Friday, March 21, 2008

"I'm Polish" vs. "I'm from Poland"

W ciagu ostatnich kilku miesiecy mialam przyjemnosc poznac mase ludzi. Niektorzy, uslyszawszy moj akcent i dowiedziawszy sie, skad pochodze, wykrzykiwali radosnie: Oh, I'm Polish too!
Naiwnie wierzylam, ze ci ludzie, deklarujacy sie jako Polacy, beda umieli zamienic pare slow w jezyku ojczystym, jednak przekonalam sie niebawem, ze istnieje zasadnicza roznica miedzy sformulowaniem "I'm Polish" i "I'm from Poland". To pierwsze opisuje pochodzenie, korzenie, sygnalizuje, ze mama, babcia lub ktos inny z rodziny byl (jest) Polakiem, ale delikwent wcale nie musi znac mowy przodkow. To drugie daje nam jasno do zrozumienia: jestem Polakiem, znam jezyk polski.

Teraz, gdy dowiaduje sie, ze ktos jest "Polish", prowadze konwersacje w kierunku rodziny i historii, jesli zas osoba dumnie stwierdza "I'm from Poland", pytam "Jak sie masz?".

Sunday, March 16, 2008

Kurza kupa

Znalazlam w sklepie taki oto produkt:

Pomadka ochronna
KURZA KUPA
(nie zawiera kurzej kupy)

a pod spodem haslo reklamowe:

"Posmaruj usta kurza kupa, to nie bedziesz ich lizac"
(cos w tym jest).

nie wierzycie? Sprawdzcie tu:
http://www.drugstore.com/products/prod.asp?pid=155686&aid=336064&aparam=chicken_poop_lipstick

Wednesday, March 12, 2008

Ommmmmm.........

F. jest malym miasteczkiem liczacym sobie tylko 9.5 tysiaca mieszkancow. Tu przestepczosc praktycznie nie wystepuje. Norma jest zostawianie na parkingu hipermarketu samochodu z wlaczonym silnikiem i kluczykami w srodku, bo, na przyklad, zapowiadaja nam sie dlugie zakupy, i nie chcemy pozniej miec problemu z uruchomieniem auta (Polacy, przyzwyczajeni do dlugich zim, wiedza o czym mowie), lub wewnatrz grzeje sie pozostawiony na czas zakupow pies. W F. zycie plynie spokojnie a ludzie mijaja sie z usmiechem i pozdrowieniem na ustach. Czasem nad autostrada przefruwaja dzikie indyki a na niebie pojawiaja sie klucze gegajacych glosno gesi. Sklepy zamykane sa o 11 wieczorem (bylo to dla mnie duzym zaskoczeniem, bo gdy w B., w Alabamie, o 3 nad ranem zachcialoby mi sie ciastek, znalazlabym kilkanascie miejsc, w ktorych moglabym zaspokoic potrzebe).
Ktos pewnie zainteresuje sie dlaczego najwieksze studio fotograficzne na swiecie ma swa siedzibe wlasnie tutaj. Odpowiedz jest zaskakujaca: bo jego szefowie uprawiaja TM (medytacje transcendentalna), a F. (w ktorym znajduje sie Uniwersytet Biznesu zalozony przez Maharishi Mahesha) jest wlasnie swoista "mekka" dla medytujacych, a takze ludzi pragnacych zyc zdrowo i odzywiac sie prawidlowo. W restauracjach kroluja potrawy wegetarianskie i przygotowane z ekologicznej zywnosci. Gdy poprosisz o herbate, zostaniesz przez kelnera zasypany nazwami i rodzajami herbat z calego swiata.

Moj Maz bardzo sie dziwil, dlaczego jego nowe biuro jest wyposazone w szklane drzwi (w reszcie pomieszczen sa one pelne, drewniane). "Chcecie mnie lepiej kontrolowac?"- pytal pol zartem- pol serio. Jakiez bylo jego zdziwienie gdy wytlumaczono mu, ze jego biuro, wraz z oknem znajdujacym sie na przeciwko jego drzwi w srodku oraz oknem na korytarzu, ulokowane jest na osi polnoc- poludnie. Maz, jako "nowy narybek" zostal tam specjalnie umieszczony, aby mogl bez przeszkod chlonac pozytywna energie, ktora tam sie wrecz panoszy, oraz dobrze sie aklimatyzowac.

Kazdy szanujacy sie budynek ma tu wejscie od wschodu (ma to zapewnic przeplyw dobrej energii). Wlasciciel tego, w ktorym mieszkamy, musial takie wejscie specjalnie dobudowac, bo nikt w F. nie chcial wynajmowac od niego mieszkan.

Szef Meza zaprosil go na obiad do siebie do domu. Zapytany o ktorej ma sie ona zaczac, odparl z namyslem:
- Hmmm... wracam z pracy o 5, pomedytuje ze dwie godziny.... przyjdz o 8.
Pokoje do medytacji sa tu norma. W pracy Meza tez jest jeden (jakby ktos, na przyklad w trakcie lunchu, poczul nieodparta potrzebe zapewnienia sobie strawy nie tylko dla ciala, ale i dla ducha).

W swietle tego, co napisalam wyzej, historia z weterynarzem (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID297395029,index.html) przestaje dziwic. Wyglada na to, ze trafilam w interesujace miejsce. Bedzie ciekawie.

Friday, March 7, 2008

Los Angeles Marathon

Juz drugi raz bylam swiadkiem maratonu w Los Angeles, ale za kazdym razem robi on na mnie takie samo wrazenie. Widok ludzi walczacych z wlasnymi slabosciami, w pocie czola pokonujacymi kolejne mile sprawia, ze chce mi sie byc lepszym czlowiekiem.
W maratonie biegna starzy i mlodzi, grubi i chudzi, profesjonalisci i amatorzy, czarni, biali, zolci, mieszancy, pelnosprawni i niepelnosprawni. Biegnie facet przebrany za kelnera, inny- za rzymskiego legioniste. Jeden biegnie na bosaka a inny bez koszulki. Pracujac na linii mety spotkalam znajomego, ubranego w okulary, czarne spodnie, czarny t-shirt i czarna peruke z dlugich, kreconych wlosow. Za nim bieglo jesze kilka osob wygladajacych dokladnie tak samo. Stanowili oni "Grupe Slash'ow" (oczywiscie chodzi tu o Slash'a z legendarnej grupy Guns N' Roses).
Na linii mety mozna zaobserwowac rozne ciekawe zachowania ludzkie. Pomijam juz fakt, ze niektorzy ze zmeczenia wymiotuja lub mdleja (na boku czeka kolejka policjantow i sanitariuszy przygotowanych do akcji): ludzie rowniez skacza do gory, krzycza "thank you Jesus" albo "yes, Lord, yes", spiewaja, staja na rekach, caluja otrzymany przed chwila pamiatkowy medal.

Poza tym, pracujac na linii finiszowej, mozna najesc sie do woli belgijskiej czekolady i jablek (przygotowanych dla maratonczykow, ktorzy po tak dlugim biegu musza uzupelnic zapasy energii). Byc fotografem nie jest zle.

Pierwszy do mety dobija oczywiscie Kenijczyk, z czasem lekko ponad 2 godziny. Kenijczycy przoduja w maratonach dzieki swojej niesamowitej pojemnosci pluc (moj tesc zartuje, ze w Kenii praktykuje sie biegi uciekajac przed lwami, stad takie dobre osiagniecia).
Z czasem krotszym niz 4 godziny (co jest wciaz bardzo dobrym wynikiem) dobiega mezczyzna pchajac przed soba wozek z chora coreczka. Niepelnosprawni (psychicznie i fizycznie) sa dowozeni przez swoich opiekunow na linie mety po czym PODNOSZA SIE Z WOZKOW i przechodza przez czerwona linie. Ci, ktorzy nie moga chodzic wstaja, a ich opiekunowie przesuwaja im nogi, jedna za druga. Tlum gromadzi sie wokolo, klaszcze, na twarzach ludzi (czasem ludzi z porazeniem mozgowym) maluje sie ogromna radosc: pokonali wlasna niemoc.
Na maratonie wszyscy sa rowni, nie wazne, czy jestes sportowcem, grubasem czy niepelnosprawnym. Tutaj zacieraja sie wszystkie granice. Mam nadzieje, ze pewnego dnia i ja przebiegne 26 mil i 385 jardow, biorac tym samym udzial w tej wspanialej afirmacji zycia, radosci i rownosci.

Thursday, February 28, 2008

Weterynarz

W poniedzialek pakowalismy nasz dobytek do ciezarowki, we wtorek i srode przejechalismy 800 mil do naszego nowego miejsca zamieszkania. W czwartek rozpakowywalismy ciezarowke, w piatek staralam sie jakos zapanowac nad pudlami panoszacymi sie w naszym apartamencie, w sobote zas pakowalismy sie znowu, aby w niedziele wyleciec na 10- dniowa wycieczke do Los Angeles (na poczatku marca, jak co roku, odbywa sie tam maraton, na ktorym pracujemy z mezem jako fotografowie).
Przed wylotem pojawil sie problem: co zrobic z Pom- Pom? Na poczatku chcielismy ja zabrac z nami, postanowilismy jednak oszczedzic jej stresu zwiazanego z kolejna podroza. Pozostala opcja nr 2: pozostawic kotke pod czyjas opieka. Cztery dni w F. nie wystarczyly oczywiscie na nawiazanie blizszych znajomosci z ludzmi, ktorzy z checia zajeliby sie zwierzakiem przez ponad tydzien, postanowilismy wiec skorzystac z uslug lokalnego szpitala dla zwierzat (tego typu placowki oferuja opieke za cene okolo 10 dolarow za dobe). W sobote zapakowalismy zaprawiona juz w podrozach samochodowych kotke do auta, i wyruszylismy do kliniki.
Drzwi otworzyl nam mezczyzna w srednim wieku, rasy bialej, przystrojony w orientalna czapeczke. Po zalatwieniu formalnosci przekazalismy mu kotke i jedzenie, ktore polecono nam zakupic.
- Nie trzeba- odezwal sie mezczyzna- ja ja bede karmil moim jedzeniem, mam lepsze.
- Ona nie bardzo przepada za jedzeniem z puszki- powiedzialam- ale zdaje sie suche i tak jest dla kotow lepsze...
Facet spojrzal na mnie z politowaniem:
- Trafilas z ta gadka na zlego czlowieka- przerwal mi- ja ja bede karmil SUROWYM MIESEM, one sa z natury stworzone aby nim sie zywic.
Podal mi swoja wizytowke mowiac:
- Zajrzyj na moja strone internetowa, to wszystkiego sie dowiesz.
Po przyjezdzie do domu wyszukalam w internecie strone, gdzie przeczytalam:

Szpital Zwierzecy w F. oferuje uslugi medyczne oraz zabiegi; stosujemy medycyne konwencjonalna i alternatywna. Pacjent jest postrzegany jako czesc wiekszej calosci, swiata, w ktorym dzialaja zroznicowane sily. Skupiamy nasza uwage glownie na osiagnieciu przez pacjenta rownowagi wewnetrznej, mniej na zwalczaniu symptomow choroby. Choroba to sygnal, ze w systemie pacjenta powinna zostac przywrocona rownowaga. Wzmaganie w ciele energii, sil witalnych i inteligencji (za pomoca wlasciwego odzywiania i medycyny naturalnej) pomaga zwiekszyc dynamike zycia i osiagnac zdolnosc samozwalczania symptomow choroby.

Mam nadzieje, ze po powrocie z kliniki Pom- Pom nie zacznie medytowac i palic orientalnych ziol.

Saturday, February 23, 2008

Przeprowadzka

Sobotnia pozegnalna impreza udala sie jak zadna inna. Duzo osob przyszlo tylko na chwile, ale kolo godziny 8 wieczorem bylismy juz w skladzie, ktory przetrwal do poznych godzin nocnych- sami najblizsi przyjaciele.
W poniedzialek odebralismy ciezarowke i przyczepe. Wszystko razem mialo dlugosc grubo ponad 10 metrow. Z niedowierzaniem patrzylam na Meza, ktory mial tego potwora prowadzic. Okazalo sie, ze moje obawy byly zupelnie niepotrzebne. Chwile pozniej przekonalam sie na wlasne oczy o umiejetnosciach Malzonka, ktory prowadzil, skrecal, cofal i parkowal to cudo w odleglosci 1 cm od budynku.
Amerykanie maja piekne slowo na okreslenie wszystkich rzeczy, potrzebnych i niepotrzebnych: STUFF. Nie przypuszczalam, ze mamy tyle tego "stuffu" w posiadaniu. Gdyby nie nasz przyjaciel V., rosly byk, nie zapakowalibysmy do ciezarowki kanapy, lozka i zeliwno- szklanego, zdobycznego stolu, ktorego manager budynku chcial sie pozbyc, ale nie chcialo mu sie go ruszac z miejsca (teraz juz wiemy dlaczego). Pakowanie zajelo nam mase czasu. Maz, ktory optymistycznie twierdzil, ze wyjedziemy w poniedzialek przed polnoca, okolo godziny 23 skapitulowal. Dokonczylismy pakowanie we wtorek i o godzinie 5 po poludniu wyruszylismy w droge. Kotka, zainstalowana w kabinie, szybko sie zaaklimatyzowala, dawala jednak znac o swoim niezadowoleniu glosnym miauczeniem. Zaaplikowalismy jej otrzymana od weterynarza tabletke nasenna, ktora miala ja "kompletnie znokautowac". Pom- Pom o dziwo nie zasnela snem kamiennym, ale znacznie sie uspokoila i drzemala spokojnie nad deska rozdzielcza pod przednia szyba.
Wjechawszy do Kentucky, o godzinie drugiej nad ranem wstapilismy do kasyna (w Alabamie hazard jest zabroniony, wiec wszyscy hazardzisci nalogowo podrozuja aby oddac sie rozpuscie w innych stanach). Przegralismy dumnie cala posiadana gotowke, czyli 20$ w ruletke i 3$ na "jednorekim bandycie" (w pewnym momencie wygrywalam 1.50$ ale chciwosc mnie zgubila). Wrocilismy do ciezarowki i, nakarmiwszy kota, wyruszylismy w dalsza droge.
Bez wiekszych przeszkod dotarlismy do celu o godzinie 14.00 (zatrzymalismy sie tylko w Saint Louis aby obejrzec wielki, stalowy luk). Przywital nas snieg i dziesieciostopniowy mroz; po 17 stopniach w B., w Alabamie, byl to dla nas spory szok. Mnie na widok bialego puchu poprawil sie nastroj, jednak Maz (urodzony w Indonezji, wychowany w Californi) trzasl sie jak osikowy lisc.
Wlascicielem budynku, w ktorym mielismy zamieszkac, okazal sie gadatliwy pol Wloch- pol Rosjanin. Dal nam klucz i nauczyl jak obslugiwac winde towarowa- prawdziwy antyk, najstarsza winde w Iowa (z 1908 roku): aby wjechac pietro wyzej nalezy pociagnac stalowa line do dolu, aby zjechac nizej- do gory, aby sie zatrzymac- pociagnac do siebie. Bardzo urozmaicilo nam to rozpakowywanie ciezarowki, a Mezowi udalo sie nawet zatrzymac miedzy pietrami (musieli go panowie technicy potem sciagac).
Nasza podloga pokryta jest pudlami, plastikowymi pojemnikami, ubraniami, gitarami i meblami, a miedzy tym wszystkim porusza sie kot, osiagajac calkiem niezle predkosci w tym biegu z przeszkodami. Uporzadkowanie tego balaganu zajmie nam pewnie ze dwa tygodnie. Najwazniejsze, ze juz tu jestesmy.


Dziekuje wszystkim za glosowanie na mojego bloga w konkursie Blog Roku 2007. Dzieki Wam przeszlam do drugiego etapu, co dla mnie jest juz sukcesem. Ciesze sie, ze blog sie podoba i ze mam wiernych czytelnikow. Jeszcze raz dziekuje!

Saturday, February 16, 2008

Melancholijnie...

Kilka dni temu wybralam sie pozalatwiac rozne sprawy i porobic niezbedne zakupy. Zazwyczaj sprawdzam dokladnie trase, ktora mam zamiar przejechac na www.mapquest.com , jednak tym razem po raz pierwszy dalam sobie spokoj.
Przejechalam kilkanascie mil, w roznych kierunkach, po autostradach i po drogach miejskich, nie gubiac sie (jak to mi sie czasem zdarzalo) ani razu.
Teraz, po prawie dwoch latach mieszkania tu, gdzie mieszkam, kiedy znam juz dokladnie wszystkie drogi, kiedy wiem, gdzie jest najtansza pralnia i najlepszy mechanik samochodowy- musze sie przeprowadzic.
W sobote urzadzamy wielka pozegnalna impreze. Zaprosilismy okolo 40 osob, z czego 25 zapowiedzialo, ze stawi sie na pewno.
W poniedzialek odbieramy siedemnastostopowa ciezarowke i przyczepke do niej- bedziemy na niej ciagnac naszego nissana, zeby nie nabijac mu mil na liczniku (a bedzie tych mil wiele, bo az 750, czyli 1200 kilometrow).

Maly bilans mojego dwuletniego zycia w B., Alabama:
- W wieku 24 lat wyszlam za maz (obecnie jestem mezatka rok i piec miesiecy). W ciagu tego czasu przekonalam sie, ze zycie malzenskie to zupelnie co innego, niz myslalam. Nauczylam sie cierpliwosci, tolerancji i jak sie porozumiewac.
- Nasza mala rodzina powiekszyla sie o kota, ktory wlasciwie zachowuje sie jak pies (ale to temat na zupelnie inna notke) i jest bardzo aktywnym uczestnikiem naszego codziennego zycia,
- Pracowalam w 9 miejscach,
- Raz prace stracilam, 6 razy odeszlam sama,
- W wieku 25 stalam sie wlascicielka firmy,
- Przekonalam sie, jak wielka sile ma zadrukowana kartka papieru z podpisem,
- Odwiedzili mnie tu, w Stanach, Rodzice, ktorym wreszcie moglam przedstawic mojego Meza,
- Poznalam wspaniale dziewczyny, ktore staly sie moimi najlepszymi przyjaciolkami: P.- Czeszke, gadatliwa mame dwuletniej coreczki, A.- Kolumbijke, z ktora laczy mnie wspolnota malzenskich doswiadczen, i S.- Afroamerykanke, ktora jest przy mnie od samego poczatku mojej przygody z USA.
- Poznalam innych waznych dla mnie ludzi: P.- Amerykanke, sekretarke z jednej z moich prac, ktora zawsze dawala i daje mi niesamowite wsparcie, E.- Amerykanina, meza Kolumbijki, pieniacza, szalenca i wspanialego czlowieka, z ktorym zawsze mozna pogadac, L.- Amerykanina, z ktorym laczy mnie milosc do mocnych trunkow, V.- Turka, ktory je wieprzowine, i na ktorego zawsze moge liczyc, i H.- Indonezyjczyka po przejsciach, dzieki ktoremu chce byc lepszym czlowiekiem.
- Zupelnym przypadkiem poznalam G. i J., ludzi, ktorzy stali sie moimi "amerykanskimi rodzicami", i ktorzy dbaja o mnie jak o rodzona corke,
- Przekonalam sie, ze ludzie, ktorych uwazamy za naszych przyjaciol, dziwnie szybko o nas zapominaja, kiedy wyjezdzamy daleko. Oprocz rodziny nie zapomnieli o mnie ciocia M. i wujek Z., przyjaciele moich Rodzicow, ktorzy stali sie takze moimi przyjaciolmi, P., ktory zawsze jest ze mna w kontakcie, niezaleznie od tego, jaka dzieli nas odleglosc i E., nauczycielka angielskiego, z ktora znajomosc szybko przemienila sie w bliska wiez.
- Bylam na meczu futbolu amerykanskiego,
- Czolgalam sie w jaskini, w ktorej bez swiatla i liny przyszloby mi marnie zginac,
- Zaczelam pisac bloga,
- Odnowilam stare znajomosci dzieki www.nasza-klasa.pl .


Teraz w moim zyciu zaczyna sie kolejny, nie mniej ciekawy rozdzial (o ktorym napisze niebawem, jak tylko przejade te 750 mil wielka ciezarowka z meblami, przyczepa, samochodem, mezem i kotem).

Sunday, February 10, 2008

Historie zaslyszane od znajomych rozwozicieli pizzy

Historia nr 1
Czarna dzielnica. Gniazdo przestepczosci. Miejsce, do ktorego zaden szanujacy sie rozwoziciel pizzy nie chce jezdzic. Powybijane okna w domach, potluczone lampy, ciemno, zimno, wyja psy.
Na parkingu stoi zloty cadillac z wielka naklejka gloszaca: "JEZUS JEST MOIM MEZEM".

Historia nr 2
Ta sama dzielnica. Roznosiciel, drzac otwiera drzwi samochodu, wysiada. Trwoznie zbliza sie do drzwi domu. Nagle zza krzaka wyskakuje obdarty murzyn, goniony przez w pelni uzbrojonego funkcjonariusza S.W.A.T.- u (takich amerykanskich sil specjalnych). Murzyn znika w ciemnosci, za nim policjant. Wszystko ucicha tak szybko, ze nie wiadomo, czy to byla jawa, czy sen.

Historia nr 3
Ta sama dzielnica. Roznosiciel puka do drzwi, w ktorych staje staruszka i szybko wciaga roznosiciela do wnetrza mieszkania.
- Szybko, synku, zeby cie nie zastrzelili.

Historia nr 4
Ta sama dzielnica. Roznosicielka zmierza do mieszkania 307. Otwieraja sie drzwi mieszkania 308.
- Tutaj, tutaj- wola afroamerykanin- przeprowadzilismy sie- po czym bierze pizze od dziewczyny, zamyka drzwi i znika we wnetrzu mieszkania: niby to idzie po pieniadze.
Mijaja minuty, klient sie nie pojawia. Zniecierpliwiona dziewczyna otwiera drzwi i jej oczom ukazuje sie... puste mieszkanie.
Mieszkancy z 307 zamowili pizze, weszli przez okno do 308, zabrali pizze roznosicielce i uciekli. 307 zamkniete na glucho.

Historia nr 5
Na drogach korki. Roznosiciel jedzie tak szybko, jak tylko moze, spoznia sie jednak z dostarczeniem zamowienia okolo 15 minut. Drzwi otwiera dzierzacy kij do baseballa wielki, brzuchaty facet w gaciach i bez koszuli. Do transakcji pizza-dla-faceta-pieniadze-dla-roznosiciela nie dochodzi z przyczyn obiektywnych.

Historia nr 6
Roznosiciel puka do drzwi podrzednego hotelu. Otwiera mu KOMPLETNIE NAGA, czarna prostytutka. Widzac, ze roznosiciel czuje sie co najmniej nieswojo, zapytuje:
- Co jest, nigdy nie widziales czarnych cycuszkow?


Kurtyna.

Wednesday, February 6, 2008

Super Bowl

W dniu wczorajszym w godzinach popoludniowych ulice opustoszaly. Tym razem nie bylo to zwiazane z pogoda (chociaz lalo jak z cebra): wczoraj rozgrywaly sie 42. mistrzostwa futbolu amerykanskiego Super Bowl.
Kilka dni temu w hipermarketach pojawily sie specjalne stoiska z piwem, przekaskami i okolicznosciowymi naczyniami na te przysmaki. Bary sportowe przescigaly sie w ofertach, majacych skusic fanow do obejrzenia meczu wlasnie tam. W niedziele ja wybralam sie do znajomych, E. i A.. Maz pracowal.
Juz od progu mozna bylo wyczuc zapach kurczecych skrzydelek barbecue (tradycyjny przysmak wielbicieli futbolu) oraz podniecenia. Ostatni mecz byl rozgrywany miedzy dwoma druzynami: New England Patriots i New York Giants. Wszyscy (bylo nas lacznie 6 osob) kibicowalismy tej ostatniej, spodziewalismy sie jednak, ze New England Patriots spuszcza im niezle manto.
Nigdy nie bylam specjalna fanka zadnej dyscypliny sportowej, jednak w futbolu amerykanskim jestem zakochana na amen. Moze to sprawa tej calej otoczki, tego show dookola gry: wspominalam juz kiedys, ze sama gra trwa 60 minut, ale przerywana jest koncertem, roznymi grami, losowaniami i nowymi, wyjatkowymi reklamami (ktorych ceny za 30 sekundowa emisje siegaja nawet 5 milionow dolarow). Przez ponad 3 godziny nie odeszlam od telewizora (no chyba, ze za potrzeba).
Ku naszemu wielkiemu zdumieniu i opetanczej radosci mistrzostwo zdobyli New York Giants, ktorzy wygrali doslownie w ostatnich dwoch minutach gry. Rozgoryczony trener New England Patriots zszedl z boiska jeszcze przed ogloszeniem oficjalnych wynikow, popelniajac tym samym wielkie faux pas.
Do domu wrocilam w szampanskim nastroju.
Skrzydelka barbecue zniknely, piwo tez. Sezon na futbol sie skonczyl. Na kolejne uniesienia musze teraz poczekac do wrzesnia.

Trudny wiek, brak wychowania czy roznice kulturowe?- update

Dziekuje wszystkim za wziecie udzialu w moich sondach. Oto wyniki (na dzien dzisiejszy):


Z czego wynika krnabrnosc nastolatkow?

trudny wiek 30.77% (4)
brak wychowania 69.23% (9)
roznice kulturowe 0% (0)

Łącznie głosów: 13



Jako nastolatek:

podkradalem pieniadze rodzicom lub nie zawsze mowilem prawde 33.33% (7)
zadne z powyzszych, bylem grzeczny 66.67% (14)

Łącznie głosów: 21



Wyglada na to, ze z polska mlodzieza nie jest jeszcze tak zle.

Sunday, February 3, 2008

Ulubiony sklep kazdej kobiety

Napis na lustrze przebieralni sklepu Goody's glosi:

ACH, JAK TO NA TOBIE PIEKNIE LEZY!

Zachecona tym komplementem nabylam trzy bluzki, sweterek i sukienke. No przeciez swietnie w tym wygladam i nie jest to tylko moja subiektywna opinia.

Ciekawe, czy Maz bedzie tego samego zdania, jak zobaczy rachunek...

Tuesday, January 29, 2008

Trudny wiek, brak wychowania czy roznice kulturowe?

Mlodsza siostra Meza, N., jest w tzw. "trudnym wieku" (16 lat). Podbiera rodzicom pieniadze z portfela, mowi, ze idzie sie uczyc, a tak naprawde idzie na impreze, nie chce jej sie uczyc. O ile to ostatnie jest dla mnie w pelni zrozumiale (nikomu w wieku 16 lat nie chce sie uczyc, mnie tez sie nie chcialo), to inne rzeczy nieco mnie dziwia.
Kilka tygodni temu N. wybierala sie na szkolna zabawe, na ktora zaprosil ja jej chlopak. Na taka okazje nalezy oczywiscie zakupic odpowiednia sukienke. N. poprosila nas o wsparcie finansowe, ktorego chetnie jej udzielilismy. Nieco pozniej okazalo sie, ze moi tesciowie zabronili N. pojsc na zabawe (aby zmotywowac ja do pilniejszej nauki) dlugo przed jej rozmowa z nami. Nietrudno zgadnac jak sie z Mezem poczulismy.
Nie wiem, czy to kwestia roznic kulturowych, czy po prostu wychowania, ale z reka na sercu moge powiedziec, ze w czasach mojej "burzy i naporu" NIGDY nie uszczknelam rodzicom banknotow z portfela i NIGDY nie sklamalam, ze ide do kolezanki uczyc sie, podczas gdy faktycznie szlam sie gdzies zabawic. Wydawalo mi sie to po prostu nie w porzadku. Usprawiedliwianie takich wybrykow mlodym wiekiem brykajacej uwazam za poblazanie, jestem jednak pewna, ze z krnabrnych nastolatkow moga wciaz wyrosnac porzadni dorosli.
Maz twierdzi, ze nie zna absolutnie nikogo, kto bedac w okresie dojrzewania nie wykrecalby podobnych numerow, i ze jestem jedynym mu znanym wyjatkiem, ja jednak mysle, ze sa jeszcze gdzies na swiecie ludzie mnie podobni.
Sa? Czy nie ma? Pozwolę sobie wstawić sondę. A najlepiej dwie:

Z czego wynika krnabrnosc nastolatkow?

Bylem grzeczny czy mialem rozki?

Saturday, January 26, 2008

Zlosliwosc rzeczy martwych

Dziwnym trafem stalo sie tak, ze jestesmy z Mezem szczesliwymi posiadaczami dwoch zepsutych samochodow. Mazda RX7 ma luzny kabel na akumulatorze, ktory prawde mowiac jest juz tez dosc slaby. Honda civic ma jakies problemy z tzw. transmission czyli przekladnia badz walem napedowym (specjalisci beda wiedzieli o co chodzi): biegi wchodza ciezko i cos tam dziwnie rzezi. Jako ze mazda pali duzo, po miescie poruszamy sie honda. Ja czasami jezdze mazda, jednak przezornie woze ze soba kable do uruchamiania samochodu za pomoca czyjegos akumulatora.
W zeszly weekend w hondzie przestal wchodzic bieg czwarty: z trzeciego odrazu wrzucalismy piaty. W poniedzialek stracilismy i ten bieg. We wtorek rano nie udalo sie Mezowi dojechac do miejsca przeznaczenia, gdyz skrzynia biegow odmowila wspolpracy. Potem zmienila zdanie i teraz mamy trzy pierwsze biegi i wsteczny (czasami).
O 5 rano w zeszla srode odwozilam Meza na samolot. Z trzema biegami nielatwo osiagnac przyzwoita predkosc pozwalajaca na dojechanie na lotnisko na czas, postanowilismy wiec jechac mazda. Uzylismy kabli i trzybiegowej hondy do jej uruchomienia. Calujac Malzonka na pozegnanie zapytalam:
- Ktorego auta radzisz mi uzywac podczas Twojej nieobecnosci?
- A z ktorym bedziesz sie czula bardziej komfortowo?- zapytal on kurtuazyjnie.
Majac do wyboru trzybiegowa maszyne, ktora niewiadomo kiedy moze przestac jechac i zdychajacy od czasu do czasu akumulator, wybralam to drugie.
Wrocilam z lotniska, zaparkowalam samochod, poszlam spac. Po przebudzeniu wybralam sie do fryzjera. Samochod zapalil bez problemu.
W drodze powrotnej zadzwonil Maz. Zjechalam na parking pobliskiej apteki, by rozmawiac swobodnie, nie lubie bowiem prowadzic jedna reka a druga sciskac komorke. Po skonczonej rozmowie czekala na mnie niespodzianka: mazdy nie dalo sie odpalic. Nic to, pomyslalam sobie, mam przeciez kable.
Cztery osoby probowaly ze mna uruchomic samochod za pomoca czterech roznych akumulatorow, mazda jednak milczala jak zakleta. Auto zostalo na parkingu a kolega V. odwiozl mnie do domu. Po konsultacji telefonicznej z Mezem ustalilismy, ze kupie akumulator. Lalo niemilosiernie, postanowilam wiec, ze zrobie to nazajutrz. Sasiad Gwatemalczyk, poproszony o podwiezienie mnie do sklepu, chetnie sie zgodzil.
W czwartek rano pojechalismy na miejsce spoczynku mazdy. Cos mnie tknelo z zarzadzilam "akcje kable" jeszcze raz, dla przyzwoitosci. Samochod zapalil i bez najmniejszych problemow dojechalam do domu. Czyzby zlosliwosc rzeczy martwych?
Wczoraj dokonalismy zakupu auta Nissan Xterra z 2000 roku. Teraz musimy znalezc kupcow na dwa trupy.

Monday, January 21, 2008

Snieg w Alabamie

Przez caly miniony tydzien zapowiadano w wiadomosciach opady sniegu w Alabamie. Kataklizm mial nastapic w nocy z piatku na sobote. Ze sklepow zniknela woda i baterie.
Wracajacy z Iowa Maz, utknal na lotnisku w Atlancie: wszystkie samoloty byly opoznione. Po czterech godzinach czekania, okolo godziny 22.00 zostal poinformowany, ze wszystkie loty zostaly odwolane, a nastepny samolot do Birmingham odleci dopiero nazajutrz o godzinie 17.00 (na szczescie udalo mu sie znalezc faceta, ktory rowniez wybieral sie w ta sama strone, i we dwoch wypozyczyli sobie samochod; grubo po polnocy byl juz w domu).
Obudzilismy sie rano i stwierdzilismy, ze snieg faktycznie pada a wszystko pokryte jest centymetrowa warstewka bialego puchu. Ulice opustoszaly. W telewizji odradzano jakiekolwiek podroze. Maz zerwal sie z lozka, chwycil aparat i zaczal robic zdjecia (ostatnie tego typu opady mialy miejsce w 1993 roku).
Poszlismy na spacer. Wokol roilo sie od dzieci i doroslych, z podekscytowaniem lepiacych male balwanki. Wiekszosc sklepow i restauracji byla pozamykana a na drzwiach pojawialy sie informacje: "Zamkniete z powodu pogody. Przepraszamy.". Tutaj, na poludniu, gdy tylko temperatura spadnie lekko ponizej zera lub, co gorsza, gdy zapowiadane sa opady sniegu, zamyka sie szkoly, nie idzie sie do pracy, z ulic znikaja samochody. A wszystko to przez centymetr sniegu, po ktorym do wieczora nie bylo juz ani sladu. To ciekawe, ze jak w Polsce spadnie metr sniegu i zablokuje ci wyjazd z garazu, nikt nie bedzie ci wspolczul lub usprawiedliwial twoja nieobecnosc w biurze: musisz wstac bladym switem, odkopac garaz lub samochod, i stawic sie punktualnie w pracy.
Pod koniec lutego przeprowadzamy sie z Mezem do Iowa. Stan ten ma klimat zblizony do polskiego. Przezorny Maz nabyl juz grube skarpety po kolana i cieple kalesony, pare swetrow oraz dzinsy podszywane flanela. Ja ograniczylam sie tylko do zakupu cieplejszej kurtki i szalika (pomimo sugestii Meza, ktory radzil, zebym kupila DWIE KURTKI, czy ja bym je miala nosic jedna na druga?). Myslimy rowniez powaznie o kupnie nowego samochodu (oba nasze obecne auta to wraki, ale o tym nastepnym razem). Malzonek rozbawil mnie setnie stwierdzajac, ze w plaskim jak desta stanie Iowa niezbedny bedzie naped na cztery kola. Pouczylam go, ze takie cos to owszem, ale w gorach, a tam, gdzie sie wybieramy, w zupelnosci wystarczy mu przyzwoite auto i zimowy komplet opon.
Zabawne to wszystko.

Thursday, January 17, 2008

Co kraj to obyczaj

Ksiazka do nauki indonezyjskiego z ktorej sie ucze; jeden z poczatkowych rozdzialow; pare podstawowych zwrotow:

- Mam na imie Yasemin.
- Jestem balijska tancerka.
- Jemy smazony ryz.


Ksiazka do nauki polskiego z ktorej uczy sie Maz; jeden z poczatkowych rozdzialow; pare podstawowych zwrotow:

- Szukam sponsora.
- Poprosze kilogram kielbasy zywieckiej.
- Tu nie ma wodki.

Tuesday, January 15, 2008

Cokolwiek sie dzieje- nie panikuj

Nalezymy z Mezem i paroma znajomymi do Towarzystwa Grotolazow. Czlonkowie tej grupy chodza- lub tez pelzaja- po roznego rodzaju jaskiniach. Sytuacja jest o tyle zabawna, ze ostatni raz na ostatnim spotkaniu tego towarzystwa bylismy jakis rok temu, zas ja jeszcze w amerykanskiej jaskini nie mialam przyjemnosci przebywac. W dniu wczorajszym mial sie odbyc moj pierwszy raz.
- Pamietaj- mowil tonem znawcy maz, zwijajac liny i pakujac kaski i rekawice- grunt to zachowac zimna krew. Jesli cokolwiek sie stanie- nie panikuj. Bedzie ciemno, bedzie ciasno i bedzie pelzanie na czworakach w wodzie.
Daleko mi do panikary ale pokiwalam tylko glowa ze zrozumieniem. Bylam przygotowana na wszystkie te rzeczy.
W poludnie, wraz z dwoma roslymi kolegami L. i E. oraz zona jednego z nich, A., pojechalismy 35 mil od naszego miasta do Bangor Cave. Jest to niewielka jaskinia, w ktorej w czasach prohibicji odbywaly sie zabawy i libacje. Po przyjemnym, adaptacyjnym spacerku w ciemnosci, pojechalismy nieco dalej i zaparkowalismy przy duzej dziurze w skalach.
Pierwszy do dziury wszedl L., wysoki, rudy dryblas. Za nim podazylam ja, A. (Kolumbijka), potem pocacy sie niemilosiernie E. i moj Maz.
- Nietoperze- wzdrygnal sie L.- Jak ja nie lubie nietoperzy.
Nasi mezczyzni przypomnieli sobie historie, jak to pewnego razu wpelzli do tej wlasnie jaskini i jeden z nich zawadzil niechcacy kaskiem o spiace stworzenie. Wyrwany ze snu nietoperz zaczal latac jak oszalaly, kojarzac sie chlopakom z Dracula, wysysaniem krwi i wscieklizna. Do tragedii jednak nie doszlo i nikt nie przedzierzgnal sie w zadna krwi bestie, trauma jednak pozostala.
Popatrzylam na sklepienie jaskini usiane gdzieniegdzie brazowymi kulkami i usmiechnelam sie tylko. A. przylaczyla sie do mnie. Z rozbawieniem obserwowalysmy L., ktory pelznac na czworakach pod nietoperzami wyraznie przyspieszal.
Po kilkunastu minutach wedrowki usiedlismy aby odpoczac. Zgasilismy latarki aby oszczedzic baterie.
- Widzieliscie filmy "Cave" i "Descent"?- zagadnal taktownie maz chcac nas troche postraszyc (dla niewtajemniczonych: oba filmy opowiadaja o grupie ludzi, ktorzy w jaskini napotykaja na krwiozercze potwory i gina jeden po drugim). L. i E. szybko zapalili latarki.
Ruszylismy dalej. Dotarlismy do korytarza wypelnionego woda po kolana. Maz ruszyl pierwszy ale za chwile przystanal.
- Tam cos jest- powiedzial udajac wystraszonego- Ja nie ide pierwszy. E. niech pojdzie.
- Chyba na glowe upadles- odparl E. drzacym glosem- Tylko nas straszysz. Idziesz pierwszy.
Maz poszedl pierwszy ale za chwile wrocil i z przerazeniem jeknal: Tam ktos lezy. Widze CIALO!
Nasi mezczyzni lekko sie sploszyli. Popatrzylam na A. a ona na mnie. "Jak dzieci" powiedzialysmy do siebie.
Po ustaleniu, ze zadnych trupow w wodzie nie ma, a Maz robi sobie przyslowiowe jaja, ruszylismy dalej. Maz wszedl do korytarza pierwszy ale za chwile wrocil z wrzaskiem i rzucil sie na E. rozdzierajac mu koszule.
- Tam lezy cos w wodzie i miga- wyjakal rozpaczliwie.
- Jasne- powiedzial L. z niedowierzaniem- Pewnie migajacy trup. Idziemy.
- NIE!!!- jeknal maz- tam naprawde cos jest. Jak mi nie wierzycie to wylaczcie latarki i sami zobaczcie.
Wylaczylismy latarki i dostrzeglismy w wodzie slaby blysk stroboskopu. Prawdopodobnie ktos przed nami wrzucil go tam aby oznaczyc droge.
Zaden z panow nie chcial isc pierwszy. W ich glowach tworzyly sie wizje lampki przymocowanej do kasku, ktory z kolei znajduje sie na glowie przymocowanej do niezywego ciala. Mnie chcialo sie smiac. Po krotkiej przepychance E. zadecydowal dzielnie: Ide!
Za nim podazylam ja, potem A.. L. doszedl do polowy i odwrocil sie: maz, pokonawszy panike, zmierzal, brodzac w wodzie po kolana, w kierunku migajacego swiatelka.
- Zostaw, zostaw to!- wrzasnal. Ale Maz nie sluchal. Z odwaga siegnal do wody i wyciagnal... mala migajaca lampke. Moja teoria sie potwierdzila: ktos przed nami po prostu dal znac, ze zmierzamy we wlasciwym kierunku.
Pozostale 20 minut wedrowki odbylismy we wzglednym spokoju. Wyobraznia raz jeszcze splatala chlopakom figla: E. stwierdzil, ze w wodzie znajduje sie czarny ksztalt, ktory plywa w te i wewte (potem okazalo sie, ze byl to po prostu cien). Wypelzlismy na powierzchnie ziemi, brudni, mokrzy, oblepieni glina, ale zadowoleni. Z A. (dla ktorej rowniez byl to pierwszy raz) stwierdzilysmy, ze od dzis jest to nasze nowe hobby. E. probowal jakos poskladac na sobie porwana koszule, L. czyscil sie z blota. Maz usmiechal sie z duma i zapytal:
- No i co, nie mialem racji, ze w wodzie cos migalo?

Cokolwiek sie dzieje- nie panikuj.

Saturday, January 12, 2008

Dobrodziejstwa cywilizacyjne

Pewnej rodzinie, mieszkajacej w srodku lasu w Californi (tak, nawet w Stanach sa jeszcze takie rodziny), zalozono w tym miesiacu telefon. Radosci bylo co niemiara.
Ojciec rodziny, zapytany o to, co do tej pory robil w sytuacjach awaryjnych, odparl:
- Strzelalem trzy razy w powietrze z pistoletu; przy odrobinie szczescia w ciagu godziny ktos sie pojawial.

A nam, posiadaczom komorek, zdarza sie panikowac, gdy w ciagu dnia wyladuje sie bateria.

Wednesday, January 9, 2008

Monster Jam

W sobote bylismy na Monster Jam.

Na pokrytej piaskiem arenie ustawiane sa wraki samochodow. Potem na scene wjezdzaja auta z niesamowicie wielkimi kolami i odbywa sie konkurs skakania samochodami przez wraki, na wraki, obok wrakow... a nastepnie konkurencja freestyle, czyli kazdy kierowca, przy akompaniamencie ryku silnika, robi cos w swoim stylu. Czasem konczy sie to zlamanym zawieszeniem i kawalkami karoserii rozsypanymi po arenie.
Tlum wyje, popijajac piwo, samochody turlaja sie po arenie, z rur wydechowych leca iskry... Zaluje, ze nie zabralam zatyczek do uszu (niektorzy takowe mieli), ale bawilam sie wysmienicie.

Kolega L. stwierdzil, ze mialam swoj moment jako klasyczny, alabamski wiesniak.

Monday, January 7, 2008

Swieta, Sylwester i postanowienia noworoczne

Swieta minely, Sylwester tez. Zaczal sie Nowy Rok, nowe niespodzianki, nowe postanowienia noworoczne... Zeszlorocznych juz nawet nie pamietam (a czy ktos wogole pamieta swoje? Czy sa to tylko rzeczy, ktore umykaja z pamieci wraz z przymrozkami?). Tym razem postanowienie noworoczne uwiecznie tu, na blogu. A brzmi ono:

Biegac.

Biegac codziennie.
Caly listopad i grudzien biegalam na biezni. 1 stycznia zaczelam biegac po miescie i (uwaga uwaga) zaczelo mi to sprawiac niejaka frajde; szczegolnie spojrzenia robotnikow w waciakach, zatrzymujace sie na moich posladkach obleczonych w niebieskie spodenki. Jedzenie czekolady uchodzi mi plazem. Aby jeszcze bardziej sie zmotywowac, zapisalam sie na wyscig 5K (czyli na 5 kilometrow) ktory odbedzie sie w moim miescie 9 lutego. Limit czasowy na przebycie tego dystansu to 1.5 godziny. Jestem w dobrej mysli, bo w tej chwili przebywam go duzo szybciej (nie bede podawac czasu, zeby sie nie osmieszyc). Zostalo mi jeszcze 5 tygodni treningu. Trzymajcie kciuki.

To nie byly najbardziej tradycyjne Swieta Bozego Narodzenia, jakie przezylam, ale z pewnoscia najciekawsze. Ranek 24 grudnia spedzilam rozmawiajac przez telefon z rodzicami, ktorzy akurat rozpoczeli tradycyjna, wigilijna wieczerze (moja 9 rano to 16 w Polsce). Wieczorem odwiedzilismy z Mezem naszych znajomych- V., Turka, i jego dziewczyne, A., Amerykanke. Zjedlismy sernik, popilismy czerwonym barszczem, goraca czekolada i bialym winem (interesujaca kombinacja). Nazajutrz (25- go, w pierwszy dzien swiat) wybralismy sie do opustoszalego w tym dniu miasta, aby porobic troche interesujacych zdjec. Dolaczyl do nas Dieuleveult, nasz afrykanski kolega (nawiasem mowiac, swietnie prezentowal sie na tle bialych chmur).
Nie mielismy zadnych konkretnych planow na Sylwestra. Paru znajomych zapowiadalo swoje odwiedziny ale w koncu nie bylismy pewni, czy ktokolwiek przyjdzie. 30 grudnia zadzwonil moj kolega z biura, w ktorym kiedys pracowalam. Na Sylwestra wybieral sie ze swoja druga polowa na koncert Orkiestry Transsyberyjskiej (Trans-Siberian Orchestra). Niestety zona wlasnie przeszla operacje szczeki i nie czula sie na silach, aby siedziec pol nocy w glosnej sali, zdecydowali wiec oboje, ze bilety odstapia swoim przyjaciolom. W ten sposob o godzinie 21:30 zasiedlismy na widowni naszej lokalnej areny widowiskowej i ogladalismy opere rockowa (zachecam do wrzucenia w youtube). Nie byl to jednak spektakl na tyle interesujacy, aby ogladac go przez bite 4 godziny, Nowy Rok przywitalismy wiec na tarasie widokowym mieszczacym sie na dachu budynku w ktorym mieszkamy. Popatrzylismy na sztuczne ognie i na miasto, ktore przemierzaly tlumy skapo ubranych dziewczat, sledzonych przez nietrzezwych Afroamerykanow, ktorych z kolei sledzily radiowozy. Przejmujace zimno sprawilo, ze zaraz po polnocy wrocilismy do mieszkania. Okolo 1 w nocy pojawil sie w nim nasz przyjaciel L. i podchmielony Gwatemalczyk z sasiedniego apartamentu. Przy piwach i dzwieku gitar wytrwalismy do godziny 4 nad ranem...

Mowi sie, ze jaki Sylwester, taki Nowy Rok. Zapowiada sie interesujaco.

Saturday, December 29, 2007

Nowy domownik- update

Wiadomosci z ostatniej chwili:
Dzis pojechalismy z futrzakiem do Humane Society (osrodka zajmujacego sie ratowaniem zwierzat, polaczonego z weterynarzem, schroniskiem, miejscem adopcji i sklepem) aby, za rada Cioci M., przeskanowac go na obecnosc mikrochipa (w takim urzadzeniu mieszcza sie informacje na temat wlasciciela zwierzaka).
Chipa brak. Pani w osrodku stwierdzila, ze kotka jest autentycznym bobtailem; wydaje mi sie dziwne, ze ktos wypuszcza z domu zwierze czystej rasy bez chipa i bez obrozy z identyfikatorem. Moze sie zgubila, moze uciekla od niewdziecznych wlascicieli, a moze, jak kolezance mojej mamy, wyskoczyla przez okno samochodu podczas jazdy? To wie tylko ona.
W czwartek wywiesilismy ogloszenie "znaleziono kota" z naszym numerem telefonu. Jak na razie nikt sie nie zglosil. Jesli wlasciciel nie odezwie sie do przyszlego czwartku, kotka zostanie nazwana Pomegranate (czyli Owoc Granatu) a.k.a. Pom- Pom ("pompom" oznacza pompon; zwazywszy na to, co ma z tylu zamiast ogona, jest to imie bardzo trafione), zaszczepiona, wysterylizowana, i stanie sie oficjalnym czlonkiem naszej malej rodziny.

Wszystkim zycze, aby nadchodzacy Nowy Rok 2008 byl szczesliwy, dostatni i obfitujacy w niespodzianki.