Wednesday, December 26, 2007

Nowy domownik

Dzien przed Wigilia spedzilismy na imprezie swiatecznej u naszych przyjaciol, G. i J.. Stol uginal sie od potraw a dom pekal w szwach od ludzi, ktorzy smiali sie, jedli, wchodzili, wychodzili... W pewnym momencie, wraz z kolejna fala gosci, do domu wtargnal nikomu nie znany, bezogoniasty kot. Zostal on natychmiast wygoniony przez G., ktora jest wielbicielka psow.
Cztery godziny pozniej, wychodzac dostrzeglismy wyzej wymienionego kota, ktory czail sie w zaroslach i kombinowal, jakby znow dostac sie do cieplego mieszkania.
Jestem wielbicielka kotow. Moim marzeniem jest zostac posiadaczka sfinksa, ktory, oprocz kompletnego braku siersci, charakteryzuje sie rowniez zawrotna cena (okolo 900$ za kociatko bez praw hodowlanych- czyli nie mozna go rozmnazac). Kot z zarosli (pomimo faktu, ze mial jednak futro) wzbudzil moja sympatie i nagly przyplyw cieplejszych uczuc Meza, ktory, mimo moich slabych protestow (ale z goraca zacheta J., ktory grozil, ze zadzwoni po hycla, bo koty rujnuja mu piwnice), pojmal zwierze i wpakowal do samochodu. Wrocilismy do domu z futrzakiem, ktory zachowywal sie wprost idealnie: przytulal sie, lasil, mruczal jak maszyna.
W domu ogarnelo mnie zwatpienie: a co, jesli ktos kota zgubil, i teraz szuka? Co, jesli jakies dziecko teskni za przyjacielem i placze? Zadzwonilam do J. i poprosilam, aby informowal mnie na biezaco, czy w okolicy nie pojawia sie jakies ogloszenia o zagubionym kocie, a wszelkim ewentualnym poszukiwaczom dawal moj numer telefonu.
Po zapoznaniu sie z naszym mieszkaniem, kot wyruszyl na poszukiwanie ubikacji. Szybko zaimprowizowalismy mu kuwete z pudelka po butach, z ktorej skwapliwie skorzystal. Niestety, potrzebe fizjologiczna nr. 2 zalatwil w desperacji do zlewu kuchennego, wprawiajac mnie i Meza w bezgraniczne oslupienie. Byl to jednak, dzieki Bogu, wybryk jednorazowy.
Kot- a wlasciwie kotka- spi teraz na moich kolanach. Gdy wstaje- nie odstepuje mnie na krok. gdy jest wolana- przybiega. Pompon z tylu i szary kolor sprawiaja, ze wyglada jak duzy zajac (zastanawiamy sie z Mezem, czy brak ogona jest zwiazany z wypadkiem w dziecinstwie, czy tez mamy do czynienia z autentycznym bobtailem; moze ktos wie jak mozna to stwierdzic?). Wciaz znajduje sobie nowe zabawki- a to kokardki na choince, a to koraliki zwisajace z klamki. Bladym switem goni po podlodze za znalezionym gdzies kasztanem, robiac przy tym niesamowicie duzo halasu.
Bedzie mi bardzo ciezko sie z nia rozstac, jezeli ktos sie do niej przyzna, nie moge jednak zatrzymac jej nie robiac wszystkiego, aby zwrocic ja pierwotnym wlascicielom. Pomimo protestow Meza (ktory kotke wprost uwielbia), planuje pojechac w piatek w okolice domu G. i J. i zamiescic ogloszenie o znalezieniu kota. Mam jednak cicha nadzieje, ze nikt sie nie zglosi po odbior.

Tuesday, December 25, 2007

Swiateczne przysmaki '2007

Zostalam zaproszona na swiateczny lunch do mojej bylej pracy. Zwyczaj kaze kazdemu przyniesc jakas potrawe, przynioslam i ja. Zadebiutowalam wlasnorecznie przeze mnie przygotowana zapiekanka brokulowa- broccoli casserole. Zapiekanki czesto pojawiaja sie na swiatecznym stole, zaraz obok przepysznej szynki pieczonej w miodzie, salatek, tluczonych ziemniakow z sosem, buleczek z miesem i tzw. dressingu z pieczywa kukurydzianego (zwykle nadziewa sie nim indyka).
Zapiekanka okazala sie byc absolutnym sukcesem, zainteresowanym podaje przepis:

Zapiekanka brokulowa

Skladniki:
- 1 srednia cebula, posiekana,
- 500 g brokula podzielonego na rozyczki,
- 1/2 kostki masla,
- 2 puszki zupy-kremu z kurczaka (moze byc tez z pieczarek),
- szklanka ugotowanego dzikiego ryzu,
- zabek czosnku,
- 3 szklanki tartego sera,

Sposob przygotowania:
Rozgrzac piekarnik do 180 stopni Celsjusza.
W rondelku rozpuscic maslo. Podsmazyc cebule i czosnek. Odstawic do ostygniecia.
Ugotowac brokuly, odsaczyc, odstawic do ostygniecia.
Ugotowac ryz.
Wazne jest, aby pozwolic wszystkim skladnikom ostygnac przed zmieszaniem ich (ser nie moze zaczac rozpuszczac sie zbyt wczesnie).
Odmierzyc pol szklanki tartego sera (posypiemy nim danie). Wymieszac wszystkie skladniki i wlozyc do zaroodpornego pojemnika. Przykryc pierzynka z odlozonego tartego sera. Przykryc wszystko folia aluminiowa. Piec w piekarniku przez 20 minut, zdjac folie i piec jeszcze 5-15 minut, dopoki ser nie rozpusci sie i nie zaczna robic sie na nim bable.


W Stanach nie obchodzi sie Wigilii Swiat Bozego Narodzenia (z reguly wszyscy ida do pracy, a zaczynaja swietowac dopiero 25 grudnia), ja postanowilam jednak zjesc z mezem maly, wigilijny lunch.
Pytana przez znajomych Amerykanow o tradycyjne, wigilijne, polskie potrawy, opowiadam wszystkim o kluskach z makiem, bigosie i karpiu w galarecie. Za kazdym razem spotykam sie z dreszczem obrzydzenia u rozmowcy: kluski z makiem sa tu czyms dziwnym, kiszona kapusta jedzeniem niegodnym czlowieka a karp ryba, ktora kazdy szanujacy sie rybak po zlowieniu wrzuca spowrotem do stawu (bo do niczego sie nie nadaje). Malzonek moj, niestety, podziela te opinie, wiec plany urzadzenia polskiej Wigilii wziely w leb. Narodzenie Jezusa uczcilismy ryzem (bialym oraz Congris z Kuby), tofu smazonym w ostrym sosie, smazonymi warzywami, resztkami zapiekanki brokulowej oraz kawowymi ciasteczkami:

Congris z Kuby, zwane także Moros y cristianos (Maurowie i chrześcijanie)
(przepis zaczerpniety ze zbiorow Beaty Pawlikowskiej, ze strony http://beatapawlikowska.onet.pl/kitchen.html)


Skladniki:
2 szklanki białego ryżu
0.5 szklanki czarnej fasoli (albo puszka czerwonej fasoli)
3 łyżeczki soli
1 papryka czerwona (może byc ostra)
2-3 ząbki czosnku
0.5 cebuli
3 łyzeczki pasty pomidorowej

Sposob przygotowania:
Ugotowac ryż w posolonej wodzie, kiedy będzie już prawie gotowy, dodać pozostałe składniki, razem poddusić. Można jeść na gorąco i na zimno.

Hawajskie ciastka kawowe
(przepis zaczerpniety ze zbiorow Beaty Pawlikowskiej, ze strony http://beatapawlikowska.onet.pl/kitchen.html)


Skladniki:
1 kostka masła albo margaryny
2 jajka
4 łyżki rozpuszczalnej kawy
1 czubata szklanka cukru
1 szklanka posiekanych orzechów makadamia (lub laskowych)
1 łyżeczka aromatu waniliowego
1.5 szklanki mąki

Sposob przygotowania:
Ucierać masło, dodając stopniowo cukier wymieszany z kawą. Dodać jajka, mąkę, aromat, dokładnie wymieszać. Dodać posiekane orzechy. Przełożyć do blachy, piec w temperaturze 180 stopni ok. 15 minut. Ostudzić, pokroić w kwadraty. Gotowe ciastka można ozdobić lukrem albo polewą czekoladową.


Zycze wszystkim Wesolych Swiat!

Thursday, December 20, 2007

Georgia State University- ceremonia zakonczenia studiow

Robimy z Mezem wiele rzeczy. Jedna z nich jest praca dla najwiekszego studia fotograficznego na swiecie, ktore zajmuje sie miedzy innymi fotografowaniem ceremonii zakonczenia studiow. Maz wspolpracuje z ta firma juz wiele lat, ja moje pierwsze zlecenie dostalam kilka miesiecy temu.

W zeszla niedziele pojechalismy do Atlanty aby fotografowac ceremonie zakonczenia studiow na Georgia State University. Bylo to wielkie wydarzenie nie tylko ze wzgledu na ilosc absolwentow (ponad 2000!) ale rowniez dlatego, ze odbywalo sie w Georgia Dome, na stadionie, w tym samym miejscu, gdzie kilka tygodni temu ogladalam moj pierwszy mecz futbolu! Pracowalismy na samej plycie boiska, gumowo- trawiastej powierzchni z wymalowanymi orlami i nazwa Atlanta Falcons NFL. To niesamowite- bylam tam, gdzie graja slawy, w miejscu, do ktorego normalnie nie ma dostepu, a ogladac je mozna jedynie w telewizji lub z trybun. Zaimprowizowalismy nawet z Mezem male przylozenie a inny fotograf (bylo ich, lacznie z nami, okolo 10) uwiecznil nas na zdjeciu.
Ceremonia miala rozpoczac sie o godzinie 11:00 rano, musielismy jednak stawic sie w pracy juz o 8:00 : o tej wlasnie godzinie rozpoczelismy robienie zdjec portretowych. Potem wiekszosc fotografow byla juz wolna, czterech zas (wliczajac nas) zostalo, aby fotografowac uroczystosc.
Ceremonia rozpoczela sie tradycyjnie od melodii "Pomp and Circumstance"- zainteresowanych zachecam do posluchania tu:

http://youtube.com/watch?v=HXjRFlLey3A&feature=related .

Studenci- a raczej juz absolwenci (wszyscy w tradycyjnych togach)- zasiedli na krzeslach na plycie boiska, a rodzice/przyjaciele/wspolmalzonkowie/cala reszta- na trybunach. Na sale wszedl Atlanta Pipe Band, czyli Zespol Graczy na Dudach w Atlancie. Wygladalo to dosc oryginalnie: kilku facetow w szkockich spodniczkach przygrywalo na dudach na zielonej murawie. Za nimi podazali rektor, dziekani, rozmaici dyrektorzy i profesorzy oraz doktoranci. Zaspiewano hymn narodowy. Zaspiewano Alma Mater.
Potem nastapily przemowienia a nastepnie wreczono dyplomy doktorantom. Trwalo to dosc dlugo bo bylo ich okolo 300. Nazwiska absolwentow, ktorzy uzyskali tytul bachelor i master nie zostaly wymienione- w tego typu przypadkach, gdy uczelnie konczy kilka tysiecy ludzi, wyczytywany jest tylko kierunek studiow, ktorego absolwenci wstaja z krzesel i robia duzo radosnego halasu. Z malych armatek, umieszczonych po bokach stadionu, wystrzelono konfetti, rozlegly sie okrzyki i wiwaty.
Zespol Dudowy opuscil stadion, po nim doktoranci i absolwenci. Ceremonia zakonczyla sie o godzinie 3:00 po poludniu.

To bylo moje trzecie zlecenie tego typu, ale za kazdym razem jestem tak samo wzruszona: tradycyjnymi strojami, hymnem, prawdziwym, szczerym patriotyzmem, radoscia studentow... Moze dlatego, ze sama nie mialam takiego wspanialego zakonczenia studiow- wyjechalam do Stanow bardzo szybko po obronie pracy dyplomowej, ale nawet gdybym zostala, zadna taka ceremonia nie mialaby miejsca (nie bylo to przyjete w mojej szkole). Pamietam zdziwienie mojej Mamy (ktora, pracujac na Uniwersytecie Medycznym co roku jest obecna na uroczystosciach rozpoczecia i zakonczenia studiow, i oglada panow dziekanow i rektora w sobolach) kiedy oznajmilam jej, ze pierwszego dnia dali nam indeksy do reki i kazali isc na zajecia, a ostatniego dyplom odbiera sie w dziekanacie. Dla niej uroczystosci sa nieodzowna czescia zycia studenta.
Bardzo zaluje, to wszystko mnie ominelo, mam jednak nadzieje, ze nie we wszystkich szkolach tradycja zanika. Z tego co wiem w Polsce pojawia sie tez nowa- moj kuzyn swoj dyplom odebral w todze (szczesciarz).

Ciesze sie, ze chociaz teraz, ponad rok od zakonczenia politechniki, moge byc swiadkiem wznioslych, radosnych wydarzen, ktorych nikt nie powinien odebrac zadnemu studentowi.

(Zdjecia z ceremonii chetnie przesle zainteresowanym i zaufanym osobom na mejla.)

Wednesday, December 19, 2007

Czerwona torebka

Przynajmniej dwa razy do roku, jak kazda kobieta, odczuwam nieodparta koniecznosc zakupienia sobie nowej torebki; torebki z odpowiednia (lecz nie za duza) iloscia kieszonek, w ktorej nie bedzie panowal balagan i wszystko bedzie mialo swoje miejsce. Swieta sa oczywiscie idealnym momentem aby kupic prezent samej sobie, wybralam sie wiec do Burlington Coat Factory (sklep ten cieszy sie duza popularnoscia ze wzgledu na firmowe ciuchy i akcesoria oraz przystepne ceny).
Dostrzeglam ja niemal natychmiast: na stojaku w glebi sklepu czekala na mnie piekna, czerwona, skorzana torebka, wprost stworzona dla mnie: nie za duza, nie za mala, codzienna, ale swietnie sie prezentujaca. Juz, juz mialam pedzic do kasy, gdy ujrzalam na swoim ramieniu... moja wlasna, czerwona torebke. Nagle przypomnialo mi sie rowniez, ze w domu mam jeszcze dwie w tym kolorze: jedna kupilam przed wylotem do Stanow, a druga trzy miesiace temu podarowala mi mama.

W tym momencie doznalam olsnienia: to nie ja wybieram torebki, to one wybieraja mnie. Wyglada na to, ze szczegolnie upodobaly mnie sobie te czerwone- no bo jak wytlumaczyc fakt, ze mam juz trzy takie? Po prostu co pol roku jakas torebka decyduje sie dolaczyc do mojej kolekcji a mnie jakos tak... glupio odmowic.

Mysl o zakupie czwartej czerwonej torebki wydala mi sie zuchwala i za razem kuszaca, ale resztki zdrowego rozsadku podpowiadaly, ze jej odcien wcale nie musi pasowac do mojego czerwonego plaszcza (ktorego nie mialam dzis na sobie, wiec nie moglam porownac). Torebka jednak nie dawala za wygrana: kusila, blyszczala sie, zachecala. Dzieki Bogu udalo mi sie znalezc, przy pomocy uprzejmej, hinduskiej ekspedientki, jeszcze jedna, biala, w dokladnie tym samym fasonie.
Wiem, ze to tylko kwestia czasu, i za kilka miesiecy w moje rece wpadnie kolejna czerwona torebka (nawiasem mowiac posiadam rowniez dwie pary czerwonych spodni, czerwony portfel, wspomniany wyzej czerwony plaszcz, kilka czerwonych bluzek i czerwone buty: chyba czas przemyslec te sytuacje).

Drogie Panie: jesli kiedykolwiek Wasi malzonkowie lub zyciowi partnerzy beda robili wam wyrzuty na temat posiadania niezliczonej ilosci torebek, butow lub innych akcesoriow (w roznych lub tych samych kolorach), powiedzcie im, ze jest to po prostu niezalezne od was. Moja historia jest tego najlepszym przykladem.

Thursday, December 13, 2007

Swieta, swieta...

Swieta Bozego Narodzenia zblizaja sie wielkimi krokami. O ich rychlym nadejsciu swiadczy kilka faktow:


1. Zaraz po Swiecie Dziekczynienia wszedzie pojawily sie dekoracje bozonarodzeniowe. Ja rowniez dostosowalam sie do ogolnie panujacej tradycji- juz 26 listopada ubralam choinke. Bardzo mi sie ten zwyczaj podoba- teraz moge cieszyc sie swiateczna atmosfera przez kilka tygodni.

2. Pod hipermarketami pojawiaja sie Mikolaje, dzwoniacy dzwonkami i zachecajacy do wplacania drobnych sum pieniedzy na szczytne cele, w hipermarketach zas nie brakuje swiatecznych produktow i promocji.

3. Popularne staja sie okolicznosciowe, czerwone sweterki z naszytymi Mikolajami i choinkami. Jeszcze niedawno zywilam do nich gleboka odraze, w koncu sama sobie taki sprawilam (ale nikomu ani slowa...).

4. Poczawszy od 1 grudnia korki na drodze do galerii handlowej staja sie nie do zniesienia. Pol biedy, jesli na zakupy wybieramy sie na poczatku miesiaca, w poniedzialek, przed 5 po poludniu. Jesli jednak w godzinie obiadowej zachce nam sie (tak jak mnie wczoraj) sushi z restauracji mieszczacej sie pod sama galeria, mozemy byc pewni, ze trase, ktora normalnie pokonalibysmy w 15 minut, przepelzniemy sennie (po autostradzie!) w ciagu okolo godziny. Dzieki Bogu kultura jazdy jest tu zupelnie inna: nie musimy obawiac sie, ze chcac zmienic pas narazimy sie na stek wyzwisk, przy ktorych "ty baranie" brzmi jak lagodna muzyka skrzypcowa.


Tylko aura jest malo swiateczna. Pomijam juz fakt, ze to Alabama i generalnie jest tu troche mniej zimno niz w innych stanach. Ostatnio pogoda zupelnie oszalala- mamy ponad 20 stopni Celsjusza i chodzimy w podkoszulkach i krotkich spodenkach.

Tuesday, December 4, 2007

Historia o skrzydle samolotu

Pewien samolot mial przeleciec trase z Nowego Jorku do Londynu. Pech chcial, ze podczas kolowania na lotnisku inny samolot delikatnie otarl sie o niego, urywajac mu sam czubek skrzydla.
Pasazerowie zostali ewakuowani i przewiezieni do hotelu. Nastepnego dnia rano, czekajac na kolejny lot, zauwazyli z okna terminalu, ze podstawiono im... dokladnie ten sam samolot z odlupanym czubkiem skrzydla. Pomimo zapewnien obslugi technicznej, ze ten kawalek, ktorego nie ma, tak naprawde nie jest do niczego potrzebny, i ze lot bedzie calkowicie bezpieczny, kilka osob odmowilo wejscia na poklad.
Kilkanascie godzin pozniej samolot wyladowal bezpiecznie w Londynie.
Historia ta jest jak najbardziej prawdziwa.

Ogladalam w telewizji program o calym zajsciu. Wypowiadalo sie kilku mechanikow, inzynierow i innych samolotowych ekspertow. Wszyscy jednoglosnie orzekli, ze lot byl calkowicie bezpieczny, i ze akurat ten brakujacy kawalek skrzydla faktycznie nie spelnial zadnej istotnej roli. Jeden fachowiec stwierdzil jednak, ze doskonale rozumie pasazerow, ktorzy odmowili lotu uszkodzona maszyna: w koncu ktos, przy projektowaniu samolotu, po cos ten kawalek skrzydla tam umiescil, i on sam czulby sie nieswojo lecac samolotem, ktory nie ma czegos, co wczesniej tam bylo (bez wzgledu na to, czy jest to potrzebne czy nie).

Caly czas sie waham, czy wsiadlabym do tego samolotu, czy nie...

Thursday, November 29, 2007

Podobno we snie widzimy nasze pragnienia...

Piaty dzien glodowki dobiega konca.

Pierwsza noc przespalam spokojnie.
Drugiej nocy snily mi sie orzeszki ziemne.
Trzeciej- pierniczki alpejskie, bulki kajzerki i kluski gotowane z warzywami (to ostatnie dziwi mnie najbardziej bo nie przepadam za kluskami).
Wczoraj- m&m's-y
Czternastej nocy pewnie ujrze we snie upieczone w calosci prosie z jablkiem w pysku.

Ale ja naprawde nie jestem glodna!

Friday, November 23, 2007

Swieto Dziekczynienia czyli moj pierwszy mecz futbolu amerykanskiego

W dniu wczorajszym obchodzone bylo w USA Swieto Dziekczynienia. Zazwyczaj jest to dzien wolny od pracy, moj Maz jednak nie nalezal to tych szczesliwcow, ktorzy moga pospac sobie do poludnia a potem opychac sie do woli indykiem. Od 5 rano pracowal jako fotograf w Atlancie na corocznym, swiatecznym maratonie.
Z braku ciekawszych zajec postanowilam mu towarzyszyc. Przy okazji odwiedzilismy naszego przyjaciela H.. Zadne z nas nie mialo pojecia, jak przygotowac tradycyjny, swiateczny obiad (maz i H. sa azjatami, mnie rowniez obce sa tajniki pieczenia drobiu), wybralismy sie wiec do koreanskiej restauracji i uczcilismy swieto pieczonymi rybami, ostra zupa, marynowana wolowina i kimchi (koreanska kiszona kapusta).
Wieczorem panowie zdecydowali, ze idziemy na mecz futbolu amerykanskiego. Niespecjalnie usmiechala mi sie perspektywa spedzenia przynajmniej trzech godzin w spoconym, rozwrzeszczanym tlumie, i obserwowania kilkunastu facetow uganiajacych sie za pilka, no ale coz, mus to mus, inaczej siedzialabym sama w domu.
O godzinie 6, opatuleni w kurtki i szaliki (zrobilo sie ostatnio dosc chlodno, okolo 5 stopni w nocy) udalismy sie w kierunku metra. Wszystkie wagony wypelnione byly kibicami obu druzyn (Atlanta Falcons i Indianapolis Colts), usmiechajacymi sie do siebie przyjaznie i rozmawiajacymi o futbolu. H., fan Atlanta Falcons, przystroil sie w czerwien i czern, wokolo widac bylo rowniez niebieskie koszulki tych, ktorzy przybyli na mecz z Indianapolis.
Na stacji Georgia Dome tlumy wylegly z pociagu i zwawo udaly sie w kierunku stadionu. My tez. Zakupilismy pare piw, troche orzeszkow smazonych w miodzie i trzydziestocentymetrowego hotdoga, ktorego Malzonek pochlonal w imponujacym tempie (niewielki z niego chlopina a ma niesamowity spust).
Pod wplywem napoju wyskokowego stwierdzilam, ze moze wieczor nie jest tak do konca stracony. Wokolo stadionu ustawione byly wszelkiego rodzaju pawilony, w ktorych mozna bylo zakupic koszulke ulubionej druzyny, zaspiewac karaoke, wymalowac sobie orla na twarzy lub porzucac pilka, chlod jednak sprawil, ze dlugo w nich nie zagoscilismy i szybko poszlismy szukac naszych miejsc na trybunach.
Pamietam, jak moj szef (rodowity Bahamczyk mieszkajacy na stale w USA, zapalony fan futbolu) opowiadal mi o swoim pierwszym meczu. Tak jak ja kompletnie nie rozumial zasad gry, ale gdy zobaczyl jak wielkie jest cale widowisko okraszajace gre, jak wierni sa fani, jak wielka jest ich wiara w zwyciestwo druzyny, zakochal sie w tej grze na amen. Ja tez tego nie rozumialam. Az do wczoraj.
Wielkosc stadionu sprawila, ze oczy wyszly mi z orbit. Nasze miejsca znajdowaly sie w gornych sektorach, z ktorych doskonale widac bylo cale boisko. Na trybunach znowu mieszaly sie czerwien i blekit, nie bylo osobnych sektorow dla fanow Falcons i fanow Colts. Mimo to nie dalo sie zaobserwowac absolutnie zadnych antagonizmow. Od czasu do czasu slychac bylo jedynie posepne buczenie (majace wyrazac dezaprobate dla wbiegajacej wlasnie na boisko druzyny przeciwnikow i solidarnosc ze swoimi), ktore jednak szybko ustapilo miejsca ogolnemu entuzjazmowi, radosci i wspolnym spiewom.
Godzinny mecz jest podzielony na pietnastominutowe cwiartki. Cale widowisko trwa okolo trzy godziny. Wszystko rozpoczyna sie wciagnieciem na boisko flagi druzyny godpodarzy, potem flagi amerykanskiej i wspolnym odspiewaniem hymnu narodowego. Potem sa sztuczne ognie i prezentacja druzyn: na boisko wbiega gromada roslych, barczystych facetow, czarnych i bialych (w tym momencie stwierdzilam, ze mi sie podoba), ubranych w ochraniacze i kaski. Sa cheerleaderki. Sa maskotki druzyn. Jest wystep zespolu muzycznego. Jest strzelanie do tlumu z armatki naladowanej koszulkami, quizy, zagadki, smieszne filmiki na telebimach...
W trakcie tych wszystkich przerywnikow H. i M. tlumaczyli mi zawziecie zasady. Najwieksza trudnosc sprawialo mi na poczatku dostrzezenie, gdzie jest pilka i jakim cudem tak szybko znalazla sie zupelnie gdzie indziej (ci wielcy faceci potrafia sie niezwykle zwinnie ruszac). Ani sie obejrzalam, a juz sama wywijalam recznikiem z nadrukiem orla i samodzielnie kibicowalam bez dyskretnego ogladania sie na to kiedy H. wiwatuje, a kiedy okazuje przygnebienie.
Byl to moj pierwszy mecz ale zdecydowanie nie ostatni. Bawilam sie swietnie pomimo, iz nasza druzyna przegrala 13 do 31. Niestety o wyniku dowiedzialam sie w domu, z internetu, bo po trzeciej cwiartce moi panowie zaczeli okazywac zniecierpliwienie: jednemu chcialo sie jesc a drugiemu spac. Proby zapchania ich kolejnymi hotdogami oraz sugestie, aby ucieli sobie drzemke tu, na trybunie, spelzly na niczym. Chcac nie chcac, udalam sie z nimi do domu, obiecujac sobie w duszy, ze nastepnym razem wybiore sie na stadion z jakimis fajnymi kolezankami, ktorych sen nie zmorzy o 11 wieczorem a glod nie bedzie szarpal trzewi co cztery godziny.

Wednesday, November 21, 2007

Zycie w Srodziemiu

Ogladamy z Mezem "Wladce Pierscieni".
- Gdybysmy mogli zyc w Srodziemiu, to gdzie chcialabys mieszkac: w Hobbitonie czy w Rivendell?- pyta Maz.
- To zalezy skad byloby blizej do hipermarketu.- odpowiadam po chwili namyslu.

Friday, November 16, 2007

Zyciowe przyjemnosci

Zaczelam biegac. Jak na razie idzie mi to jak po grudzie, wkurza strasznie i nie sprawia absolutnie zadnej przyjemnosci (moze kiedys nastapi ten dzien). Widze jednak efekty w wygladzie i samopoczuciu.

Wczoraj sluchalismy z Mezem audycji w radio. Jakis pisarz wypowiadal sie o zdrowym stylu zycia. Stwierdzil, ze rozumie, ze dla kogos ruch, sport i zdrowe odzywianie moga byc najwazniejsze. Jemu jednak, i nie wstydzi sie o tym otwarcie powiedziec, ogromna przyjemnosc sprawia palenie papierosow i picie piwa.

No nareszcie ktos odwazyl sie o pewnych rzeczach otwarcie powiedziec. Przeciez to autentyczna przyjemnosc, siedziec na kanapie, jesc lody (te z czekolada i karmelem) prosto z dwulitrowego pudelka, ogladac kolejny sezon "Przyjaciol" i popijac tanie (ale jakosciowo dobre) wino! Jakichze rozkoszy mozna doznac jedzac najnowsza pizze sieci Domino's, ta z podwojnym cienkim chrupiacym ciastem! Ile radosci moze dac samodzielne upieczenie enchiladas a potem, pochloniecie wraz z Malzonkiem calego tuzina!

To napisawszy przebralam sie w dresik i poszlam na silownie. Biegac. Trudno jednak ukryc, ze chetniej oddalabym sie wyzej wymienionym czynnosciom.

Tuesday, November 13, 2007

Fenomen Dody- update

Obudzilam sie dzis o jakiejs zupelnie nieprzyzwoitej porze, Maz byl juz w pracy. Ja zajrzalam na bloga... i okazalo sie, ze moja notka zostala polecona przez Onet, a pod nia znajdowalo sie juz kilkadziesiat komentarzy.
Dziekuje serdecznie za tak duzy odzew. Z tego, co przeczytalam jasno wynika, ze na szczescie sa w Polsce jednostki twardo opierajace sie wszechobecnym trendom i mowiace chamstwu stanowcze "nie"- tak trzymac!
Powtorze tu jeszcze raz to, co napisalam w komentarzach:

Do osob, ktore uwazaja, ze pewnosc siebie jest w cenie:
Mysle, ze jest w tym troche racji, wydaje mi sie jednak, ze sposob w jaki Doda prezentuje swoja pewnosc siebie jest absolutnie niedopuszczalny. Niewyparzony jezyk to nie wszystko, w zyciu potrzebna jest dyplomacja i kultura osobista. Wazne jest nie tylko to, co sie mowi, ale takze jak sie to mowi.

Do osob, ktore uwazaja, ze mam kompleksy i dlatego krytykuje:
Kompleksow nie mam. Jestem zadowolona ze swojego wygladu, dumna ze swiatopogladu i z wykonywanej pracy. Nie wyobrazam sobie rowniez, zebym miala komukolwiek zazdroscic braku kultury osobistej.

Do osob, ktore uwazaja, ze jacy Polacy taka telewizja:
Zdecydowanie NIE ZGADZAM SIE ze stwierdzeniem, ze kazdy w Polsce jest wulgarny. A jesli nawet by byl, to STANOWCZO PROTESTUJE przeciwko dalszemu promowaniu chamstwa. Telewizja, oprocz funkcji informacyjnej i rozrywkowej, ma rowniez spelniac zadanie edukacyjne, jest na pewno w jakims stopniu odzwierciedleniem klasy spoleczenstwa, ma nie tylko bawic, ale rowniez wychowywac. Po obejrzeniu fragmentow show z Doda w roli glownej stwierdzam, ze ktos "na gorze" kompletnie zapomnial o roli edukacyjnej telewizji.

Do osob, ktore uwazaja, ze piszac o Dodzie przyczynilam sie tylko do jej popularnosci:
To prawda, ze jak ktos jest kontrowersyjny, to zawsze beda o nim pisac. Prawdopodobnie, gdyby Doda poprzestala na spiewaniu i nie zachowywala sie jak sie zachowuje, wogole bym sie tematem nie zainteresowala, nie moglam jednak przejsc obojetnie nad tym, co sie w polskiej kulturze wyprawia. Dody nie nienawidze. Wyrazam tylko swoje zdanie.

Do kolegi, ktory niepochlebnie wypowiedzial sie o wygladzie mojego bloga:
Dziekuje za zwrocenie mi na to uwagi. Nie ja strone projektowalam, szablon wybralam z gotowej oferty ONETu. W mojej przegladarce wyglada dobrze, ale pewnie nie we wszystkich. Postaram sie cos z tym zrobic.

Usunelam dwa komentarze, ktore wybitnie obrazaly mnie lub osoby trzecie. Nie zycze sobie tego typu slow na moim blogu.

Wszystkim serdecznie dziekuje za dyskusje i zapraszam do dalszej lektury mojego bloga.

Monday, November 12, 2007

Aby skorzystac z serwisu musisz sie zalogowac

Zrobilam ostatnio liste serwisow internetowych, do ktorych musze sie zalogowac, aby moc z nich skorzystac. Oto ta lista:

Te, bez ktorych obyc sie nie moge:
1. email prywatny
3. email firmowy 1
4. email firmowy 2
5. bank 1
6. bank 2
7. bank 3
8. serwis sieci komorkowej
9. skype

Te, bez ktorych obyc sie moge, ale bardzo sie przydaja:
10. aukcje internetowe
11. platnosci przez internet
12. kupie/sprzedam przez internet
13. serwis pozwalajacy zaplacic przez internet rachunek za prad

Serwisy sluzace kontaktom ze znajomymi:
14. nasza klasa
15. myspace

Inne:
16. ogame
17. blog
18. serwis, dzieki ktoremu mozna sie dowiedziec, gdzie warto zjesc, gdzie zrobic dobre zakupy...
19. serwis muzyczny
20. kartki internetowe
21. sklep ze sprzetem rowerowym
22. serwis sklepu, w ktorym mozna wywolac zdjecia
23. serwis komputerowy
24. gadu gadu

24 strony/serwisy internetowe. 24 loginy, 24 hasla. 24 podpowiedzi do hasel. 24 problemy.
Bylo 25. Postanowilam pozbyc sie tych, ktorych nie uzywam, ale poza serwisem tworzacym internetowe pokazy slajdow, nie moge pozbyc sie niczego innego.
Czy zycie w XXI wieku jest naprawde latwiejsze?

A wy? Ile macie takich serwisow?

Thursday, November 8, 2007

Droga do wspomnien

Kilka tygodni temu jedna z kolezanek przeslala mi linka do strony http://nasza-klasa.pl . Udalo mi sie dzieki niej odnalezc dawnych przyjaciol z podstawowki i liceum, oraz, o dziwo, znajomych z harcerstwa.
Przegladajac jedno z forow trafilam na link do bloga pani profesor S., ktora w moim liceum uczyla (i wciaz uczy) jezyka polskiego. Ten blog, bardziej niz cokolwiek innego, przypomnial mi o mojej szkole.
I jakos mi sie tak... smutno zrobilo. I zatesknilam. Tylko do czego?

Nigdy dobrze nie wspominalam liceum. Ciezko byloby mi przypomniec sobie jakies pozytywne rzeczy, zabawne historie, supertrwale przyjaznie.
Moze dlatego, ze lata, w ktorych uczeszczamy do szkoly sredniej, przypadaja rowniez na nasz okres dojrzewania. Gdyby ktos zaproponowal mi powrot do czasow, w ktorych mialam 15- 18 lat, powiedzialabym: nie, dziekuje. Hormony buzuja, rodzice wymagaja, nauczyciele tez wymagaja, pryszcze, pierwsze milosci, chec wyrobienia sobie pozycji w grupie- kto powiedzial, ze to najpiekniejsze lata w zyciu czlowieka? Nigdy wiecej nie chcialabym byc nastolatka!

Moze wlasnie dlatego wszystkie wspomnienia, dobre i zle, schowalam do pudelka niepamieci?

Moja klasa miala dwie wychowawczynie: pierwsza- mloda i niedoswiadczona, odeszla po roku ze szkoly. Zawsze miala dobre checi, stala za nami murem i bronila kiedy tylko bylo trzeba. Bylismy jej pierwsza klasa. Druga pani byla doswiadczonym pedagogiem, przemila kobieta ktora jednak miala inne, tradycyjne metody wychowawcze (a naszej klasie, przyzwyczajonej do wychowawcy, ktory byl bardziej przyjacielem niz nauczycielem, nie bardzo to sie podobalo). Bylismy grupa, ktora czula sie w jakis sposob odrzucona, klasa zlozona z indywidualistow. Brak jednosci byl bardzo wyczuwalny i to chyba rowniez zawazylo na moich wspomnieniach.

Pani profesor S. pisze na blogu o wycieczce, na ktorej byla ze swoja klasa. Pisze o szeroko pojetej integracji, o wspolnych spiewach przy ognisku, o biegach na orientacje... Miedzy wierszami da sie rowniez dostrzec niezwykle zaufanie uczniow do nauczycieli oraz fakt, ze pani profesor czuje sie z nimi dobrze i swobodnie.
Nie tylko opis tej wycieczki daje takie odczucia: przegladalam ksiege gosci i komentarze pod notkami. Uczniowie- nie tylko ci, ktorzy juz liceum skonczyli- smialo komentuja, pozwalaja sobie na dygresje i polemiki, nie boja sie, ze nazajutrz, w szkole, zostanie to wykorzystane przeciwko nim.
Cos sie chyba jednak zmienilo w polskiej mlodziezy.

Nie tesknie za szkola, ktora zostawilam. Tesknie za tym, co jest tam teraz. I bardzo chcialabym byc w tej klasie, ktorej wychowawczynia jest pani profesor S..

Monday, November 5, 2007

Fenomen Dody

Zagladam od czasu do czasu na rozmaite portale internetowe zwiazane z polska kultura i scena muzyczna. Od kilku (a raczej chyba kilkunastu) miesiecy zadaje sobie pytanie: na czym polega fenomen Dody?

Popularnosc zdobyla dzieki programowi "Bar", w ktorym popisala sie niezwyklym talentem do pyskowania, przeklinania i obrazania kogo sie tylko da. I tak jej zostalo.
Jest ladna i bardzo atrakcyjna- to trzeba jej przyznac. Moze i szczyci sie wysokim ilorazem inteligencji ale kompletnie nie przeklada sie on na jej sposob bycia i mowienia. Gdy tylko Doda otwiera usta- rozlega sie drazniace dla ucha nosowe geganie.
Jej piosenki nie wyrozniaja sie niczym szczegolnym: sa to niezle kompozycje muzyczne okraszone tekstami z dosc czestochowskimi rymami (na przyklad "Katharsis": sie- ze- sie, smiech- mnie- cie; i tak w kolko). Mimo to Doda zostala wielokrotnie nagrodzona jako najlepszy artysta, autor najlepszej piosenki, otrzymala nagrode za najlepsza plyte a ostatnio rowniez statuetke MTV w kategorii "Najlepszy polski artysta".
Zastanawiam sie jakim cudem Doda stala sie dla nastolatek wzorem zachowania (to, ze jej sposob ubierania sie stal sie kanonem mody, jeszcze jestem w stanie zrozumiec), oraz dlaczego telewizyjna "Dwojka" zatrudnila ja jako jurora programu "Gwiazdy tancza na lodzie". Mialam okazje obejrzec pare odcinkow na http://www.youtube.com i z niesmakiem obserwowalam jej starcia z Przemyslawem Saleta (ktore, w rezultacie, wygral bokser). Emitowane przez telewizje programy z komentarzami typu "Saleta ciagnie fleta" lub ze Doda, za przeproszeniem, "chetnie zwalilaby sobie konia" ogladajac swoje zdjecia w magazynie dla panow, sa, delikatnie mowiac, nie na miejscu.
Nie rozumiem, jakim cudem Dorota Rabczewska zdobyla sobie taka popularnosc. Nie rozumiem, czemu Telewizja Polska stawia ja na piedestale, kreujac ja jako autorytet w dziedzinie, o ktorej wyzej wymieniona nie ma zielonego pojecia. Nie rozumiem jakimi wartosciami moralnymi i estetycznymi (poza estetycznymi tipsami) moze pochwalic sie Doda.

To przykre, ze wzorem do nasladowania stala sie w polsce chamska, wulgarna dziewucha. Szkoda rowniez, ze media nie robia nic, aby zapobiec rozprzestrzenianiu sie tego typu zachowan wsrod mlodziezy, wrecz przeciwnie: popieraja je i promuja. Chyba musza tu wchodzic w gre jakies strasznie wielkie pieniadze, ktorych suma przewyzsza wartosc dobrego wychowania i wysokiej kultury osobistej.

Thursday, November 1, 2007

Dwa miesiace swiat

No i po Halloween.

Przez ostatni miesiac ganki domow i wystawy sklepow ustrojone byly dyniami i kosciotrupami. Wczoraj w hipermarkecie kasjerki nosily na glowie plastikowe nietoperze, na ulicy minela mnie samochodem kobieta przebrana za kotka a chodnikiem przechodzil facet bardzo sugestywnie krwawiacy czerwona farba. Normalka.

Teraz z kolei bedziemy przygotowywac sie do Swieta Dziekczynienia (czwarty czwartek listopada). Wczesniej jednak wszedzie zawisna flagi (Dzien Weterana, 11 listopada). Potem zaroi sie od choinek, w styczniu zas bedziemy mogli zaobserwowac wszechobecne serduszka i misie (co z tego, ze Walentynki dopiero za miesiac). W miedzyczasie, 2 lutego, bedziemy obchodzic Dzien Swistaka (ci, co widzieli film, wiedza o czym pisze).
Zaraz po Dniu Zakochanych pojawia sie kroliczki, w czwarty poniedzialek maja blekit, czerwien i biel oznajmia nadejscie Dnia Pamieci Narodowej, 14 czerwca bedzie Dzien Flagi a 4 lipca wybuchna fajerwerki z okazji Swieta Niepodleglosci. Potem jeszcze tylko Swieto Pracy (pierwszy poniedzialek wrzesnia) i Dzien Kolumba (drugi poniedzialek pazdziernika) i caly kolowrot zaczyna sie od poczatku.

W Ameryce nadejscie swiat mozna zaobserwowac przynajmniej miesiac wczesniej. Juz pod koniec wrzesnia zauwazylam choinki. Od czterech tygodni dynie i wsciekly oranz rowniez kroluja w hipermarketach. Tak samo bedzie z Bozym Narodzeniem, Walentynkami, Wielkanoca...

Moze to przesada, celebrowac jedno swieto przez tak dlugi czas, ale (moim zdaniem) dzieki temu zawsze jest okazja, zeby z czegos sie cieszyc, zeby do czegos sie przygotowywac, zeby przystroic dom albo po prostu spotkac sie ze znajomymi.

Friday, October 26, 2007

w oczekiwaniu na darmowy telewizor...

Jest taka strona www.craigslist.org , gdzie kazdy moze cos sprzedac/kupic/oddac za darmo. Wystarczy tylko mieszkac w okolicy osoby, ktora chce cos kupic/sprzedac/wziac za darmo.

Przegladajac, bez wiekszego zainteresowania, dzial "za darmo", natrafilam na faceta, ktory nie ma czasu bawic sie w aukcje i chce jak najszybciej pozbyc sie 42- calowego telewizora oraz kina domowego. Kto pierwszy ten lepszy.

Juz wyslalam email.

Trzymajcie kciuki.

Thursday, October 25, 2007

50% na czas

No wiec siedze sobie w samolocie linii Northwestern Airlines do Nowego Jorku. Jest godzina 6:05 nad ranem, samolot ma wystartowac za pol godziny. Maz drzemie, ja leniwie przegladam wydrukowany z internetu bilet elektroniczny. Nagle moja uwage przykuwaja slowa "50% on time" pod szczegolowym opisem lotu. Moj mozg, nie pracujacy najlepiej bladym switem, jakos nie moze sobie poradzic z informacja "50% na czas".
Szturcham Meza.
- Kochanie, co to znaczy "50% na czas"?- pytam.
- To znaczy, ze w 50% samolot przylatuje na miejsce o wyznaczonej godninie a w 50% nie.- mruczy zaspany maz i usiluje umoscic sie wygodniej na siedzeniu.
Tyle to ja tez zrozumialam ale jakos nie chce mi sie zmiescic w glowie, ze tu, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Polnocnej cos moze nie byc na czas. Pol godziny pozniej mam okazje przekonac sie na wlasnej skorze, co oznaczaja te magiczne slowa "50% on time".

O godzinie 6:35 pilot uprzejmie oznajmia, ze akumulator w samolocie nie laduje sie, i ze zaloga techniczna jest na miejscu i sprawdza, naprawia, slowem- robi wszystko co w jej mocy abysmy mozliwie szybko wystartowali.
O godzinie 7:00 pilot ponownie przeprasza. Zauwazam, ze od sciany samolotu jakos tak dziwnie odchodza panele.
O godzinie 7:20 pilot przeprasza i zapewnia, ze niebawem bedziemy w powietrzu. Zastanawiam sie, czy odchodzace od sciany panele moga byc przyczyna rozhermetyzowania sie samolotu i, na przyklad, uduszenia sie pasazerow.
O godzinie 7:45 startujemy. Zastanawiam sie, czy zdazymy na przesiadke w Memphis, a jesli nie zdazymy, to czy kolejny podstawiony samolot jakims cudem moze byc w Nowym Jorku przed godzina 1:43 po poludniu. A jesli nie, to jak dac znac moim rodzicom, czekajacym juz tam na nas, ze zyjemy, tylko sie troche spoznimy.

Docieramy do Memphis o 8:32, samolot do Nowego Jorku odlatuje o 8:35. Biegniemy jak szaleni do naszego wyjscia a tu... okazuje sie, ze drzwi jeszcze nie zamkniete i samolot nie koluje bo pilotowi popsulo sie krzeslo a panowie z ekipy technicznej wlasnie je naprawiaja.
O godzinie 8:50 przypominam sobie o filmie "Czy leci z nami pilot".
O godzinie 9:10 zastanawiam sie czy leci z nami lekarz.
O godzinie 9:30 zaczynam przegladac katalog z gadgetami sklepu "Sky Mall" na ktorym ktos przytomny napisal dlugopisem: "useless shit" (bezuzyteczne gowno). Chyba nie ma slow, ktore trafniej opisalyby zawartosc tego pisma.
O 9:45 startujemy.

Wracamy z Nowego Jorku. Przesiadka w Memphis. Godzina 7:00 wieczorem, samolot startuje za 20 minut.
Uprzejma pani przez megafon bardzo unizenie przeprasza i informuje, ze samolot, ktorym bedziemy leciec, jeszcze nie przylecial z kolejnego rejsu. Opoznienie jest spowodowane wizyta laskawie nam panujacego prezydenta Georga W Busha gdziestam.
Godzina 7:40. Ide kupic sobie kawe.
Godzina 8:00. Startujemy. Docieramy na miejsce z godzinnym opoznieniem.

Coz. Przynajmniej bilety byly tanie.

Tuesday, October 9, 2007

O dzieciach

Kilka dni temu zostalam poproszona przez kolezanke o zajecie sie jej trzyletnia coreczka przez godzine. Odmowilam.

Nigdy nie mialam stycznosci z malymi dziecmi. Nie mam pojecia na jakim sa poziomie umyslowym, czy nosza jeszcze (a moze juz?) pieluche, co zwykle robia, co jedza i na ile mozna sie z nimi komunikowac. Gdy widze male dzieci ogarnia mnie przerazenie i paraliz. Nie chce byc za nie odpowiedzialna.

Kilka dni pozniej poszlismy z Mezem, kolezanka, jej corka i jej chlopakiem do muzeum. Mialam okazje poobserwowac mojego M., slicznie bawiacego sie z mala. Tak, on bedzie swietnym ojcem.

A ja?
Nie wiem, z czego to wynika, ale nie mysle jeszcze o posiadaniu dzieci, boje sie nimi zajmowac, nie chce byc przez nie "zaczepiana", dotykana, zagadywana, wogole niech najlepiej zostawia mnie w spokoju i trzymaja sie z daleka.
Mysle, ze moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia oraz braku kontaktu z dziecmi przez cale moje zycie. Tylko jak tu zdobyc doswiadczenie, jak odczuwa sie wyrazna niechec? Mam 25 lat. Najwyzszy czas poczuc zew macierzynstwa.
Ale jakos nic mnie nie zrywa.

Czytam kilka blogow, na ktorych blogowiczki chwala sie swoimi dziecmi (dziecko to temat jak najbardziej odpowiedni na bloga: zaloze sie, ze codziennie czegos nowego sie ucza, codziennie cos ciekawego robia, pomimo, iz temat dzieci jest mi calkowicie obcy, jestem w stanie to zrozumiec). Pod kazda notka pojawiaja sie dziesiatki komentarzy w stylu "Ach, jaki on cudny!", "Jaka ona slodka!", "Jaki on madry!", "Jakie piekne usteczka!" itp. Gdybym ja, zgodnie ze swoim sumieniem, miala skomentowac tego typu notke, tekst brzmialby: "Dziecko jak dziecko: ani madrzejsze, ani glupsze od innych, ani piekniejsze, ani brzydsze. Zaden cud natury".
Zupelnie nie rozumiem tego zachwytu i rozplywania sie nad noworodkiem. Wszyscy mowia, jak to male dzieci slicznie pachna. Mialam kiedys okazje poczuc: ten "sliczny" zapach to mieszanina zapachu pudru i kupki. Doprawdy niezwykly aromat.

Zaczelam sie zastanawiac jak to jest, ze w naszym spoleczenstwie kobieta POWINNA miec dzieci, POWINNA chciec je miec, POWINNA sie w ten sposob realizowac. To nie ja.

Przeczytalam bloga Agaty Passent (http://agatapassententer.blog.onet.pl/), gdzie z niezwyklym realizmem opisuje ona "uroki" macierzynstwa. Szczegolnie interesujace wydaja mi sie te notki:
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID149379065,index.html,
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID157803508,index.html.
Pod kazda z nich wiele komentarzy typu: po co bylo sobie robic dzieci, jak teraz sie ma takie podejscie, chyba pani Agata nie lubi swojego dziecka itp.
Rownie wiele (albo nawet i wiecej) kontrowersji wzbudzil swojego czasu felieton Agnieszki Chylinskiej opublikowany kiedys w "Machinie":
http://www.fundacjamama.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=77&Itemid=72.
Agnieszka uswiadamia (niezwykle dosadnie), ze macierzynstwo to w wiekszosci wcale nie roztkliwianie sie nad malenkimi paznokietkami niemowlecia lub wsluchiwanie sie w jego rozkoszne posapywanie: miec dziecko, to znaczy przemeczyc sie 9 miesiecy z olbrzymim, niewygodnym brzuchem, doswiadczyc ogromnego bolu podczas porodu, nie spac po nocach, miec obolale piersi, wachac kupe i rozmaite papki, myc, przewijac, znowu myc... Po tym felietonie rozpetala sie burza. Dlaczego tak trudno jest spoleczenstwu zaakceptowac fakt, ze nie kazda matka musi uwielbiac te wszystkie czynnosci?

Nie widze dobrego powodu, dla ktorego powinno sie miec dziecko i przechodzic przez to wszystko (moze, jak juz pisalam, moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia i stycznosci z dziecmi). Podtrzymanie gatunku? Inni podtrzymaja za mnie. Przekazanie komus dorobku calego zycia? Na pewno kogos znajde, nie musi to byc moje dziecko.
Slyszalam o jednym argumencie, ktory jest w stanie do mnie trafic: po kilku latach do malzenstwa wkrada sie nuda, dwie osoby nie wiedza, co maja ze soba dalej robic i wtedy pojawiaja sie mysli o dziecku. Nie wiem, jak bedzie wygladalo moje malzenstwo za kilka lat, wydaje mi sie jednak, ze ten stan nigdy w nim nie zagosci: robimy razem tyle rzeczy i mamy mnostwo wspolnych zainteresowan.
Przeraza mnie fakt, ze bede musiala zrezygnowac z pracy zawodowej i z zycia towarzyskiego. Zartujemy sobie z Mezem, ze zaraz po urodzeniu dziecka przyniose je do domu i powiem mu: tu jest lazienka, tam lodowka, rob sobie co chcesz a ja ide do pracy.
Przeraza mnie mysl o bolu w trakcie porodu. Przeraza mnie to, ze moge utyc. Przerazaja mnie rozstepy i obwisle piersi.

Moze zostane uznana za egoistke. Trudno.
A moze po prostu jeszcze nie przyszedl na mnie odpowiedni czas?
A co jesli nigdy nie przyjdzie? Czy jest na swiecie miejsce dla takich jak ja?

Thursday, October 4, 2007

Reality Show

W Ameryce najpopularniejsze programy telewizyjne to reality show. Nie jestem wielkim fanem telewizji ale musze przyznac, ze niektore z nich ogladam nalogowo a niektore tylko od czasu do czasu lub gdy nie mam nic innego do roboty. Zreszta, z braku dobrych filmow fabularnych, trzeba z tej telewizyjnej papki wylowic to, co najciekawsze.
Reality show podzielilabym na kilka kategorii:

1. Fascynujace
Do tej kategorii zaliczylabym na przyklad:
-America's Got Talent (ogladamy z mezem nalogowo)- bardzo podobne do Idola z tym, ze tutaj zaprezentowac mozna wszystko. Mozna tanczyc, spiewac, grac, lamac przedmioty posladkami, zonglowac... w wiekszosci wystepuja "normalni" ludzie ale zdarzaja sie rowniez oryginaly. Moje i Meza ulubione (z roznych powodow) wystepy to:
http://youtube.com/watch?v=xFZYPeP8k2E Cas Haley- niesamowicie spiewajacy bialy czlowiek z jamajskim akcentem,
http://youtube.com/watch?v=ozDh4NQveJs Bianca Ryan- dwunastolatka z glosem jak dzwon,
http://youtube.com/watch?v=fViV66t8pJw Kashif- tanczacy Hindus,
http://youtube.com/watch?v=LIr3gaqefXg Boy Shakira- chlopak identyfikujacy sie z Shakira, przebierajacy sie za nia i tanczacy jak ona (prawdopodobnie tanczy lepiej niz niejedna dziewczyna),
http://youtube.com/watch?v=NDOjmUI7AFk Leonid the Magnificent- Rosjanin ktory... zreszta, zobaczcie sami...
-The Biggest Looser (ogladam od czasu do czasu, zeby sobie poprawic nastroj)- kilkunastu grubasow, pod opieka lekarzy, dietetykow i trenerow, poddaje sie morderczym treningom i, zdrowo sie odzywiajac, probuje w jak najkrotszym czasie zrzucic jak najwiecej funtow. Rekordzisci zaczynaja z waga ok. 400 funtow (czyli kolo 180 kg) i schodza do 180 funtow (ok. 80 kg). Program trwa kilkanascie tygodni.
Kid Nation (jeszcze nie widzialam ale slyszalam o tym)- show, ktory ostatnio wzbudzil wiele kontrowersji. Czterdziescioro dzieci, bez nadzoru doroslych, zyje i zarzadza niewielkim miasteczkiem. Kilkoro juz napilo sie wybielacza przez przypadek... ciekawe, jak to sie skonczy...

2. Interesujace
-Hell's Kitchen (widzialam pare razy) - Uczestnicy walcza o tytul szefa kuchni hotelu w Las Vegas. Gotuja pysznie wygladajace dania (powinno sie to ogladac w parze z The Biggest Looser).
-America's Next Top Model (ogladam nalogowo ze wzgledu na moja slabosc do pieknych fotografii i zainteresowanie trendami w modzie)- 13 uczestniczek walczy o kontrakt na 500 000$ z firma kosmetyczna CoverGirl, okladke pisma "Seventeen" oraz tytul nastepnej Top Modelki w USA. Pozuja do pieknych, wyrafinowanych zdjec, nosza swietne ciuchy.
-What Not To Wear (ogladam od czasu do czasu podczas cwiczenia na silowni)- program o modzie. Wybrana uczestniczka, szara myszka noszaca ubrania przypominajace worki na kartofle, jest uczona przez ekspertow jak sie ubrac i umalowac (program ten stanowi dla mnie nieoceniona pomoc w autostylizacji, amerykanska moda i fryzury sa zupelnie odmienne od europejskich).
-Miami Ink (widzialam pare razy, rowniez podczas cwiczen na silowni)- Dzien z zycia tatuazystow w salonie (tatuaze sa bardzo popularne w US). Tatuuja ludziom kwiaty, japonskie gejsze ale takze portrety ich dzieci lub zmarlych matek (swoja droga co to za moda w Ameryce? Tego nigdy nie zrozumiem...).

3. Boki zrywac
-Beauty And The Geek czyli "Piekna i kujon" (widzialam pare razy)- sliczne, puste dziewczyny sa dobierane w pary z mozgowcami i walcza o costam. Widzialam kilka dni temu odcinek, w ktorym dziewczyna zapytana o edukacje mowi: Bylam kilka lat w college'u, nie wiem ile, nie pamietam. Doskonaly show na poprawienie samooceny.
-Judge... (tu wstawic imie: Judy, Mathis, Alex... widuje od czasu do czasu ze wzgledu na fakt, ze ten show pojawia sie na wszystkich publicznych kanalach telewizyjnych o okreslonych godzinach. Po prostu nie da sie ominac.)- taka nasza "Anna Maria Wesolowska". Roznica jest taka, ze te rozprawy sa prawdziwe a wyroki prawomocne. Najzabawniejsza chyba rozprawa to historia Indianina, ktory pozywa kierowce tira o 10 000$ za rozjechanie kury. Swoj pozew (i zadana sume pieniedzy) motywuje faktem, ze kura byla przyjacielem domu a jej smierc spowodowala traume emocjonalna u Indianina oraz jego rodziny.

4. Beznadziejne
-Age Of Love (widzialam raz i wystarczylo)- 10 dwudziestolatek i 10 czterdziestolatek walczy o uroki trzydziestoletniego gwiazdora tenisa. Zenada.

5. Czlowiek sam sie wstydzi, ze to oglada
-Jerry Springer Show (widzialam raz i... jak wyzej. Sama sie wstydze, ze to ogladalam.)- historie ludzi, ktorzy problemy miedzy soba rozwiazuja za pomoca piesci a niekiedy krzesla lub kija. Podekscytowany tlum krzyczy "Walczcie! Walczcie!" lub tez "Pokaz cycki!". Zastanawiam sie, ile musieli zaproponowac Springerowi, zeby zgodzil sie na prowadzenie tego programu.

Oprocz tego calego reality jest jeszcze pare fajnych seriali (takich np. jak "Law & Order") ale filmow fabularnych jak na lekarstwo. Na szczescie kinowe hity szybko wchodza do wypozyczalni i, za niewielka cene, mozna kupic (lub wypozyczyc) i obejrzec cos interesujacego i wartosciowego.