Monday, March 30, 2009

Markery

Czy wiecie, ze aby kupic markery w Californi, trzeba miec przynajmniej 18 lat?
Ja tez nie wiedzialam. Do wczoraj, kiedy mila pani kasjerka kazala mi pokazac dowod przy ich zakupie.
- Ze niby co, moglabym sie ich nawachac?- zagadnelam przyjaznie.
Na twarzy kasjerki pojawil sie wyraz zaklopotania, po czym odpowiedziala:
- Prawde mowiac nie mam pojecia.

Dopiero w domu Maz wytlumaczyl mi, ze chodzi tu o walke z wandalami piszacymi po murach.

Friday, March 27, 2009

Widzialam Baracka Obame!

Dzis rano, okolo godziny 9, zadzwonil do nas tata Meza z informacja, iz zablokowano ulice, przy ktorej mieszka, a odwiedzajacy Californie prezydent Barack Obama bedzie przejezdzal niemalze pod jego oknami.
Nie ludzilam sie, ze uda mi sie zobaczyc glowe panstwa z bliska. Bylam przekonana, ze jesli nawet nie bedzie tlumow, to pancerna, przyciemniana szyba limuzyny skutecznie ograniczy widocznosc. Bez wiekszego entuzjazmu ubralam sie i zrobilam szybki makijaz. Chwile pozniej siedzialam juz z Mezem (zaopatrzonym w aparat fotograficzny z obiektywem o rozmiarach, ktorych nie powstydzilby sie zawodowy paparazzi) w samochodzie.
Tlumow faktycznie nie bylo. Na rogach skrzyzowania stalo kilkanascie osob, glownie Meksykanow. Niektorzy siedzieli na malych, rozkladanych krzeselkach, inni wprost na chodniku.
Okazalo sie, ze spoznilismy sie na przejazd Obamy, jednak ulice wciaz pozostawaly zablokowane, a policjanci, krazacy na swoich wielkich motocyklach, stanowczo zabraniali przechodzenia przez ulice. Sugerowalo to, ze prezydencki konwoj bedzie jeszcze wracal.
- Prezydent nie przyjedzie- stwierdzil autorytatywnie Maz.- zobacz, jacy policjanci sa odprezeni.
Rzeczywiscie, policjant obok mnie zdjal kask, wyjal iPhone'a i wyslal smsa. Po wykonaniu tej czynnosci zajal sie polerowaniem swojego motocykla miekka szmatka.
Bylo bardzo goraco. Dolaczylam do gapiow siedzacych na chodniku i zajelam sie robieniem zdjec policjantom, wozom opancerzonym i zolnierzom z karabinami. Potem oddalam aparat Mezowi i zaczelam zastanawiac sie, czy siedzenie w upale ma sens, i czy nie lepiej wrocic do domu.
Okolo godziny 11:00 policjant obok zalozyl kask i ponownie zaczal krazyc po ulicy. W oddali zamigaly jakies swiatla. Po chwili w naszym kierunku zmierzal konwoj motocykli, policyjnych aut i wozow opancerzonych (w ktorych podobno siedza specjalnie wyszkoleni snajperzy gotowi zastrzelic z pistoletow maszynowych kazdego, kto tylko krzywo spojrzy). Wsrod nich jechaly dwie czarne limuzyny, ozdobione prezydenckim znakiem i amerykanskimi flagami. Zgromadzeni na chodniku ludzie zaczeli gwizdac, klaskac i wznosic okrzyki. Mnie rowniez udzielil sie radosny nastroj, poszlam wiec w ich slady. Maz robil zdjecie za zdjeciem.
W drugiej z limuzyn, na tylnym siedzeniu, siedzial prezydent Stanow Zjednoczonych Barack Obama, i machal przyjaznie do tlumu. Widzialam jego twarz i dlon przez pancerna szybe. I cieszylam sie jak dziecko.
Konwoj oddalil sie kilka sekund pozniej a ulice zostaly odblokowane. Maz pokazal mi fotografie, ktore zrobil. Na jednej z nich wyraznie widac Baracka Obame w bialej koszuli z krawatem, jego skupiona twarz i dlon z szeroka obraczka. Zaloze sie, ze nikt z gapiow nie zrobil lepszego zdjecia.
Patrzac na zdjecie zastanawiam sie, o czym myslal prezydent, kiedy mijal nas w tej limuzynie: o przemowieniu, ktore zaraz wyglosi w jednej z Californijskich szkol? O nocnym programie telewizyjnym, ktory niebawem bedzie nagrywal w studiu z Jay'em Leno? O problemach ekonomicznych? A moze o zonie Michelle i o coreczkach? To wie tylko on. A ja wiem, ze widzialam z bliska prezydenta Stanow Zjednoczonych. Albo jego calkiem udanego sobowtora.

Bo on sie boi myszy

Kilka dni temu Maz zapalal ochota grzebania w swojej Mazdzie RX7. Pokusa byla tak silna, ze po znalezieniu niezbednych narzedzi Maz byl gotow do zabawy w mechanika o 9 wieczorem (chcialabym, aby byl tak gotowy do pomocy mi w sprzataniu, ale niestety, w przypadku tego rodzaju ochoty Malzonek zdaje sie czekac i zwlekac az mu w koncu przejdzie). Chcac nie chcac poszlam mu towarzyszyc (Maz jest zawsze bardzo szczesliwy majac mnie obok jako widownie lub pomoc). Zaopatrzona w szklanke wina zajelam miejsce na kanapie stojacej w garazu jeszcze od naszej przeprowadzki.
M. postawil narzedzia obok siebie na ziemi, otworzyl maske. Ciemny ksztalt, poruszajacy sie szybko w okolicy akumulatora sprawil, ze podskoczyl wystraszony.
- Mysz! Mysz!- zawolal cienkim glosem.
- E tam mysz- odparlam flegmatycznie- pewnie cos ci sie wydawalo.
- Jak wydawalo?- zapytal oburzony- przeciez zrobila sobie tu poslanie, sama zobacz!
Rzeczywiscie, gdy podeszlam blizej dostrzeglam sterte lisci miedzy kablami, caly akumulator zas ozdobiony byl malymi kupkami. Po malym winowajcy nie bylo juz ani sladu.
- Ja nie wiem, czy ja chce teraz pracowac nad tym samochodem- powiedzial maz drapiac sie w glowe- ta mysz pewnie czai sie gdzies pod maska...
- ... i na pewno czeka tylko na okazje, aby ci odgryzc reke- dokonczylam.- po prostu wyrzuc liscie i zmiec odchody, nie przypuszczam, zeby ona tu wrocila.
- Ja nie chce tego dotykac!- zawolal rozpaczliwie Maz.
- To co, moze ja mam to zrobic za ciebie?- Zapytalam
- Tak- odparl maz kaprysnie.
Popatrzylam na niego ze zdziwieniem, po czym zalozylam gumowe rekawiczki i jednym ruchem pozbylam sie dowodow nielegalnego pobytu myszy w mazdzie.
- Dziekuje- w glosie Meza slychac bylo ulge- ja naprawde nie lubie gryzoni.
Pomyslalam sobie, ze awersja do gryzoni to jedno, a klasyczny, babski strach przed myszami to drugie. Maz niechetnie wlozyl rece we wnetrznosci samochodu, starajac sie nie zblizac w zamyszony rejon. Gdy tylko powial wiatr, wywolujac jakies szelesty w okolicy, M podskakiwal niespokojnie. Postanowilam umilic sobie czas niewinnym zarcikiem.
- Mysz! Mysz!- zawolalam udajac przestraszona i pokazujac palcem okolice stopy Meza.
M podskoczyl na metr w gore, wypuscil trzymane narzedzia i chyba rozwazal opcje ucieczki, gdy zobaczyl mnie, tarzajaca sie po kanapie i smiejaca sie do rozpuku. Chyba wtedy zdal sobie sprawe, jak smiesznie musial wygladac. Probowal zbyc cala sytuacje komentarzem "och, dobry zart" i nerwowym rechotem. Ja szczerze zalowalam, ze nie nagralam calej sytuacji kamera w telefonie komorkowym. Naprawde bylo na co popatrzec.
Mysz nie pokazala sie juz tamtego wieczoru. Chodzacy wokol rudy kot sasiadow dal mi sporo do myslenia na temat jej losu. Ilekroc jednak Maz otwiera maske samochodu, robi to zachowujac specjalna ostroznosc.

Sunday, March 22, 2009

Imie

Czy Wasze instrumenty maja imiona? A samochody? Moje nigdy nie mialy, ale znam cala mase ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom.
Moja gitara basowa nie ma imienia, jestem jednak przekonana, ze jest rodzaju meskiego.
Do tej pory uwazalam ludzi, ktorzy nadaja imiona swoim ulubionym przedmiotom, za dziwakow. Do czasu, gdy zdalam sobie sprawe, ze 5 lat temu nadalam swojemu laptopowi wdzieczne imie Herman. Tak tez zawsze o nim myslalam. Co wiecej, czasem nawet przemawialam do niego z czuloscia.
Do dzis nikt o tym nie wiedzial.
Tak, jestem jednym z tych dziwakow.

A Wy? Nadajecie imiona swoim ukochanym przedmiotom? Gitarom? Samochodom? Laptopom?

Thursday, March 19, 2009

Wrocilam

Tak, wiem, nie odzywam sie juz ponad miesiac, ale mialam powody.
Najpierw bylam chora.
Potem znowu bylam chora.
Pozniej moj laptop spektatularnie odmowil wspolpracy wyswietlajac tzw. Blekitny Ekran Smierci. Acer Aspire sluzyl mi wiernie przez jakies 5 lat, nalezy mu sie zasluzony wieczny odpoczynek.
Moj nowy nabytek wita mnie codziennie ikonka z literami "hp" i mieniacym sie znaczkiem Windows Visty.
Wrocilam. I bede pisac.

Wednesday, February 11, 2009

Niech zyje kryzys!

Po wyjsciu do klubu z moimi nowymi kolezankami postanowilam sprawic sobie nowa garderobe. Nie przypuszczalam, ze style i zwyczaje sa tak rozne w roznych czesciach Stanow. W moich wyjsciowych ubraniach, ktore nosilam w Iowa, wygladalam jak szara mysz.
Odwiedzilam kilka sklepow, w tym Forever 21 i Kohl's. Mnostwo rzeczy bylo przecenionych o 60- 80 procent, i to nie jakies "odrzuty", ale calkiem przyzwoite ubrania. Nabylam 2 bluzki, pasek, pare bransoletek i dwie pary spodni. W rece wpadla mi rowniez bardzo ladna sukienka, ktora kosztowala $30 ale jakims cudem znalazla sie na wieszaku z rzeczami na wyprzedazy. Podeszlam do kasy aby dowiedziec sie, cena zostala juz zredukowana, czy tez sukienka zostala przypadkowo ulokowana w tym wlasnie miejscu.
- To pomylka- stwierdzila ekspedientka- sukienka naprawde kosztuje $30... ale moge pani dac specjalna znizke 80%.
!!!
Z takiej znizki grzech nie skorzystac.

Kto powiedzial, ze kryzys gospodarczy jest zly?

Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze ci, ktorzy maja wielkie inwestycje lub graja na gieldzie, nie sa obecnie w najlepszej sytuacji, jednak ludzie tacy jak ja nie maja sie o co martwic. I jeszcze moga sie bardzo przyzwoicie ubrac za niewielkie pieniadze. Teraz bede blyszczec na wszystkich przyjeciach. Musze jednak uwazac: jeden nieostrozny ruch i wszyscy zobacza mnie pol naga (kalifornijskie ubrania sa zrobione z... hmm.... bardzo niewielkiej ilosci materialu, ktory lubi sie rozchylac w najbardziej niespodziewanych momentach).

Wednesday, February 4, 2009

Smalec

Kilka godzin temu A z kolega M robili sobie BLT sandwich (czyli kanapke z boczkiem, salata i pomidorem) i jak zwykle po sobie nie posprzatali. Gdy pol godziny temu weszlam do kuchni, oczom moim ukazal sie widok niezwykly i kuszacy: smalczyk na patelni.
Wprawdzie nie do konca gotowy, brakuje jeszcze jabluszka i cebulki ale wyglada apetycznie, moze by tak sprawdzic, czy sie nada... jest juz grubo po 10 w nocy, normalnie nie pozwalam sobie na jedzenie o tak poznej porze, ale co to szkodzi, ten jedyny raz, nikt sie nie dowie... tylko kawaleczek chlebka, w lodowce jest tez korniszonek, no nie jest to ogorek kiszony, ale przeciez musze sprawdzic, musze sie przekonac, czy sie nada do pozniejszej konsumpcji...

Nadal sie.
Maz i M, zobaczywszy mnie w kuchni spozywajaca chleb z zawartoscia patelni i zagryzajaca korniszonem, wykrzywili sie z obrzydzeniem. O godzinie 11 kroilam cebule i jablko aby dodac je do tluszczu i sporzadzic ten polski przysmak.
Nie moge sie doczekac jutra. Chyba bede musiala podwoic czas spedzony w fitness klubie.
Po raz pierwszy ciesze sie, ze A nie umyla patelni.

Sunday, February 1, 2009

Tradycja i nowoczesnosc

Co sobote chodzimy z Mezem do Indonezyjsko-Amerykanskiego kosciola Adwentystow Dnia Siodmego.
Sala zawsze wypelniona jest Indonezyjczykami i osobami chinsko- indonezyjskiego pochodzenia (plus jeden Afroamerykanin, plus jedna biala kobieta, zgadnijcie kto). Msza prowadzona jest w dwoch jezykach, angielskim i indonezyjskim. Kazanie jest zwykle tlumaczone: jesli mowi pastor- na angielski, a jesli inna, angielskojezyczna osoba- na indonezyjski. Tlumacze zmieniaja sie, tak, jak wszyscy prowadzacy msze (kazdy ma obowiazek udzielac sie w jakis sposob). Najstarsi i najbardziej szanowani czlonkowie kosciola nazywani sa starszyzna.
Pastor mowi lamana angielszczyzna, ale jego kazania (mimo, iz sa tlumaczone) porywaja. Ma w sobie niezwykla pasje i charyzme, do tego jeszcze swietnie spiewa.
26 stycznia to pierwszy dzien Chinskiego Nowego Roku. W zeszla sobote osoby z korzeniami chinskimi ubraly sie odswietnie w kolorowe koszule i sukienki z haftowanymi smokami.
Kazda msza zawiera w sobie czesc dla dzieci. Ostatnio historie dla najmlodszych opowiadal B, kolega Meza z dziecinstwa. Po wszystkim pogratulowalam mu dobrej roboty i zainteresowalam sie, skad zna taka fajna opowiesc.
- Dziekuje- odparl B- historie znalazlem w internecie.
Kosciol dotrzymuje kroku postepowi technologicznemu: mamy tu cyfrowy rzutnik, ktorym wyswietlane sa na ekranie slowa piosenek, zdjecia i cytaty z Biblii. Ostatnio zaskoczyl mnie jeden pan, nalezacy do starszyzny kosciola, ktory w trakcie mszy czytal sobie Biblie... z ekranu iPhone'a. To samo robil moj Malzonek.
Pieniadze na ofiare zbierane sa do specjalnych woreczkow. Niektorzy wrzucaja rowniez czeki.
Po kazdej mszy wszyscy udaja sie na wspolny lunch do sali bankietowej przy kosciele. Serwowane sa tradycyjne indonezyjskie potrawy: ryz, ostra zupa, jajka gotowane z tofu, kluski... Po lunchu wszyscy wsiadaja do swoich samochodow (niektorych bardzo ekskluzywnych) i jada do domu. W poniedzialek ida do pracy. Wiekszosc czlonkow kosciola pracuje w branzy zdrowotnej: sa lekarzami, pielegniarzami lub pracownikami biur w szpitalach (bardzo szanowane i dobrze oplacane zawody w Ameryce).

Tak wlasnie tradycja miesza sie z nowoczesnoscia.

Thursday, January 29, 2009

Marshall Canyon

Do tej pory jezdzilam na rowerze po dosc plaskich terenach, majac na sobie moje ladne, biale ubranko.
2 tygodnie temu wybralismy sie z Mezem na jazde po gorach. Tak zablocona i mokra nie bylam jeszcze nigdy w zyciu.
W weekend ponownie wyruszylismy w to samo miejsce. Tym razem ubralam sie w znacznie ciemniejszy stroj (mniej na nim widac bloto).
O 9 rano stawilismy sie punktualnie na parkingu przy Marshall Canyon. Czekajacy na nas znajomi znajomego (czterech Filipinczykow, jeden Chinczyk i jeden, jak ja, bialy) wymienili znaczace spojrzenia widzac z tylu naszego samochodu rozowy rower. Ulzylo im nieco gdy przekonali sie, ze bedzie na nim jechala dziewczyna, chociaz nie byli chyba tym faktem zachwyceni (wiadomo, baba zawsze zwolni tempo i bedzie marudzic, ze jej ciezko pod gore).
Ku zdumieniu facetow nie zostawalam w tyle. Mile od szczytu dwoch z nich stwierdzilo, ze nie chce im sie juz jechac pod gore, i ze poczekaja na tych, ktorzy sie zdecyduja pedalowac dalej (w grupie szesciu dzielnych smialkow bylam takze i ja).
Po pol mili pedalowania pod gore na rowerze zostalam tylko ja, bialy i Filipinczyk. Reszta, wliczajac mojego Meza, sapala i stekala idac i pchajac swoje maszyny.
- Dobra jestes- powiedzial zaskoczony A (Chinczyk, przyjaciel Meza).
Pozniej bylo juz z gorki, szalencza jazda po piasku, blocie i wodzie spowrotem do naszych samochodow.
Zanim sie rozstalismy wszyscy po kolei uscisneli mi reke i wyrazili chec wspolnej ze mna jazdy w przyszlosci. To byla dla mnie najlepsza nagroda za te wszystkie godziny spedzone na rowerze, w basenie i na silowni, za litry wylanego potu i bol miesni.

Monday, January 26, 2009

Postanowienia noworoczne

W pierwszym tygodniu stycznia postanowilysmy z A zapisac sie do fitness klubu (ja potrzebuje tego jak powietrza a A, ktora powoli osiaga rozmiary mlodego wielorybka, sama stwierdzila, ze musi cos ze soba zrobic).
Powital nas czarnoskory mlodzieniec, oprowadzil po klubie, opowiedzial o cenach i zasadach korzystania z przybytku i zapytal, czy mamy jeszcze jakies pytania. Nasuwalo sie nam tylko jedno:
-Czy tu zawsze jest tak tloczno?
Klub byl wypelniony ludzmi, wszystkie maszyny i caly basen byly zajete.
-Mamy pierwszy tydzien w pierwszym miesiacu nowego roku- odpowiedzial chlopak- Te tlumy, ktore tu widzicie, sa wynikiem postanowien noworocznych. Pod koniec miesiaca znacznie sie tu przerzedzi.
Stan na dzien wczorajszy: jakies 70% tlumow, ktore widzialysmy w zeszlym tygodniu, zniknelo. Zostala garstka ludzi.

Tak sie koncza postanowienia noworoczne. Dlatego ich nie robie. Po co sie potem meczyc wyrzutami sumienia?

Friday, January 9, 2009

Troche mocnych wrazen

Wczoraj wieczorem mielismy male trzesienie ziemi. Zahuczalo, zaszumialo, zakolysala sie lampa na stoliku. Trwalo to jakies dwie sekundy.
Dzis okolo 4 nad ranem obudzily nas jakies dziwne dzwieki, jakby skrobanie. Wyjrzelismy przez okno ale nie znalezlismy sprawcy nocnych halasow (podejrzewamy, ze to kot sasiadow, opos lub wiewiorka napedzily nam stracha biegajac po dachu).
Co zdarzy sie dzis?

Wednesday, January 7, 2009

Normalni ludzie

Przez pierwszych kilka dni po przyjezdzie mieszkalismy z rodzicami Meza. Rodzice jak to rodzice- zawsze maja inne poglady na zycie niz ich dzieci. Aby uniknac konfliktow, 1-go stycznia wprowadzilismy sie do A, przyjaciolki Meza.

Juz od naszego z M slubu spieralismy sie o sprzatanie. Ja uwazalam, ze Maz niewystarczajaco mi pomaga, dziwilam sie, ze nie przeszkadzaja mu ubrania walajace sie po podlodze, ani brudne naczynia w zlewie. M mowil, ze mam obsesje, ze nie warto zatruwac sobie zycia kubkiem po kawie stojacym na stole przez caly dzien, i ze posprzata sie jak juz naprawde bedzie trzeba. Mowil mi rowniez, ze normalni ludzie nie zyja tak, jak ja. Normalni ludzie maja balagan w domu i sa z tym szczesliwi. Takie tam gadanie, oczywiscie nie wierzylam.

Przypominam sobie mieszkanie V, naszego przyjaciela z Alabamy. Nie mial czystych naczyn w kuchni, wszystkie brudne staly w zlewie od niepamietnych czasow. Lazienka prawdopodobnie nigdy nie byla myta. Ubrania lezaly wszedzie.
Mieszkanie rodzicow M... Salon jest w jakim takim porzadku, ale juz lazienka siostry Meza straszy brudna wanna i rozlanymi resztkami szamponu. Pokoj rodzicow pelen jest ubran porozkladanych na krzeslach.
Dom A. Lazienka... lepiej nie mowic (nawiasem mowiac skad u wszystkich ta awersja do czyszczenia lazienek? Przeciez wlasnie tam brud najbardziej rzuca sie w oczy). W kuchni na podlodze resztki chipsow. Lodowka lepi sie od wina. Na szklankach w kredensie szminkowe odciski ust. Lozko cale przykryte jest ubraniami i skarpetkami (zastanawia mnie jak A spi, czy po prostu wpelza pod ta sterte?).

NINIEJSZYM OSWIADCZAM, ZE MOJ MAZ MIAL RACJE. Normalni ludzie nie zyja tak jak ja. Normalni ludzie maja w domu balagan nie do opisania i brudne naczynia w zlewie. A ja jestem po prostu wyjatkiem, ktorego taki tryb zycia doprowadza do szalu.

Monday, January 5, 2009

Sielanka

Rozmawialam dzis z M. W Iowa jest -10 stopni i pada snieg.

A w Californi?
W Californi jest 30 stopni.
Wstalam dzis kolo godziny 10, zalozylam kostium i poszlam opalac sie do ogrodu. Pogapilam sie na niebieskie niebo i rosnaca nieopodal palme. Zjadlam mandarynke, ktora spadla na nasz trawnik z rosnacego u sasiadow drzewa (byla bardzo slodka i soczysta).
Jednym slowem sielanka.

Saturday, January 3, 2009

Agricultural control

Przy wjezdzie do Californi zostalismy zatrzymani (jak wszyscy podrozujacy do tego stanu) na stacji agricultural control (w takim miejscu specjalne sluzby sprawdzaja, czy nie wwozimy zakazanych owocow lub warzyw).
- Nie oddam jablek i gruszek!- mowilam placzliwie do Meza, sciskajac ekologiczne owoce, ktore przed wyjazdem podarowal nam jego szef.
Okazalo sie, ze to nie o jablka i gruszki chodzilo.
Suszone porzeczki rowniez nie wzbudzily niezdrowego zainteresowania panow na stacji.

Panowie zapytali sie Meza, czy przewozimy jakies rosliny, a ten, uczciwie odparl, ze tak (za szczerzy jestesmy, za honorowi...). Palma i kwiat jabloni przeszly kontrole bez szwanku.
Zabrali nam awokado.
Awokado, ktore Maz samodzielnie wyhodowal 5 lat temu w sloiku, z pestki owocu, ktory kupil w hipermarkecie.
Awokado, ktore po dwoch latach przesadzilismy do malej doniczki.
Awokado, ktore w koncu przesadzilismy do duzej doniczki, ktore zaczelo puszczac duze, zielone liscie, i ktore przetrwalo 2 przeprowadzki!

Smutno nam.

Zartujemy sobie, ze czesc tej rosliny zyje w naszej kotce, ktora uwielbiala zuc liscie awokado i kopac w doniczce. Teraz pozostalo nam juz tylko wspomnienie i pare ujec na moich filmikach YouTube...

W ramach zemsty bede probowac wyhodowac rosline z pestki kazdego awokado, ktore zjem.

Tuesday, December 30, 2008

Nowy rozdzial

2:00. Docieramy do Los Angeles. Temperatura w nocy to okolo 10 stopni Celsjusza. Rano jest juz 25. O tej samej porze w Fairfield jest jakies 5.

Znowu zaczynam nowe zycie.

Monday, December 29, 2008

Trzeci dzien przeprowadzki i rozmaitosc form przyrody

2:00. Dojezdzamy do Grand Junction, Colorado, gdzie spedzamy noc.
11:00. Wstajemy. Pakujemy rzeczy do auta. Wyruszamy w dalsza droge.
12:00. Przed wjazdem do Utah tankujemy do pelna (w Utah sa miejsca gdzie trudno o stacje benzynowa) oraz kupujemy sniadanie w Subway.
13:00. Wjezdzamy do Utah.
Zawsze chcialam zobaczyc gory w Stanach, te gory, ktore (bedac mala dziewczynka) widzialam na amerykanskich filmach. Tego dnia spelnilo sie moje marzenie. Widzialam gory biale, zolte, zielone, brazowe i czerwone, widzialam strome skaly i okragle pagorki, widzialam gory ze sniegiem i bez niego, porosle drzewami i krzewami oraz nagie, gory straszne i gory piekne. To wszystko bylo tam, w Utah.
XX:XX. Wjezdzamy do Arizony.
XX:XX. Wjezdzamy do Nevady. Niedlugo witaja nas swiatla Las Vegas. Zastanawiam sie, ile wynosi miesieczny rachunek tego miasta za prad, oraz co dzieje sie, gdy im akurat tego pradu zabraknie.
21:30. Docieramy do Californi. Zatrzymujemy sie w Baker aby spozyc kolacje w Del Taco, ulubionym californijskim fastfoodzie Meza, po czym ruszamy w dalsza droge...

Sunday, December 28, 2008

Drugi dzien przeprowadzki i smierdzace hamulce

7:00. Wstajemy, jemy sniadanie, pakujemy rzeczy do auta. Pom- Pom, widzac, ze nie poprzestajemy na jednym dniu jazdy, decyduje sie przespac podroz miedzy deska rozdzielcza a przednia szyba ciezarowki.
9:00. Wyruszamy w dalsza droge.
XX:XX. Wjezdzamy do Colorado. Krajobraz zmienia sie z plaskiego na pagorkowaty az w koncu, w Denver, widzimy piekne gory.
14:00. Odwiedzamy przyjaciol i rodzine w Denver. Po raz pierwszy zostaje nazwana "kaka" przez dzieci kuzynki Meza ("kaka" to okreslenie wyrazajace szacunek i oznaczajace starsza siostre).
16:00. Odwiedzamy Red Rocks Amphitheatre, po czym ruszamy w dalsza droge.
17:00. W ciezarowce zapala sie lampka kontrolna "sprawdz silnik". Dzwonimy do biura obslugi klienta sieci U-HAUL. Pan mowi nam, ze o ile nic innego sie nie dzieje, to mozna spokojnie jechac dalej bo to pewnie "falszywy alarm".
18:00. Jedziemy dalej. Wjezdzamy na gorska droge, gdzie spadek (lub stromizna) drogi wynosi 8% a dlugosc zjazdu po nim 10 mil. Ciezarowka ledwo ciagnie pod gore, pomimo, iz Maz jedzie na najnizszym mozliwym biegu. Przy zjezdzie z gory w samochodzie cos zaczyna dziwnie smierdziec.
19:30. Dojezdzamy do Silverthorne, Colorado, i ponownie dzwonimy do biura obslugi klienta. Tym razem nalegamy, aby przyjechal do nas fachowiec i sprawdzil silnik, sprzeglo i hamulce.
20:30. Fachowiec, po sprawdzeniu auta stwierdza, ze nic niepokojacego nie widzi. Resetuje rowniez kontrolke "sprawdz silnik". Jedziemy dalej...

Duchowe oswiecenie

Za kazdym razem gdy slyszalam okreslenie "duchowe oswiecenie" stawala mi przed oczami scena z ksiazki (lub filmu) "Bridget Jones", w ktorej glowna bohaterka spozywala grzybki halucynogenne. W myslach pojawialy mi sie rzeczy takie jak Tajlandia, narkotyki, Indie, medytacja, ludzie, ktorzy maja za duzo wolnego czasu, dziwacy, sekty i ogolna sciema.
Dwa i pol roku w Stanach Zjednoczonych (w tym 10 niezwykle istotnych miesiecy w F, Iowa) sprawilo, ze zmienilam zdanie.

W Alabamie kazda nowo poznana osoba pytala mnie, gdzie chodze do kosciola.
W F kazda nowo poznana osoba pyta mnie, czy medytuje. Nie, nie medytuje, ale bardzo bym chciala, bo widze efekty medytacji w zyciu tych, ktorzy to robia.
D, moj "kolega od gitary", szybko awansowal do jednego z moich blizszych przyjaciol. Nasze rozmowy stopniowo dotykaly coraz to powazniejszych i delikatniejszych kwestii. D wiele w zyciu przeszedl. Kilka lat temu doznal duchowego oswiecenia i od tamtej pory jest innym czlowiekiem, widzi i rozumie sprawy, ktore dla innych sa niezrozumiale.
Po jednej z naszych rozmow D pozyczyl mi ksiazke Byron Katie "Loving What Is". Przeczytalam jednym tchem. Czytajac odczuwalam rozmaite emocje, od fascynacji i entuzjazmu przez niezrozumienie az po zlosc, ze to, o czym pisze Byron Katie jest tak dalekie od mojego pojmowania rzeczywistosci, a jednoczesnie tak prawdziwe. Kilka dni pozniej mialam sesje z mama D, J, ktora pomaga ludziom znalezc ich wlasna droge w zyciu.
Ostatnich kilka tygodni jest w moim zyciu wielkim przelomem.

Zdalam sobie sprawe, ze najbardziej stresujace sytuacje w zyciu czlowieka to przeprowadzka, rozwod i smierc.
Zrozumialam, ze nikt nie jest w stanie uszczesliwic mnie tak, jak moge to zrobic ja sama.
Ucze sie, ze akceptacja tego, co bolesne, jest kluczem do osiagniecia szczescia i spokoju.
Zrozumialam, ze wiekszosc cierpienia, jakiego doswiadczamy w zyciu, bierze sie z mysli, ktore tworza sie w naszej glowie, z tego, co nam sie wydaje, ze jest, a tak naprawde wcale nie musi miec racji bytu.
Zrozumialam, ze rzeczywistosc, zycie, zwiazki, malzenstwo jest tak naprawde zupelnie czyms innym niz myslalam.
Nauczylam sie dystansowac sie do wlasnych mysli.
Zrozumialam, ze sa w zyciu rzeczy, ktorymi nie warto sie przejmowac.
Ciesze sie, ze w 26. roku mojego zycia dowiedzialam sie tego, co J odkryla w 50., a wiekszosc ludzi nie pojmie nigdy.

Po sesji z J w ciagu jednego wieczoru napisalam 3 piosenki. Mysli, ktore klebily sie we mnie tak dlugo w koncu znalazly ujscie.
Zdaje sobie sprawe, ze to, co wlasnie napisalam, dla wiekszosci z Was moze wydac sie kompletnym belkotem, ale wcale mnie to nie martwi. W odpowiedzi na wszystkie Wasze pytania proponuje przeczytac ksiazke Byron Katie "Loving What Is". Jestem pewna, ze zmieni i Wasze zycie.

Saturday, December 27, 2008

Pierwszy dzien przeprowadzki i zepsute gniazdko

7:30. Jedziemy do O aby zamienic przyczepki. Maz prowadzi ciezarowke, ja naszego Nissana.
8:30. Facet z wypozyczalni stwierdza, ze brak rampy jest nasza wina, i ze na pewno ja zgubilismy (???), i ze nas za to obciazy finansowo. Po dlugich pertraktacjach Maz w koncu przekonuje go do wymiany.
10:00. Opuszczamy O.
Proba podlaczenia GPSu do gniazdka w aucie spelza na niczym. Okazuje sie, ze jest ono zepsute. Cale szczescie mamy mape, a Maz doswiadczenie w przemierzaniu Stanow wszerz (jechal juz kiedys ta trasa z Californi do Alabamy).
Pom- Pom, poddenerwowana, przemierza kabine ciezarowki, az w koncu, zrezygnowana, zasypia w lozeczku, ktore postawilismy na siedzeniu miedzy nami.
XX.XX. Wjezdzamy do Nebraski.
20:00. Dojezdzamy do North Platte, Nebraska, i tam spedzamy noc. Wyglodzona kotka (nie chciala jesc przez caly dzien) rzuca sie na kurczaka w sosie, a potem zaczyna dokazywac: biega, skacze, zrzuca mydelka z blatu, wreszcie moze sie porzadnie rozpedzic w waskim ale dlugim przejsciu miedzy lazienka a drzwiami do pokoju. Rozpiera ja energia (po calym dniu siedzenia w aucie wreszcie moze ja jakos wyladowac).

Friday, December 26, 2008

Brak rampy i noc spedzona na podlodze

8:00. Powoli konczymy pakowanie.
9:30. Przychodzi A (chlopak M) oraz silna grupa kolegow z pracy M (5 osob!) i wszyscy razem pomagaja nam zapakowac pudla do samochodu. Uwijaja sie w 30 minut, co jest wyczynem zgola niezwyklym (przy okazji przeprowadzki z Alabamy robilismy to sami i zajelo nam to okolo 12 godzin).
11:00. M i G przychodza sie pozegnac. Wszyscy toniemy we lzach.
12:00. Spozywamy ostatni lunch z przyjaciolmi i kolegami Meza.
14:00. M, moja przyjaciolka, przychodzi sie pozegnac. Placzemy obie.
14:30. Definitywnie konczymy pakowanie, sprzatamy mieszkanie.
16:00. Wlasciciel budynku przychodzi odebrac klucze i ocenic stan mieszkania, aby na tej podstawie obliczyc, ile z wplaconego przez nas depozytu da nam spowrotem. Ogledziny wypadaja korzystnie i otrzymujemy 100%.
19:15. W mieszkaniu zostala juz tylko Pom- Pom i jej kuweta. Ciezarowka jest zaladowana i zamknieta na klodke. Pozostalo nam tylko wjechac autem na przyczepke, przypiac je i odjechac w sina dal. Dopiero teraz orientujemy sie, ze przyczepka ma tylko jedna rampe. Jest juz za pozno, aby pojechac do wypozyczalni i ja wymienic. Przeklinamy w trzech jezykach.
20:00. Jade do Subway po salatke dla siebie i kanapki dla Meza. Spozywamy kolacje a pozniej raczymy sie piwem i filmikami z YouTube.
23:00. Zawinieci w koce przeznaczone do zabezpieczania transportowanych mebli (tylko to dalo sie wyciagnac z ciezarowki bez przekopywania sie przez nia i rujnowania misternej kompozycji pudel, mebli i pasow zabezpieczajacych) kladziemy sie na podlodze i idziemy spac.