W sobote dzwoni do mnie A:
- Czy mozesz mi powiedziec, jak ugotowac ryz w waszej maszynce?- pyta. Do gotowania ryzu mamy specjalny ricecooker: wsypuje sie ryz, zalewa odpowiednia iloscia wody, wlacza i zostawia samemu sobie az sie ugotuje i sam wylaczy.
- Wsypujesz 2 miarki ryzu- tlumacze- i zalewasz woda do poziomu oznaczonego cyferka "2".
- Ale ja chce duzo wiecej. Co wtedy?
Duzo wiecej. Zaloze sie, pomyslalam sobie, ze 2 dni pozniej wyrzucimy wszystko do smieci, bo poza dwoma miarkami, nikt tego nie zje.
Oczywiscie mialam racje. Dzis wyrzucilam pelen pojemnik do smieci.
Pisalam juz o tym, ale powtorze jeszcze raz: naprawde nie dziwie sie, ze wiekszosc Amerykanow ma problemy finansowe, i ze ekonomia jest w takim stanie, w jakim jest. Niektorzy ludzie wykazuja sie ogromnym marnotrawstwem, nie szanuja pieniadza ani ludzkiej pracy. A stracila prace, ale nie powstrzymalo ja to od wyprawienia urodzin i zakupienia alkoholu za $400 oraz od wydania $2000 na wycieczke do Nowego Orleanu. Codziennie wyrzucam cala mase jedzenia, ktore A kupuje i nawet nie probuje zjesc (bo stoluje sie na miescie).
Sa dwie rzeczy na swiecie, ktorych nienawidze: brudu i wyrzucania jedzenia. Przez ostatnie 6 miesiecy musze tolerowac jedno i drugie.
Sunday, June 7, 2009
Saturday, June 6, 2009
2 dni urodzin
Od kilku tygodni zastanawialam sie, jak uczcic moje 27 urodziny i nie moglam znalezc zlotego srodka. Problem polegal na tym, iz mam obecnie 2 grupy przyjaciol.
Grupa pierwsza, to przyjaciele z kosciola: FS- moja przyjaciolka, z ktora wspolnie studiujemy Biblie, LK- corka pastora, DR, H, LS, MS, BS i wielu innych.
Grupa druga to A i jej chlopak JG, JP- gej, MH- masazystka, MB i inni.
Moi przyjaciele z kosciola nie pija alkoholu ani kawy, nie jedza pewnych potraw (niektorzy sa wegetarianami) i generalnie prowadza zupelnie inny tryb zycia, niz ci z grupy drugiej. Nie wiedzialam, jak polaczyc te dwie grupy, ani czy wogole powinnam to robic. Z dnia na dzien bylam coraz bardziej zrezygnowana, az w koncu doszlam do wniosku, ze zadnych imprez robic nie bede.
Jak co tydzien umowilysmy sie z FS (moja indonezyjska przyjaciolka) na wspolne studiowanie Biblii. Tym razem spotkalysmy sie w piatek o 3 po poludniu. Po naszym spotkaniu, okolo 5 udalysmy sie na happy hour w naszej ulubionej restauracji serwujacej sushi (w czasie happy hour wybrane dania sa o polowe tansze).
W restauracji czekali juz na mnie wszyscy moi najblizsi przyjaciele z kosciola, z balonami, tortem i prezentami. Wzruszylam sie. Jeszcze nigdy nie smialam sie tak glosno, jeszcze nigdy nie dostalam tak zroznicowanych prezentow, w ktorych znalazly sie 2 sukienki, kosmetyki, karty prezentowe oraz torebka. Bawilismy sie swietnie do okolo 7 wieczorem. Potem udalismy sie razem do domu FS. Tam wspolnie cwiczylismy piosenke, ktora mielismy spiewac w sobote w kosciele.
Po powrocie do domu, o polnocy, Maz wkroczyl do pokoju z kwiatami i 5 wielkimi pudlami, wprawiajac mnie w stan kompletnego oslupienia (prawde mowiac myslalam, ze zapomni, lub ze nie bedzie mial czasu na myslenie o prezencie dla mnie). W pierwszym z pudel znajdowala sie... nasza kotka Pom-Pom, zawinieta w ozdobny papier. Potem przyszla kolej na 2 kartki (od Meza i od jego rodzicow), zielony sweterek i... kolejna sukienke! Zaczelam sie zastanawiac, ze moze wszyscy usiluja mi tymi prezentami cos przekazac, np, ze powinnam sie wreszcie zaczac ubierac kobieco do kosciola (wsrod moich eleganckich ubran dominuja niestety spodnie).
Prezentem glownym byl... tablet od Meza. Nareszcie bede mogla rozwinac skrzydla jako graphic designer!
W sobote rano, po mszy, caly kosciol udal sie jak zwykle do sali bankietowej na wspolny posilek. Tam czekalo juz na mnie ciasto i budyn, zrobione dla mnie przez mame Meza. Wszyscy w kosciele zaspiewali mi "Happy Birthday", wiekszosc wysciskala.
Wieczorem w domu A pojawila sie "grupa druga", aby czcic moje urodziny. Bylo dosc milo i bardzo imprezowo. Niektorzy, jak zwykle, niezle sie zaprawili.
Po imprezie zostalo w domu pobojowisko, ktore sprzatalam przez pol nocy i pol niedzieli, ale nie zaluje: lubie, jak ludzie dobrze sie bawia.
Nie przypuszczalam, ze w ciagu tych dwoch dni spotka mnie tyle niespodzianek. Musze jednak przyznac, ze w towarzystwie "grupy pierwszej" czulam sie duzo lepiej. Jednak da sie bawic bez alkoholu, a chrzescijanie potrafia byc towarzyscy i duzo bardziej zabawni, niz ludzie, ktorych (teoretycznie) nic nie ogranicza.
Mysle, ze w przyszlosci nie bede juz miala dylematu co robic i z kim czcic wyjatkowe okazje.
Grupa pierwsza, to przyjaciele z kosciola: FS- moja przyjaciolka, z ktora wspolnie studiujemy Biblie, LK- corka pastora, DR, H, LS, MS, BS i wielu innych.
Grupa druga to A i jej chlopak JG, JP- gej, MH- masazystka, MB i inni.
Moi przyjaciele z kosciola nie pija alkoholu ani kawy, nie jedza pewnych potraw (niektorzy sa wegetarianami) i generalnie prowadza zupelnie inny tryb zycia, niz ci z grupy drugiej. Nie wiedzialam, jak polaczyc te dwie grupy, ani czy wogole powinnam to robic. Z dnia na dzien bylam coraz bardziej zrezygnowana, az w koncu doszlam do wniosku, ze zadnych imprez robic nie bede.
Jak co tydzien umowilysmy sie z FS (moja indonezyjska przyjaciolka) na wspolne studiowanie Biblii. Tym razem spotkalysmy sie w piatek o 3 po poludniu. Po naszym spotkaniu, okolo 5 udalysmy sie na happy hour w naszej ulubionej restauracji serwujacej sushi (w czasie happy hour wybrane dania sa o polowe tansze).
W restauracji czekali juz na mnie wszyscy moi najblizsi przyjaciele z kosciola, z balonami, tortem i prezentami. Wzruszylam sie. Jeszcze nigdy nie smialam sie tak glosno, jeszcze nigdy nie dostalam tak zroznicowanych prezentow, w ktorych znalazly sie 2 sukienki, kosmetyki, karty prezentowe oraz torebka. Bawilismy sie swietnie do okolo 7 wieczorem. Potem udalismy sie razem do domu FS. Tam wspolnie cwiczylismy piosenke, ktora mielismy spiewac w sobote w kosciele.
Po powrocie do domu, o polnocy, Maz wkroczyl do pokoju z kwiatami i 5 wielkimi pudlami, wprawiajac mnie w stan kompletnego oslupienia (prawde mowiac myslalam, ze zapomni, lub ze nie bedzie mial czasu na myslenie o prezencie dla mnie). W pierwszym z pudel znajdowala sie... nasza kotka Pom-Pom, zawinieta w ozdobny papier. Potem przyszla kolej na 2 kartki (od Meza i od jego rodzicow), zielony sweterek i... kolejna sukienke! Zaczelam sie zastanawiac, ze moze wszyscy usiluja mi tymi prezentami cos przekazac, np, ze powinnam sie wreszcie zaczac ubierac kobieco do kosciola (wsrod moich eleganckich ubran dominuja niestety spodnie).
Prezentem glownym byl... tablet od Meza. Nareszcie bede mogla rozwinac skrzydla jako graphic designer!
W sobote rano, po mszy, caly kosciol udal sie jak zwykle do sali bankietowej na wspolny posilek. Tam czekalo juz na mnie ciasto i budyn, zrobione dla mnie przez mame Meza. Wszyscy w kosciele zaspiewali mi "Happy Birthday", wiekszosc wysciskala.
Wieczorem w domu A pojawila sie "grupa druga", aby czcic moje urodziny. Bylo dosc milo i bardzo imprezowo. Niektorzy, jak zwykle, niezle sie zaprawili.
Po imprezie zostalo w domu pobojowisko, ktore sprzatalam przez pol nocy i pol niedzieli, ale nie zaluje: lubie, jak ludzie dobrze sie bawia.
Nie przypuszczalam, ze w ciagu tych dwoch dni spotka mnie tyle niespodzianek. Musze jednak przyznac, ze w towarzystwie "grupy pierwszej" czulam sie duzo lepiej. Jednak da sie bawic bez alkoholu, a chrzescijanie potrafia byc towarzyscy i duzo bardziej zabawni, niz ludzie, ktorych (teoretycznie) nic nie ogranicza.
Mysle, ze w przyszlosci nie bede juz miala dylematu co robic i z kim czcic wyjatkowe okazje.
Monday, May 25, 2009
Los Angeles Marathon- Memorial Day
Los Angeles Marathon odbywal sie do tej pory na poczatku marca. W tym roku zostal przeniesiony na druga polowe maja, a dokladnie na Dzien Pamieci Narodowej.
W poniedzialek wstalismy o godzinie 4 rano. O godzinie 4:30 opuscilismy dom. O 5:30 bylismy w Los Angeles, pod autostrada na skrzyzowaniu Flower i 4th. Tam wlasnie znajdowala sie meta oraz "punkt dowodzenia" fotografow.
Zostaly nam rozdane aparaty wraz z zadaniem robienia pozowanych zdjec uczestnikom maratonu, ktorzy powoli zaczeli sie juz gromadzic na starcie (oddalonym od mety o zaledwie jedna przecznice). Do 8 rano krazylismy miedzy biegaczami, zdzierajac sobie gardla (zachecajac do pozowania) oraz podeszwy (goniac mniej zainteresowanych). Potem wrocilismy do punktu dowodzenia. Tam zostaly juz rozwieszone tla, przed ktorymi okolo godziny 10 zaczelismy robic zdjecia tym, ktorzy ukonczyli bieg. Pomimo zmeczenia wszyscy bylismy w doskonalych nastrojach. W dobrym towarzystwie czas zawsze mija szybko, a tym razem towarzystwo bylo doborowe:
- AM, Amerykanka, ktora niedawno wrocila z Iraku,
- RB, Litwin, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszka w Stanach juz od kilkunastu lat,
- KN, owlosiony rubaszny Iranczyk,
- GW, Amerykanka z dlugimi blond dreadami,
- SS, facet, ktory pierwszy raz robil zdjecia na maratonie i nikt mu nie powiedzial, ze nie musi miec na sobie garnituru,
i wiele innych, ciekawych osob.
Zartom nie bylo konca. Okolo poludnia glodni fotografowie uknuli niecny plan: Litwin zagada jakiegos maratonczyka, kolezanka- zolnierka go obezwladni, a ja odbiore przemoca bulke (ktora dostal po biegu w ramach uzupelnienia energii) i uciekne w sina dal.
Robilismy zdjecia do 3 po poludniu, potem zaczelismy pakowac sprzet. Niestety, zla sytuacja ekonomiczna dala tym razem o sobie znac: tylko 14 000 ludzi bralo udzial w biegu i niestety niewielu z nich chcialo robic sobie zdjecia. Juz okolo 6 wieczorem bylismy w hotelu, segregujac karty pamieci.
Nie mialam zbyt wiele do roboty, DV rowniez.
- Chodzmy do twojego pokoju i wezmy prysznic- zaproponowalam glosno, co zostalo poparte radosnymi pohukiwaniami meskiej czesci fotografow, a niektorzy nawet zaoferowali, ze beda nam towarzyszyc z aparatem (co to sie dzieje w wyobrazni zmeczonych facetow, no naprawde).
Okolo 9 wieczorem przyszedl czas pozegnania z DV. Te kilka godzin, ktore razem spedzilysmy, sprawilo, ze odzyly wspomnienia wspolnie spedzonych chwil w Iowa. Nie bylo latwo.
Pozniej, wraz z BF, DL i WF udalismy sie na sushi, a okolo polnocy wyuszylismy spowrotem do domu.
Przysypiajac w samochodzie myslalam o tych ostatnich trzech dniach, o tych wszystkich wspanialych ludziach, o maratonczykach, o sushi... i naprawde cieszylam sie, ze Bog poblogoslawil mnie tak ciekawym, barwnym zyciem.
W poniedzialek wstalismy o godzinie 4 rano. O godzinie 4:30 opuscilismy dom. O 5:30 bylismy w Los Angeles, pod autostrada na skrzyzowaniu Flower i 4th. Tam wlasnie znajdowala sie meta oraz "punkt dowodzenia" fotografow.
Zostaly nam rozdane aparaty wraz z zadaniem robienia pozowanych zdjec uczestnikom maratonu, ktorzy powoli zaczeli sie juz gromadzic na starcie (oddalonym od mety o zaledwie jedna przecznice). Do 8 rano krazylismy miedzy biegaczami, zdzierajac sobie gardla (zachecajac do pozowania) oraz podeszwy (goniac mniej zainteresowanych). Potem wrocilismy do punktu dowodzenia. Tam zostaly juz rozwieszone tla, przed ktorymi okolo godziny 10 zaczelismy robic zdjecia tym, ktorzy ukonczyli bieg. Pomimo zmeczenia wszyscy bylismy w doskonalych nastrojach. W dobrym towarzystwie czas zawsze mija szybko, a tym razem towarzystwo bylo doborowe:
- AM, Amerykanka, ktora niedawno wrocila z Iraku,
- RB, Litwin, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszka w Stanach juz od kilkunastu lat,
- KN, owlosiony rubaszny Iranczyk,
- GW, Amerykanka z dlugimi blond dreadami,
- SS, facet, ktory pierwszy raz robil zdjecia na maratonie i nikt mu nie powiedzial, ze nie musi miec na sobie garnituru,
i wiele innych, ciekawych osob.
Zartom nie bylo konca. Okolo poludnia glodni fotografowie uknuli niecny plan: Litwin zagada jakiegos maratonczyka, kolezanka- zolnierka go obezwladni, a ja odbiore przemoca bulke (ktora dostal po biegu w ramach uzupelnienia energii) i uciekne w sina dal.
Robilismy zdjecia do 3 po poludniu, potem zaczelismy pakowac sprzet. Niestety, zla sytuacja ekonomiczna dala tym razem o sobie znac: tylko 14 000 ludzi bralo udzial w biegu i niestety niewielu z nich chcialo robic sobie zdjecia. Juz okolo 6 wieczorem bylismy w hotelu, segregujac karty pamieci.
Nie mialam zbyt wiele do roboty, DV rowniez.
- Chodzmy do twojego pokoju i wezmy prysznic- zaproponowalam glosno, co zostalo poparte radosnymi pohukiwaniami meskiej czesci fotografow, a niektorzy nawet zaoferowali, ze beda nam towarzyszyc z aparatem (co to sie dzieje w wyobrazni zmeczonych facetow, no naprawde).
Okolo 9 wieczorem przyszedl czas pozegnania z DV. Te kilka godzin, ktore razem spedzilysmy, sprawilo, ze odzyly wspomnienia wspolnie spedzonych chwil w Iowa. Nie bylo latwo.
Pozniej, wraz z BF, DL i WF udalismy sie na sushi, a okolo polnocy wyuszylismy spowrotem do domu.
Przysypiajac w samochodzie myslalam o tych ostatnich trzech dniach, o tych wszystkich wspanialych ludziach, o maratonczykach, o sushi... i naprawde cieszylam sie, ze Bog poblogoslawil mnie tak ciekawym, barwnym zyciem.
Sunday, May 24, 2009
Los Angeles Marathon- Goraczka Sobotniej Nocy
Na Union Station czekala juz na mnie DV, moja przyjaciolka. Usciskalysmy sie po dlugiej rozlace. Widzialam, ze (tak jak ja) ma lzy w oczach. Pojechalysmy razem do hotelu, gdzie (pomimo poznych godzin wieczornych) wrzala praca: managerowie szykowali sprzet fotograficzny na poniedzialek.
W hotelowym barze posilal sie BF (szef meza). Na moj widok (a moze na widok mojej bluzki, ktora wiecej odslaniala niz zakrywala) tak sie ucieszyl, ze zaczal mnie karmic lososiem ze swojego talerza.
- Czego sie napijesz?- zapytal uprzejmie.
- Brudne Martini- odpowiedzialam (brudne Martini to moj ulubiony trunek).
- Z ktora wodka?- zapytal uprzejmie barman, wyjmujac shaker spod lady.
- Nie ma znaczenia- odparlam, ale BF wskazal ruchem kciuka w gore, ze Martini ma byc z wodka z najwyzszej polki. Poczulam sie prawie jak Carrie z "Sex And The City".
Siedzielismy, saczylismy drinki i rozmawialismy o tym, co sie zmienilo przez te 5 miesiecy, i o tym, co zostalo takie samo. Okolo godziny 11 w nocy dolaczyl do nas Maz, ktory wlasnie skonczyl robic zdjecia na jakiejsc ceremonii. Zjedlismy wspolnie pozny obiad, za ktory zaplacil BF (facet zarabia ogromne pieniadze, umie z nich korzystac i lubi sprawiac radosc innym. Oczywiscie nie ma dla mnie nic przyjemniejszego jak pozwolic mu sprawic mi te radosc.). Okolo polnocy wyruszylismy w droge powrotna (dluzsze imprezowanie nie wchodzilo w gre, poniewaz musielismy wstac w niedziele o 5 nad ranem, aby byc w pracy na czas).
W hotelowym barze posilal sie BF (szef meza). Na moj widok (a moze na widok mojej bluzki, ktora wiecej odslaniala niz zakrywala) tak sie ucieszyl, ze zaczal mnie karmic lososiem ze swojego talerza.
- Czego sie napijesz?- zapytal uprzejmie.
- Brudne Martini- odpowiedzialam (brudne Martini to moj ulubiony trunek).
- Z ktora wodka?- zapytal uprzejmie barman, wyjmujac shaker spod lady.
- Nie ma znaczenia- odparlam, ale BF wskazal ruchem kciuka w gore, ze Martini ma byc z wodka z najwyzszej polki. Poczulam sie prawie jak Carrie z "Sex And The City".
Siedzielismy, saczylismy drinki i rozmawialismy o tym, co sie zmienilo przez te 5 miesiecy, i o tym, co zostalo takie samo. Okolo godziny 11 w nocy dolaczyl do nas Maz, ktory wlasnie skonczyl robic zdjecia na jakiejsc ceremonii. Zjedlismy wspolnie pozny obiad, za ktory zaplacil BF (facet zarabia ogromne pieniadze, umie z nich korzystac i lubi sprawiac radosc innym. Oczywiscie nie ma dla mnie nic przyjemniejszego jak pozwolic mu sprawic mi te radosc.). Okolo polnocy wyruszylismy w droge powrotna (dluzsze imprezowanie nie wchodzilo w gre, poniewaz musielismy wstac w niedziele o 5 nad ranem, aby byc w pracy na czas).
Saturday, May 23, 2009
Los Angeles Marathon- sobota, Dzien Dziwnych Pytan
Dla wiekszosci ludzi rok zaczyna sie 1-go Stycznia a konczy sie Sylwestrem. Dla mnie wydarzeniem, ktorym konczy sie stary rok a zaczyna nowy, jest Los Angeles Marathon.
Powodem mojej radosci nie byl tylko maraton, ale takze fakt, ze wielu moich przyjaciol z Iowa mialo przyjechac, aby nim pracowac. Perspektywa zobaczenia ich wprawiala mnie w swietny nastroj.
W sobote wieczorem, okolo godziny 7, udalam sie na stacje kolejowa (Maz pojechal samochodem na jakas ceremonie, musiam wiec radzic sobie sama). Od zawsze bardzo lubilam jezdzic pociagami. Kupilam w automacie bilet, usiadlam na lawce na peronie i cierpliwie czekalam. Obok mnie siedzial okolo 30-letni, przyzwoicie ubrany Meksykanin, ze starsza kobieta (pewnie jego mama). Przy nich bawila sie mala dziewczynka, zapewne coreczka mezczyzny.
- Wiesz moze o ktorej przyjedzie nasz pociag?- zagadnal Meksykanin.
- 7:39- odpowiedzialam.
- Jedziesz do Los Angeles?
- Tak. Moi znajomi przyjechali w z Iowa i nocuja w hotelu przy lotnisku.
Potem konwersacja potoczyla sie w kierunku przeprowadzek, Iowa, Polski, pracy, pogody... Rozmawialo nam sie milo. Dalo sie wyczuc, ze mezczyzna mieszka w Stanach nie od wczoraj: jego angielski i maniery nie pozostawialy nic do zyczenia. W koncu Meksykanin zapytal:
- Mieszkalas w Iowa... czy globalne ocieplenie ma duzy wplyw na tamtejszy klimat?
Zdebialam. To bylo chyba jedno z najoryginalniejszych pytan, jakie ktos kiedykolwiek mi zadal. Z trudem wybakalam cos w odpowiedzi nie wiedzac, ze najdziwniejsze pytanie pod sloncem mialo dopiero pasc.
- Bylem ostatnio w Los Angeles- ciagnal mezczyzna- na expo poswieconym zdrowiu i higienie. Widzialem tam nowe podpaski. Czy wiesz, ze maja one chlonnosc dwukrotnie wieksza, niz normalne?
W tym momencie szczeka mi zupelnie opadla, ale Meksykanin, niezrazony, ciagnal dalej:
- Wszedlem w biznes z ta firma i jestem teraz dystrybutorem. Czy chcesz, zebym zostawil ci wizytowke lub probke podpasek?
- Oczywiscie- powiedzialam, probujac nie krztusic sie ze smiechu.
Przyjelam wizytowke. W tym samym momencie nadjechal pociag, zabierajac mnie, Meksykanina, jego mame i coreczke oraz setki innych ludzi w kierunku Union Station. Zastanawialam sie, ilu ludziom zostaly ostatnio zadane tak dziwne pytania, jak mnie.
Powodem mojej radosci nie byl tylko maraton, ale takze fakt, ze wielu moich przyjaciol z Iowa mialo przyjechac, aby nim pracowac. Perspektywa zobaczenia ich wprawiala mnie w swietny nastroj.
W sobote wieczorem, okolo godziny 7, udalam sie na stacje kolejowa (Maz pojechal samochodem na jakas ceremonie, musiam wiec radzic sobie sama). Od zawsze bardzo lubilam jezdzic pociagami. Kupilam w automacie bilet, usiadlam na lawce na peronie i cierpliwie czekalam. Obok mnie siedzial okolo 30-letni, przyzwoicie ubrany Meksykanin, ze starsza kobieta (pewnie jego mama). Przy nich bawila sie mala dziewczynka, zapewne coreczka mezczyzny.
- Wiesz moze o ktorej przyjedzie nasz pociag?- zagadnal Meksykanin.
- 7:39- odpowiedzialam.
- Jedziesz do Los Angeles?
- Tak. Moi znajomi przyjechali w z Iowa i nocuja w hotelu przy lotnisku.
Potem konwersacja potoczyla sie w kierunku przeprowadzek, Iowa, Polski, pracy, pogody... Rozmawialo nam sie milo. Dalo sie wyczuc, ze mezczyzna mieszka w Stanach nie od wczoraj: jego angielski i maniery nie pozostawialy nic do zyczenia. W koncu Meksykanin zapytal:
- Mieszkalas w Iowa... czy globalne ocieplenie ma duzy wplyw na tamtejszy klimat?
Zdebialam. To bylo chyba jedno z najoryginalniejszych pytan, jakie ktos kiedykolwiek mi zadal. Z trudem wybakalam cos w odpowiedzi nie wiedzac, ze najdziwniejsze pytanie pod sloncem mialo dopiero pasc.
- Bylem ostatnio w Los Angeles- ciagnal mezczyzna- na expo poswieconym zdrowiu i higienie. Widzialem tam nowe podpaski. Czy wiesz, ze maja one chlonnosc dwukrotnie wieksza, niz normalne?
W tym momencie szczeka mi zupelnie opadla, ale Meksykanin, niezrazony, ciagnal dalej:
- Wszedlem w biznes z ta firma i jestem teraz dystrybutorem. Czy chcesz, zebym zostawil ci wizytowke lub probke podpasek?
- Oczywiscie- powiedzialam, probujac nie krztusic sie ze smiechu.
Przyjelam wizytowke. W tym samym momencie nadjechal pociag, zabierajac mnie, Meksykanina, jego mame i coreczke oraz setki innych ludzi w kierunku Union Station. Zastanawialam sie, ilu ludziom zostaly ostatnio zadane tak dziwne pytania, jak mnie.
Tuesday, May 19, 2009
Obrzydliwosc
Wczoraj wieczorem, Maz jedzac enchiladas z DelTaco, natrafil w nich na cos twardego. Myslac, ze to niedogotowana fasola, wyjal to z ust w celu blizszego przyjrzenia sie.
Okazalo sie, ze to sztuczny, akrylowy paznokiec.
Maz wrocil do DelTaco i zrobil awanture. Kazal wszystkim pracownikom pokazac sobie dlonie. Niestety, winnej nie znaleziono...
Niedobrze nam. Obojgu. Jak w dzisiejszych czasach mozna sie czuc bezpiecznie jedzac cokolwiek przygotowanego przez kogos innego, niz my sami?
Okazalo sie, ze to sztuczny, akrylowy paznokiec.
Maz wrocil do DelTaco i zrobil awanture. Kazal wszystkim pracownikom pokazac sobie dlonie. Niestety, winnej nie znaleziono...
Niedobrze nam. Obojgu. Jak w dzisiejszych czasach mozna sie czuc bezpiecznie jedzac cokolwiek przygotowanego przez kogos innego, niz my sami?
Friday, May 15, 2009
Widzialam Arnolda Schwarzeneggera!
Po trzech godzinach snu, o 6 rano, znalezlismy sie na uniwersytecie i, w samym sercu kampusu, zaczelismy organizowanie naszego centrum dowodzenia.
Fotografowie i asystenci zaczeli przyjezdzac okolo godziny 8 rano. Szybko zrobilo sie naprawde tloczno. Do godziny 10 gimnastykowalismy nasze ciala i umysly, probujac (z dobrymi wynikami) umiescic wszystkich w ponad dwudziestu roznych miejscach. Nasze telefony nie przestawaly dzwonic. Pote machina ruszyla. Dziesiatki ceremonii rozpoczely sie. Tysiace studentow stalo sie absolwentami. Dziesiatki tysiecy fotografii zostalo zrobionych.
Okolo godziny 11 managerowie zostawili mnie w centrum dowodzenia i udali sie na "obchod". Wreszcie moglam chwile odetchnac. Posegregowalam dokumenty, poukladalam sprzet, odebralam pare telefonow od zablakanych asystentow, po czym, wyciagnawszy nogi na dwoch sasiednich krzeslach, rozpoczelam moja godzinke relaksu.
Nagle okolica zaroila sie od radiowozow, policjantow i ochroniarzy kampusu na segwayach. Po chwili, na ulicy przylegajacej do naszego centrum dowodzenia, pojawil sie samochod, a w nim, machajacy do przechadzajacych sie studentow Arnold Schwarzenegger, gubernator Californii! Wiedzialam, ze mial byc obecny na uniwersytecie, wiedzialam, ze mial przemawiac na jednej z ceremonii, ale nie przypuszczalam, ze uda mi sie go zobaczyc z tak bliska.
Zegnany radosnymi okrzykami studentow, Arnold odjechal w sina dal, zostawiajac mnie w stanie totalnej euforii: mieszkam w Californi od niecalych pieciu miesiecy, a juz udalo mi sie zobaczyc dwoch VIPow, i to nie byle jakich!
Kolejne godziny pracy uplynely mi dosc szybko, oslodzone wspomnieniem widoku gubernatora-terminatora w lnianym garniturze. Managerowie wrocili. Z koordynatora fotografow i asystentow zamienilam sie w gonca a pozniej w osobe zajmujaca sie sprzetem. Mysl o tym, ile setek tysiecy dolarow (w postaci aparatow) zostalo mi powierzonych, nieco mnie oslabiala. Zostalam obdarzona niesamowitym zaufaniem i odpowiedzialnoscia. Dziesiatki aparatow znalazly sie w moich rekach i zostaly umieszczone we wlasciwych walizkach. Dziesiatki walizek zostaly przeze mnie opisane i umieszczone w rekach wlasciwych ludzi.
O godzinie 10 w nocy opuscilismy kampus samochodem zapelnionym az po dach pudlami, aparatami, flagami, statywami i innymi rzeczami, ktorych opisywanie zajeloby mi pewnie najblizsza godzine. W domu znalezlismy sie o 11 w nocy. Po wykonaniu pracy, ktora wciaz musiala byc zrobiona przed sobota, poszlismy spac o 3 nad ranem.
Wlasnie przezylam najbardziej intensywne dwa dni w ciagu ostatnich dwoch lat... Pomimo ogromnego zmeczenia i stresu im towarzyszacego musze przyznac, ze chetnie przezylabym je ponownie.
Fotografowie i asystenci zaczeli przyjezdzac okolo godziny 8 rano. Szybko zrobilo sie naprawde tloczno. Do godziny 10 gimnastykowalismy nasze ciala i umysly, probujac (z dobrymi wynikami) umiescic wszystkich w ponad dwudziestu roznych miejscach. Nasze telefony nie przestawaly dzwonic. Pote machina ruszyla. Dziesiatki ceremonii rozpoczely sie. Tysiace studentow stalo sie absolwentami. Dziesiatki tysiecy fotografii zostalo zrobionych.
Okolo godziny 11 managerowie zostawili mnie w centrum dowodzenia i udali sie na "obchod". Wreszcie moglam chwile odetchnac. Posegregowalam dokumenty, poukladalam sprzet, odebralam pare telefonow od zablakanych asystentow, po czym, wyciagnawszy nogi na dwoch sasiednich krzeslach, rozpoczelam moja godzinke relaksu.
Nagle okolica zaroila sie od radiowozow, policjantow i ochroniarzy kampusu na segwayach. Po chwili, na ulicy przylegajacej do naszego centrum dowodzenia, pojawil sie samochod, a w nim, machajacy do przechadzajacych sie studentow Arnold Schwarzenegger, gubernator Californii! Wiedzialam, ze mial byc obecny na uniwersytecie, wiedzialam, ze mial przemawiac na jednej z ceremonii, ale nie przypuszczalam, ze uda mi sie go zobaczyc z tak bliska.
Zegnany radosnymi okrzykami studentow, Arnold odjechal w sina dal, zostawiajac mnie w stanie totalnej euforii: mieszkam w Californi od niecalych pieciu miesiecy, a juz udalo mi sie zobaczyc dwoch VIPow, i to nie byle jakich!
Kolejne godziny pracy uplynely mi dosc szybko, oslodzone wspomnieniem widoku gubernatora-terminatora w lnianym garniturze. Managerowie wrocili. Z koordynatora fotografow i asystentow zamienilam sie w gonca a pozniej w osobe zajmujaca sie sprzetem. Mysl o tym, ile setek tysiecy dolarow (w postaci aparatow) zostalo mi powierzonych, nieco mnie oslabiala. Zostalam obdarzona niesamowitym zaufaniem i odpowiedzialnoscia. Dziesiatki aparatow znalazly sie w moich rekach i zostaly umieszczone we wlasciwych walizkach. Dziesiatki walizek zostaly przeze mnie opisane i umieszczone w rekach wlasciwych ludzi.
O godzinie 10 w nocy opuscilismy kampus samochodem zapelnionym az po dach pudlami, aparatami, flagami, statywami i innymi rzeczami, ktorych opisywanie zajeloby mi pewnie najblizsza godzine. W domu znalezlismy sie o 11 w nocy. Po wykonaniu pracy, ktora wciaz musiala byc zrobiona przed sobota, poszlismy spac o 3 nad ranem.
Wlasnie przezylam najbardziej intensywne dwa dni w ciagu ostatnich dwoch lat... Pomimo ogromnego zmeczenia i stresu im towarzyszacego musze przyznac, ze chetnie przezylabym je ponownie.
Thursday, May 14, 2009
Szalony czwartek
Przez caly tydzien nasz (a raczej A) dom byl glowna kwatera czterech managerow firmy, dla ktorej pracuje maz. Przygotowania do ceremonii rozdania dyplomow na jednym z najwiekszych Kalifornijskich uniwersytetow byly niezwykle intensywne. Praca trwala od wczesnych godzin rannych do poznych godzin nocnych, przerywana jedynie konsumpcja tajskich dan zamowionych z dowozem w pobliskiej restauracji.
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
Wednesday, May 6, 2009
Sadysta
Maz meczy kota: goni po domu, ciagnie za ogonek i generalnie tarmosi. Do rodzicow, z ktorymi rozmawiam przez Skype'a, dobiega glosne miauczenie.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
Sunday, April 12, 2009
"Michalki"
Kolezanka powiedziala mi o znajdujacym sie w okolicy sklepie z polskimi artykulami. Przy pierwszej okazji pojechalismy tam z Mezem aby zakupic "Michalki" (jego ulubione cukierki). Niestety, pani sprzedawczyni bezradnie rozlozyla rece: wszystkie paczki zostaly juz wyprzedane.
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
Monday, April 6, 2009
Niech zyje bal
W sobote odbyla sie u nas impreza z okazji 30. urodzin A.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Thursday, April 2, 2009
No nie wytrzymam
Dzis bede marudzic, chociaz nie lubie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Monday, March 30, 2009
Markery
Czy wiecie, ze aby kupic markery w Californi, trzeba miec przynajmniej 18 lat?
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Friday, March 27, 2009
Widzialam Baracka Obame!
Dzis rano, okolo godziny 9, zadzwonil do nas tata Meza z informacja, iz zablokowano ulice, przy ktorej mieszka, a odwiedzajacy Californie prezydent Barack Obama bedzie przejezdzal niemalze pod jego oknami.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Bo on sie boi myszy
Kilka dni temu Maz zapalal ochota grzebania w swojej Mazdzie RX7. Pokusa byla tak silna, ze po znalezieniu niezbednych narzedzi Maz byl gotow do zabawy w mechanika o 9 wieczorem (chcialabym, aby byl tak gotowy do pomocy mi w sprzataniu, ale niestety, w przypadku tego rodzaju ochoty Malzonek zdaje sie czekac i zwlekac az mu w koncu przejdzie). Chcac nie chcac poszlam mu towarzyszyc (Maz jest zawsze bardzo szczesliwy majac mnie obok jako widownie lub pomoc). Zaopatrzona w szklanke wina zajelam miejsce na kanapie stojacej w garazu jeszcze od naszej przeprowadzki.
M. postawil narzedzia obok siebie na ziemi, otworzyl maske. Ciemny ksztalt, poruszajacy sie szybko w okolicy akumulatora sprawil, ze podskoczyl wystraszony.
- Mysz! Mysz!- zawolal cienkim glosem.
- E tam mysz- odparlam flegmatycznie- pewnie cos ci sie wydawalo.
- Jak wydawalo?- zapytal oburzony- przeciez zrobila sobie tu poslanie, sama zobacz!
Rzeczywiscie, gdy podeszlam blizej dostrzeglam sterte lisci miedzy kablami, caly akumulator zas ozdobiony byl malymi kupkami. Po malym winowajcy nie bylo juz ani sladu.
- Ja nie wiem, czy ja chce teraz pracowac nad tym samochodem- powiedzial maz drapiac sie w glowe- ta mysz pewnie czai sie gdzies pod maska...
- ... i na pewno czeka tylko na okazje, aby ci odgryzc reke- dokonczylam.- po prostu wyrzuc liscie i zmiec odchody, nie przypuszczam, zeby ona tu wrocila.
- Ja nie chce tego dotykac!- zawolal rozpaczliwie Maz.
- To co, moze ja mam to zrobic za ciebie?- Zapytalam
- Tak- odparl maz kaprysnie.
Popatrzylam na niego ze zdziwieniem, po czym zalozylam gumowe rekawiczki i jednym ruchem pozbylam sie dowodow nielegalnego pobytu myszy w mazdzie.
- Dziekuje- w glosie Meza slychac bylo ulge- ja naprawde nie lubie gryzoni.
Pomyslalam sobie, ze awersja do gryzoni to jedno, a klasyczny, babski strach przed myszami to drugie. Maz niechetnie wlozyl rece we wnetrznosci samochodu, starajac sie nie zblizac w zamyszony rejon. Gdy tylko powial wiatr, wywolujac jakies szelesty w okolicy, M podskakiwal niespokojnie. Postanowilam umilic sobie czas niewinnym zarcikiem.
- Mysz! Mysz!- zawolalam udajac przestraszona i pokazujac palcem okolice stopy Meza.
M podskoczyl na metr w gore, wypuscil trzymane narzedzia i chyba rozwazal opcje ucieczki, gdy zobaczyl mnie, tarzajaca sie po kanapie i smiejaca sie do rozpuku. Chyba wtedy zdal sobie sprawe, jak smiesznie musial wygladac. Probowal zbyc cala sytuacje komentarzem "och, dobry zart" i nerwowym rechotem. Ja szczerze zalowalam, ze nie nagralam calej sytuacji kamera w telefonie komorkowym. Naprawde bylo na co popatrzec.
Mysz nie pokazala sie juz tamtego wieczoru. Chodzacy wokol rudy kot sasiadow dal mi sporo do myslenia na temat jej losu. Ilekroc jednak Maz otwiera maske samochodu, robi to zachowujac specjalna ostroznosc.
M. postawil narzedzia obok siebie na ziemi, otworzyl maske. Ciemny ksztalt, poruszajacy sie szybko w okolicy akumulatora sprawil, ze podskoczyl wystraszony.
- Mysz! Mysz!- zawolal cienkim glosem.
- E tam mysz- odparlam flegmatycznie- pewnie cos ci sie wydawalo.
- Jak wydawalo?- zapytal oburzony- przeciez zrobila sobie tu poslanie, sama zobacz!
Rzeczywiscie, gdy podeszlam blizej dostrzeglam sterte lisci miedzy kablami, caly akumulator zas ozdobiony byl malymi kupkami. Po malym winowajcy nie bylo juz ani sladu.
- Ja nie wiem, czy ja chce teraz pracowac nad tym samochodem- powiedzial maz drapiac sie w glowe- ta mysz pewnie czai sie gdzies pod maska...
- ... i na pewno czeka tylko na okazje, aby ci odgryzc reke- dokonczylam.- po prostu wyrzuc liscie i zmiec odchody, nie przypuszczam, zeby ona tu wrocila.
- Ja nie chce tego dotykac!- zawolal rozpaczliwie Maz.
- To co, moze ja mam to zrobic za ciebie?- Zapytalam
- Tak- odparl maz kaprysnie.
Popatrzylam na niego ze zdziwieniem, po czym zalozylam gumowe rekawiczki i jednym ruchem pozbylam sie dowodow nielegalnego pobytu myszy w mazdzie.
- Dziekuje- w glosie Meza slychac bylo ulge- ja naprawde nie lubie gryzoni.
Pomyslalam sobie, ze awersja do gryzoni to jedno, a klasyczny, babski strach przed myszami to drugie. Maz niechetnie wlozyl rece we wnetrznosci samochodu, starajac sie nie zblizac w zamyszony rejon. Gdy tylko powial wiatr, wywolujac jakies szelesty w okolicy, M podskakiwal niespokojnie. Postanowilam umilic sobie czas niewinnym zarcikiem.
- Mysz! Mysz!- zawolalam udajac przestraszona i pokazujac palcem okolice stopy Meza.
M podskoczyl na metr w gore, wypuscil trzymane narzedzia i chyba rozwazal opcje ucieczki, gdy zobaczyl mnie, tarzajaca sie po kanapie i smiejaca sie do rozpuku. Chyba wtedy zdal sobie sprawe, jak smiesznie musial wygladac. Probowal zbyc cala sytuacje komentarzem "och, dobry zart" i nerwowym rechotem. Ja szczerze zalowalam, ze nie nagralam calej sytuacji kamera w telefonie komorkowym. Naprawde bylo na co popatrzec.
Mysz nie pokazala sie juz tamtego wieczoru. Chodzacy wokol rudy kot sasiadow dal mi sporo do myslenia na temat jej losu. Ilekroc jednak Maz otwiera maske samochodu, robi to zachowujac specjalna ostroznosc.
Sunday, March 22, 2009
Imie
Czy Wasze instrumenty maja imiona? A samochody? Moje nigdy nie mialy, ale znam cala mase ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom.
Moja gitara basowa nie ma imienia, jestem jednak przekonana, ze jest rodzaju meskiego.
Do tej pory uwazalam ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom, za dziwakow. Do czasu, gdy zdalam sobie sprawe, ze 5 lat temu nadalam swojemu laptopowi wdzieczne imie Herman. Tak tez zawsze o nim myslalam. Co wiecej, czasem nawet przemawialam do niego z czuloscia.
Do dzis nikt o tym nie wiedzial.
Tak, jestem jednym z tych dziwakow.
A Wy? Nadajecie imiona swoim ukochanym przedmiotom? Gitarom? Samochodom? Laptopom?
Moja gitara basowa nie ma imienia, jestem jednak przekonana, ze jest rodzaju meskiego.
Do tej pory uwazalam ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom, za dziwakow. Do czasu, gdy zdalam sobie sprawe, ze 5 lat temu nadalam swojemu laptopowi wdzieczne imie Herman. Tak tez zawsze o nim myslalam. Co wiecej, czasem nawet przemawialam do niego z czuloscia.
Do dzis nikt o tym nie wiedzial.
Tak, jestem jednym z tych dziwakow.
A Wy? Nadajecie imiona swoim ukochanym przedmiotom? Gitarom? Samochodom? Laptopom?
Thursday, March 19, 2009
Wrocilam
Tak, wiem, nie odzywam sie juz ponad miesiac, ale mialam powody.
Najpierw bylam chora.
Potem znowu bylam chora.
Pozniej moj laptop spektatularnie odmowil wspolpracy wyswietlajac tzw. Blekitny Ekran Smierci. Acer Aspire sluzyl mi wiernie przez jakies 5 lat, nalezy mu sie zasluzony wieczny odpoczynek.
Moj nowy nabytek wita mnie codziennie ikonka z literami "hp" i mieniacym sie znaczkiem Windows Visty.
Wrocilam. I bede pisac.
Najpierw bylam chora.
Potem znowu bylam chora.
Pozniej moj laptop spektatularnie odmowil wspolpracy wyswietlajac tzw. Blekitny Ekran Smierci. Acer Aspire sluzyl mi wiernie przez jakies 5 lat, nalezy mu sie zasluzony wieczny odpoczynek.
Moj nowy nabytek wita mnie codziennie ikonka z literami "hp" i mieniacym sie znaczkiem Windows Visty.
Wrocilam. I bede pisac.
Wednesday, February 11, 2009
Niech zyje kryzys!
Po wyjsciu do klubu z moimi nowymi kolezankami postanowilam sprawic sobie nowa garderobe. Nie przypuszczalam, ze style i zwyczaje sa tak rozne w roznych czesciach Stanow. W moich wyjsciowych ubraniach, ktore nosilam w Iowa, wygladalam jak szara mysz.
Odwiedzilam kilka sklepow, w tym Forever 21 i Kohl's. Mnostwo rzeczy bylo przecenionych o 60- 80 procent, i to nie jakies "odrzuty", ale calkiem przyzwoite ubrania. Nabylam 2 bluzki, pasek, pare bransoletek i dwie pary spodni. W rece wpadla mi rowniez bardzo ladna sukienka, ktora kosztowala $30 ale jakims cudem znalazla sie na wieszaku z rzeczami na wyprzedazy. Podeszlam do kasy aby dowiedziec sie, cena zostala juz zredukowana, czy tez sukienka zostala przypadkowo ulokowana w tym wlasnie miejscu.
- To pomylka- stwierdzila ekspedientka- sukienka naprawde kosztuje $30... ale moge pani dac specjalna znizke 80%.
!!!
Z takiej znizki grzech nie skorzystac.
Kto powiedzial, ze kryzys gospodarczy jest zly?
Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze ci, ktorzy maja wielkie inwestycje lub graja na gieldzie, nie sa obecnie w najlepszej sytuacji, jednak ludzie tacy jak ja nie maja sie o co martwic. I jeszcze moga sie bardzo przyzwoicie ubrac za niewielkie pieniadze. Teraz bede blyszczec na wszystkich przyjeciach. Musze jednak uwazac: jeden nieostrozny ruch i wszyscy zobacza mnie pol naga (kalifornijskie ubrania sa zrobione z... hmm.... bardzo niewielkiej ilosci materialu, ktory lubi sie rozchylac w najbardziej niespodziewanych momentach).
Odwiedzilam kilka sklepow, w tym Forever 21 i Kohl's. Mnostwo rzeczy bylo przecenionych o 60- 80 procent, i to nie jakies "odrzuty", ale calkiem przyzwoite ubrania. Nabylam 2 bluzki, pasek, pare bransoletek i dwie pary spodni. W rece wpadla mi rowniez bardzo ladna sukienka, ktora kosztowala $30 ale jakims cudem znalazla sie na wieszaku z rzeczami na wyprzedazy. Podeszlam do kasy aby dowiedziec sie, cena zostala juz zredukowana, czy tez sukienka zostala przypadkowo ulokowana w tym wlasnie miejscu.
- To pomylka- stwierdzila ekspedientka- sukienka naprawde kosztuje $30... ale moge pani dac specjalna znizke 80%.
!!!
Z takiej znizki grzech nie skorzystac.
Kto powiedzial, ze kryzys gospodarczy jest zly?
Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze ci, ktorzy maja wielkie inwestycje lub graja na gieldzie, nie sa obecnie w najlepszej sytuacji, jednak ludzie tacy jak ja nie maja sie o co martwic. I jeszcze moga sie bardzo przyzwoicie ubrac za niewielkie pieniadze. Teraz bede blyszczec na wszystkich przyjeciach. Musze jednak uwazac: jeden nieostrozny ruch i wszyscy zobacza mnie pol naga (kalifornijskie ubrania sa zrobione z... hmm.... bardzo niewielkiej ilosci materialu, ktory lubi sie rozchylac w najbardziej niespodziewanych momentach).
Wednesday, February 4, 2009
Smalec
Kilka godzin temu A z kolega M robili sobie BLT sandwich (czyli kanapke z boczkiem, salata i pomidorem) i jak zwykle po sobie nie posprzatali. Gdy pol godziny temu weszlam do kuchni, oczom moim ukazal sie widok niezwykly i kuszacy: smalczyk na patelni.
Wprawdzie nie do konca gotowy, brakuje jeszcze jabluszka i cebulki ale wyglada apetycznie, moze by tak sprawdzic, czy sie nada... jest juz grubo po 10 w nocy, normalnie nie pozwalam sobie na jedzenie o tak poznej porze, ale co to szkodzi, ten jedyny raz, nikt sie nie dowie... tylko kawaleczek chlebka, w lodowce jest tez korniszonek, no nie jest to ogorek kiszony, ale przeciez musze sprawdzic, musze sie przekonac, czy sie nada do pozniejszej konsumpcji...
Nadal sie.
Maz i M, zobaczywszy mnie w kuchni spozywajaca chleb z zawartoscia patelni i zagryzajaca korniszonem, wykrzywili sie z obrzydzeniem. O godzinie 11 kroilam cebule i jablko aby dodac je do tluszczu i sporzadzic ten polski przysmak.
Nie moge sie doczekac jutra. Chyba bede musiala podwoic czas spedzony w fitness klubie.
Po raz pierwszy ciesze sie, ze A nie umyla patelni.
Wprawdzie nie do konca gotowy, brakuje jeszcze jabluszka i cebulki ale wyglada apetycznie, moze by tak sprawdzic, czy sie nada... jest juz grubo po 10 w nocy, normalnie nie pozwalam sobie na jedzenie o tak poznej porze, ale co to szkodzi, ten jedyny raz, nikt sie nie dowie... tylko kawaleczek chlebka, w lodowce jest tez korniszonek, no nie jest to ogorek kiszony, ale przeciez musze sprawdzic, musze sie przekonac, czy sie nada do pozniejszej konsumpcji...
Nadal sie.
Maz i M, zobaczywszy mnie w kuchni spozywajaca chleb z zawartoscia patelni i zagryzajaca korniszonem, wykrzywili sie z obrzydzeniem. O godzinie 11 kroilam cebule i jablko aby dodac je do tluszczu i sporzadzic ten polski przysmak.
Nie moge sie doczekac jutra. Chyba bede musiala podwoic czas spedzony w fitness klubie.
Po raz pierwszy ciesze sie, ze A nie umyla patelni.
Sunday, February 1, 2009
Tradycja i nowoczesnosc
Co sobote chodzimy z Mezem do Indonezyjsko-Amerykanskiego kosciola Adwentystow Dnia Siodmego.
Sala zawsze wypelniona jest Indonezyjczykami i osobami chinsko- indonezyjskiego pochodzenia (plus jeden Afroamerykanin, plus jedna biala kobieta, zgadnijcie kto). Msza prowadzona jest w dwoch jezykach, angielskim i indonezyjskim. Kazanie jest zwykle tlumaczone: jesli mowi pastor- na angielski, a jesli inna, angielskojezyczna osoba- na indonezyjski. Tlumacze zmieniaja sie, tak, jak wszyscy prowadzacy msze (kazdy ma obowiazek udzielac sie w jakis sposob). Najstarsi i najbardziej szanowani czlonkowie kosciola nazywani sa starszyzna.
Pastor mowi lamana angielszczyzna, ale jego kazania (mimo, iz sa tlumaczone) porywaja. Ma w sobie niezwykla pasje i charyzme, do tego jeszcze swietnie spiewa.
26 stycznia to pierwszy dzien Chinskiego Nowego Roku. W zeszla sobote osoby z korzeniami chinskimi ubraly sie odswietnie w kolorowe koszule i sukienki z haftowanymi smokami.
Kazda msza zawiera w sobie czesc dla dzieci. Ostatnio historie dla najmlodszych opowiadal B, kolega Meza z dziecinstwa. Po wszystkim pogratulowalam mu dobrej roboty i zainteresowalam sie, skad zna taka fajna opowiesc.
- Dziekuje- odparl B- historie znalazlem w internecie.
Kosciol dotrzymuje kroku postepowi technologicznemu: mamy tu cyfrowy rzutnik, ktorym wyswietlane sa na ekranie slowa piosenek, zdjecia i cytaty z Biblii. Ostatnio zaskoczyl mnie jeden pan, nalezacy do starszyzny kosciola, ktory w trakcie mszy czytal sobie Biblie... z ekranu iPhone'a. To samo robil moj Malzonek.
Pieniadze na ofiare zbierane sa do specjalnych woreczkow. Niektorzy wrzucaja rowniez czeki.
Po kazdej mszy wszyscy udaja sie na wspolny lunch do sali bankietowej przy kosciele. Serwowane sa tradycyjne indonezyjskie potrawy: ryz, ostra zupa, jajka gotowane z tofu, kluski... Po lunchu wszyscy wsiadaja do swoich samochodow (niektorych bardzo ekskluzywnych) i jada do domu. W poniedzialek ida do pracy. Wiekszosc czlonkow kosciola pracuje w branzy zdrowotnej: sa lekarzami, pielegniarzami lub pracownikami biur w szpitalach (bardzo szanowane i dobrze oplacane zawody w Ameryce).
Tak wlasnie tradycja miesza sie z nowoczesnoscia.
Sala zawsze wypelniona jest Indonezyjczykami i osobami chinsko- indonezyjskiego pochodzenia (plus jeden Afroamerykanin, plus jedna biala kobieta, zgadnijcie kto). Msza prowadzona jest w dwoch jezykach, angielskim i indonezyjskim. Kazanie jest zwykle tlumaczone: jesli mowi pastor- na angielski, a jesli inna, angielskojezyczna osoba- na indonezyjski. Tlumacze zmieniaja sie, tak, jak wszyscy prowadzacy msze (kazdy ma obowiazek udzielac sie w jakis sposob). Najstarsi i najbardziej szanowani czlonkowie kosciola nazywani sa starszyzna.
Pastor mowi lamana angielszczyzna, ale jego kazania (mimo, iz sa tlumaczone) porywaja. Ma w sobie niezwykla pasje i charyzme, do tego jeszcze swietnie spiewa.
26 stycznia to pierwszy dzien Chinskiego Nowego Roku. W zeszla sobote osoby z korzeniami chinskimi ubraly sie odswietnie w kolorowe koszule i sukienki z haftowanymi smokami.
Kazda msza zawiera w sobie czesc dla dzieci. Ostatnio historie dla najmlodszych opowiadal B, kolega Meza z dziecinstwa. Po wszystkim pogratulowalam mu dobrej roboty i zainteresowalam sie, skad zna taka fajna opowiesc.
- Dziekuje- odparl B- historie znalazlem w internecie.
Kosciol dotrzymuje kroku postepowi technologicznemu: mamy tu cyfrowy rzutnik, ktorym wyswietlane sa na ekranie slowa piosenek, zdjecia i cytaty z Biblii. Ostatnio zaskoczyl mnie jeden pan, nalezacy do starszyzny kosciola, ktory w trakcie mszy czytal sobie Biblie... z ekranu iPhone'a. To samo robil moj Malzonek.
Pieniadze na ofiare zbierane sa do specjalnych woreczkow. Niektorzy wrzucaja rowniez czeki.
Po kazdej mszy wszyscy udaja sie na wspolny lunch do sali bankietowej przy kosciele. Serwowane sa tradycyjne indonezyjskie potrawy: ryz, ostra zupa, jajka gotowane z tofu, kluski... Po lunchu wszyscy wsiadaja do swoich samochodow (niektorych bardzo ekskluzywnych) i jada do domu. W poniedzialek ida do pracy. Wiekszosc czlonkow kosciola pracuje w branzy zdrowotnej: sa lekarzami, pielegniarzami lub pracownikami biur w szpitalach (bardzo szanowane i dobrze oplacane zawody w Ameryce).
Tak wlasnie tradycja miesza sie z nowoczesnoscia.
Subscribe to:
Posts (Atom)