Zrobilam ostatnio liste serwisow internetowych, do ktorych musze sie zalogowac, aby moc z nich skorzystac. Oto ta lista:
Te, bez ktorych obyc sie nie moge:
1. email prywatny
3. email firmowy 1
4. email firmowy 2
5. bank 1
6. bank 2
7. bank 3
8. serwis sieci komorkowej
9. skype
Te, bez ktorych obyc sie moge, ale bardzo sie przydaja:
10. aukcje internetowe
11. platnosci przez internet
12. kupie/sprzedam przez internet
13. serwis pozwalajacy zaplacic przez internet rachunek za prad
Serwisy sluzace kontaktom ze znajomymi:
14. nasza klasa
15. myspace
Inne:
16. ogame
17. blog
18. serwis, dzieki ktoremu mozna sie dowiedziec, gdzie warto zjesc, gdzie zrobic dobre zakupy...
19. serwis muzyczny
20. kartki internetowe
21. sklep ze sprzetem rowerowym
22. serwis sklepu, w ktorym mozna wywolac zdjecia
23. serwis komputerowy
24. gadu gadu
24 strony/serwisy internetowe. 24 loginy, 24 hasla. 24 podpowiedzi do hasel. 24 problemy.
Bylo 25. Postanowilam pozbyc sie tych, ktorych nie uzywam, ale poza serwisem tworzacym internetowe pokazy slajdow, nie moge pozbyc sie niczego innego.
Czy zycie w XXI wieku jest naprawde latwiejsze?
A wy? Ile macie takich serwisow?
Monday, November 12, 2007
Thursday, November 8, 2007
Droga do wspomnien
Kilka tygodni temu jedna z kolezanek przeslala mi linka do strony http://nasza-klasa.pl . Udalo mi sie dzieki niej odnalezc dawnych przyjaciol z podstawowki i liceum, oraz, o dziwo, znajomych z harcerstwa.
Przegladajac jedno z forow trafilam na link do bloga pani profesor S., ktora w moim liceum uczyla (i wciaz uczy) jezyka polskiego. Ten blog, bardziej niz cokolwiek innego, przypomnial mi o mojej szkole.
I jakos mi sie tak... smutno zrobilo. I zatesknilam. Tylko do czego?
Nigdy dobrze nie wspominalam liceum. Ciezko byloby mi przypomniec sobie jakies pozytywne rzeczy, zabawne historie, supertrwale przyjaznie.
Moze dlatego, ze lata, w ktorych uczeszczamy do szkoly sredniej, przypadaja rowniez na nasz okres dojrzewania. Gdyby ktos zaproponowal mi powrot do czasow, w ktorych mialam 15- 18 lat, powiedzialabym: nie, dziekuje. Hormony buzuja, rodzice wymagaja, nauczyciele tez wymagaja, pryszcze, pierwsze milosci, chec wyrobienia sobie pozycji w grupie- kto powiedzial, ze to najpiekniejsze lata w zyciu czlowieka? Nigdy wiecej nie chcialabym byc nastolatka!
Moze wlasnie dlatego wszystkie wspomnienia, dobre i zle, schowalam do pudelka niepamieci?
Moja klasa miala dwie wychowawczynie: pierwsza- mloda i niedoswiadczona, odeszla po roku ze szkoly. Zawsze miala dobre checi, stala za nami murem i bronila kiedy tylko bylo trzeba. Bylismy jej pierwsza klasa. Druga pani byla doswiadczonym pedagogiem, przemila kobieta ktora jednak miala inne, tradycyjne metody wychowawcze (a naszej klasie, przyzwyczajonej do wychowawcy, ktory byl bardziej przyjacielem niz nauczycielem, nie bardzo to sie podobalo). Bylismy grupa, ktora czula sie w jakis sposob odrzucona, klasa zlozona z indywidualistow. Brak jednosci byl bardzo wyczuwalny i to chyba rowniez zawazylo na moich wspomnieniach.
Pani profesor S. pisze na blogu o wycieczce, na ktorej byla ze swoja klasa. Pisze o szeroko pojetej integracji, o wspolnych spiewach przy ognisku, o biegach na orientacje... Miedzy wierszami da sie rowniez dostrzec niezwykle zaufanie uczniow do nauczycieli oraz fakt, ze pani profesor czuje sie z nimi dobrze i swobodnie.
Nie tylko opis tej wycieczki daje takie odczucia: przegladalam ksiege gosci i komentarze pod notkami. Uczniowie- nie tylko ci, ktorzy juz liceum skonczyli- smialo komentuja, pozwalaja sobie na dygresje i polemiki, nie boja sie, ze nazajutrz, w szkole, zostanie to wykorzystane przeciwko nim.
Cos sie chyba jednak zmienilo w polskiej mlodziezy.
Nie tesknie za szkola, ktora zostawilam. Tesknie za tym, co jest tam teraz. I bardzo chcialabym byc w tej klasie, ktorej wychowawczynia jest pani profesor S..
Przegladajac jedno z forow trafilam na link do bloga pani profesor S., ktora w moim liceum uczyla (i wciaz uczy) jezyka polskiego. Ten blog, bardziej niz cokolwiek innego, przypomnial mi o mojej szkole.
I jakos mi sie tak... smutno zrobilo. I zatesknilam. Tylko do czego?
Nigdy dobrze nie wspominalam liceum. Ciezko byloby mi przypomniec sobie jakies pozytywne rzeczy, zabawne historie, supertrwale przyjaznie.
Moze dlatego, ze lata, w ktorych uczeszczamy do szkoly sredniej, przypadaja rowniez na nasz okres dojrzewania. Gdyby ktos zaproponowal mi powrot do czasow, w ktorych mialam 15- 18 lat, powiedzialabym: nie, dziekuje. Hormony buzuja, rodzice wymagaja, nauczyciele tez wymagaja, pryszcze, pierwsze milosci, chec wyrobienia sobie pozycji w grupie- kto powiedzial, ze to najpiekniejsze lata w zyciu czlowieka? Nigdy wiecej nie chcialabym byc nastolatka!
Moze wlasnie dlatego wszystkie wspomnienia, dobre i zle, schowalam do pudelka niepamieci?
Moja klasa miala dwie wychowawczynie: pierwsza- mloda i niedoswiadczona, odeszla po roku ze szkoly. Zawsze miala dobre checi, stala za nami murem i bronila kiedy tylko bylo trzeba. Bylismy jej pierwsza klasa. Druga pani byla doswiadczonym pedagogiem, przemila kobieta ktora jednak miala inne, tradycyjne metody wychowawcze (a naszej klasie, przyzwyczajonej do wychowawcy, ktory byl bardziej przyjacielem niz nauczycielem, nie bardzo to sie podobalo). Bylismy grupa, ktora czula sie w jakis sposob odrzucona, klasa zlozona z indywidualistow. Brak jednosci byl bardzo wyczuwalny i to chyba rowniez zawazylo na moich wspomnieniach.
Pani profesor S. pisze na blogu o wycieczce, na ktorej byla ze swoja klasa. Pisze o szeroko pojetej integracji, o wspolnych spiewach przy ognisku, o biegach na orientacje... Miedzy wierszami da sie rowniez dostrzec niezwykle zaufanie uczniow do nauczycieli oraz fakt, ze pani profesor czuje sie z nimi dobrze i swobodnie.
Nie tylko opis tej wycieczki daje takie odczucia: przegladalam ksiege gosci i komentarze pod notkami. Uczniowie- nie tylko ci, ktorzy juz liceum skonczyli- smialo komentuja, pozwalaja sobie na dygresje i polemiki, nie boja sie, ze nazajutrz, w szkole, zostanie to wykorzystane przeciwko nim.
Cos sie chyba jednak zmienilo w polskiej mlodziezy.
Nie tesknie za szkola, ktora zostawilam. Tesknie za tym, co jest tam teraz. I bardzo chcialabym byc w tej klasie, ktorej wychowawczynia jest pani profesor S..
Monday, November 5, 2007
Fenomen Dody
Zagladam od czasu do czasu na rozmaite portale internetowe zwiazane z polska kultura i scena muzyczna. Od kilku (a raczej chyba kilkunastu) miesiecy zadaje sobie pytanie: na czym polega fenomen Dody?
Popularnosc zdobyla dzieki programowi "Bar", w ktorym popisala sie niezwyklym talentem do pyskowania, przeklinania i obrazania kogo sie tylko da. I tak jej zostalo.
Jest ladna i bardzo atrakcyjna- to trzeba jej przyznac. Moze i szczyci sie wysokim ilorazem inteligencji ale kompletnie nie przeklada sie on na jej sposob bycia i mowienia. Gdy tylko Doda otwiera usta- rozlega sie drazniace dla ucha nosowe geganie.
Jej piosenki nie wyrozniaja sie niczym szczegolnym: sa to niezle kompozycje muzyczne okraszone tekstami z dosc czestochowskimi rymami (na przyklad "Katharsis": sie- ze- sie, smiech- mnie- cie; i tak w kolko). Mimo to Doda zostala wielokrotnie nagrodzona jako najlepszy artysta, autor najlepszej piosenki, otrzymala nagrode za najlepsza plyte a ostatnio rowniez statuetke MTV w kategorii "Najlepszy polski artysta".
Zastanawiam sie jakim cudem Doda stala sie dla nastolatek wzorem zachowania (to, ze jej sposob ubierania sie stal sie kanonem mody, jeszcze jestem w stanie zrozumiec), oraz dlaczego telewizyjna "Dwojka" zatrudnila ja jako jurora programu "Gwiazdy tancza na lodzie". Mialam okazje obejrzec pare odcinkow na http://www.youtube.com i z niesmakiem obserwowalam jej starcia z Przemyslawem Saleta (ktore, w rezultacie, wygral bokser). Emitowane przez telewizje programy z komentarzami typu "Saleta ciagnie fleta" lub ze Doda, za przeproszeniem, "chetnie zwalilaby sobie konia" ogladajac swoje zdjecia w magazynie dla panow, sa, delikatnie mowiac, nie na miejscu.
Nie rozumiem, jakim cudem Dorota Rabczewska zdobyla sobie taka popularnosc. Nie rozumiem, czemu Telewizja Polska stawia ja na piedestale, kreujac ja jako autorytet w dziedzinie, o ktorej wyzej wymieniona nie ma zielonego pojecia. Nie rozumiem jakimi wartosciami moralnymi i estetycznymi (poza estetycznymi tipsami) moze pochwalic sie Doda.
To przykre, ze wzorem do nasladowania stala sie w polsce chamska, wulgarna dziewucha. Szkoda rowniez, ze media nie robia nic, aby zapobiec rozprzestrzenianiu sie tego typu zachowan wsrod mlodziezy, wrecz przeciwnie: popieraja je i promuja. Chyba musza tu wchodzic w gre jakies strasznie wielkie pieniadze, ktorych suma przewyzsza wartosc dobrego wychowania i wysokiej kultury osobistej.
Popularnosc zdobyla dzieki programowi "Bar", w ktorym popisala sie niezwyklym talentem do pyskowania, przeklinania i obrazania kogo sie tylko da. I tak jej zostalo.
Jest ladna i bardzo atrakcyjna- to trzeba jej przyznac. Moze i szczyci sie wysokim ilorazem inteligencji ale kompletnie nie przeklada sie on na jej sposob bycia i mowienia. Gdy tylko Doda otwiera usta- rozlega sie drazniace dla ucha nosowe geganie.
Jej piosenki nie wyrozniaja sie niczym szczegolnym: sa to niezle kompozycje muzyczne okraszone tekstami z dosc czestochowskimi rymami (na przyklad "Katharsis": sie- ze- sie, smiech- mnie- cie; i tak w kolko). Mimo to Doda zostala wielokrotnie nagrodzona jako najlepszy artysta, autor najlepszej piosenki, otrzymala nagrode za najlepsza plyte a ostatnio rowniez statuetke MTV w kategorii "Najlepszy polski artysta".
Zastanawiam sie jakim cudem Doda stala sie dla nastolatek wzorem zachowania (to, ze jej sposob ubierania sie stal sie kanonem mody, jeszcze jestem w stanie zrozumiec), oraz dlaczego telewizyjna "Dwojka" zatrudnila ja jako jurora programu "Gwiazdy tancza na lodzie". Mialam okazje obejrzec pare odcinkow na http://www.youtube.com i z niesmakiem obserwowalam jej starcia z Przemyslawem Saleta (ktore, w rezultacie, wygral bokser). Emitowane przez telewizje programy z komentarzami typu "Saleta ciagnie fleta" lub ze Doda, za przeproszeniem, "chetnie zwalilaby sobie konia" ogladajac swoje zdjecia w magazynie dla panow, sa, delikatnie mowiac, nie na miejscu.
Nie rozumiem, jakim cudem Dorota Rabczewska zdobyla sobie taka popularnosc. Nie rozumiem, czemu Telewizja Polska stawia ja na piedestale, kreujac ja jako autorytet w dziedzinie, o ktorej wyzej wymieniona nie ma zielonego pojecia. Nie rozumiem jakimi wartosciami moralnymi i estetycznymi (poza estetycznymi tipsami) moze pochwalic sie Doda.
To przykre, ze wzorem do nasladowania stala sie w polsce chamska, wulgarna dziewucha. Szkoda rowniez, ze media nie robia nic, aby zapobiec rozprzestrzenianiu sie tego typu zachowan wsrod mlodziezy, wrecz przeciwnie: popieraja je i promuja. Chyba musza tu wchodzic w gre jakies strasznie wielkie pieniadze, ktorych suma przewyzsza wartosc dobrego wychowania i wysokiej kultury osobistej.
Thursday, November 1, 2007
Dwa miesiace swiat
No i po Halloween.
Przez ostatni miesiac ganki domow i wystawy sklepow ustrojone byly dyniami i kosciotrupami. Wczoraj w hipermarkecie kasjerki nosily na glowie plastikowe nietoperze, na ulicy minela mnie samochodem kobieta przebrana za kotka a chodnikiem przechodzil facet bardzo sugestywnie krwawiacy czerwona farba. Normalka.
Teraz z kolei bedziemy przygotowywac sie do Swieta Dziekczynienia (czwarty czwartek listopada). Wczesniej jednak wszedzie zawisna flagi (Dzien Weterana, 11 listopada). Potem zaroi sie od choinek, w styczniu zas bedziemy mogli zaobserwowac wszechobecne serduszka i misie (co z tego, ze Walentynki dopiero za miesiac). W miedzyczasie, 2 lutego, bedziemy obchodzic Dzien Swistaka (ci, co widzieli film, wiedza o czym pisze).
Zaraz po Dniu Zakochanych pojawia sie kroliczki, w czwarty poniedzialek maja blekit, czerwien i biel oznajmia nadejscie Dnia Pamieci Narodowej, 14 czerwca bedzie Dzien Flagi a 4 lipca wybuchna fajerwerki z okazji Swieta Niepodleglosci. Potem jeszcze tylko Swieto Pracy (pierwszy poniedzialek wrzesnia) i Dzien Kolumba (drugi poniedzialek pazdziernika) i caly kolowrot zaczyna sie od poczatku.
W Ameryce nadejscie swiat mozna zaobserwowac przynajmniej miesiac wczesniej. Juz pod koniec wrzesnia zauwazylam choinki. Od czterech tygodni dynie i wsciekly oranz rowniez kroluja w hipermarketach. Tak samo bedzie z Bozym Narodzeniem, Walentynkami, Wielkanoca...
Moze to przesada, celebrowac jedno swieto przez tak dlugi czas, ale (moim zdaniem) dzieki temu zawsze jest okazja, zeby z czegos sie cieszyc, zeby do czegos sie przygotowywac, zeby przystroic dom albo po prostu spotkac sie ze znajomymi.
Przez ostatni miesiac ganki domow i wystawy sklepow ustrojone byly dyniami i kosciotrupami. Wczoraj w hipermarkecie kasjerki nosily na glowie plastikowe nietoperze, na ulicy minela mnie samochodem kobieta przebrana za kotka a chodnikiem przechodzil facet bardzo sugestywnie krwawiacy czerwona farba. Normalka.
Teraz z kolei bedziemy przygotowywac sie do Swieta Dziekczynienia (czwarty czwartek listopada). Wczesniej jednak wszedzie zawisna flagi (Dzien Weterana, 11 listopada). Potem zaroi sie od choinek, w styczniu zas bedziemy mogli zaobserwowac wszechobecne serduszka i misie (co z tego, ze Walentynki dopiero za miesiac). W miedzyczasie, 2 lutego, bedziemy obchodzic Dzien Swistaka (ci, co widzieli film, wiedza o czym pisze).
Zaraz po Dniu Zakochanych pojawia sie kroliczki, w czwarty poniedzialek maja blekit, czerwien i biel oznajmia nadejscie Dnia Pamieci Narodowej, 14 czerwca bedzie Dzien Flagi a 4 lipca wybuchna fajerwerki z okazji Swieta Niepodleglosci. Potem jeszcze tylko Swieto Pracy (pierwszy poniedzialek wrzesnia) i Dzien Kolumba (drugi poniedzialek pazdziernika) i caly kolowrot zaczyna sie od poczatku.
W Ameryce nadejscie swiat mozna zaobserwowac przynajmniej miesiac wczesniej. Juz pod koniec wrzesnia zauwazylam choinki. Od czterech tygodni dynie i wsciekly oranz rowniez kroluja w hipermarketach. Tak samo bedzie z Bozym Narodzeniem, Walentynkami, Wielkanoca...
Moze to przesada, celebrowac jedno swieto przez tak dlugi czas, ale (moim zdaniem) dzieki temu zawsze jest okazja, zeby z czegos sie cieszyc, zeby do czegos sie przygotowywac, zeby przystroic dom albo po prostu spotkac sie ze znajomymi.
Sunday, October 28, 2007
w oczekiwaniu na darmowy telewizor...- update
... no i niestety, nie mialam szczescia...
Friday, October 26, 2007
w oczekiwaniu na darmowy telewizor...
Jest taka strona www.craigslist.org , gdzie kazdy moze cos sprzedac/kupic/oddac za darmo. Wystarczy tylko mieszkac w okolicy osoby, ktora chce cos kupic/sprzedac/wziac za darmo.
Przegladajac, bez wiekszego zainteresowania, dzial "za darmo", natrafilam na faceta, ktory nie ma czasu bawic sie w aukcje i chce jak najszybciej pozbyc sie 42- calowego telewizora oraz kina domowego. Kto pierwszy ten lepszy.
Juz wyslalam email.
Trzymajcie kciuki.
Przegladajac, bez wiekszego zainteresowania, dzial "za darmo", natrafilam na faceta, ktory nie ma czasu bawic sie w aukcje i chce jak najszybciej pozbyc sie 42- calowego telewizora oraz kina domowego. Kto pierwszy ten lepszy.
Juz wyslalam email.
Trzymajcie kciuki.
Thursday, October 25, 2007
50% na czas
No wiec siedze sobie w samolocie linii Northwestern Airlines do Nowego Jorku. Jest godzina 6:05 nad ranem, samolot ma wystartowac za pol godziny. Maz drzemie, ja leniwie przegladam wydrukowany z internetu bilet elektroniczny. Nagle moja uwage przykuwaja slowa "50% on time" pod szczegolowym opisem lotu. Moj mozg, nie pracujacy najlepiej bladym switem, jakos nie moze sobie poradzic z informacja "50% na czas".
Szturcham Meza.
- Kochanie, co to znaczy "50% na czas"?- pytam.
- To znaczy, ze w 50% samolot przylatuje na miejsce o wyznaczonej godninie a w 50% nie.- mruczy zaspany maz i usiluje umoscic sie wygodniej na siedzeniu.
Tyle to ja tez zrozumialam ale jakos nie chce mi sie zmiescic w glowie, ze tu, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Polnocnej cos moze nie byc na czas. Pol godziny pozniej mam okazje przekonac sie na wlasnej skorze, co oznaczaja te magiczne slowa "50% on time".
O godzinie 6:35 pilot uprzejmie oznajmia, ze akumulator w samolocie nie laduje sie, i ze zaloga techniczna jest na miejscu i sprawdza, naprawia, slowem- robi wszystko co w jej mocy abysmy mozliwie szybko wystartowali.
O godzinie 7:00 pilot ponownie przeprasza. Zauwazam, ze od sciany samolotu jakos tak dziwnie odchodza panele.
O godzinie 7:20 pilot przeprasza i zapewnia, ze niebawem bedziemy w powietrzu. Zastanawiam sie, czy odchodzace od sciany panele moga byc przyczyna rozhermetyzowania sie samolotu i, na przyklad, uduszenia sie pasazerow.
O godzinie 7:45 startujemy. Zastanawiam sie, czy zdazymy na przesiadke w Memphis, a jesli nie zdazymy, to czy kolejny podstawiony samolot jakims cudem moze byc w Nowym Jorku przed godzina 1:43 po poludniu. A jesli nie, to jak dac znac moim rodzicom, czekajacym juz tam na nas, ze zyjemy, tylko sie troche spoznimy.
Docieramy do Memphis o 8:32, samolot do Nowego Jorku odlatuje o 8:35. Biegniemy jak szaleni do naszego wyjscia a tu... okazuje sie, ze drzwi jeszcze nie zamkniete i samolot nie koluje bo pilotowi popsulo sie krzeslo a panowie z ekipy technicznej wlasnie je naprawiaja.
O godzinie 8:50 przypominam sobie o filmie "Czy leci z nami pilot".
O godzinie 9:10 zastanawiam sie czy leci z nami lekarz.
O godzinie 9:30 zaczynam przegladac katalog z gadgetami sklepu "Sky Mall" na ktorym ktos przytomny napisal dlugopisem: "useless shit" (bezuzyteczne gowno). Chyba nie ma slow, ktore trafniej opisalyby zawartosc tego pisma.
O 9:45 startujemy.
Wracamy z Nowego Jorku. Przesiadka w Memphis. Godzina 7:00 wieczorem, samolot startuje za 20 minut.
Uprzejma pani przez megafon bardzo unizenie przeprasza i informuje, ze samolot, ktorym bedziemy leciec, jeszcze nie przylecial z kolejnego rejsu. Opoznienie jest spowodowane wizyta laskawie nam panujacego prezydenta Georga W Busha gdziestam.
Godzina 7:40. Ide kupic sobie kawe.
Godzina 8:00. Startujemy. Docieramy na miejsce z godzinnym opoznieniem.
Coz. Przynajmniej bilety byly tanie.
Szturcham Meza.
- Kochanie, co to znaczy "50% na czas"?- pytam.
- To znaczy, ze w 50% samolot przylatuje na miejsce o wyznaczonej godninie a w 50% nie.- mruczy zaspany maz i usiluje umoscic sie wygodniej na siedzeniu.
Tyle to ja tez zrozumialam ale jakos nie chce mi sie zmiescic w glowie, ze tu, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Polnocnej cos moze nie byc na czas. Pol godziny pozniej mam okazje przekonac sie na wlasnej skorze, co oznaczaja te magiczne slowa "50% on time".
O godzinie 6:35 pilot uprzejmie oznajmia, ze akumulator w samolocie nie laduje sie, i ze zaloga techniczna jest na miejscu i sprawdza, naprawia, slowem- robi wszystko co w jej mocy abysmy mozliwie szybko wystartowali.
O godzinie 7:00 pilot ponownie przeprasza. Zauwazam, ze od sciany samolotu jakos tak dziwnie odchodza panele.
O godzinie 7:20 pilot przeprasza i zapewnia, ze niebawem bedziemy w powietrzu. Zastanawiam sie, czy odchodzace od sciany panele moga byc przyczyna rozhermetyzowania sie samolotu i, na przyklad, uduszenia sie pasazerow.
O godzinie 7:45 startujemy. Zastanawiam sie, czy zdazymy na przesiadke w Memphis, a jesli nie zdazymy, to czy kolejny podstawiony samolot jakims cudem moze byc w Nowym Jorku przed godzina 1:43 po poludniu. A jesli nie, to jak dac znac moim rodzicom, czekajacym juz tam na nas, ze zyjemy, tylko sie troche spoznimy.
Docieramy do Memphis o 8:32, samolot do Nowego Jorku odlatuje o 8:35. Biegniemy jak szaleni do naszego wyjscia a tu... okazuje sie, ze drzwi jeszcze nie zamkniete i samolot nie koluje bo pilotowi popsulo sie krzeslo a panowie z ekipy technicznej wlasnie je naprawiaja.
O godzinie 8:50 przypominam sobie o filmie "Czy leci z nami pilot".
O godzinie 9:10 zastanawiam sie czy leci z nami lekarz.
O godzinie 9:30 zaczynam przegladac katalog z gadgetami sklepu "Sky Mall" na ktorym ktos przytomny napisal dlugopisem: "useless shit" (bezuzyteczne gowno). Chyba nie ma slow, ktore trafniej opisalyby zawartosc tego pisma.
O 9:45 startujemy.
Wracamy z Nowego Jorku. Przesiadka w Memphis. Godzina 7:00 wieczorem, samolot startuje za 20 minut.
Uprzejma pani przez megafon bardzo unizenie przeprasza i informuje, ze samolot, ktorym bedziemy leciec, jeszcze nie przylecial z kolejnego rejsu. Opoznienie jest spowodowane wizyta laskawie nam panujacego prezydenta Georga W Busha gdziestam.
Godzina 7:40. Ide kupic sobie kawe.
Godzina 8:00. Startujemy. Docieramy na miejsce z godzinnym opoznieniem.
Coz. Przynajmniej bilety byly tanie.
Tuesday, October 9, 2007
O dzieciach
Kilka dni temu zostalam poproszona przez kolezanke o zajecie sie jej trzyletnia coreczka przez godzine. Odmowilam.
Nigdy nie mialam stycznosci z malymi dziecmi. Nie mam pojecia na jakim sa poziomie umyslowym, czy nosza jeszcze (a moze juz?) pieluche, co zwykle robia, co jedza i na ile mozna sie z nimi komunikowac. Gdy widze male dzieci ogarnia mnie przerazenie i paraliz. Nie chce byc za nie odpowiedzialna.
Kilka dni pozniej poszlismy z Mezem, kolezanka, jej corka i jej chlopakiem do muzeum. Mialam okazje poobserwowac mojego M., slicznie bawiacego sie z mala. Tak, on bedzie swietnym ojcem.
A ja?
Nie wiem, z czego to wynika, ale nie mysle jeszcze o posiadaniu dzieci, boje sie nimi zajmowac, nie chce byc przez nie "zaczepiana", dotykana, zagadywana, wogole niech najlepiej zostawia mnie w spokoju i trzymaja sie z daleka.
Mysle, ze moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia oraz braku kontaktu z dziecmi przez cale moje zycie. Tylko jak tu zdobyc doswiadczenie, jak odczuwa sie wyrazna niechec? Mam 25 lat. Najwyzszy czas poczuc zew macierzynstwa.
Ale jakos nic mnie nie zrywa.
Czytam kilka blogow, na ktorych blogowiczki chwala sie swoimi dziecmi (dziecko to temat jak najbardziej odpowiedni na bloga: zaloze sie, ze codziennie czegos nowego sie ucza, codziennie cos ciekawego robia, pomimo, iz temat dzieci jest mi calkowicie obcy, jestem w stanie to zrozumiec). Pod kazda notka pojawiaja sie dziesiatki komentarzy w stylu "Ach, jaki on cudny!", "Jaka ona slodka!", "Jaki on madry!", "Jakie piekne usteczka!" itp. Gdybym ja, zgodnie ze swoim sumieniem, miala skomentowac tego typu notke, tekst brzmialby: "Dziecko jak dziecko: ani madrzejsze, ani glupsze od innych, ani piekniejsze, ani brzydsze. Zaden cud natury".
Zupelnie nie rozumiem tego zachwytu i rozplywania sie nad noworodkiem. Wszyscy mowia, jak to male dzieci slicznie pachna. Mialam kiedys okazje poczuc: ten "sliczny" zapach to mieszanina zapachu pudru i kupki. Doprawdy niezwykly aromat.
Zaczelam sie zastanawiac jak to jest, ze w naszym spoleczenstwie kobieta POWINNA miec dzieci, POWINNA chciec je miec, POWINNA sie w ten sposob realizowac. To nie ja.
Przeczytalam bloga Agaty Passent (http://agatapassententer.blog.onet.pl/), gdzie z niezwyklym realizmem opisuje ona "uroki" macierzynstwa. Szczegolnie interesujace wydaja mi sie te notki:
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID149379065,index.html,
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID157803508,index.html.
Pod kazda z nich wiele komentarzy typu: po co bylo sobie robic dzieci, jak teraz sie ma takie podejscie, chyba pani Agata nie lubi swojego dziecka itp.
Rownie wiele (albo nawet i wiecej) kontrowersji wzbudzil swojego czasu felieton Agnieszki Chylinskiej opublikowany kiedys w "Machinie":
http://www.fundacjamama.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=77&Itemid=72.
Agnieszka uswiadamia (niezwykle dosadnie), ze macierzynstwo to w wiekszosci wcale nie roztkliwianie sie nad malenkimi paznokietkami niemowlecia lub wsluchiwanie sie w jego rozkoszne posapywanie: miec dziecko, to znaczy przemeczyc sie 9 miesiecy z olbrzymim, niewygodnym brzuchem, doswiadczyc ogromnego bolu podczas porodu, nie spac po nocach, miec obolale piersi, wachac kupe i rozmaite papki, myc, przewijac, znowu myc... Po tym felietonie rozpetala sie burza. Dlaczego tak trudno jest spoleczenstwu zaakceptowac fakt, ze nie kazda matka musi uwielbiac te wszystkie czynnosci?
Nie widze dobrego powodu, dla ktorego powinno sie miec dziecko i przechodzic przez to wszystko (moze, jak juz pisalam, moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia i stycznosci z dziecmi). Podtrzymanie gatunku? Inni podtrzymaja za mnie. Przekazanie komus dorobku calego zycia? Na pewno kogos znajde, nie musi to byc moje dziecko.
Slyszalam o jednym argumencie, ktory jest w stanie do mnie trafic: po kilku latach do malzenstwa wkrada sie nuda, dwie osoby nie wiedza, co maja ze soba dalej robic i wtedy pojawiaja sie mysli o dziecku. Nie wiem, jak bedzie wygladalo moje malzenstwo za kilka lat, wydaje mi sie jednak, ze ten stan nigdy w nim nie zagosci: robimy razem tyle rzeczy i mamy mnostwo wspolnych zainteresowan.
Przeraza mnie fakt, ze bede musiala zrezygnowac z pracy zawodowej i z zycia towarzyskiego. Zartujemy sobie z Mezem, ze zaraz po urodzeniu dziecka przyniose je do domu i powiem mu: tu jest lazienka, tam lodowka, rob sobie co chcesz a ja ide do pracy.
Przeraza mnie mysl o bolu w trakcie porodu. Przeraza mnie to, ze moge utyc. Przerazaja mnie rozstepy i obwisle piersi.
Moze zostane uznana za egoistke. Trudno.
A moze po prostu jeszcze nie przyszedl na mnie odpowiedni czas?
A co jesli nigdy nie przyjdzie? Czy jest na swiecie miejsce dla takich jak ja?
Nigdy nie mialam stycznosci z malymi dziecmi. Nie mam pojecia na jakim sa poziomie umyslowym, czy nosza jeszcze (a moze juz?) pieluche, co zwykle robia, co jedza i na ile mozna sie z nimi komunikowac. Gdy widze male dzieci ogarnia mnie przerazenie i paraliz. Nie chce byc za nie odpowiedzialna.
Kilka dni pozniej poszlismy z Mezem, kolezanka, jej corka i jej chlopakiem do muzeum. Mialam okazje poobserwowac mojego M., slicznie bawiacego sie z mala. Tak, on bedzie swietnym ojcem.
A ja?
Nie wiem, z czego to wynika, ale nie mysle jeszcze o posiadaniu dzieci, boje sie nimi zajmowac, nie chce byc przez nie "zaczepiana", dotykana, zagadywana, wogole niech najlepiej zostawia mnie w spokoju i trzymaja sie z daleka.
Mysle, ze moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia oraz braku kontaktu z dziecmi przez cale moje zycie. Tylko jak tu zdobyc doswiadczenie, jak odczuwa sie wyrazna niechec? Mam 25 lat. Najwyzszy czas poczuc zew macierzynstwa.
Ale jakos nic mnie nie zrywa.
Czytam kilka blogow, na ktorych blogowiczki chwala sie swoimi dziecmi (dziecko to temat jak najbardziej odpowiedni na bloga: zaloze sie, ze codziennie czegos nowego sie ucza, codziennie cos ciekawego robia, pomimo, iz temat dzieci jest mi calkowicie obcy, jestem w stanie to zrozumiec). Pod kazda notka pojawiaja sie dziesiatki komentarzy w stylu "Ach, jaki on cudny!", "Jaka ona slodka!", "Jaki on madry!", "Jakie piekne usteczka!" itp. Gdybym ja, zgodnie ze swoim sumieniem, miala skomentowac tego typu notke, tekst brzmialby: "Dziecko jak dziecko: ani madrzejsze, ani glupsze od innych, ani piekniejsze, ani brzydsze. Zaden cud natury".
Zupelnie nie rozumiem tego zachwytu i rozplywania sie nad noworodkiem. Wszyscy mowia, jak to male dzieci slicznie pachna. Mialam kiedys okazje poczuc: ten "sliczny" zapach to mieszanina zapachu pudru i kupki. Doprawdy niezwykly aromat.
Zaczelam sie zastanawiac jak to jest, ze w naszym spoleczenstwie kobieta POWINNA miec dzieci, POWINNA chciec je miec, POWINNA sie w ten sposob realizowac. To nie ja.
Przeczytalam bloga Agaty Passent (http://agatapassententer.blog.onet.pl/), gdzie z niezwyklym realizmem opisuje ona "uroki" macierzynstwa. Szczegolnie interesujace wydaja mi sie te notki:
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID149379065,index.html,
http://agatapassententer.blog.onet.pl/2,ID157803508,index.html.
Pod kazda z nich wiele komentarzy typu: po co bylo sobie robic dzieci, jak teraz sie ma takie podejscie, chyba pani Agata nie lubi swojego dziecka itp.
Rownie wiele (albo nawet i wiecej) kontrowersji wzbudzil swojego czasu felieton Agnieszki Chylinskiej opublikowany kiedys w "Machinie":
http://www.fundacjamama.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=77&Itemid=72.
Agnieszka uswiadamia (niezwykle dosadnie), ze macierzynstwo to w wiekszosci wcale nie roztkliwianie sie nad malenkimi paznokietkami niemowlecia lub wsluchiwanie sie w jego rozkoszne posapywanie: miec dziecko, to znaczy przemeczyc sie 9 miesiecy z olbrzymim, niewygodnym brzuchem, doswiadczyc ogromnego bolu podczas porodu, nie spac po nocach, miec obolale piersi, wachac kupe i rozmaite papki, myc, przewijac, znowu myc... Po tym felietonie rozpetala sie burza. Dlaczego tak trudno jest spoleczenstwu zaakceptowac fakt, ze nie kazda matka musi uwielbiac te wszystkie czynnosci?
Nie widze dobrego powodu, dla ktorego powinno sie miec dziecko i przechodzic przez to wszystko (moze, jak juz pisalam, moje podejscie jest wynikiem braku doswiadczenia i stycznosci z dziecmi). Podtrzymanie gatunku? Inni podtrzymaja za mnie. Przekazanie komus dorobku calego zycia? Na pewno kogos znajde, nie musi to byc moje dziecko.
Slyszalam o jednym argumencie, ktory jest w stanie do mnie trafic: po kilku latach do malzenstwa wkrada sie nuda, dwie osoby nie wiedza, co maja ze soba dalej robic i wtedy pojawiaja sie mysli o dziecku. Nie wiem, jak bedzie wygladalo moje malzenstwo za kilka lat, wydaje mi sie jednak, ze ten stan nigdy w nim nie zagosci: robimy razem tyle rzeczy i mamy mnostwo wspolnych zainteresowan.
Przeraza mnie fakt, ze bede musiala zrezygnowac z pracy zawodowej i z zycia towarzyskiego. Zartujemy sobie z Mezem, ze zaraz po urodzeniu dziecka przyniose je do domu i powiem mu: tu jest lazienka, tam lodowka, rob sobie co chcesz a ja ide do pracy.
Przeraza mnie mysl o bolu w trakcie porodu. Przeraza mnie to, ze moge utyc. Przerazaja mnie rozstepy i obwisle piersi.
Moze zostane uznana za egoistke. Trudno.
A moze po prostu jeszcze nie przyszedl na mnie odpowiedni czas?
A co jesli nigdy nie przyjdzie? Czy jest na swiecie miejsce dla takich jak ja?
Thursday, October 4, 2007
Reality Show
W Ameryce najpopularniejsze programy telewizyjne to reality show. Nie jestem wielkim fanem telewizji ale musze przyznac, ze niektore z nich ogladam nalogowo a niektore tylko od czasu do czasu lub gdy nie mam nic innego do roboty. Zreszta, z braku dobrych filmow fabularnych, trzeba z tej telewizyjnej papki wylowic to, co najciekawsze.
Reality show podzielilabym na kilka kategorii:
1. Fascynujace
Do tej kategorii zaliczylabym na przyklad:
-America's Got Talent (ogladamy z mezem nalogowo)- bardzo podobne do Idola z tym, ze tutaj zaprezentowac mozna wszystko. Mozna tanczyc, spiewac, grac, lamac przedmioty posladkami, zonglowac... w wiekszosci wystepuja "normalni" ludzie ale zdarzaja sie rowniez oryginaly. Moje i Meza ulubione (z roznych powodow) wystepy to:
http://youtube.com/watch?v=xFZYPeP8k2E Cas Haley- niesamowicie spiewajacy bialy czlowiek z jamajskim akcentem,
http://youtube.com/watch?v=ozDh4NQveJs Bianca Ryan- dwunastolatka z glosem jak dzwon,
http://youtube.com/watch?v=fViV66t8pJw Kashif- tanczacy Hindus,
http://youtube.com/watch?v=LIr3gaqefXg Boy Shakira- chlopak identyfikujacy sie z Shakira, przebierajacy sie za nia i tanczacy jak ona (prawdopodobnie tanczy lepiej niz niejedna dziewczyna),
http://youtube.com/watch?v=NDOjmUI7AFk Leonid the Magnificent- Rosjanin ktory... zreszta, zobaczcie sami...
-The Biggest Looser (ogladam od czasu do czasu, zeby sobie poprawic nastroj)- kilkunastu grubasow, pod opieka lekarzy, dietetykow i trenerow, poddaje sie morderczym treningom i, zdrowo sie odzywiajac, probuje w jak najkrotszym czasie zrzucic jak najwiecej funtow. Rekordzisci zaczynaja z waga ok. 400 funtow (czyli kolo 180 kg) i schodza do 180 funtow (ok. 80 kg). Program trwa kilkanascie tygodni.
Kid Nation (jeszcze nie widzialam ale slyszalam o tym)- show, ktory ostatnio wzbudzil wiele kontrowersji. Czterdziescioro dzieci, bez nadzoru doroslych, zyje i zarzadza niewielkim miasteczkiem. Kilkoro juz napilo sie wybielacza przez przypadek... ciekawe, jak to sie skonczy...
2. Interesujace
-Hell's Kitchen (widzialam pare razy) - Uczestnicy walcza o tytul szefa kuchni hotelu w Las Vegas. Gotuja pysznie wygladajace dania (powinno sie to ogladac w parze z The Biggest Looser).
-America's Next Top Model (ogladam nalogowo ze wzgledu na moja slabosc do pieknych fotografii i zainteresowanie trendami w modzie)- 13 uczestniczek walczy o kontrakt na 500 000$ z firma kosmetyczna CoverGirl, okladke pisma "Seventeen" oraz tytul nastepnej Top Modelki w USA. Pozuja do pieknych, wyrafinowanych zdjec, nosza swietne ciuchy.
-What Not To Wear (ogladam od czasu do czasu podczas cwiczenia na silowni)- program o modzie. Wybrana uczestniczka, szara myszka noszaca ubrania przypominajace worki na kartofle, jest uczona przez ekspertow jak sie ubrac i umalowac (program ten stanowi dla mnie nieoceniona pomoc w autostylizacji, amerykanska moda i fryzury sa zupelnie odmienne od europejskich).
-Miami Ink (widzialam pare razy, rowniez podczas cwiczen na silowni)- Dzien z zycia tatuazystow w salonie (tatuaze sa bardzo popularne w US). Tatuuja ludziom kwiaty, japonskie gejsze ale takze portrety ich dzieci lub zmarlych matek (swoja droga co to za moda w Ameryce? Tego nigdy nie zrozumiem...).
3. Boki zrywac
-Beauty And The Geek czyli "Piekna i kujon" (widzialam pare razy)- sliczne, puste dziewczyny sa dobierane w pary z mozgowcami i walcza o costam. Widzialam kilka dni temu odcinek, w ktorym dziewczyna zapytana o edukacje mowi: Bylam kilka lat w college'u, nie wiem ile, nie pamietam. Doskonaly show na poprawienie samooceny.
-Judge... (tu wstawic imie: Judy, Mathis, Alex... widuje od czasu do czasu ze wzgledu na fakt, ze ten show pojawia sie na wszystkich publicznych kanalach telewizyjnych o okreslonych godzinach. Po prostu nie da sie ominac.)- taka nasza "Anna Maria Wesolowska". Roznica jest taka, ze te rozprawy sa prawdziwe a wyroki prawomocne. Najzabawniejsza chyba rozprawa to historia Indianina, ktory pozywa kierowce tira o 10 000$ za rozjechanie kury. Swoj pozew (i zadana sume pieniedzy) motywuje faktem, ze kura byla przyjacielem domu a jej smierc spowodowala traume emocjonalna u Indianina oraz jego rodziny.
4. Beznadziejne
-Age Of Love (widzialam raz i wystarczylo)- 10 dwudziestolatek i 10 czterdziestolatek walczy o uroki trzydziestoletniego gwiazdora tenisa. Zenada.
5. Czlowiek sam sie wstydzi, ze to oglada
-Jerry Springer Show (widzialam raz i... jak wyzej. Sama sie wstydze, ze to ogladalam.)- historie ludzi, ktorzy problemy miedzy soba rozwiazuja za pomoca piesci a niekiedy krzesla lub kija. Podekscytowany tlum krzyczy "Walczcie! Walczcie!" lub tez "Pokaz cycki!". Zastanawiam sie, ile musieli zaproponowac Springerowi, zeby zgodzil sie na prowadzenie tego programu.
Oprocz tego calego reality jest jeszcze pare fajnych seriali (takich np. jak "Law & Order") ale filmow fabularnych jak na lekarstwo. Na szczescie kinowe hity szybko wchodza do wypozyczalni i, za niewielka cene, mozna kupic (lub wypozyczyc) i obejrzec cos interesujacego i wartosciowego.
Reality show podzielilabym na kilka kategorii:
1. Fascynujace
Do tej kategorii zaliczylabym na przyklad:
-America's Got Talent (ogladamy z mezem nalogowo)- bardzo podobne do Idola z tym, ze tutaj zaprezentowac mozna wszystko. Mozna tanczyc, spiewac, grac, lamac przedmioty posladkami, zonglowac... w wiekszosci wystepuja "normalni" ludzie ale zdarzaja sie rowniez oryginaly. Moje i Meza ulubione (z roznych powodow) wystepy to:
http://youtube.com/watch?v=xFZYPeP8k2E Cas Haley- niesamowicie spiewajacy bialy czlowiek z jamajskim akcentem,
http://youtube.com/watch?v=ozDh4NQveJs Bianca Ryan- dwunastolatka z glosem jak dzwon,
http://youtube.com/watch?v=fViV66t8pJw Kashif- tanczacy Hindus,
http://youtube.com/watch?v=LIr3gaqefXg Boy Shakira- chlopak identyfikujacy sie z Shakira, przebierajacy sie za nia i tanczacy jak ona (prawdopodobnie tanczy lepiej niz niejedna dziewczyna),
http://youtube.com/watch?v=NDOjmUI7AFk Leonid the Magnificent- Rosjanin ktory... zreszta, zobaczcie sami...
-The Biggest Looser (ogladam od czasu do czasu, zeby sobie poprawic nastroj)- kilkunastu grubasow, pod opieka lekarzy, dietetykow i trenerow, poddaje sie morderczym treningom i, zdrowo sie odzywiajac, probuje w jak najkrotszym czasie zrzucic jak najwiecej funtow. Rekordzisci zaczynaja z waga ok. 400 funtow (czyli kolo 180 kg) i schodza do 180 funtow (ok. 80 kg). Program trwa kilkanascie tygodni.
Kid Nation (jeszcze nie widzialam ale slyszalam o tym)- show, ktory ostatnio wzbudzil wiele kontrowersji. Czterdziescioro dzieci, bez nadzoru doroslych, zyje i zarzadza niewielkim miasteczkiem. Kilkoro juz napilo sie wybielacza przez przypadek... ciekawe, jak to sie skonczy...
2. Interesujace
-Hell's Kitchen (widzialam pare razy) - Uczestnicy walcza o tytul szefa kuchni hotelu w Las Vegas. Gotuja pysznie wygladajace dania (powinno sie to ogladac w parze z The Biggest Looser).
-America's Next Top Model (ogladam nalogowo ze wzgledu na moja slabosc do pieknych fotografii i zainteresowanie trendami w modzie)- 13 uczestniczek walczy o kontrakt na 500 000$ z firma kosmetyczna CoverGirl, okladke pisma "Seventeen" oraz tytul nastepnej Top Modelki w USA. Pozuja do pieknych, wyrafinowanych zdjec, nosza swietne ciuchy.
-What Not To Wear (ogladam od czasu do czasu podczas cwiczenia na silowni)- program o modzie. Wybrana uczestniczka, szara myszka noszaca ubrania przypominajace worki na kartofle, jest uczona przez ekspertow jak sie ubrac i umalowac (program ten stanowi dla mnie nieoceniona pomoc w autostylizacji, amerykanska moda i fryzury sa zupelnie odmienne od europejskich).
-Miami Ink (widzialam pare razy, rowniez podczas cwiczen na silowni)- Dzien z zycia tatuazystow w salonie (tatuaze sa bardzo popularne w US). Tatuuja ludziom kwiaty, japonskie gejsze ale takze portrety ich dzieci lub zmarlych matek (swoja droga co to za moda w Ameryce? Tego nigdy nie zrozumiem...).
3. Boki zrywac
-Beauty And The Geek czyli "Piekna i kujon" (widzialam pare razy)- sliczne, puste dziewczyny sa dobierane w pary z mozgowcami i walcza o costam. Widzialam kilka dni temu odcinek, w ktorym dziewczyna zapytana o edukacje mowi: Bylam kilka lat w college'u, nie wiem ile, nie pamietam. Doskonaly show na poprawienie samooceny.
-Judge... (tu wstawic imie: Judy, Mathis, Alex... widuje od czasu do czasu ze wzgledu na fakt, ze ten show pojawia sie na wszystkich publicznych kanalach telewizyjnych o okreslonych godzinach. Po prostu nie da sie ominac.)- taka nasza "Anna Maria Wesolowska". Roznica jest taka, ze te rozprawy sa prawdziwe a wyroki prawomocne. Najzabawniejsza chyba rozprawa to historia Indianina, ktory pozywa kierowce tira o 10 000$ za rozjechanie kury. Swoj pozew (i zadana sume pieniedzy) motywuje faktem, ze kura byla przyjacielem domu a jej smierc spowodowala traume emocjonalna u Indianina oraz jego rodziny.
4. Beznadziejne
-Age Of Love (widzialam raz i wystarczylo)- 10 dwudziestolatek i 10 czterdziestolatek walczy o uroki trzydziestoletniego gwiazdora tenisa. Zenada.
5. Czlowiek sam sie wstydzi, ze to oglada
-Jerry Springer Show (widzialam raz i... jak wyzej. Sama sie wstydze, ze to ogladalam.)- historie ludzi, ktorzy problemy miedzy soba rozwiazuja za pomoca piesci a niekiedy krzesla lub kija. Podekscytowany tlum krzyczy "Walczcie! Walczcie!" lub tez "Pokaz cycki!". Zastanawiam sie, ile musieli zaproponowac Springerowi, zeby zgodzil sie na prowadzenie tego programu.
Oprocz tego calego reality jest jeszcze pare fajnych seriali (takich np. jak "Law & Order") ale filmow fabularnych jak na lekarstwo. Na szczescie kinowe hity szybko wchodza do wypozyczalni i, za niewielka cene, mozna kupic (lub wypozyczyc) i obejrzec cos interesujacego i wartosciowego.
Saturday, September 29, 2007
Grape and grapefruit
Maz poszedl zrobic zakupy. Na kartce, miedzy innymi mial zapisany sok z grejpfrutow- white grapefruit juice.
Wrocil po dwoch godzinach. Zabralam sie za rozpakowywanie zakupow ale soku z grejpfruitow ani widu ani slychu.
- Co, nie mieli soku?- zagadnelam.
- Jak nie mieli, przeciez kupilem! - odparl oburzony.
- Jaki kupiles? White grapefruit juice?
- Nie. White grape...
White grape juice to sok z zielonych winogron.
I on smie mi mowic, ze ja mam problemy ze zrozumieniem mowionego angielskiego!
Wrocil po dwoch godzinach. Zabralam sie za rozpakowywanie zakupow ale soku z grejpfruitow ani widu ani slychu.
- Co, nie mieli soku?- zagadnelam.
- Jak nie mieli, przeciez kupilem! - odparl oburzony.
- Jaki kupiles? White grapefruit juice?
- Nie. White grape...
White grape juice to sok z zielonych winogron.
I on smie mi mowic, ze ja mam problemy ze zrozumieniem mowionego angielskiego!
Monday, September 24, 2007
Portfel
Wrocilam z zakupow okolo godziny 7 wieczorem. Zanioslam wszystko do mieszkania po czym oddalam sie rozrywkom i generalnemu relaksowi.
W te upojne chwile wdarla sie mysl, ze trzeba by zapisac ile dzis wydalam pieniedzy w zeszcie z domowym budzetem bo potem zapomne (prowadzimy z Mezem taki zeszyt dzieki czemu kontrolujemy ile i na co wydajemy: pozwala to zaoszczedzic znaczne sumy pieniedzy, szczegolnie w przypadku Meza).
Byla godzina 11.00. Grzebie w torebce w poszukiwaniu portfela, do ktorego wlozylam wszystkie paragony.
Ale gdzie on jest?
Nie ma na stole, nie ma w torebce, za duzy, zeby zmiescil sie do ktorejkolwiek z kieszeni.
Biegiem do samochodu.
Samochod, poza unikalnym dzwiekiem silnika, charakteryzuje sie tym, ze mozna go otworzyc slonym paluszkiem. Bez wiekszych nadziei zblizylam sie do niego i zajrzalam przez okno do srodka.
Portfel grzecznie czekal na podlodze oparty pionowo o siedzenie pasazera, tak, jak mi sie wysunal z torebki.
W polsce nie mialabym nie tylko portfela ale rowniez radia i szyby.
A zakupy, ktore zrobilam, sa zwiazane z wizyta moich Rodzicow, ktorych nie widzialam od roku, trzech miesiecy i dwudziestu czterech dni. O 4.30 po poludniu jedziemy z Mezem odebrac ich z lotniska. Dla Meza to bedzie pierwsze spotkanie z tesciami, ma biedak stresa (nie ma sie co dziwic, widzieliscie film "Meet the Parents"?). Trzymajcie kciuki.
W te upojne chwile wdarla sie mysl, ze trzeba by zapisac ile dzis wydalam pieniedzy w zeszcie z domowym budzetem bo potem zapomne (prowadzimy z Mezem taki zeszyt dzieki czemu kontrolujemy ile i na co wydajemy: pozwala to zaoszczedzic znaczne sumy pieniedzy, szczegolnie w przypadku Meza).
Byla godzina 11.00. Grzebie w torebce w poszukiwaniu portfela, do ktorego wlozylam wszystkie paragony.
Ale gdzie on jest?
Nie ma na stole, nie ma w torebce, za duzy, zeby zmiescil sie do ktorejkolwiek z kieszeni.
Biegiem do samochodu.
Samochod, poza unikalnym dzwiekiem silnika, charakteryzuje sie tym, ze mozna go otworzyc slonym paluszkiem. Bez wiekszych nadziei zblizylam sie do niego i zajrzalam przez okno do srodka.
Portfel grzecznie czekal na podlodze oparty pionowo o siedzenie pasazera, tak, jak mi sie wysunal z torebki.
W polsce nie mialabym nie tylko portfela ale rowniez radia i szyby.
A zakupy, ktore zrobilam, sa zwiazane z wizyta moich Rodzicow, ktorych nie widzialam od roku, trzech miesiecy i dwudziestu czterech dni. O 4.30 po poludniu jedziemy z Mezem odebrac ich z lotniska. Dla Meza to bedzie pierwsze spotkanie z tesciami, ma biedak stresa (nie ma sie co dziwic, widzieliscie film "Meet the Parents"?). Trzymajcie kciuki.
Saturday, September 22, 2007
Czasem jednak trafiaja sie kretyni...
Pewnego wieczoru wzielam samochod Meza w celu udania sie do hipermarketu. Samochod Meza to Mazda RX7 z silnikiem co sie po angielsku pieknie nazywa rotary engine. Wtajemniczeni wiedza, ze auto jest glosne. Bardzo glosne. A w tonie nieco przypomina kosiarke.
Ledwo co wyjechalam z parkingu na ulice zostalam obsypana stekiem przeklenstw i niewybrednych epitetow przez pana w bialym pick-upie. Sugerowal on mniej wiecej, ze:
- Moj samochod jest zdecydowanie za glosny,
- Powinnam dokonac zakupu nowego tlumika,
- Takimi samochodami jezdza Meksykanie po jego osiedlu wczesnie rano, czym uniemozliwiaja mu spokojny sen.
To wszystko zostalo szczodrze okraszone slowami uwazanymi powszechnie za obelzywe, wsrod ktorych to na f (w roznych odmianach i formach) powtarzalo sie najczesciej.
Na jego monolog odparlam tylko:
- To nie moj samochod.
i odjechalam z rykiem silnika.
No co, nie moj samochod. Meza.
Teraz po fakcie stwierdzam, ze moglam mu jeszcze zyczyc milego dnia.
A nawiasem mowiac Maz zakupil niedawno pasek klinowy do swojego samochodu. Ten sam pasek pasuje rowniez do wiekszosci kosiarek.
Ledwo co wyjechalam z parkingu na ulice zostalam obsypana stekiem przeklenstw i niewybrednych epitetow przez pana w bialym pick-upie. Sugerowal on mniej wiecej, ze:
- Moj samochod jest zdecydowanie za glosny,
- Powinnam dokonac zakupu nowego tlumika,
- Takimi samochodami jezdza Meksykanie po jego osiedlu wczesnie rano, czym uniemozliwiaja mu spokojny sen.
To wszystko zostalo szczodrze okraszone slowami uwazanymi powszechnie za obelzywe, wsrod ktorych to na f (w roznych odmianach i formach) powtarzalo sie najczesciej.
Na jego monolog odparlam tylko:
- To nie moj samochod.
i odjechalam z rykiem silnika.
No co, nie moj samochod. Meza.
Teraz po fakcie stwierdzam, ze moglam mu jeszcze zyczyc milego dnia.
A nawiasem mowiac Maz zakupil niedawno pasek klinowy do swojego samochodu. Ten sam pasek pasuje rowniez do wiekszosci kosiarek.
Wednesday, September 19, 2007
Historia o tym, jak mi zabraklo benzyny
Zdarzylo sie tak, ze pewnego pieknego dnia zabraklo mi benzyny i samochod rozkraczyl mi sie dokladnie przed samym skrzyzowaniem.
Malzonek przebywal w pracy, wiec dzwonienie do niego bylo bezcelowe (Malzonek w pracy grozi wybuchem). Postanowilam wziac sprawe we wlasne rece.
Z wyrazem bezradnosci na twarzy wysiadlam z samochodu i rozejrzalam sie. Nie minelo 10 sekund a juz moje auto pchal uczynny afroamerykanin. Dolaczylo do niego jeszcze trzech bialych, roslych osilkow.
Jak spod ziemi wyrosl rowniez radiowoz z urocza czarna policjantka. Juz sie wystraszylam, ze mi wlepi mandat za tamowanie ruchu ale zostalam odeskortowana na miejsce parkingowe oraz zapytana, czy nie potrzebuje pieniedzy na benzyne.
Afroamerykaninowi kupilam lunch po czym ruszylam z buta na poszukiwanie stacji benzynowej. Znalazlam ja 3 przecznice dalej. Podeszlam do kasy i juz przymierzalam sie do kupna dwugalonowego kanistra gdy nagle uslyszalam zdanie wypowiedziane z pieknym, poludniowym akcentem:
- Ja mam kanister, chetnie ci pozycze.
Wlascicielem akcentu (i kanistra) okazal sie byc blondyn w czapce z daszkiem, spodniach ogrodniczkach i flanelowej koszuli w krate (dla niewtajemniczonych: prawdziwy, klasyczny poludniowy "redneck" czyli przedstawiciel klasy pracujacej zwany rowniez czesto "wiesniakiem"), posiadacz samochodu dostawczego.
W oczach sprzedawcy pojawila sie chec mordu, nie zarobil bowiem 6 dolarow na kanistrze. Musial sie jednynie zadowolic $5 za dwa galony benzyny.
Blondyn odpalil swoj wehikul a ja zaprowadzilam go na miejsce spoczynku mojej mazdy (nie spieszylo mi sie wsiadac z obcym, nawet tak uczynnym, do samochodu, tym bardziej, ze caly mial zawalony jakims zelastwem, nawet siedzenie pasazera). Wspolnie reanimowalismy auto.
Chcialam sie blondynowi jakos odwdzieczyc.
- Niestety nie mam gotowki- powiedzialam- ale bylabym bardzo szczesliwa mogac zaprosic cie na lunch.
- Nie trzeba, dziecino- powiedzial- ciesze sie, ze moglem pomoc.
W taki to wlasnie sposob kilka kompletnie nieznanych mi osob sprawilo, ze moj dzien byl naprawde wspanialy.
Malzonek przebywal w pracy, wiec dzwonienie do niego bylo bezcelowe (Malzonek w pracy grozi wybuchem). Postanowilam wziac sprawe we wlasne rece.
Z wyrazem bezradnosci na twarzy wysiadlam z samochodu i rozejrzalam sie. Nie minelo 10 sekund a juz moje auto pchal uczynny afroamerykanin. Dolaczylo do niego jeszcze trzech bialych, roslych osilkow.
Jak spod ziemi wyrosl rowniez radiowoz z urocza czarna policjantka. Juz sie wystraszylam, ze mi wlepi mandat za tamowanie ruchu ale zostalam odeskortowana na miejsce parkingowe oraz zapytana, czy nie potrzebuje pieniedzy na benzyne.
Afroamerykaninowi kupilam lunch po czym ruszylam z buta na poszukiwanie stacji benzynowej. Znalazlam ja 3 przecznice dalej. Podeszlam do kasy i juz przymierzalam sie do kupna dwugalonowego kanistra gdy nagle uslyszalam zdanie wypowiedziane z pieknym, poludniowym akcentem:
- Ja mam kanister, chetnie ci pozycze.
Wlascicielem akcentu (i kanistra) okazal sie byc blondyn w czapce z daszkiem, spodniach ogrodniczkach i flanelowej koszuli w krate (dla niewtajemniczonych: prawdziwy, klasyczny poludniowy "redneck" czyli przedstawiciel klasy pracujacej zwany rowniez czesto "wiesniakiem"), posiadacz samochodu dostawczego.
W oczach sprzedawcy pojawila sie chec mordu, nie zarobil bowiem 6 dolarow na kanistrze. Musial sie jednynie zadowolic $5 za dwa galony benzyny.
Blondyn odpalil swoj wehikul a ja zaprowadzilam go na miejsce spoczynku mojej mazdy (nie spieszylo mi sie wsiadac z obcym, nawet tak uczynnym, do samochodu, tym bardziej, ze caly mial zawalony jakims zelastwem, nawet siedzenie pasazera). Wspolnie reanimowalismy auto.
Chcialam sie blondynowi jakos odwdzieczyc.
- Niestety nie mam gotowki- powiedzialam- ale bylabym bardzo szczesliwa mogac zaprosic cie na lunch.
- Nie trzeba, dziecino- powiedzial- ciesze sie, ze moglem pomoc.
W taki to wlasnie sposob kilka kompletnie nieznanych mi osob sprawilo, ze moj dzien byl naprawde wspanialy.
Sunday, September 16, 2007
Management pod wplywem
Wracajac z pracy Maz spotkal na parkingu managera budynku w ktorym mieszkamy, Glena (w Polsce tytul managera budynku sprowadza sie do pieknego slowa "ciec" lub tez, uwielbianego przez pana Aniola z Alternatywy 4 stanowiska "gospodarza domu"). Stal sobie spokojnie przy swoim samochodzie.
- Hej, M.- zawolal Meza- Jestes pijany?
- Nie.- odpowiedzial dosc zdziwiony pytaniem Maz.
Glen zblizyl sie idac zygzakiem.
- To dobrze- powiedzial- bo ja jestem. Prosze, zaprowadz mnie do mojego mieszkania.
- Hej, M.- zawolal Meza- Jestes pijany?
- Nie.- odpowiedzial dosc zdziwiony pytaniem Maz.
Glen zblizyl sie idac zygzakiem.
- To dobrze- powiedzial- bo ja jestem. Prosze, zaprowadz mnie do mojego mieszkania.
Thursday, September 13, 2007
One Big Melting Pot (3)
Ronaldinho zaczal radosnie pelzac z Patricia po podlodze. W kuchni Numan przygotowywal jedzenie. Pavla przyniosla butelke sake i piwo, ktore pilismy w tradycyjny, japonski sposob zwany sake Bam: nalewa sie piwo do szklanki, na szklance kladzie sie rownolegle dwie paleczki do ryzu, na nich stawia sie plaski, szeroki kieliszek z sake. Chorem mowi sie "sake- Bam" i na "Bam" uderza w stol (w naszym przypadku podloge). Kieliszek z sake wpada do piwa, osoba wypija wszystko na raz.
Oczywiscie wschodnia Europa wiedzie prym w piciu na raz.
Wiekszosc gosci siedziala na podlodze, niektorzy oblegali kanape, okolo 7 osob zmiescilo sie na balkonie. Wdalam sie w niezwykle interesujaca konwersacje z Japonczykiem Jasonem i Balijczykiem Rudym, popijajac czerwone wino i pojadajac rozne tradycyjne potrawy.
A jedlismy miedzy innymi:
- ryz- Indonezyjczycy nie wyobrazaja sobie zycia bez ryzu. My z Mezem zwykle kupujemy 15- kilogramowy worek w azjatyckim supermarkecie i jemy go przez nastepne pare miesiecy.
- superostry sos,
- sos z orzeszkow ziemnych- tradycyjny, standardowy, bardzo popularny w Indonezji,
- zupa na wieprzowinie- wlasciwie to wygladala jak baaardzo tlusty rosol. Specjalnie nie zachecala zapachem i niesamowita iloscia tluszczu ale okazala sie bardzo dobra w smaku i nieoceniona gdy zaczelismy pic napoje wyskokowe: nikt sie nie upil a i nastepnego dnia obylo sie bez kaca.
- bardzo pikantne mieso wolowe na patyku,
- mniej pikantne mieso z kurczaka na patyku,
- mielony tunczyk z przyprawami na patyku,
- wolowina i wieprzowina cieta na bardzo male kawaleczki, z zielona fasolka, bardzo ostro przyprawiona.
- salatka z gotowanych warzyw z majonezem- to salatka Pavli. Taka sama, jak tradycyjna salatka warzywna w Polsce.
- suszone anchovies smazone z orzeszkami ziemnymi,
- tilapie (rybe z rodziny pielegnicowatych, bardzo popularna w USA),
- salatke owocowa.
- biale, pachnace ryba, chrupiace, cienkie ciasto przypominajace styropian.
Wszystkie dania staly w kuchni, kazdy podchodzil i bral sobie co chcial i ile chcial.
Japonczyk i pare dziewczyn grzebalo widelcami w talerzach. Obok mnie mezczyzna przystapil do konsumpcji bezposredniej- jadl z talerza nie uzywajac rak. Ryz moczyl sobie w zupie, potem w ostrym sosie, w drugiej rece trzymal troche tilapii, oblizywal palce ze smakiem (w niektorych rejonach Indonezji nie uzywa sie sztuccow- jedzenie po prostu bierze sie w reke a potem wklada do ust).
Wolowina i wieprzowina z fasolka wystepuje w dwoch odmianach: tak jak ja wyzej opisalam oraz doprawiona swinska krwia. Ronaldinho zabral sie za przyrzadzenie tej drugiej wersji: usiadl w kuchni na podlodze z pojemnikami jedzenia przed soba i rekami mieszal krew z potrawa. Obok Numan kroil arbuzy.
Patrzylam sie na to wszystko z zainteresowaniem rozmyslajac nad smakiem wieprzowej krwi.
- Chcesz sprobowac?- zapytal Ronaldinho wyciagajac do mnie reke wypelniona jedzeniem.
- Pewnie ze chce.- odparlam, i nasladujac innych "biesiadnikow" zjadlam pomagajac sobie jedynie palcami.
Bylo pyszne.
Na niski, Indonezyjski stolik, wjechal tort. Pavla, Numan i Patricia zasiedli za nim patrzac na siebie i sie usmiechajac. Zabrzmialo "Happy Birthday" oraz indonezyjskie "Sto lat" (ktorego z przyczyn oczywistych nie znam). Patricia maczala paluszki w rozowym lukrze i oblizywala. Pavla i Numan patrzyli sobie gleboko w oczy i calowali sie. Rodzina wspolnie pokroila tort i rozdala gosciom. Ja jadlam z Rudym z jednego talerza (oboje bylismy zbyt najedzeni zeby zmiescic po calym kawalku tortu wiec sie podzielilismy).
Maz pojawil sie kolo polnocy. Poszlismy na balkon, gdzie wszyscy spiewali piosenki o tym jak piekne jest Bali i tanczyli po kolei.
Dlaczego dziele sie tym wszystkim?
Srednia wieku na imprezie to 30 lat. Najstarsza osoba miala 38 lat. Nie bylo seniorow.
Wszyscy ubrani byli w nowoczesne, kolorowe stroje, dziewczyny mialy makijaz, chlopaki bizuterie.
Nikt nikogo nie zmuszal do jedzenia tradycyjnych potraw w tradycyjny sposob. Nikt nikogo nie zmuszal do spiewania tradycyjnych indonezyjskich piosenek. Nikt nie zmuszal do tanca. Wszyscy robili wszystko z wlasnej woli.
Pilo sie duzo. Wokol bawily sie dzieci. Nikt sie nie upil, nikt nie pobil, nikt nie poklocil. Nikt nie stracil nastroju ani nie "zlapal dola".
Na impreze przyszla kelnerka, ktora obslugiwala mnie tamtego dnia w Sumo i kucharz, ktory dla nas gotowal. Gdy mnie zobaczyli, serdecznie mnie usciskali, zlapali za rece i posadzili na podlodze wsrod Balijczykow, jak swoja.
Nigdy na zadnej imprezie nie zostalam tak cieplo przyjeta jak na tej.
Nigdy nie widzialam takiej checi do kultywowania narodowych tradycji.
Nigdy nie doswiadczylam takiej otwartosci ze strony ludzi o kompletnie odmiennej kulturze i kolorze skory.
Nigdy nigdzie nie bawilam sie tak dobrze, jak wsrod brazowych ludzi mowiacych w kompletnie dla mnie niezrozumialym jezyku.
Oczywiscie wschodnia Europa wiedzie prym w piciu na raz.
Wiekszosc gosci siedziala na podlodze, niektorzy oblegali kanape, okolo 7 osob zmiescilo sie na balkonie. Wdalam sie w niezwykle interesujaca konwersacje z Japonczykiem Jasonem i Balijczykiem Rudym, popijajac czerwone wino i pojadajac rozne tradycyjne potrawy.
A jedlismy miedzy innymi:
- ryz- Indonezyjczycy nie wyobrazaja sobie zycia bez ryzu. My z Mezem zwykle kupujemy 15- kilogramowy worek w azjatyckim supermarkecie i jemy go przez nastepne pare miesiecy.
- superostry sos,
- sos z orzeszkow ziemnych- tradycyjny, standardowy, bardzo popularny w Indonezji,
- zupa na wieprzowinie- wlasciwie to wygladala jak baaardzo tlusty rosol. Specjalnie nie zachecala zapachem i niesamowita iloscia tluszczu ale okazala sie bardzo dobra w smaku i nieoceniona gdy zaczelismy pic napoje wyskokowe: nikt sie nie upil a i nastepnego dnia obylo sie bez kaca.
- bardzo pikantne mieso wolowe na patyku,
- mniej pikantne mieso z kurczaka na patyku,
- mielony tunczyk z przyprawami na patyku,
- wolowina i wieprzowina cieta na bardzo male kawaleczki, z zielona fasolka, bardzo ostro przyprawiona.
- salatka z gotowanych warzyw z majonezem- to salatka Pavli. Taka sama, jak tradycyjna salatka warzywna w Polsce.
- suszone anchovies smazone z orzeszkami ziemnymi,
- tilapie (rybe z rodziny pielegnicowatych, bardzo popularna w USA),
- salatke owocowa.
- biale, pachnace ryba, chrupiace, cienkie ciasto przypominajace styropian.
Wszystkie dania staly w kuchni, kazdy podchodzil i bral sobie co chcial i ile chcial.
Japonczyk i pare dziewczyn grzebalo widelcami w talerzach. Obok mnie mezczyzna przystapil do konsumpcji bezposredniej- jadl z talerza nie uzywajac rak. Ryz moczyl sobie w zupie, potem w ostrym sosie, w drugiej rece trzymal troche tilapii, oblizywal palce ze smakiem (w niektorych rejonach Indonezji nie uzywa sie sztuccow- jedzenie po prostu bierze sie w reke a potem wklada do ust).
Wolowina i wieprzowina z fasolka wystepuje w dwoch odmianach: tak jak ja wyzej opisalam oraz doprawiona swinska krwia. Ronaldinho zabral sie za przyrzadzenie tej drugiej wersji: usiadl w kuchni na podlodze z pojemnikami jedzenia przed soba i rekami mieszal krew z potrawa. Obok Numan kroil arbuzy.
Patrzylam sie na to wszystko z zainteresowaniem rozmyslajac nad smakiem wieprzowej krwi.
- Chcesz sprobowac?- zapytal Ronaldinho wyciagajac do mnie reke wypelniona jedzeniem.
- Pewnie ze chce.- odparlam, i nasladujac innych "biesiadnikow" zjadlam pomagajac sobie jedynie palcami.
Bylo pyszne.
Na niski, Indonezyjski stolik, wjechal tort. Pavla, Numan i Patricia zasiedli za nim patrzac na siebie i sie usmiechajac. Zabrzmialo "Happy Birthday" oraz indonezyjskie "Sto lat" (ktorego z przyczyn oczywistych nie znam). Patricia maczala paluszki w rozowym lukrze i oblizywala. Pavla i Numan patrzyli sobie gleboko w oczy i calowali sie. Rodzina wspolnie pokroila tort i rozdala gosciom. Ja jadlam z Rudym z jednego talerza (oboje bylismy zbyt najedzeni zeby zmiescic po calym kawalku tortu wiec sie podzielilismy).
Maz pojawil sie kolo polnocy. Poszlismy na balkon, gdzie wszyscy spiewali piosenki o tym jak piekne jest Bali i tanczyli po kolei.
Dlaczego dziele sie tym wszystkim?
Srednia wieku na imprezie to 30 lat. Najstarsza osoba miala 38 lat. Nie bylo seniorow.
Wszyscy ubrani byli w nowoczesne, kolorowe stroje, dziewczyny mialy makijaz, chlopaki bizuterie.
Nikt nikogo nie zmuszal do jedzenia tradycyjnych potraw w tradycyjny sposob. Nikt nikogo nie zmuszal do spiewania tradycyjnych indonezyjskich piosenek. Nikt nie zmuszal do tanca. Wszyscy robili wszystko z wlasnej woli.
Pilo sie duzo. Wokol bawily sie dzieci. Nikt sie nie upil, nikt nie pobil, nikt nie poklocil. Nikt nie stracil nastroju ani nie "zlapal dola".
Na impreze przyszla kelnerka, ktora obslugiwala mnie tamtego dnia w Sumo i kucharz, ktory dla nas gotowal. Gdy mnie zobaczyli, serdecznie mnie usciskali, zlapali za rece i posadzili na podlodze wsrod Balijczykow, jak swoja.
Nigdy na zadnej imprezie nie zostalam tak cieplo przyjeta jak na tej.
Nigdy nie widzialam takiej checi do kultywowania narodowych tradycji.
Nigdy nie doswiadczylam takiej otwartosci ze strony ludzi o kompletnie odmiennej kulturze i kolorze skory.
Nigdy nigdzie nie bawilam sie tak dobrze, jak wsrod brazowych ludzi mowiacych w kompletnie dla mnie niezrozumialym jezyku.
Wednesday, September 12, 2007
One Big Melting Pot (2)
W srode zadzwonila do mnie Pavla, zeby zaprosic mnie na impreze urodzinowa Patricii. Oficjalne rozpoczecie zabawy zostalo wyznaczone na godzine 22:00. Wydawalo mi sie to dosc szalone ze wzgledu na dzieci obecne na przyjeciu ale Pavla wytlumaczyla mi, ze wszyscy jej znajomi pracuja do pozna i to jest w zasadzie jedyna mozliwa godzina. Zachecila jednak do wczesniejszego przyjscia i zapewnila, ze pare osob juz bedzie.
Nabylam stosownego misia oraz karte prezentowa w sklepie dla dzieci Gymboree (karty prezentowe sa nawiasem mowiac swietnym pomyslem: obdarowany moze kupic sobie dokladnie to, co sprawi jemu samemu najwieksza przyjemnosc) i wyruszylam w droge (Maz byl w pracy, mial dolaczyc pozniej). Zajechalam na miejsce, zaparkowalam przed kompleksem budynkow i niepewnie wyruszylam na poszukiwanie wlasnego mieszkania.
Bardzo popularne sa tu dwupietrowe kompleksy mieszkaniowe. Kazdy taki kompleks jest podzielony na segmenty ze schodami, z ktorych wchodzi sie do osmiu mieszkan: czterech na dole i czterech na gorze.
Zastanawialam sie jak ja w tych egipskich ciemnosciach (nie bylo tu zadnych lamp a numery mieszkan sa male i zamontowane na drzwiach) odnajde wlasciwy apartament. Nie bardzo chcialo mi sie z buta przemierzac osiedle, szczegolnie, ze to bywa czasem dosc niebezpieczne. Dzieki Bogu zauwazylam na jednym z balkonow baloniki i lysawa glowke, ktorej wlascicielka podskakiwala wesolo. Po zblizeniu sie do drzwi wiedzialam, ze o pomylce nie moglo byc mowy: buty.
Do domu mieszkanca Bali nie wchodzi sie w butach: uzna on to za wielki nietakt i obraze. Buty nalezy zostawic PRZED DRZWIAMI FRONTOWYMI.
Maz przyznal mi sie potem, ze przed przyjsciem na impreze zrobil sobie staranny pedicure.
Zapukalam sciagajac sandaly.
Otworzyl mi dwudziestoparoletni Balijczyk w type Ronaldinho/Apocalypto. Zaprosil do srodka po czym zupelnie naturalnie wreczyl mi mieso na patyku. Po chwili zjawila sie pani domu piastujac na biodrze solenizantke (ktorej w ciagu ostatnich kilku tygodni uroslo calkiem sporo wlosow) ubrana w rozowa sukieneczke, a niebawem zostalam rowniez usciskana przez jej meza, Numana.
Rozejrzalam sie po pokoju: oprocz mnie bylo tu jeszcze moze jakies 8 osob (Balijczycy, Japonczyk, kobieta, ktorej matka jest Koreanka a ojcem rodowity Indianin) w tym troje dzieci w wieku okolo 2 lat. Okazalo sie potem, ze liczba dzieci zwiekszyla sie tylko o dwoje, za to liczba doroslych wzrosla do okolo 40.
Wiekszosc obecnych to pracownicy orientalnych restauracji.
Japonczyk przyjechal do USA 12 lat temu.
Indianko- Koreanka przyprowadzila dorosla i dwuletnia corke, po ktorych jasno mozna bylo stwierdzic, ze jej maz jest Afroamerykaninem.
Wiele osob na poczatku pracowalo na statku wycieczkowym i w taki wlasnie sposob znalazlo sie w USA. Nawet niespecjalnie sie kryli z faktem, ze nie sa tu tak do konca legalnie.
Przyszla dziewczyna w bardzo zaawansowanej ciazy.
Przyszla inna, z kilkutygodniowym niemowleciem na rekach.
Oprocz mnie i Pavli w mieszkaniu byli sami Azjaci.
Nabylam stosownego misia oraz karte prezentowa w sklepie dla dzieci Gymboree (karty prezentowe sa nawiasem mowiac swietnym pomyslem: obdarowany moze kupic sobie dokladnie to, co sprawi jemu samemu najwieksza przyjemnosc) i wyruszylam w droge (Maz byl w pracy, mial dolaczyc pozniej). Zajechalam na miejsce, zaparkowalam przed kompleksem budynkow i niepewnie wyruszylam na poszukiwanie wlasnego mieszkania.
Bardzo popularne sa tu dwupietrowe kompleksy mieszkaniowe. Kazdy taki kompleks jest podzielony na segmenty ze schodami, z ktorych wchodzi sie do osmiu mieszkan: czterech na dole i czterech na gorze.
Zastanawialam sie jak ja w tych egipskich ciemnosciach (nie bylo tu zadnych lamp a numery mieszkan sa male i zamontowane na drzwiach) odnajde wlasciwy apartament. Nie bardzo chcialo mi sie z buta przemierzac osiedle, szczegolnie, ze to bywa czasem dosc niebezpieczne. Dzieki Bogu zauwazylam na jednym z balkonow baloniki i lysawa glowke, ktorej wlascicielka podskakiwala wesolo. Po zblizeniu sie do drzwi wiedzialam, ze o pomylce nie moglo byc mowy: buty.
Do domu mieszkanca Bali nie wchodzi sie w butach: uzna on to za wielki nietakt i obraze. Buty nalezy zostawic PRZED DRZWIAMI FRONTOWYMI.
Maz przyznal mi sie potem, ze przed przyjsciem na impreze zrobil sobie staranny pedicure.
Zapukalam sciagajac sandaly.
Otworzyl mi dwudziestoparoletni Balijczyk w type Ronaldinho/Apocalypto. Zaprosil do srodka po czym zupelnie naturalnie wreczyl mi mieso na patyku. Po chwili zjawila sie pani domu piastujac na biodrze solenizantke (ktorej w ciagu ostatnich kilku tygodni uroslo calkiem sporo wlosow) ubrana w rozowa sukieneczke, a niebawem zostalam rowniez usciskana przez jej meza, Numana.
Rozejrzalam sie po pokoju: oprocz mnie bylo tu jeszcze moze jakies 8 osob (Balijczycy, Japonczyk, kobieta, ktorej matka jest Koreanka a ojcem rodowity Indianin) w tym troje dzieci w wieku okolo 2 lat. Okazalo sie potem, ze liczba dzieci zwiekszyla sie tylko o dwoje, za to liczba doroslych wzrosla do okolo 40.
Wiekszosc obecnych to pracownicy orientalnych restauracji.
Japonczyk przyjechal do USA 12 lat temu.
Indianko- Koreanka przyprowadzila dorosla i dwuletnia corke, po ktorych jasno mozna bylo stwierdzic, ze jej maz jest Afroamerykaninem.
Wiele osob na poczatku pracowalo na statku wycieczkowym i w taki wlasnie sposob znalazlo sie w USA. Nawet niespecjalnie sie kryli z faktem, ze nie sa tu tak do konca legalnie.
Przyszla dziewczyna w bardzo zaawansowanej ciazy.
Przyszla inna, z kilkutygodniowym niemowleciem na rekach.
Oprocz mnie i Pavli w mieszkaniu byli sami Azjaci.
Tuesday, September 11, 2007
One Big Melting Pot (1)
Pewnego pieknego wieczoru ja, Maz i nasz przyjaciel Harry wybralismy sie do japonskiej restauracji Sumo (http://www.esumo.com/). Jest to nasze ulubione miejsce z racji tego, ze porcje sushi sa tu duze i zawsze swieze.
W restauracjach tego typu pracuja zawsze Azjaci. Moj Maz oraz Harry rowniez naleza do tego "gatunku": Maz jest stuprocentowym Indonezyjczykiem, Harry zas jest zrodzony z matki Indonezyjki i ojca Chinczyka.
Jest cos niesamowitego w tym, jak Azjaci bezblednie wyczuwaja/odgaduja/wiedza jakiej narodowosci jest inny Azjata. Od razu po wejsciu do restauracji moi panowie rozejrzeli sie i stwierdzili:
- Wszyscy tutaj sa z Indonezji.
Troche niedowierzalam ale zachecona przez Meza przywitalam sie z kelnerka po Indonezyjsku (troche sie ucze). Popatrzyla sie na mnie bardzo zdumiona a potem podekscytowana odpowiedziala wylewnie w jezyku ojczystym. Oczywiscie to bylo dla mnie juz za wiele do zrozumienia ale Maz i Harry kontynuowali konwersacje przerywajac od czasu do czasu i tlumaczac mi na angielski.
Smiechu i radosci bylo co nie miara, szczegolnie, gdy naszym teppenyaki (gotowanie przed gosciem na wmontowanej w stol goracej plycie) zajmowal sie rowniez Indonezyjczyk. Wywijajac sztuccami i podpalajac piramide zrobiona z cebuli (w tej restauracji kucharze robia przed klientami maly show) opowiedzial nam o sobie i o swoich przyjaciolach. Okazalo sie, ze wiekszosc nich jest z Bali.
Balijczycy zapytani o narodowosc nigdy nie mowia "Indonezja". Zawsze mowia "Bali".
Wiekszosc mieszkancow Indonezji jako takiej to muzulmanie (85%), Na Bali jednak dominuje Hindu (93%). Po ataku terrorystycznym na World Trade Center, Balijczycy w zadnym wypadku nie chca byc postrzegani jako "muzulmanie- terrorysci".
Dowiedzielismy sie rowniez, ze wielu Indonezyjczykow pracuje rowniez w innych restauracjach w okolicy a szef sushi w Sumo ma zone Polke.
Bylam wielce zaskoczona: w centrum Alabamy mieszka Polka majaca za meza Indonezyjczyka. Jest to rownie niesamowite jak spotkanie Polaka mieszkajacego na stale w Zimbabwe.
Po ugotowaniu nam swietnej kolacji i wypiciu z nami litrow sake kucharz poszedl na zaplecze a po chwili wrocil z numerem telefonu i imieniem dziewczyny. Brzmialo mi ono jakos dziwnie jak na polskie imie, bardzo podobnie do mojego ale jednak dziwnie. Zlozylam to na karb wymowy kucharza i fakt, ze w USA wiele osob czest nieco zmienia sobie imiona zeby uczynic je latwiejszymi do wymowienia dla Amerykanow.
W restauracji siedzielismy do zamkniecia i pilismy piwo z kucharzem i jego przyjaciolmi.
Nazajutrz zadzwonilam do dziewczyny. Okazalo sie, ze nie jest ona z Polski ale z Czech. Nie robi mi to specjalnie roznicy: nie szukam na sile Polakow, nie zalezy mi jakos specjalnie na obracanie sie w towarzystwie rodakow, nie ubolewam nad ich brakiem w Alabamie. Uwielbiam za to nawiazywac nowe znajomosci.
Umowilysmy sie na kawe.
Pavla okazala sie byc chuda, rozgadana, bardzo przyjacielska dziewczyna. Przyszla ze swoja prawie dwuroczna coreczka Patricia, urocza dziewczynka lysiutka jak kolano.
Balijczycy tradycyjnie gola swoim dzieciom glowy na lyso przez pierwszych kilka lat ich zycia. Patricii glowa nie zostala ogolona- po prostu jeszcze nie urosly jej wloski i nikt nie wie, czemu tak jest.
Bardzo polubilysmy sie i wiedzialysmy, ze na tym jednym spotkaniu sie nie skonczy. Na kolejne wybralismy sie juz w piatke- dolaczyli do nas nasi mezowie, ktorzy rowniez przypadli sobie do gustu. Poszlismy na spacer do pobliskiego parku: Polka z Jawajczykiem, Czeszka z Balijczykiem i urodzona w USA (czyli obywatelka tego kraju) pol Czeszka- pol Indonezyjka gaworzaca po trochu w trzech jezykach.
W restauracjach tego typu pracuja zawsze Azjaci. Moj Maz oraz Harry rowniez naleza do tego "gatunku": Maz jest stuprocentowym Indonezyjczykiem, Harry zas jest zrodzony z matki Indonezyjki i ojca Chinczyka.
Jest cos niesamowitego w tym, jak Azjaci bezblednie wyczuwaja/odgaduja/wiedza jakiej narodowosci jest inny Azjata. Od razu po wejsciu do restauracji moi panowie rozejrzeli sie i stwierdzili:
- Wszyscy tutaj sa z Indonezji.
Troche niedowierzalam ale zachecona przez Meza przywitalam sie z kelnerka po Indonezyjsku (troche sie ucze). Popatrzyla sie na mnie bardzo zdumiona a potem podekscytowana odpowiedziala wylewnie w jezyku ojczystym. Oczywiscie to bylo dla mnie juz za wiele do zrozumienia ale Maz i Harry kontynuowali konwersacje przerywajac od czasu do czasu i tlumaczac mi na angielski.
Smiechu i radosci bylo co nie miara, szczegolnie, gdy naszym teppenyaki (gotowanie przed gosciem na wmontowanej w stol goracej plycie) zajmowal sie rowniez Indonezyjczyk. Wywijajac sztuccami i podpalajac piramide zrobiona z cebuli (w tej restauracji kucharze robia przed klientami maly show) opowiedzial nam o sobie i o swoich przyjaciolach. Okazalo sie, ze wiekszosc nich jest z Bali.
Balijczycy zapytani o narodowosc nigdy nie mowia "Indonezja". Zawsze mowia "Bali".
Wiekszosc mieszkancow Indonezji jako takiej to muzulmanie (85%), Na Bali jednak dominuje Hindu (93%). Po ataku terrorystycznym na World Trade Center, Balijczycy w zadnym wypadku nie chca byc postrzegani jako "muzulmanie- terrorysci".
Dowiedzielismy sie rowniez, ze wielu Indonezyjczykow pracuje rowniez w innych restauracjach w okolicy a szef sushi w Sumo ma zone Polke.
Bylam wielce zaskoczona: w centrum Alabamy mieszka Polka majaca za meza Indonezyjczyka. Jest to rownie niesamowite jak spotkanie Polaka mieszkajacego na stale w Zimbabwe.
Po ugotowaniu nam swietnej kolacji i wypiciu z nami litrow sake kucharz poszedl na zaplecze a po chwili wrocil z numerem telefonu i imieniem dziewczyny. Brzmialo mi ono jakos dziwnie jak na polskie imie, bardzo podobnie do mojego ale jednak dziwnie. Zlozylam to na karb wymowy kucharza i fakt, ze w USA wiele osob czest nieco zmienia sobie imiona zeby uczynic je latwiejszymi do wymowienia dla Amerykanow.
W restauracji siedzielismy do zamkniecia i pilismy piwo z kucharzem i jego przyjaciolmi.
Nazajutrz zadzwonilam do dziewczyny. Okazalo sie, ze nie jest ona z Polski ale z Czech. Nie robi mi to specjalnie roznicy: nie szukam na sile Polakow, nie zalezy mi jakos specjalnie na obracanie sie w towarzystwie rodakow, nie ubolewam nad ich brakiem w Alabamie. Uwielbiam za to nawiazywac nowe znajomosci.
Umowilysmy sie na kawe.
Pavla okazala sie byc chuda, rozgadana, bardzo przyjacielska dziewczyna. Przyszla ze swoja prawie dwuroczna coreczka Patricia, urocza dziewczynka lysiutka jak kolano.
Balijczycy tradycyjnie gola swoim dzieciom glowy na lyso przez pierwszych kilka lat ich zycia. Patricii glowa nie zostala ogolona- po prostu jeszcze nie urosly jej wloski i nikt nie wie, czemu tak jest.
Bardzo polubilysmy sie i wiedzialysmy, ze na tym jednym spotkaniu sie nie skonczy. Na kolejne wybralismy sie juz w piatke- dolaczyli do nas nasi mezowie, ktorzy rowniez przypadli sobie do gustu. Poszlismy na spacer do pobliskiego parku: Polka z Jawajczykiem, Czeszka z Balijczykiem i urodzona w USA (czyli obywatelka tego kraju) pol Czeszka- pol Indonezyjka gaworzaca po trochu w trzech jezykach.
Sunday, September 9, 2007
Filozoficznie...
Pojechalam dzis na zakupy. A raczej na taki niewielki window shopping polaczony z nabyciem karty prezentowej w sklepie z ubraniami dla maluchow (coreczka kolezanki ma jutro urodziny). Chodzilam sobie po naszej lokalnej galerii, wdychalam zapach cynamonowych ciastek i smazonych w cukrze orzeszkow, patrzylam na obcisle jeansy (ktore doskonale podkreslilyby jedrnosc moich posladkow), sweterki w serek (tak cudownie ukladajace sie na biuscie), buty na niebotycznych obcasach (w ktorych moje nogi wygladalyby bosko).
Jakis filozof powiedzial "Lubie wybrac sie na targ i patrzec na rzeczy, bez ktorych jestem doskonale szczesliwy" (czy jakos tak).
No, moze troszke brakuje mi do tego filozofa: do pelni szczescia wystarczyl mi spray do ciala Victoria's Secret oraz kawa.
A tak przy okazji: moze ktos z Was wie jak nazywal sie filozof? Jego imie bylo wymienione w jednej z ksiazek Malgorzaty Musierowicz, ktore czytalam jako dorastajaca dziewczyna, a ktore teraz znajduja sie jakies 5000 mil stad i nie moge sprawdzic.
Jakis filozof powiedzial "Lubie wybrac sie na targ i patrzec na rzeczy, bez ktorych jestem doskonale szczesliwy" (czy jakos tak).
No, moze troszke brakuje mi do tego filozofa: do pelni szczescia wystarczyl mi spray do ciala Victoria's Secret oraz kawa.
A tak przy okazji: moze ktos z Was wie jak nazywal sie filozof? Jego imie bylo wymienione w jednej z ksiazek Malgorzaty Musierowicz, ktore czytalam jako dorastajaca dziewczyna, a ktore teraz znajduja sie jakies 5000 mil stad i nie moge sprawdzic.
Thursday, September 6, 2007
Jezus
Mamy tutaj, w naszym miescie, lokalnego Jezusa.
Zima czy latem, facet chodzi na bosaka w bialym giezle przepasany sznurkiem. Ma dlugie, brazowe wlosy i dluga brode. W reku biblie. Naucza i zyje z tego, co mu dadza ludzie. Z Mezem planujemy z nim porozmawiac przy najblizszej okazji i dowiedziec sie czegos na temat jego- na pewno ciekawej- przeszlosci oraz terazniejszosci.
To niesamowite, ze w erze wyscigu szczurow i pogoni za pieniadzem sa jeszcze tacy ludzie.
Zima czy latem, facet chodzi na bosaka w bialym giezle przepasany sznurkiem. Ma dlugie, brazowe wlosy i dluga brode. W reku biblie. Naucza i zyje z tego, co mu dadza ludzie. Z Mezem planujemy z nim porozmawiac przy najblizszej okazji i dowiedziec sie czegos na temat jego- na pewno ciekawej- przeszlosci oraz terazniejszosci.
To niesamowite, ze w erze wyscigu szczurow i pogoni za pieniadzem sa jeszcze tacy ludzie.
Sunday, September 2, 2007
Zadzwon do mnie...
Po godzinie 22 mozemy (tak jak w Polsce) obejrzec reklamy rozmaitych party-line. Nie sa one jednak tak wyuzdane jak te, ktore emituje Polsat pozna noca. Atrakcyjne, skapo ubrane (ale nie nagie) dziewczyny usmiechaja sie ponetnie do ekranu, krecac biodrami.
Pozniej nastepuje nieco inna seria: atrakcyjni mezczyzni usmiechaja sie ponetnie do ekranu, luzacko zatykajac kciuki za pasek od spodni.
Niekiedy jednak ci sami mezczyzni pokazani sa razem, siedzacy w kawiarni, trzymajacy sie za rece i patrzacy sobie gleboko w oczy.
Dla kazdego cos milego.
Pozniej nastepuje nieco inna seria: atrakcyjni mezczyzni usmiechaja sie ponetnie do ekranu, luzacko zatykajac kciuki za pasek od spodni.
Niekiedy jednak ci sami mezczyzni pokazani sa razem, siedzacy w kawiarni, trzymajacy sie za rece i patrzacy sobie gleboko w oczy.
Dla kazdego cos milego.
Subscribe to:
Posts (Atom)