plastikowy toi-toi, kran z zimna woda, miejsce na ognisko i osobne na grilla, zadaszenie i... to wszystko. Zadnego pradu. Nasze komorki, o dziwo, dzialaly, ale radio znajdowalo jedynie stacje Radio Disney, na ktorej mozemy sluchac piosenek takich wykonawcow jak Taylor Swift, Miley Cyrus i Jonas Brothers. Sluchanie tej muzyki wydawalo sie nam niepowazne i zenujace, ale juz po chwili podrygiwalismy do "U Can't Touch This" Daniela Curtisa Lee & Adama Hicksa.
Zmeczeni po podrozy, postanowilismy uciac sobie krotka drzemke. Okolo 6 wieczorem obudzil nas huk, jakby wybuch. Zerwalismy sie na rowne nogi, ale nie dostrzeglismy zadnych sladow katastrofy. Dopiero w niedziele, po powrocie do domu, dowiedzielismy sie, ze w oddalonej o jakies 100 mil Edwards Air Force Base mialo miejsce ladowanie promu kosmicznego Discovery.
Karmienie mewy krakersami i preclami, krotki spacer po okolicy, zachod slonca... i juz zrobila sie noc, ktora rozswietlaly tylko blaski ognisk na campingach. Zakurzeni ale szczesliwi zawinelismy sie w spiwory i udalismy sie na spoczynek w naszym malym namiocie.

Tuesday, September 8, 2009

Prawo i Sprawiedliwosc

Ogladamy z Mezem "Prawo i Sprawiedliwosc", nasz ulubiony serial. Akurat powtarzaja najlepszy (wedlug mnie) odcinek: strazacy uwalniaja ze zgniecionego w trakcie wypadku samochodu, ciezarna zone glownego bohatera, detektywa Stabler'a. Emocje siegaja szczytu. Elliot Stabler dzwoni do zony i mowi jej przez telefon "kocham cie". Mam w oczach lzy wzruszenia.
- To nie jest to, co powinno sie mowic kobiecie w takiej sytuacji- stwierdza krytycznie Maz.
- A coz powinno sie wtedy mowic?- odwracam sie od ekranu oburzona.- Co ty powiedzialbys mnie, gdybym byla w zaawansowanej ciazy, w wypadku, nie moglabym wyjsc z auta a dziecko akurat zaczeloby sie pchac na swiat?
Po chwili namyslu Maz wyglasza kwestie, ktora podniesie na duchu kazda kobiete w krytycznej sytuacji:
-To nie przywieziesz mi w koncu tych burritos?

Saturday, September 5, 2009

Nowy kapelusz

Poszlismy z Mezem do azjatyckiego supermarketu. Zawsze sprawia mi to wiele przyjemnosci i zawsze znajde tam cos ciekawego. Tym razem wypatrzylam niewielki slomkowy kapelusz. "Idealny do mojego nastepnego filmu YouTube!" pomyslalam sobie przymierzajac to cudo. Zadowolona, w kapeluszu, przemaszerowalam u boku Meza przez caly sklep do kasy. Azjaci, robiacy zakupy w sklepie, zerkali na mnie z zaciekawieniem.
Zaplacilismy za ciastka, orzeszki oraz kapelusz i pojechalismy do rodzicow Meza na pozny obiad. Tesciowa, ujrzawszy mnie w moim nowym nakryciu glowy, zasmiala sie i powiedziala:
- Ale... to nie jest kapelusz. To jest forma na ryz!

Indonezyjczycy przyrzadzaja tradycyjna potrawe wygladajaca jak wulkan. Slomkowa forma, ktora uznalam za kapelusz, sluzy wlasnie do ksztaltowania ryzu w stozek.

Maz zwijal sie ze smiechu.
Poslubilam potwora, ktory swiadomie pozwala mi nosic forme do ryzu na glowie w miejscu publicznym.

Wednesday, September 2, 2009

California sie pali

Pogoda zrobila sie dziwna. Upal wciaz jest nie do zniesienia, choc niebo zasnute jest ciemna chmura. Pala sie lasy.
Samochod, do ktorego wsiadalam rano, pokryty byl bialym popiolem.
Znowu, jak co roku, ludzie traca domy.
Kolezanka powiedziala mi, ze jeszcze 10 lat temu nie bylo takich upalow ani takich pozarow.
To przykre, ze ludzie potrafia zepsuc wszystko, nawet pogode.

Sunday, August 30, 2009

Pogoda oszalala

California jest ok. Gory sa piekne. Ocean blisko. Wszedzie rosna palmy i ladnie przystrzyzone drzewa.
Ale 43 stopnie Celsjusza to zdecydowanie nie jest ok.

Sunday, August 23, 2009

Problem z savoir vivre

Jak kazdej soboty, po mszy, poszlismy do tzw "fellowship hall" na lunch. Zazwyczaj jedzenie serwowane jest na plastikowych talerzykach, a narzedziem, ktorego uzywamy, jest plastikowa lyzka.
Zajadalam radosnie tofu z warzywami i salatke, gdy ujrzalam przed soba talerz pelen ryby smazonej z warzywami.
- Poczestuj sie- powiedzial tesc- zlowilismy pare dni temu.
Na rybe nigdy nie trzeba mnie dlugo namawiac. Szybko zabralam sie do konsumpcji. Niestety, okazalo sie, ze plastikowa lyzka, w przypadku ryby zupelnie nie spelnia swojego zadania. Elegancka konsumpcja przy uzyciu tego sztucca zupelnie nie wchodzila w gre.
Podnioslam glowe znad talerza, by dyskretnie sprawdzic, jak z przysmakiem radzi sobie tata Meza. Ujrzalam, ze dawno odlozyl lyzke, i je w tradycyjny, indonezyjski sposob: nabierajac jedzenie palcami i wkladajac je do ust.

I ja, zachecona takim obrotem sprawy, odlozylam lyzke.
To byla bardzo dobra decyzja.

Tuesday, August 4, 2009

Prawie rozjechalam dzieciaka

Jechalam dzis rano na poczte. Pod kola wybiegl mi chlopiec, moze 10 letni. Zahamowalam w ostatniej chwili.

Pomimo, iz cala historia zakonczyla sie szczesliwie, caly czas widze jego twarz. Pamietam kolor podkoszulka, i to, ze mial pod pacha deskorolke.
Okropne uczucie.

Thursday, July 30, 2009

Girls night out

W zeszlym tygodniu mielismy w naszym kosciele Vacation Bible Study, w ktorego organizowaniu postanowilam pomoc (niestety mialam do dyspozycji jedynie wtorek, piatek i sobote). Nieswiadoma tego, co mnie czeka, stawilam sie w kosciele we wtorek o 6 wieczorem.
Po koscielnym parkingu szarzowalo okolo trzydziescioro dzieci. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie, ze to dopiero pierwsza grupa... z czterech. Kolezanka D doskonale sobie radzila z organizowaniem zabaw dla nieletnich, ja niestety mialam ochote uciec gdzie pieprz rosnie. Postanowilam, ze nastepnym razem pomoge przy czyms mniej skomplikowanym. Tak tez zrobilam: w piatek stawilam sie w kuchni i pomagalam przy przygotowaniu kolacji.
W sobote do kosciola zabral mnie tata Meza (Maz pojechal do San Francisco do pracy i zabral samochod). Po mszy i po zajeciach dla dzieci zaczelam rozgladac sie za kims, kto mieszka w poblizu mnie, a kto wlasnie wraca do domu i moglby mnie ze soba zabrac. Nagle w poblizu pojawila sie J, zona pastora, wraz z trzema innymi kobietami.
- Jedziemy na masaz, chcesz pojechac z nami?- zapytala.
- Pewnie- odpowiedzialam. Nie mialam planow na wieczor, wiec chetnie przystalam na propozycje.
Po zachodzie slonca znalazlysmy sie (cala piatka) w samochodzie jadacym do China Town w San Gabriel. Smiechom i zartom nie bylo konca. Nie moglam uwierzyc, ze kazda z kobiet, ktore siedza ze mna w aucie, jest grubo po czterdziestce i ma troje dzieci.
W salonie masazu posadzono nas na wygodnych sofach, zdjeto buty, a stopy wlozono do misek z ciepla woda. Juz po chwili nasze plecy, a potem ramiona, szyja glowy i stopy byly masowane przez Chinki lub Chinczykow, ktorzy nie mowili ani slowa po angielsku, a za swoje uslugi pobierali zadziwiajaco niska oplate. Masaz trwal godzine i byl wart kazdego centa z pieniedzy, ktore na niego wydalam. Wiekszosc czasu przedrzemalam, lub tez lypalam okiem na chinski program w telewizji.
Po masazu udalysmy sie na pozna kolacje do pobliskiej restauracji, gdzie jadlysmy zupe i sushi i opowiadalysmy sobie polskie i indonezyjskie dowcipy. Potem J odwiozla mnie do domu. Spac poszlam grubo po polnocy.
Po powrocie do domu myslalam sobie, ze to byl najlepszy damski wieczor, jaki kiedykolwiek mialam. Zupelnie nie dalo sie odczuc roznicy wieku miedzy mna a moimi towarzyszkami. Mam nadzieje, ze to nie ostatnie nasze wspolne wyjscie.

Friday, July 24, 2009

Niezwykle spotkania

Iowa, Lipiec 2008.
Jemy z moim przyjacielem D lunch w jednej z Fairfieldzkich kawiarni. Podchodzi do mnie dziewczyna.
- Czy to ty gralas koncert na rozpoczeciu naszego roku akademickiego?- pyta.
- Tak, to ja.
- Bylas swietna. Koniecznie musicie to powtorzyc!

California, Styczen 2009.
Ja i Maz idziemy pierwszy raz razem do kosciola Meza w Californi. Nikogo nie znam, wiec tylko usmiecham sie i witam uprzejmie ze wszystkimi ludzmi, z ktorymi wychowywal sie M. Nagle widze znajoma twarz. Wiem, ze ten mezczyzna w okularach, to tata mojego kolegi H. Podchodzi do mnie.
- Widzialem cie na YouTube- mowi.
- A ja ciebie na zdjeciach z wycieczki do Chin.


Polska, Marzec 2009.
Surfujac po internecie KG natrafia na moj blog. Interesuje go (sam wkrotce wybiera sie z zona na wycieczke do USA), czyta wiec pare ostatnich a pozniej przeszlych notek. Decyduje sie napisac do mnie email. Nawiazujemy korespondencje. Rozmawiamy przez Skype'a.

Maj 2009.
KG i MG przylatuja do Stanow Zjednoczonych. Nasza korespondencja trwa.

Czerwiec 2009.
K i M wyruszaja samochodem na wycieczke po Stanach. Jada na zachod. Odwiedzaja parki narodowe, eksploruja pustynie i puszcze. Spia w samochodzie. Zywia sie korzonkami. Od czasu do czasu rozmawiamy przez Skype'a i wysylamy do siebie smsy. Planujemy spotkac sie na kawe lub na grilla, jak tylko K i M dojada do Californi.

07-21-2009, wtorek.
Wreszcie otrzymuje telefon, na ktory tak dlugo czekalam! K i M sa na campingu w San Dimas. Niestety jest za pozno na jakiekolwiek imprezowanie, postanawiam wiec po prostu podjechac na camping i szybko sie przywitac.
Uprzejmy pan straznik informuje mnie, jak dojechac na stanowisko W3. Gdy wreszcie udaje mi sie je znalezc jest juz zupelnie ciemno. W mroku widze dwie sylwetki czekajace na mnie przy parkingu.
Sciskamy sie serdecznie i udajemy w kierunku samochodu K i M, aby porozmawiac przez chwile. Moja (z zalozenia krotka) wizyta przedluza sie. Pojawia sie herbata, ciasteczka i coraz szersze usmiechy na naszych twarzach. Czuje, jakbym znala K i M od dawna, jakby to spotkanie wcale nie bylo pierwsze. Okolo 10 wieczorem z zalem opuszczam camping.

07-22-2009, sroda, wieczor.
K i M przyjezdzaja do nas na grilla. Rozmawiamy, jemy, sluchamy muzyki, robimy zdjecia. Wiezy przyjazni zaciesniaja sie. K i M zostaja u nas na noc.

07-23-2009, czwartek.
Jedziemy na wycieczke, K, M, Maz i ja. Odwiedzamy Forest Lawn, Getty Museum, Chinatown i Joey's Barbecue, gdzie M i K racza sie ulubionymi zeberkami. Robimy ponad tysiac zdjec. K kreci kilometry filmu.

07-23-2009, piatek.
Z rozbawieniem stwierdzamy, ze przyslowiowa "kawa" przeciagnela sie w 4 day affair, wiemy jednak, ze nadszedl czas rozstania. Nie zegnamy sie, ale mowimy "do zobaczenia". Wszyscy wiemy, ze te 4 wspolnie spedzone dni sa poczatkiem pieknej przyjazni. Machajac M i K na pozegnanie mysle sobie:
- o tym, jak wielka jest potega internetu,
- o tym, jak wielka jest sila przeznaczenia,
- o tym, jak, wraz z postepem technicznym, zmniejszaja sie odleglosci,
- o tym, jak wspanialymi, barwnymi ludzmi sa M i K,
- o tym, ze ze wszystkich spotkan w moim zyciu to wlasnie bylo najbardziej niezwykle.

M, K, pamietajcie, ze nasze drzwi sa dla Was zawsze otwarte!

Monday, June 29, 2009

Michael Jackson nie zyje

Kilka tygodni temu ogladalismy z Mezem w telewizji Michaela Jacksona zapowiadajacego serie koncertow w Europie. Sluchalam tej wiadomosci z dosc krytycznym nastawieniem. Nie przypuszczalam, zeby beznosy, wychudzony wokalista byl jeszcze w stanie zrobic show na miare tych, ktore ogladalam bedac mala dziewczynka.
- Wiesz, mysle, ze zostalo mu niewiele lat zycia- powiedzialam do Meza, ktory popatrzyl na mnie z niedowierzaniem- on nie wyglada za dobrze.
- Co ty opowiadasz- obruszyl sie moj M!- zobaczysz on nas jeszcze wszystkich zaskoczy.

No i zaskoczyl.
25 czerwca 2009 roku Michael Jackson odszedl z tego swiata.

Nie potrafie wytlumaczyc przeczucia, ktore wtedy mialam, ale bylam pewna, ze do serii koncertow nie dojdzie.

Michael Jackson byl pierwszym wokalista, ktorego kasete "Bad" kupila mi mama kilkanascie lat temu na Rynku Baluckim.
Michael Jackson byl pierwszym mezczyzna, do ktorego (patrzac na plakat zawieszony na scianie) ukradkiem wzdychalam.
Michael Jackson byl osoba, na widok twarzy ktorej, w ostatnich latach, doznawalam uczucia obrzydzenia.
Michael Jackson zawsze bedzie osoba, ktora bede cenic za niebywale osiagniecia muzyczne, i ktorej zawsze bedzie mi zal ze wzgledu na nieudane zycie prywatne.

Dopiero teraz, po kilku dniach, dotarla do mojej swiadomosci prawda, ze Michael Jackson nie zyje. Skonczyla sie pewna era.
Umarl krol, niech zyje krol.
Kiedys Elvis, potem Michael, kto bedzie nastepny?

Wednesday, June 24, 2009

Jak niechcacy przeploszylam Swiadkow Jehowy

Wczoraj rano ktos zapukal do naszych drzwi. Otworzylam, i ujrzalam dwoch Afroamerykanow, elegancko ubranych w czarne garnitury.
- Dzien dobry- przywitali sie grzecznie.
- Dzien dobry, w czym moge pomoc?
- Czy chcialabys porozmawiac z nami o Pismie Swietym?- zapytali- Ciekawi jestesmy jakie jest twoje zdanie. Czy myslisz, ze Biblia jest przydatna w codziennym zyciu?
- Oczywiscie ze jest przydatna!- odpowiedzialam entuzjastycznie- Sama czytam ja codziennie.
- O... naprawde?- na ich twarzach widac bylo zaskoczenie.
- Naprawde. Czy jestescie panowie Adwentystami Dnia Siodmego?
- Nie, Swiadkami Jehowy...- odparli coraz bardziej zmieszani- Coz, w takim razie nie bedziemy ci wiecej zajmowac czasu. Mozemy ewentualnie... zostawic "Straznice"?- zapytali bez wiekszej nadziei.
- Czemu nie, zawsze z checia dowiem sie czegos o innych wyznaniach.
- Dziekujemy bardzo za Twoj czas, milego dnia!- powiedzieli Swiadkowie i oddalili sie szybkim krokiem.

Tym razem nie udalo mi sie porozmawiac ze Swiadkami Jehowy. Przypuszczam, iz wyczuli, ze jesli zaangazuja sie w konwersacje ze mna, to nie beda wyglaszali monologu do laika, ale czeka ich dluga i intensywna dyskusja. Najwyrazniej przeploszylam ich moim entuzjazmem.
Szkoda.

Monday, June 22, 2009

Papugi

Wychodzac wczoraj z kosciola zauwazylam spore stado dziwnych ptakow, ktore skrzeczac glosno przysiadly na kablach elektrycznych. Po blizszym przyjrzeniu sie stwierdzilam ze zdumieniem, ze to... papugi. Duze, zielone, dzikie papugi.
Po powrocie do domu zapytalam Meza o to egzotyczne zjawisko. Opowiedzial mi, ze te papugi to potomkowie ptakow, ktore zostaly przywiezione do Stanow Zjednoczonych jeszcze zanim import egzotycznych zwierzat byl zabroniony, i jakims cudem uciekly lub zostaly wypuszczone na wolnosc. Szybko sie rozmnozyly i teraz lataja sobie po Californi.
Zobaczyc stado papug w centrum miasta- bezcenne.

Saturday, June 20, 2009

Wzorowi pracownicy

Firma, dla ktorej pracuje ja i Maz, zawsze poszukuje dobrych asystentow, ktorzy kazdego sezonu pomagaja przy robieniu zdjec na ceremoniach.
Kilka tygodni temu, na jednej z ceremonii pojawilo sie czterech roslych Afroamerykanow w srednim wieku, o nienagannych manierach. Przez caly miesiac ci panowie (zatrudnieni przez nasza kolezanke z human resources) pracowali dla nas jako asystenci. Zawsze uprzejmi, zawsze na czas. Nigdy sie nie spoznili ani nie odmowili pracy. Ubrani byli zawsze jak z zurnala, w piekne garnitury i koszule, zestawione w bardzo ciekawe (ale gustowne) kombinacje kolorystyczne.
Jeden z nich przynosil naszej kolezance- fotografowi lunch na kazda ceremonie.
Inny nie mial samochodu, ale dojezdzal do pracy autobusem nawet po kilkadziesiat mil.
Jeszcze inny znalazl nam dodatkowego asystenta.

Kilka dni temu maz powiedzial mi, ze ci czterej mezczyzni pracuja na co dzien na uniwersytecie jako... sprzatacze.

Friday, June 12, 2009

Opetanie?

W ciagu ostatnich dwoch miesiecy nasza kotka Pom-Pom byla kilka razy u weterynarza z powodu infekcji na skorze. To przyjazne i rozkoszne zwierze zamienialo sie u lekarza (i w drodze do niego) w bestie opetana przez demony: bylo wicie sie, drapanie, slinienie a raz nawet Pom-Pom ulzyla sobie w garniturowe koszule Meza, ktore ten nieopatrznie zostawil w samochodzie.
Wczoraj przyjmowal nas inny doktor (nasz byl na urlopie). Wchodzac do gabinetu przywital sie, zerknal w "karte pacjenta", spojrzal na niewinnie wygladajace zwierze siedzace na stole.
- A wiec to jest Pom-Pom?- zapytal zagladajac ponownie w papiery. Potwierdzilam.
- I ma wpisane w karcie "UWAGA, ZACHOWAC OSTROZNOSC"?
Faktycznie: na gorze strony widnialo slowo "CAUTION" zakreslone na zolto.
- Damy jej zastrzyk- zarzadzil doktor po ostroznych ogledzinach tylnej nogi kotki, ktora wyjatkowo byla bardzo spokojna. Nie uspilo to jednak czujnosci doktora.
- Pojde zawolac wsparcie.
Do gabinetu weszla rosla pielegniarka, ktora fachowym ruchem unieruchomila Pom-Pom na stole. Pacjentka dzielnie przyjela zastrzyk, widac obrala nowa taktyke pod tytulem "nie wstane, tak bede lezal".

Tym razem obylo sie bez Armageddonu, ale kto wie co stanie sie 24- go, gdy zabiore Pom-Pom na wizyte kontrolna.

Monday, June 8, 2009

Dziwne programy w telewizji

Dzis spalismy do 3 po poludniu.
Potem, przegladajac internet i rozmawiajac, ogladalismy "Law & Order", gdzie dzielni policjanci tropia przestepcow seksualnych.
Okolo 7 wieczorem, na National Geographic, obejrzelismy program o malej Hindusce, ktora urodzila sie z osmioma konczynami. Lekarzom udalo sie usunac nadmiar nog i rak. Dziewczynka powoli dochodzi do zdrowia.
Okolo 8 wieczorem, na tym samym kanale, obejrzelismy program opowiadajacy historie chinskiego "czlowieka- slonia".
Nastepnie, idac za ciosem, sledzilismy losy tredowatych w Tybecie, ludzi zywiacych sie odpadkami z Australijskich smietnikow, oraz Hinduskich lapaczy szczurow.
Teraz w telewizji mamy program o ludziach, ktorzy jedza dziwne rzeczy. Widzialam juz amatorow kozlich jader, zgnilego miesa rekina, plodow zwierzecych... co bedzie nastepne?