Po trzech godzinach snu, o 6 rano, znalezlismy sie na uniwersytecie i, w samym sercu kampusu, zaczelismy organizowanie naszego centrum dowodzenia.
Fotografowie i asystenci zaczeli przyjezdzac okolo godziny 8 rano. Szybko zrobilo sie naprawde tloczno. Do godziny 10 gimnastykowalismy nasze ciala i umysly, probujac (z dobrymi wynikami) umiescic wszystkich w ponad dwudziestu roznych miejscach. Nasze telefony nie przestawaly dzwonic. Pote machina ruszyla. Dziesiatki ceremonii rozpoczely sie. Tysiace studentow stalo sie absolwentami. Dziesiatki tysiecy fotografii zostalo zrobionych.
Okolo godziny 11 managerowie zostawili mnie w centrum dowodzenia i udali sie na "obchod". Wreszcie moglam chwile odetchnac. Posegregowalam dokumenty, poukladalam sprzet, odebralam pare telefonow od zablakanych asystentow, po czym, wyciagnawszy nogi na dwoch sasiednich krzeslach, rozpoczelam moja godzinke relaksu.
Nagle okolica zaroila sie od radiowozow, policjantow i ochroniarzy kampusu na segwayach. Po chwili, na ulicy przylegajacej do naszego centrum dowodzenia, pojawil sie samochod, a w nim, machajacy do przechadzajacych sie studentow Arnold Schwarzenegger, gubernator Californii! Wiedzialam, ze mial byc obecny na uniwersytecie, wiedzialam, ze mial przemawiac na jednej z ceremonii, ale nie przypuszczalam, ze uda mi sie go zobaczyc z tak bliska.
Zegnany radosnymi okrzykami studentow, Arnold odjechal w sina dal, zostawiajac mnie w stanie totalnej euforii: mieszkam w Californi od niecalych pieciu miesiecy, a juz udalo mi sie zobaczyc dwoch VIPow, i to nie byle jakich!
Kolejne godziny pracy uplynely mi dosc szybko, oslodzone wspomnieniem widoku gubernatora-terminatora w lnianym garniturze. Managerowie wrocili. Z koordynatora fotografow i asystentow zamienilam sie w gonca a pozniej w osobe zajmujaca sie sprzetem. Mysl o tym, ile setek tysiecy dolarow (w postaci aparatow) zostalo mi powierzonych, nieco mnie oslabiala. Zostalam obdarzona niesamowitym zaufaniem i odpowiedzialnoscia. Dziesiatki aparatow znalazly sie w moich rekach i zostaly umieszczone we wlasciwych walizkach. Dziesiatki walizek zostaly przeze mnie opisane i umieszczone w rekach wlasciwych ludzi.
O godzinie 10 w nocy opuscilismy kampus samochodem zapelnionym az po dach pudlami, aparatami, flagami, statywami i innymi rzeczami, ktorych opisywanie zajeloby mi pewnie najblizsza godzine. W domu znalezlismy sie o 11 w nocy. Po wykonaniu pracy, ktora wciaz musiala byc zrobiona przed sobota, poszlismy spac o 3 nad ranem.
Wlasnie przezylam najbardziej intensywne dwa dni w ciagu ostatnich dwoch lat... Pomimo ogromnego zmeczenia i stresu im towarzyszacego musze przyznac, ze chetnie przezylabym je ponownie.
Friday, May 15, 2009
Thursday, May 14, 2009
Szalony czwartek
Przez caly tydzien nasz (a raczej A) dom byl glowna kwatera czterech managerow firmy, dla ktorej pracuje maz. Przygotowania do ceremonii rozdania dyplomow na jednym z najwiekszych Kalifornijskich uniwersytetow byly niezwykle intensywne. Praca trwala od wczesnych godzin rannych do poznych godzin nocnych, przerywana jedynie konsumpcja tajskich dan zamowionych z dowozem w pobliskiej restauracji.
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
W czwartek (poprzedzajacy "dzien 0") opuscilismy dom w poludnie, aby poltorej godziny pozniej znalezc sie w Los Angeles. Maz udal sie na spotkanie biznesowe, ja zas zalatwialam drobne sprawy dla "szefow", pracujacych juz od rana w hotelowej sali konferencyjnej.
Po przybyciu do hotelu managerowie postanowili uczynic mnie asystentem. Nagle stalam sie osoba przygotowujacym dokumenty, drukujacym listy fotografow i dbajaca o to, aby nikt nie byl glodny (a to, jak wiadomo, jest zawsze sprawa priorytetowa). Bylam rowniez na biezaco informowana o tym, co bedzie sie dzialo w piatek, i szkolona w zakresie moich nowych obowiazkow.
Okolo godziny 1:30 w nocy wiekszosc z nas udala sie do lozek. Pisze wiekszosc, bo byli i tacy, jak na przyklad MF, ktorzy, po podlaczeniu sobie kroplowki z kawy, pracowali dalej...
Wednesday, May 6, 2009
Sadysta
Maz meczy kota: goni po domu, ciagnie za ogonek i generalnie tarmosi. Do rodzicow, z ktorymi rozmawiam przez Skype'a, dobiega glosne miauczenie.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
- Sadysta- komentuje moja mama z oburzeniem.
- Slyszales?- odzywam sie do Meza po angielsku- Jestes sadysta. Czy ty wiesz co to znaczy?
- To znaczy "kochajacy kota"- odpowiada Maz.
Sunday, April 12, 2009
"Michalki"
Kolezanka powiedziala mi o znajdujacym sie w okolicy sklepie z polskimi artykulami. Przy pierwszej okazji pojechalismy tam z Mezem aby zakupic "Michalki" (jego ulubione cukierki). Niestety, pani sprzedawczyni bezradnie rozlozyla rece: wszystkie paczki zostaly juz wyprzedane.
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
2 tygodnie pozniej przyszlismy do sklepu ponownie, ale i tym razem "Michalkow" nie bylo.
Wczoraj postanowilam w polskim sklepie zakupic pasztet aby choc troche umilic sobie Wielkanocne sniadanie. Niesmialo zapytalam o "Michalki".
- Niestety nie ma, wszystkie paczki sprzedane.- odpowiedziala pani.
- Chwileczke!- druga sprzedawczyni wychynela z zaplecza niosac ostatnia torbe cukierkow- To dla pani. Specjalnie schowalysmy!
Na paczce, na malej samoprzylepnej karteczce, napisane bylo: "Dla pani z mezem Amerykaninem".
Dziekuje Paniom z polskiego sklepu za uczynienie mojego dnia wyjatkowym!
Monday, April 6, 2009
Niech zyje bal
W sobote odbyla sie u nas impreza z okazji 30. urodzin A.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Na te okazje zostal zakupiony alkohol za $400.
Wysprzatane (!) mieszkanie.
Zaproszonych okolo 50 osob (stawilo sie grubo ponad 60).
Nie mialam jeszcze przyjemnosci byc na imprezie tych rozmiarow, spodziewalam sie wiec, ze po kilku godzinach dom bedzie przedstawial swym wygladem obraz nedzy i rozpaczy, a w ogrodzie zaroi sie od pawi. Nic bardziej mylnego! Goscie bawili sie bardzo przyzwoicie, chociaz nie obylo sie bez par spolkujacych w toalecie, paru osob, ktorym po prostu urwal sie film oraz kilku klasycznych wydarzen imprezowych.
Okolo godziny 11 wieczorem gospodyni zalegla nietrzezwa na lozku zamykajac za soba na klucz drzwi od sypialni, w ktorej znajdowaly sie torebki i kosmetyki wiekszosci zaproszonych dziewczyn.
Okolo godziny 1 w nocy, bylemu mezowi A oraz mojemu M. udalo sie (za pomoca druta i karty kredytowej) wlamac do pokoju i pozwolic dziewczynom zabrac swoje rzeczy i wreszcie isc do domu.
Okolo godziny 3 pod naszym domem znalazly sie 4 radiowozy, karetka i woz strazacki. Okazalo sie, ze jedna z pan, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego wsiadla do samochodu, po czym, nie ujechawszy daleko, uderzyla w stojacy 2 przecznice dalej samochod. Wyczolgawszy sie z samochodu probowala wrocic do nas na piechote. W miedzy czasie ktos z sasiadow zadzwonil na policje. Dziewczyna dostala 3 mandaty: za jazde pod wplywem alkoholu, za wyjatkowo wysoki poziom alkoholu we krwi podczas prowadzenia samochodu i za spowodowanie wypadku i ucieczke. Zostala zabrana do szpitala na obserwacje (rano nie pamietala nic z poprzedniej nocy).
Okolo godziny 5 nad ranem dom opuscili ostatni goscie.
Thursday, April 2, 2009
No nie wytrzymam
Dzis bede marudzic, chociaz nie lubie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Nie przypuszczalam, ze czyjs styl zycia moze byc dla mnie takim problemem.
Mieszkamy z A juz 3 miesiace. A to naprawde dobra i ladna dziewczyna. Umie sie ubrac i umalowac, zawsze jest zadbana i ladnie pachnie. Nie potrafie zrozumiec, dlaczego nie stosuje tych samych zasad do swojego domu.
Kilka razy w tygodniu mamy wieczorem gosci. Z reguly spotkania A z przyjaciolmi przeradzaja sie we wspolne gotowanie, ktore konczy sie okolo godziny 8 wieczorem. Cala kuchnia sprawia wrazenie, jakby przeszedl przez nia tajfun. Brudne naczynia sa doslownie wszedzie, sosy i resztki jedzenia na podlodze, na blacie i na SWIEZO UMYTYCH PRZEZE MNIE NACZYNIACH STOJACYCH W ZLEWIE OBOK! Jak mozna tego nie zauwazyc?!
Taki balagan moze spokojnie stac przez kolejne 3-4 dni, chyba, ze ja go sprzatne. I zawsze sprzatam. Ktos powie "nie sprzataj" i pewnie jest to jakies wyjscie, ale przepraszam bardzo, jakich naczyn mam uzywac w ciagu tych 4 dni? Poza tym jesli ja to wszystko zostawie jak jest, to to cale jedzenie zaschnie pieknie i potem bedzie stalo w zlewie i odmaczalo sie przez kolejne 4 dni. Ja po prostu NIE MOGE TEGO ZNIESC! Dobra rzecza w tym wszystkim jest to, ze A zawsze zauwaza i dziekuje mi za posprzatanie.
W srode A z kolezanka zakladaly sobie tipsy w salonie. Potem wyszly. A wrocila w piatek rano. Do tego czasu caly stol pokryty byl sztucznymi paznokciami, wacikami z resztkami lakieru, obcietymi paznokciami i rozmaitymi akcesoriami kosmetycznymi. Tego nie ruszylam. Brzydze sie po prostu.
25-go marca A malowala sciany w hallu. Puszki z malowniczo ociekajaca farba oraz brudne pedzle i walki stoja na blacie kuchennym do dzis.
A wlasnie wydala $150 na tabletki na odchudzanie. Ubolewa, ze nie moze zrzucic wagi w normalny sposob. Nie rozumiem, jak mozna nie wiedziec, ze jedzenie pizzy w srodku nocy i popychanie jej lodami o smaku sernika nie pomoze w utrzymaniu szczuplej sylwetki. Na higiene zycia codziennego nie wplywa tez dobrze zasypianie codziennie na kanapie w salonie i budzenie sie o 2 nad ranem, aby przeniesc sie do lozka (pokrytego, jak juz wspomnialam, ubraniami brudnymi i czystymi, kosmetykami, kartkami pocztowymi, butami...).
Ze nie wspomnie juz 5 par butow i brudnych skarpet pod stolem w salonie.
Teraz wiem, dlaczego Amerykanie maja problemy finansowe. A narzeka na brak pieniedzy. Nie przeszkadza jej to jednak w zakupie quada jej bylemu chlopakowi (ktorego musi splacac przez nastepne 2 lata), w placeniu co miesiac $50 za karnet do fitness klubu (do ktorego nawet nie chodzi), w robieniu co 3 dni masywnych zakupow spozywczych (kup jeden produkt a dostaniesz drugi za darmo! Co za oferta!), chociaz z lodowki juz sie wysypuje i polowe rzeczy trzeba wyrzucic, bo nie jedzone gnija (!!!)... Nie znosze marnotrawstwa, nie rozumiem gotowania wiadra ryzu i wyrzucania polowy tego wiadra po tygodniu bo sie nie zjadlo.
Naprawde nie moge sie doczekac dnia, w ktorym przeprowadzimy sie w koncu do naszego mieszkania... mam nadzieje, ze nie oszaleje do tego czasu.
Ludzie, jesli jestescie porzadni, poukladani, pedantyczni, lepiej zacznijcie balaganic wokol siebie i przyzwyczajac sie do tego stanu. Jesli w przyszlosci los rzuci was w srodowisko podobne do tego, w ktorym ja obecnie jestem, bedzie Wam sie zylo duzo wygodniej i szczesliwiej niz mnie.
Monday, March 30, 2009
Markery
Czy wiecie, ze aby kupic markery w Californi, trzeba miec przynajmniej 18 lat?
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.
Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.
Friday, March 27, 2009
Widzialam Baracka Obame!
Dzis rano, okolo godziny 9, zadzwonil do nas tata Meza z informacja, iz zablokowano ulice, przy ktorej mieszka, a odwiedzajacy Californie prezydent Barack Obama bedzie przejezdzal niemalze pod jego oknami.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.
Bo on sie boi myszy
Kilka dni temu Maz zapalal ochota grzebania w swojej Mazdzie RX7. Pokusa byla tak silna, ze po znalezieniu niezbednych narzedzi Maz byl gotow do zabawy w mechanika o 9 wieczorem (chcialabym, aby byl tak gotowy do pomocy mi w sprzataniu, ale niestety, w przypadku tego rodzaju ochoty Malzonek zdaje sie czekac i zwlekac az mu w koncu przejdzie). Chcac nie chcac poszlam mu towarzyszyc (Maz jest zawsze bardzo szczesliwy majac mnie obok jako widownie lub pomoc). Zaopatrzona w szklanke wina zajelam miejsce na kanapie stojacej w garazu jeszcze od naszej przeprowadzki.
M. postawil narzedzia obok siebie na ziemi, otworzyl maske. Ciemny ksztalt, poruszajacy sie szybko w okolicy akumulatora sprawil, ze podskoczyl wystraszony.
- Mysz! Mysz!- zawolal cienkim glosem.
- E tam mysz- odparlam flegmatycznie- pewnie cos ci sie wydawalo.
- Jak wydawalo?- zapytal oburzony- przeciez zrobila sobie tu poslanie, sama zobacz!
Rzeczywiscie, gdy podeszlam blizej dostrzeglam sterte lisci miedzy kablami, caly akumulator zas ozdobiony byl malymi kupkami. Po malym winowajcy nie bylo juz ani sladu.
- Ja nie wiem, czy ja chce teraz pracowac nad tym samochodem- powiedzial maz drapiac sie w glowe- ta mysz pewnie czai sie gdzies pod maska...
- ... i na pewno czeka tylko na okazje, aby ci odgryzc reke- dokonczylam.- po prostu wyrzuc liscie i zmiec odchody, nie przypuszczam, zeby ona tu wrocila.
- Ja nie chce tego dotykac!- zawolal rozpaczliwie Maz.
- To co, moze ja mam to zrobic za ciebie?- Zapytalam
- Tak- odparl maz kaprysnie.
Popatrzylam na niego ze zdziwieniem, po czym zalozylam gumowe rekawiczki i jednym ruchem pozbylam sie dowodow nielegalnego pobytu myszy w mazdzie.
- Dziekuje- w glosie Meza slychac bylo ulge- ja naprawde nie lubie gryzoni.
Pomyslalam sobie, ze awersja do gryzoni to jedno, a klasyczny, babski strach przed myszami to drugie. Maz niechetnie wlozyl rece we wnetrznosci samochodu, starajac sie nie zblizac w zamyszony rejon. Gdy tylko powial wiatr, wywolujac jakies szelesty w okolicy, M podskakiwal niespokojnie. Postanowilam umilic sobie czas niewinnym zarcikiem.
- Mysz! Mysz!- zawolalam udajac przestraszona i pokazujac palcem okolice stopy Meza.
M podskoczyl na metr w gore, wypuscil trzymane narzedzia i chyba rozwazal opcje ucieczki, gdy zobaczyl mnie, tarzajaca sie po kanapie i smiejaca sie do rozpuku. Chyba wtedy zdal sobie sprawe, jak smiesznie musial wygladac. Probowal zbyc cala sytuacje komentarzem "och, dobry zart" i nerwowym rechotem. Ja szczerze zalowalam, ze nie nagralam calej sytuacji kamera w telefonie komorkowym. Naprawde bylo na co popatrzec.
Mysz nie pokazala sie juz tamtego wieczoru. Chodzacy wokol rudy kot sasiadow dal mi sporo do myslenia na temat jej losu. Ilekroc jednak Maz otwiera maske samochodu, robi to zachowujac specjalna ostroznosc.
M. postawil narzedzia obok siebie na ziemi, otworzyl maske. Ciemny ksztalt, poruszajacy sie szybko w okolicy akumulatora sprawil, ze podskoczyl wystraszony.
- Mysz! Mysz!- zawolal cienkim glosem.
- E tam mysz- odparlam flegmatycznie- pewnie cos ci sie wydawalo.
- Jak wydawalo?- zapytal oburzony- przeciez zrobila sobie tu poslanie, sama zobacz!
Rzeczywiscie, gdy podeszlam blizej dostrzeglam sterte lisci miedzy kablami, caly akumulator zas ozdobiony byl malymi kupkami. Po malym winowajcy nie bylo juz ani sladu.
- Ja nie wiem, czy ja chce teraz pracowac nad tym samochodem- powiedzial maz drapiac sie w glowe- ta mysz pewnie czai sie gdzies pod maska...
- ... i na pewno czeka tylko na okazje, aby ci odgryzc reke- dokonczylam.- po prostu wyrzuc liscie i zmiec odchody, nie przypuszczam, zeby ona tu wrocila.
- Ja nie chce tego dotykac!- zawolal rozpaczliwie Maz.
- To co, moze ja mam to zrobic za ciebie?- Zapytalam
- Tak- odparl maz kaprysnie.
Popatrzylam na niego ze zdziwieniem, po czym zalozylam gumowe rekawiczki i jednym ruchem pozbylam sie dowodow nielegalnego pobytu myszy w mazdzie.
- Dziekuje- w glosie Meza slychac bylo ulge- ja naprawde nie lubie gryzoni.
Pomyslalam sobie, ze awersja do gryzoni to jedno, a klasyczny, babski strach przed myszami to drugie. Maz niechetnie wlozyl rece we wnetrznosci samochodu, starajac sie nie zblizac w zamyszony rejon. Gdy tylko powial wiatr, wywolujac jakies szelesty w okolicy, M podskakiwal niespokojnie. Postanowilam umilic sobie czas niewinnym zarcikiem.
- Mysz! Mysz!- zawolalam udajac przestraszona i pokazujac palcem okolice stopy Meza.
M podskoczyl na metr w gore, wypuscil trzymane narzedzia i chyba rozwazal opcje ucieczki, gdy zobaczyl mnie, tarzajaca sie po kanapie i smiejaca sie do rozpuku. Chyba wtedy zdal sobie sprawe, jak smiesznie musial wygladac. Probowal zbyc cala sytuacje komentarzem "och, dobry zart" i nerwowym rechotem. Ja szczerze zalowalam, ze nie nagralam calej sytuacji kamera w telefonie komorkowym. Naprawde bylo na co popatrzec.
Mysz nie pokazala sie juz tamtego wieczoru. Chodzacy wokol rudy kot sasiadow dal mi sporo do myslenia na temat jej losu. Ilekroc jednak Maz otwiera maske samochodu, robi to zachowujac specjalna ostroznosc.
Sunday, March 22, 2009
Imie
Czy Wasze instrumenty maja imiona? A samochody? Moje nigdy nie mialy, ale znam cala mase ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom.
Moja gitara basowa nie ma imienia, jestem jednak przekonana, ze jest rodzaju meskiego.
Do tej pory uwazalam ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom, za dziwakow. Do czasu, gdy zdalam sobie sprawe, ze 5 lat temu nadalam swojemu laptopowi wdzieczne imie Herman. Tak tez zawsze o nim myslalam. Co wiecej, czasem nawet przemawialam do niego z czuloscia.
Do dzis nikt o tym nie wiedzial.
Tak, jestem jednym z tych dziwakow.
A Wy? Nadajecie imiona swoim ukochanym przedmiotom? Gitarom? Samochodom? Laptopom?
Moja gitara basowa nie ma imienia, jestem jednak przekonana, ze jest rodzaju meskiego.
Do tej pory uwazalam ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom, za dziwakow. Do czasu, gdy zdalam sobie sprawe, ze 5 lat temu nadalam swojemu laptopowi wdzieczne imie Herman. Tak tez zawsze o nim myslalam. Co wiecej, czasem nawet przemawialam do niego z czuloscia.
Do dzis nikt o tym nie wiedzial.
Tak, jestem jednym z tych dziwakow.
A Wy? Nadajecie imiona swoim ukochanym przedmiotom? Gitarom? Samochodom? Laptopom?
Thursday, March 19, 2009
Wrocilam
Tak, wiem, nie odzywam sie juz ponad miesiac, ale mialam powody.
Najpierw bylam chora.
Potem znowu bylam chora.
Pozniej moj laptop spektatularnie odmowil wspolpracy wyswietlajac tzw. Blekitny Ekran Smierci. Acer Aspire sluzyl mi wiernie przez jakies 5 lat, nalezy mu sie zasluzony wieczny odpoczynek.
Moj nowy nabytek wita mnie codziennie ikonka z literami "hp" i mieniacym sie znaczkiem Windows Visty.
Wrocilam. I bede pisac.
Najpierw bylam chora.
Potem znowu bylam chora.
Pozniej moj laptop spektatularnie odmowil wspolpracy wyswietlajac tzw. Blekitny Ekran Smierci. Acer Aspire sluzyl mi wiernie przez jakies 5 lat, nalezy mu sie zasluzony wieczny odpoczynek.
Moj nowy nabytek wita mnie codziennie ikonka z literami "hp" i mieniacym sie znaczkiem Windows Visty.
Wrocilam. I bede pisac.
Wednesday, February 11, 2009
Niech zyje kryzys!
Po wyjsciu do klubu z moimi nowymi kolezankami postanowilam sprawic sobie nowa garderobe. Nie przypuszczalam, ze style i zwyczaje sa tak rozne w roznych czesciach Stanow. W moich wyjsciowych ubraniach, ktore nosilam w Iowa, wygladalam jak szara mysz.
Odwiedzilam kilka sklepow, w tym Forever 21 i Kohl's. Mnostwo rzeczy bylo przecenionych o 60- 80 procent, i to nie jakies "odrzuty", ale calkiem przyzwoite ubrania. Nabylam 2 bluzki, pasek, pare bransoletek i dwie pary spodni. W rece wpadla mi rowniez bardzo ladna sukienka, ktora kosztowala $30 ale jakims cudem znalazla sie na wieszaku z rzeczami na wyprzedazy. Podeszlam do kasy aby dowiedziec sie, cena zostala juz zredukowana, czy tez sukienka zostala przypadkowo ulokowana w tym wlasnie miejscu.
- To pomylka- stwierdzila ekspedientka- sukienka naprawde kosztuje $30... ale moge pani dac specjalna znizke 80%.
!!!
Z takiej znizki grzech nie skorzystac.
Kto powiedzial, ze kryzys gospodarczy jest zly?
Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze ci, ktorzy maja wielkie inwestycje lub graja na gieldzie, nie sa obecnie w najlepszej sytuacji, jednak ludzie tacy jak ja nie maja sie o co martwic. I jeszcze moga sie bardzo przyzwoicie ubrac za niewielkie pieniadze. Teraz bede blyszczec na wszystkich przyjeciach. Musze jednak uwazac: jeden nieostrozny ruch i wszyscy zobacza mnie pol naga (kalifornijskie ubrania sa zrobione z... hmm.... bardzo niewielkiej ilosci materialu, ktory lubi sie rozchylac w najbardziej niespodziewanych momentach).
Odwiedzilam kilka sklepow, w tym Forever 21 i Kohl's. Mnostwo rzeczy bylo przecenionych o 60- 80 procent, i to nie jakies "odrzuty", ale calkiem przyzwoite ubrania. Nabylam 2 bluzki, pasek, pare bransoletek i dwie pary spodni. W rece wpadla mi rowniez bardzo ladna sukienka, ktora kosztowala $30 ale jakims cudem znalazla sie na wieszaku z rzeczami na wyprzedazy. Podeszlam do kasy aby dowiedziec sie, cena zostala juz zredukowana, czy tez sukienka zostala przypadkowo ulokowana w tym wlasnie miejscu.
- To pomylka- stwierdzila ekspedientka- sukienka naprawde kosztuje $30... ale moge pani dac specjalna znizke 80%.
!!!
Z takiej znizki grzech nie skorzystac.
Kto powiedzial, ze kryzys gospodarczy jest zly?
Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze ci, ktorzy maja wielkie inwestycje lub graja na gieldzie, nie sa obecnie w najlepszej sytuacji, jednak ludzie tacy jak ja nie maja sie o co martwic. I jeszcze moga sie bardzo przyzwoicie ubrac za niewielkie pieniadze. Teraz bede blyszczec na wszystkich przyjeciach. Musze jednak uwazac: jeden nieostrozny ruch i wszyscy zobacza mnie pol naga (kalifornijskie ubrania sa zrobione z... hmm.... bardzo niewielkiej ilosci materialu, ktory lubi sie rozchylac w najbardziej niespodziewanych momentach).
Wednesday, February 4, 2009
Smalec
Kilka godzin temu A z kolega M robili sobie BLT sandwich (czyli kanapke z boczkiem, salata i pomidorem) i jak zwykle po sobie nie posprzatali. Gdy pol godziny temu weszlam do kuchni, oczom moim ukazal sie widok niezwykly i kuszacy: smalczyk na patelni.
Wprawdzie nie do konca gotowy, brakuje jeszcze jabluszka i cebulki ale wyglada apetycznie, moze by tak sprawdzic, czy sie nada... jest juz grubo po 10 w nocy, normalnie nie pozwalam sobie na jedzenie o tak poznej porze, ale co to szkodzi, ten jedyny raz, nikt sie nie dowie... tylko kawaleczek chlebka, w lodowce jest tez korniszonek, no nie jest to ogorek kiszony, ale przeciez musze sprawdzic, musze sie przekonac, czy sie nada do pozniejszej konsumpcji...
Nadal sie.
Maz i M, zobaczywszy mnie w kuchni spozywajaca chleb z zawartoscia patelni i zagryzajaca korniszonem, wykrzywili sie z obrzydzeniem. O godzinie 11 kroilam cebule i jablko aby dodac je do tluszczu i sporzadzic ten polski przysmak.
Nie moge sie doczekac jutra. Chyba bede musiala podwoic czas spedzony w fitness klubie.
Po raz pierwszy ciesze sie, ze A nie umyla patelni.
Wprawdzie nie do konca gotowy, brakuje jeszcze jabluszka i cebulki ale wyglada apetycznie, moze by tak sprawdzic, czy sie nada... jest juz grubo po 10 w nocy, normalnie nie pozwalam sobie na jedzenie o tak poznej porze, ale co to szkodzi, ten jedyny raz, nikt sie nie dowie... tylko kawaleczek chlebka, w lodowce jest tez korniszonek, no nie jest to ogorek kiszony, ale przeciez musze sprawdzic, musze sie przekonac, czy sie nada do pozniejszej konsumpcji...
Nadal sie.
Maz i M, zobaczywszy mnie w kuchni spozywajaca chleb z zawartoscia patelni i zagryzajaca korniszonem, wykrzywili sie z obrzydzeniem. O godzinie 11 kroilam cebule i jablko aby dodac je do tluszczu i sporzadzic ten polski przysmak.
Nie moge sie doczekac jutra. Chyba bede musiala podwoic czas spedzony w fitness klubie.
Po raz pierwszy ciesze sie, ze A nie umyla patelni.
Sunday, February 1, 2009
Tradycja i nowoczesnosc
Co sobote chodzimy z Mezem do Indonezyjsko-Amerykanskiego kosciola Adwentystow Dnia Siodmego.
Sala zawsze wypelniona jest Indonezyjczykami i osobami chinsko- indonezyjskiego pochodzenia (plus jeden Afroamerykanin, plus jedna biala kobieta, zgadnijcie kto). Msza prowadzona jest w dwoch jezykach, angielskim i indonezyjskim. Kazanie jest zwykle tlumaczone: jesli mowi pastor- na angielski, a jesli inna, angielskojezyczna osoba- na indonezyjski. Tlumacze zmieniaja sie, tak, jak wszyscy prowadzacy msze (kazdy ma obowiazek udzielac sie w jakis sposob). Najstarsi i najbardziej szanowani czlonkowie kosciola nazywani sa starszyzna.
Pastor mowi lamana angielszczyzna, ale jego kazania (mimo, iz sa tlumaczone) porywaja. Ma w sobie niezwykla pasje i charyzme, do tego jeszcze swietnie spiewa.
26 stycznia to pierwszy dzien Chinskiego Nowego Roku. W zeszla sobote osoby z korzeniami chinskimi ubraly sie odswietnie w kolorowe koszule i sukienki z haftowanymi smokami.
Kazda msza zawiera w sobie czesc dla dzieci. Ostatnio historie dla najmlodszych opowiadal B, kolega Meza z dziecinstwa. Po wszystkim pogratulowalam mu dobrej roboty i zainteresowalam sie, skad zna taka fajna opowiesc.
- Dziekuje- odparl B- historie znalazlem w internecie.
Kosciol dotrzymuje kroku postepowi technologicznemu: mamy tu cyfrowy rzutnik, ktorym wyswietlane sa na ekranie slowa piosenek, zdjecia i cytaty z Biblii. Ostatnio zaskoczyl mnie jeden pan, nalezacy do starszyzny kosciola, ktory w trakcie mszy czytal sobie Biblie... z ekranu iPhone'a. To samo robil moj Malzonek.
Pieniadze na ofiare zbierane sa do specjalnych woreczkow. Niektorzy wrzucaja rowniez czeki.
Po kazdej mszy wszyscy udaja sie na wspolny lunch do sali bankietowej przy kosciele. Serwowane sa tradycyjne indonezyjskie potrawy: ryz, ostra zupa, jajka gotowane z tofu, kluski... Po lunchu wszyscy wsiadaja do swoich samochodow (niektorych bardzo ekskluzywnych) i jada do domu. W poniedzialek ida do pracy. Wiekszosc czlonkow kosciola pracuje w branzy zdrowotnej: sa lekarzami, pielegniarzami lub pracownikami biur w szpitalach (bardzo szanowane i dobrze oplacane zawody w Ameryce).
Tak wlasnie tradycja miesza sie z nowoczesnoscia.
Sala zawsze wypelniona jest Indonezyjczykami i osobami chinsko- indonezyjskiego pochodzenia (plus jeden Afroamerykanin, plus jedna biala kobieta, zgadnijcie kto). Msza prowadzona jest w dwoch jezykach, angielskim i indonezyjskim. Kazanie jest zwykle tlumaczone: jesli mowi pastor- na angielski, a jesli inna, angielskojezyczna osoba- na indonezyjski. Tlumacze zmieniaja sie, tak, jak wszyscy prowadzacy msze (kazdy ma obowiazek udzielac sie w jakis sposob). Najstarsi i najbardziej szanowani czlonkowie kosciola nazywani sa starszyzna.
Pastor mowi lamana angielszczyzna, ale jego kazania (mimo, iz sa tlumaczone) porywaja. Ma w sobie niezwykla pasje i charyzme, do tego jeszcze swietnie spiewa.
26 stycznia to pierwszy dzien Chinskiego Nowego Roku. W zeszla sobote osoby z korzeniami chinskimi ubraly sie odswietnie w kolorowe koszule i sukienki z haftowanymi smokami.
Kazda msza zawiera w sobie czesc dla dzieci. Ostatnio historie dla najmlodszych opowiadal B, kolega Meza z dziecinstwa. Po wszystkim pogratulowalam mu dobrej roboty i zainteresowalam sie, skad zna taka fajna opowiesc.
- Dziekuje- odparl B- historie znalazlem w internecie.
Kosciol dotrzymuje kroku postepowi technologicznemu: mamy tu cyfrowy rzutnik, ktorym wyswietlane sa na ekranie slowa piosenek, zdjecia i cytaty z Biblii. Ostatnio zaskoczyl mnie jeden pan, nalezacy do starszyzny kosciola, ktory w trakcie mszy czytal sobie Biblie... z ekranu iPhone'a. To samo robil moj Malzonek.
Pieniadze na ofiare zbierane sa do specjalnych woreczkow. Niektorzy wrzucaja rowniez czeki.
Po kazdej mszy wszyscy udaja sie na wspolny lunch do sali bankietowej przy kosciele. Serwowane sa tradycyjne indonezyjskie potrawy: ryz, ostra zupa, jajka gotowane z tofu, kluski... Po lunchu wszyscy wsiadaja do swoich samochodow (niektorych bardzo ekskluzywnych) i jada do domu. W poniedzialek ida do pracy. Wiekszosc czlonkow kosciola pracuje w branzy zdrowotnej: sa lekarzami, pielegniarzami lub pracownikami biur w szpitalach (bardzo szanowane i dobrze oplacane zawody w Ameryce).
Tak wlasnie tradycja miesza sie z nowoczesnoscia.
Thursday, January 29, 2009
Marshall Canyon
Do tej pory jezdzilam na rowerze po dosc plaskich terenach, majac na sobie moje ladne, biale ubranko.
2 tygodnie temu wybralismy sie z Mezem na jazde po gorach. Tak zablocona i mokra nie bylam jeszcze nigdy w zyciu.
W weekend ponownie wyruszylismy w to samo miejsce. Tym razem ubralam sie w znacznie ciemniejszy stroj (mniej na nim widac bloto).
O 9 rano stawilismy sie punktualnie na parkingu przy Marshall Canyon. Czekajacy na nas znajomi znajomego (czterech Filipinczykow, jeden Chinczyk i jeden, jak ja, bialy) wymienili znaczace spojrzenia widzac z tylu naszego samochodu rozowy rower. Ulzylo im nieco gdy przekonali sie, ze bedzie na nim jechala dziewczyna, chociaz nie byli chyba tym faktem zachwyceni (wiadomo, baba zawsze zwolni tempo i bedzie marudzic, ze jej ciezko pod gore).
Ku zdumieniu facetow nie zostawalam w tyle. Mile od szczytu dwoch z nich stwierdzilo, ze nie chce im sie juz jechac pod gore, i ze poczekaja na tych, ktorzy sie zdecyduja pedalowac dalej (w grupie szesciu dzielnych smialkow bylam takze i ja).
Po pol mili pedalowania pod gore na rowerze zostalam tylko ja, bialy i Filipinczyk. Reszta, wliczajac mojego Meza, sapala i stekala idac i pchajac swoje maszyny.
- Dobra jestes- powiedzial zaskoczony A (Chinczyk, przyjaciel Meza).
Pozniej bylo juz z gorki, szalencza jazda po piasku, blocie i wodzie spowrotem do naszych samochodow.
Zanim sie rozstalismy wszyscy po kolei uscisneli mi reke i wyrazili chec wspolnej ze mna jazdy w przyszlosci. To byla dla mnie najlepsza nagroda za te wszystkie godziny spedzone na rowerze, w basenie i na silowni, za litry wylanego potu i bol miesni.
2 tygodnie temu wybralismy sie z Mezem na jazde po gorach. Tak zablocona i mokra nie bylam jeszcze nigdy w zyciu.
W weekend ponownie wyruszylismy w to samo miejsce. Tym razem ubralam sie w znacznie ciemniejszy stroj (mniej na nim widac bloto).
O 9 rano stawilismy sie punktualnie na parkingu przy Marshall Canyon. Czekajacy na nas znajomi znajomego (czterech Filipinczykow, jeden Chinczyk i jeden, jak ja, bialy) wymienili znaczace spojrzenia widzac z tylu naszego samochodu rozowy rower. Ulzylo im nieco gdy przekonali sie, ze bedzie na nim jechala dziewczyna, chociaz nie byli chyba tym faktem zachwyceni (wiadomo, baba zawsze zwolni tempo i bedzie marudzic, ze jej ciezko pod gore).
Ku zdumieniu facetow nie zostawalam w tyle. Mile od szczytu dwoch z nich stwierdzilo, ze nie chce im sie juz jechac pod gore, i ze poczekaja na tych, ktorzy sie zdecyduja pedalowac dalej (w grupie szesciu dzielnych smialkow bylam takze i ja).
Po pol mili pedalowania pod gore na rowerze zostalam tylko ja, bialy i Filipinczyk. Reszta, wliczajac mojego Meza, sapala i stekala idac i pchajac swoje maszyny.
- Dobra jestes- powiedzial zaskoczony A (Chinczyk, przyjaciel Meza).
Pozniej bylo juz z gorki, szalencza jazda po piasku, blocie i wodzie spowrotem do naszych samochodow.
Zanim sie rozstalismy wszyscy po kolei uscisneli mi reke i wyrazili chec wspolnej ze mna jazdy w przyszlosci. To byla dla mnie najlepsza nagroda za te wszystkie godziny spedzone na rowerze, w basenie i na silowni, za litry wylanego potu i bol miesni.
Monday, January 26, 2009
Postanowienia noworoczne
W pierwszym tygodniu stycznia postanowilysmy z A zapisac sie do fitness klubu (ja potrzebuje tego jak powietrza a A, ktora powoli osiaga rozmiary mlodego wielorybka, sama stwierdzila, ze musi cos ze soba zrobic).
Powital nas czarnoskory mlodzieniec, oprowadzil po klubie, opowiedzial o cenach i zasadach korzystania z przybytku i zapytal, czy mamy jeszcze jakies pytania. Nasuwalo sie nam tylko jedno:
-Czy tu zawsze jest tak tloczno?
Klub byl wypelniony ludzmi, wszystkie maszyny i caly basen byly zajete.
-Mamy pierwszy tydzien w pierwszym miesiacu nowego roku- odpowiedzial chlopak- Te tlumy, ktore tu widzicie, sa wynikiem postanowien noworocznych. Pod koniec miesiaca znacznie sie tu przerzedzi.
Stan na dzien wczorajszy: jakies 70% tlumow, ktore widzialysmy w zeszlym tygodniu, zniknelo. Zostala garstka ludzi.
Tak sie koncza postanowienia noworoczne. Dlatego ich nie robie. Po co sie potem meczyc wyrzutami sumienia?
Powital nas czarnoskory mlodzieniec, oprowadzil po klubie, opowiedzial o cenach i zasadach korzystania z przybytku i zapytal, czy mamy jeszcze jakies pytania. Nasuwalo sie nam tylko jedno:
-Czy tu zawsze jest tak tloczno?
Klub byl wypelniony ludzmi, wszystkie maszyny i caly basen byly zajete.
-Mamy pierwszy tydzien w pierwszym miesiacu nowego roku- odpowiedzial chlopak- Te tlumy, ktore tu widzicie, sa wynikiem postanowien noworocznych. Pod koniec miesiaca znacznie sie tu przerzedzi.
Stan na dzien wczorajszy: jakies 70% tlumow, ktore widzialysmy w zeszlym tygodniu, zniknelo. Zostala garstka ludzi.
Tak sie koncza postanowienia noworoczne. Dlatego ich nie robie. Po co sie potem meczyc wyrzutami sumienia?
Friday, January 9, 2009
Troche mocnych wrazen
Wczoraj wieczorem mielismy male trzesienie ziemi. Zahuczalo, zaszumialo, zakolysala sie lampa na stoliku. Trwalo to jakies dwie sekundy.
Dzis okolo 4 nad ranem obudzily nas jakies dziwne dzwieki, jakby skrobanie. Wyjrzelismy przez okno ale nie znalezlismy sprawcy nocnych halasow (podejrzewamy, ze to kot sasiadow, opos lub wiewiorka napedzily nam stracha biegajac po dachu).
Co zdarzy sie dzis?
Dzis okolo 4 nad ranem obudzily nas jakies dziwne dzwieki, jakby skrobanie. Wyjrzelismy przez okno ale nie znalezlismy sprawcy nocnych halasow (podejrzewamy, ze to kot sasiadow, opos lub wiewiorka napedzily nam stracha biegajac po dachu).
Co zdarzy sie dzis?
Wednesday, January 7, 2009
Normalni ludzie
Przez pierwszych kilka dni po przyjezdzie mieszkalismy z rodzicami Meza. Rodzice jak to rodzice- zawsze maja inne poglady na zycie niz ich dzieci. Aby uniknac konfliktow, 1-go stycznia wprowadzilismy sie do A, przyjaciolki Meza.
Juz od naszego z M slubu spieralismy sie o sprzatanie. Ja uwazalam, ze Maz niewystarczajaco mi pomaga, dziwilam sie, ze nie przeszkadzaja mu ubrania walajace sie po podlodze, ani brudne naczynia w zlewie. M mowil, ze mam obsesje, ze nie warto zatruwac sobie zycia kubkiem po kawie stojacym na stole przez caly dzien, i ze posprzata sie jak juz naprawde bedzie trzeba. Mowil mi rowniez, ze normalni ludzie nie zyja tak, jak ja. Normalni ludzie maja balagan w domu i sa z tym szczesliwi. Takie tam gadanie, oczywiscie nie wierzylam.
Przypominam sobie mieszkanie V, naszego przyjaciela z Alabamy. Nie mial czystych naczyn w kuchni, wszystkie brudne staly w zlewie od niepamietnych czasow. Lazienka prawdopodobnie nigdy nie byla myta. Ubrania lezaly wszedzie.
Mieszkanie rodzicow M... Salon jest w jakim takim porzadku, ale juz lazienka siostry Meza straszy brudna wanna i rozlanymi resztkami szamponu. Pokoj rodzicow pelen jest ubran porozkladanych na krzeslach.
Dom A. Lazienka... lepiej nie mowic (nawiasem mowiac skad u wszystkich ta awersja do czyszczenia lazienek? Przeciez wlasnie tam brud najbardziej rzuca sie w oczy). W kuchni na podlodze resztki chipsow. Lodowka lepi sie od wina. Na szklankach w kredensie szminkowe odciski ust. Lozko cale przykryte jest ubraniami i skarpetkami (zastanawia mnie jak A spi, czy po prostu wpelza pod ta sterte?).
NINIEJSZYM OSWIADCZAM, ZE MOJ MAZ MIAL RACJE. Normalni ludzie nie zyja tak jak ja. Normalni ludzie maja w domu balagan nie do opisania i brudne naczynia w zlewie. A ja jestem po prostu wyjatkiem, ktorego taki tryb zycia doprowadza do szalu.
Juz od naszego z M slubu spieralismy sie o sprzatanie. Ja uwazalam, ze Maz niewystarczajaco mi pomaga, dziwilam sie, ze nie przeszkadzaja mu ubrania walajace sie po podlodze, ani brudne naczynia w zlewie. M mowil, ze mam obsesje, ze nie warto zatruwac sobie zycia kubkiem po kawie stojacym na stole przez caly dzien, i ze posprzata sie jak juz naprawde bedzie trzeba. Mowil mi rowniez, ze normalni ludzie nie zyja tak, jak ja. Normalni ludzie maja balagan w domu i sa z tym szczesliwi. Takie tam gadanie, oczywiscie nie wierzylam.
Przypominam sobie mieszkanie V, naszego przyjaciela z Alabamy. Nie mial czystych naczyn w kuchni, wszystkie brudne staly w zlewie od niepamietnych czasow. Lazienka prawdopodobnie nigdy nie byla myta. Ubrania lezaly wszedzie.
Mieszkanie rodzicow M... Salon jest w jakim takim porzadku, ale juz lazienka siostry Meza straszy brudna wanna i rozlanymi resztkami szamponu. Pokoj rodzicow pelen jest ubran porozkladanych na krzeslach.
Dom A. Lazienka... lepiej nie mowic (nawiasem mowiac skad u wszystkich ta awersja do czyszczenia lazienek? Przeciez wlasnie tam brud najbardziej rzuca sie w oczy). W kuchni na podlodze resztki chipsow. Lodowka lepi sie od wina. Na szklankach w kredensie szminkowe odciski ust. Lozko cale przykryte jest ubraniami i skarpetkami (zastanawia mnie jak A spi, czy po prostu wpelza pod ta sterte?).
NINIEJSZYM OSWIADCZAM, ZE MOJ MAZ MIAL RACJE. Normalni ludzie nie zyja tak jak ja. Normalni ludzie maja w domu balagan nie do opisania i brudne naczynia w zlewie. A ja jestem po prostu wyjatkiem, ktorego taki tryb zycia doprowadza do szalu.
Monday, January 5, 2009
Sielanka
Rozmawialam dzis z M. W Iowa jest -10 stopni i pada snieg.
A w Californi?
W Californi jest 30 stopni.
Wstalam dzis kolo godziny 10, zalozylam kostium i poszlam opalac sie do ogrodu. Pogapilam sie na niebieskie niebo i rosnaca nieopodal palme. Zjadlam mandarynke, ktora spadla na nasz trawnik z rosnacego u sasiadow drzewa (byla bardzo slodka i soczysta).
Jednym slowem sielanka.
A w Californi?
W Californi jest 30 stopni.
Wstalam dzis kolo godziny 10, zalozylam kostium i poszlam opalac sie do ogrodu. Pogapilam sie na niebieskie niebo i rosnaca nieopodal palme. Zjadlam mandarynke, ktora spadla na nasz trawnik z rosnacego u sasiadow drzewa (byla bardzo slodka i soczysta).
Jednym slowem sielanka.
Saturday, January 3, 2009
Agricultural control
Przy wjezdzie do Californi zostalismy zatrzymani (jak wszyscy podrozujacy do tego stanu) na stacji agricultural control (w takim miejscu specjalne sluzby sprawdzaja, czy nie wwozimy zakazanych owocow lub warzyw).
- Nie oddam jablek i gruszek!- mowilam placzliwie do Meza, sciskajac ekologiczne owoce, ktore przed wyjazdem podarowal nam jego szef.
Okazalo sie, ze to nie o jablka i gruszki chodzilo.
Suszone porzeczki rowniez nie wzbudzily niezdrowego zainteresowania panow na stacji.
Panowie zapytali sie Meza, czy przewozimy jakies rosliny, a ten, uczciwie odparl, ze tak (za szczerzy jestesmy, za honorowi...). Palma i kwiat jabloni przeszly kontrole bez szwanku.
Zabrali nam awokado.
Awokado, ktore Maz samodzielnie wyhodowal 5 lat temu w sloiku, z pestki owocu, ktory kupil w hipermarkecie.
Awokado, ktore po dwoch latach przesadzilismy do malej doniczki.
Awokado, ktore w koncu przesadzilismy do duzej doniczki, ktore zaczelo puszczac duze, zielone liscie, i ktore przetrwalo 2 przeprowadzki!
Smutno nam.
Zartujemy sobie, ze czesc tej rosliny zyje w naszej kotce, ktora uwielbiala zuc liscie awokado i kopac w doniczce. Teraz pozostalo nam juz tylko wspomnienie i pare ujec na moich filmikach YouTube...
W ramach zemsty bede probowac wyhodowac rosline z pestki kazdego awokado, ktore zjem.
- Nie oddam jablek i gruszek!- mowilam placzliwie do Meza, sciskajac ekologiczne owoce, ktore przed wyjazdem podarowal nam jego szef.
Okazalo sie, ze to nie o jablka i gruszki chodzilo.
Suszone porzeczki rowniez nie wzbudzily niezdrowego zainteresowania panow na stacji.
Panowie zapytali sie Meza, czy przewozimy jakies rosliny, a ten, uczciwie odparl, ze tak (za szczerzy jestesmy, za honorowi...). Palma i kwiat jabloni przeszly kontrole bez szwanku.
Zabrali nam awokado.
Awokado, ktore Maz samodzielnie wyhodowal 5 lat temu w sloiku, z pestki owocu, ktory kupil w hipermarkecie.
Awokado, ktore po dwoch latach przesadzilismy do malej doniczki.
Awokado, ktore w koncu przesadzilismy do duzej doniczki, ktore zaczelo puszczac duze, zielone liscie, i ktore przetrwalo 2 przeprowadzki!
Smutno nam.
Zartujemy sobie, ze czesc tej rosliny zyje w naszej kotce, ktora uwielbiala zuc liscie awokado i kopac w doniczce. Teraz pozostalo nam juz tylko wspomnienie i pare ujec na moich filmikach YouTube...
W ramach zemsty bede probowac wyhodowac rosline z pestki kazdego awokado, ktore zjem.
Subscribe to:
Posts (Atom)