Friday, October 31, 2008

Dwuznacznie

Samotne przemierzanie kolejnych dlugosci basenu moze byc niekiedy nuzace. Czesto zaczynam wtedy rozmawiac z ludzmi plywajacymi na sasiednim torze, ktorzy, tak jak ja, przystaneli na chwile, aby chwile odpoczac i zaczerpnac powietrza.
Ostatnio moim towarzyszem konwersacji byl T., krzepki piecdziesieciolatek, medytator (wiem to, bo zauwazylam czerwona nitke zawiazana na jego przegubie).
Dzien pozniej, jedzac w kawiarni sniadanie z M. i jej chlopakiem, zauwazylam T. podchodzacego do kasy. Pomachalam mu przyjaznie. Przygladal mi sie przez chwile, nie poznawal. Po chwili usmiechnal sie i zakrzyknal entuzjastycznie:
-P! To ty! Nie poznalem cie. Zupelnie inaczej wygladasz, gdy masz na sobie ubranie!

W kawiarni zrobilo sie bardzo, bardzo cicho.

Wednesday, October 29, 2008

Slubne szalenstwo

Po wpisaniu w Google hasla "koszty wesela" portal http://www.we-dwoje.pl/ podal mi takie oto liczby:

SUKNIA ŚLUBNA
kupno 700 – 5000 zł
wypożyczenie 40 – 60% wartości sukni
pranie 100 – 200 zł

GARNITUR
kupno 500 – 1500 zł
wypożyczenie od 300 zł

SMOKING
kupno od 1000 zł
wypożyczenie od 350 zł

FRAK
kupno od 1300 zł
wypożyczenie od 500 zł

DODATKI
buty damskie 100 – 300 zł
buty męskie od 150 zł
welon od 150 zł rękawiczki 50 zł
stroik do włosów od 80 zł
koszula 50 – 150 zł
muszka 50 zł
krawat od 50 zł

USŁUGI KOSMETYCZNE
fryzjer 50 – 150 zł
makijaż od 80 zł
manicure od 50 zł

WIĄZANKA ŚLUBNA
kupno 50 – 200 zł

OBRĄCZKI
para od 500 zł

KOSZTY FORMALNOŚCI
opłata skarbowa w USC 75 zł
skrócony odpis świadectwa urodzenia 10 zł
ofiara dla kościoła ok. 500 zł
zapowiedzi ok. 100 zł
organista 50 zł

KOSZTY PRZYJĘCIA
restauracja od 100 zł/osobę
dekoracje sali i kościoła od 600 zł
tort 200 zł
alkohol na osobę 25 zł
oprawa muzyczna 1500 – 2000 zł
videofilmowanie 1000 – 2500 zł
fotograf od 10 zł/zdjęcie

DODATKOWO
samochód 100 – 300 zł
ustrojenie samochodu od 150 zł
zaproszenia od 1 zł/szt.
miejsca noclegowe dla gości – od osoby za dobę 60 - 120 zł


Po przeanalizowaniu tej listy latwo da sie stwierdzic, ze koszt przecietnego slubu i wesela to kilka tysiecy zlotych.
Rozumiem, ze na slub trzeba jakos wygladac (suknia, garnitur, obuwie, dodatki, uslugi kosmetyczne). Trzeba miec rowniez obraczki i kwiaty. Pamiatka z uroczystosci (film, zdjecia) oczywiscie tez musi byc. Na ceny formalnosci niestety nie ma sie wplywu.
Wesele natomiast, to zupelnie inna sprawa: zupelnie niezrozumiale jest dla mnie, jak mlodzi i ich rodzice moga lekka reka wydawac tak zawrotne sumy na (przyznajmy szczerze) jednorazowa impreze. Nie potrafie zrozumiec zapraszania na wesele calej masy osob, ktorych mlodzi nie znaja: znajomych rodzicow lub wieki nie widzianych ciotecznych babek, z ktorymi na codzien i tak nie utrzymuje sie kontaktu. Oczywiscie, jesli ktos ma pieniadze i ochote, aby je wydawac, to nic nie stoi na przeszkodzie, nie rozumiem jednak presji: tych gosci zaprosimy, bo "tak trzeba" a tamtych "bo wypada".
Zastanawia mnie rowniez dla kogo tak naprawde takie wesele jest przyjemnoscia: dla mlodej pary, ktora chcac nie chcac musi wytrzymac do rana z ludzmi w roznym stanie trzezwosci, czy dla gosci, z ktorych niektorzy przychodza, bo czuja, ze powinni, a nie dlatego, ze naprawde tego chca?
Nigdy nie chcialam miec wystawnego wesela. Obca byla mi idea "slubu jak z bajki", sukni jak bezy, hucznej zabawy do bialego rana (czytelnicy mojego bloga moga to wywnioskowac z moich poprzednich notek). Zawsze chcialam, aby byla to uroczystosc prywatna i wyjatkowa.
Ja i Maz pobralismy sie w srodku tygodnia, w Urzedzie Miasta. Na obiad weselny zaprosilismy do restauracji najblizsze nam osoby, te, z ktorymi chcielismy dzielic ten wazny moment w naszym zyciu (ich liczba zamknela sie w 20). Mysle, ze wlasnie ta kameralna atmosfera sprawila, ze wszyscy dobrze sie czuli w swoim towarzystwie. My rowniez bardzo przyjemnie wspominamy nasz slub i przygotowania do niego. Wszystko przebieglo szybko, sprawnie i latwo. Nam pozostalo tylko rozkoszowac sie tym dniem.

Monday, October 27, 2008

Buty

Jakis czas temu w Polsce kupilam za ciezkie pieniadze buty firmy Diesel. Skorzane, w kolorze szampana, na niewielkim obcasie.
Po kilku dniach noszenia przybrudzily sie nieco. Probujac je wyczyscic zauwazylam, ze kolor zlazi zostawiajac sine plamy. Zaniechalam czyszczenia.
Po krotkim czasie wypadly z nich fleki. To, na szczescie, dalo sie naprawic.
Probowalam znalezc paste w kolorze butow- bez skutku.
Wczoraj, wkurzona, zapastowalam je na bialo.

I pytam sie ja teraz: jaka szanowana firma robi buty, ktore kosztuja kupe forsy, a ktore psuja sie po kilku dniach noszenia? Co z tego, ze sa sliczne, skoro nie da sie ich potem zakonserwowac, bo nigdzie nie mozna znalezc pasty w odpowiednim odcieniu?

Zimno i ciemno- update

Juz jest cieplo. I jasno. Wlasciciel dopiero teraz zdecydowal sie wlaczyc ogrzewanie. Pokazal mi rowniez, gdzie znajduja sie korki (nie jest to w piwnicy, jak przypuszczala box'erka, ale na scianie na korytarzu).

Saturday, October 25, 2008

Zimno i ciemno

Zrobilo sie naprawde zimno. Ogrzewanie nie dziala. Wlaczylam je 5 dni temu, aby sie rozruszalo. Na prozno.
Podlaczylam 2 elektryczne grzejniki, ale obciazenie sieci bylo za duze i korki wyskoczyly. Nie wiem, gdzie je wlaczyc. Nie mam pradu w polowie mieszkania (to dosc ciekawe, czemu nie w calosci?).
Teraz mam zimno i ciemno.

Thursday, October 23, 2008

Impreza urodzinowa z surowym obiadem

Zostalismy wczoraj w ostatniej chwili zaproszeni na urodziny naszej kolezanki. Email z zaproszeniem sugerowal "obiad z surowych warzyw" (niektorzy mieszkancy F. tak wlasnie sie odzywiaja- tylko surowymi roslinami).
Pojawil sie problem: co przyniesc jako prezent. Po przeanalizowaniu wszystkich opcji stwierdzilismy, ze koszyk z owocami bedzie najodpowiedniejszy.
O 7 wieczorem stawilismy sie pod umowionym adresem. Zapukalismy. Nikt nie odpowiedzial, wiec postanowilismy po prostu wejsc.
W kuchni pracowalo zawziecie 5 osob, w tym gospodyni i solenizantka. Tej ostatniej udalo sie w koncu znalezc chwile, zeby podejsc do nas i przyjac zyczenia i prezent.
Goscie stanowili zlepek narodowosci, ras i kultur. Wszyscy byli w jakis sposob powiazani z Uniwersytetem. Wszyscy rowniez byli zwolennikami zdrowej zywnosci i medytatorami. Wyroznialismy sie. Ja (jedyna dziewczyna z makijazem i w butach na obcasie) oraz Maz (jedyny facet w koszuli z kolnierzykiem) stanowilismy kontrast dla ludzi ubranych w ekologiczne, malownicze ubrania. Niektorzy przygladali sie nam z zaciekawieniem.
Nie wiedzielismy co ze soba zrobic. Nikogo nie znalismy, nikt tez nie kwapil sie poznac nas. Mezowi w koncu udalo sie nawiazac jakas konwersacje ze stojacym obok Japonczykiem, ja zas usilowalam pomagac w kuchni.
Obiad okazal sie byc nadzwyczaj smaczny (zupa pomidorowo- awokadowo- bazyliowa na zimno oraz cukinia, pomidory i grzyby w sosie pesto, rowniez na zimno). Nieprzyzwyczajone zoladki reaguja na takie potrawy protestem. Na szczescie ja i Maz odzywiamy sie dosc zdrowo, uniknelismy wiec przykrych niespodzianek.
Towarzystwo przy stole zaczelo rozprawiac na temat mieszkancow Iowa i tego, jacy sa grubi i obrzydliwi, jak zle sie odzywiaja. Poczulam sie dziwnie. Nie czuje sie rodowita Iowanka, nie czuje sie rowniez gruba i obrzydliwa, ale nie lubie generalizowania ani forsowania pogladu, ze czyjs sposob odzywiania, poglady lub tryb zycia jest lepszy lub bardziej wlasciwy niz inny. Nie mialam ochoty zabierac glosu.
Okolo 9 z ulga opuscilismy lokal.

Ani E. (gospodyni) ani S. (solenizantka), jedyne dwie osoby w calym towarzystwie, ktore znalismy, nie zadbaly, bysmy poczuli sie dobrze w zupelnie nieznanym towarzystwie. Towarzystwo przyjelo nas chlodno. Zdziwilo mnie to, poniewaz wszyscy ludzie z kregu medytatorow/studentow/ekologow, ktorych do tej pory poznalam, byli bardzo przyjazni i otwarci. Widac sa wyjatki.

Tuesday, October 21, 2008

Crowl vs. zabka

Bylam wczoraj na basenie. Zawsze staram sie plywac wszystkimi stylami, ktore znam, i wyrobilam sobie juz pewien system jedenastkowy: 6 razy zabka, 2 razy crowlem, 2 razy na plecach, 1 raz motylem. I od nowa. Przemierzajac basen w te i spowrotem zastanawialam sie, dlaczego plywanie niektorymi stylami przychodzi mi tak latwo i naturalnie (zabka) a czemu inne sprawiaja mi trudnosc (crowl).
Wynurzywszy sie, aby zaczerpnac tchu, ujrzalam zupelnie lysego, brodatego faceta, w wieku moze 50 lat. Poruszal sie dziwnie. Po blizszym przyjrzeniu sie stwierdzilam ze zdumieniem, ze plynie on... crowlem do tylu. A potem do przodu. I od nowa.
Przygladajac sie doszlam do wniosku, ze crowlem lubia plywac osoby wysokie i szczuple (a taki wlasnie byl obiekt mojej obserwacji). Wydaje mi sie, ze moze ma to zwiazek z dlugimi rekami i predkoscia, ktora mozna dzieki nim osiagnac. Osoby niskie i przy kosci wybieraja zabke: moze wiaze sie to z niezlym "kopem" kraglej nogi?
Znajomy powiedzial mi pozniej, ze brodaty facet przychodzi na basen codziennie i plywa okolo 3 godzin non stop. Podobno w 1975 roku bral udzial w Olimpiadzie. Zadziwiajace.

Monday, October 20, 2008

Przepoczwarzanie bloga

Czytajac rozmaite blogi zauwazylam, ze w kazdym jest jakis moment... przelomowy. Cos sie zmienia. Dotychczasowe tematy, ktore autor(ka) podejmowal(a) odchodza na dalszy plan, pojawiaja sie nowe.
Tak jakby blog spelnil swoja funkcje- terapeutyczna, informacyjna- i teraz ma nowa. Jaka? Zwykle okazuje sie po jakims czasie. Zastanawiam sie tylko, czy autorzy zdaja sobie sprawe z tego "przepoczwarzania".
U mnie chyba wlasnie nadszedl ten moment. I, choc zamierzam pisac dalej, mam nieodparte wrazenie, ze teraz bedzie inaczej.
Mam nadzieje, ze zostaniecie ze mna.

Friday, October 17, 2008

10 corek

- Chce miec 10 corek- zakomunikowal mi ktoregos dnia Maz
Zbaranialam. I kto mu by je mial wszystkie urodzic, niby ja? Niedoczekanie!
- Dlaczego akurat corek?- zapytalam slabo. Z tego, co wiem, faceci zwykle chca miec synow.
- Bo siedzialbym, tak jak teraz, na kanapie, mialbym jedna po lewo a druga po prawo, dwie u moich stop, piata masowalaby mi plecy a reszta krzatalaby sie po domu dostarczajac mi przekasek i napojow. A synowie, szczegolnie niemowleta, to strasznie glosno placza i robia smierdzaca kupe. Im powiedzialbym "idzcie do mamy".

Coz za racjonalna argumentacja.

Saturday, October 11, 2008

Oktoberfest

W zeszly piatek w naszym miasteczku mialo miejsce Oktoberfest. Poza niemieckim piwem i kielbasa zakupic mozna bylo... kapusniak. Nie cieszyl sie on zbytnim powodzeniem, Amerykanie nie przepadaja za kiszona kapusta, a zupa z niej wydaje im sie byc dosc obrzydliwa.
Mnie kapusniak przypomnial wycieczke w Bieszczady i kolacje po calodniowym przemierzaniu gorskich szlakow: kwasnice na baraninie.

Sauerkraut soup spozylam z wielka radoscia.
M., moja przyjaciolka, nie odwazyla sie sprobowac.

Thursday, October 9, 2008

Amerykanie a alkohol

Krazy po swiecie opinia, ze Amerykanie nie potrafia pic. Ze te ich piwa to slabiutkie a do mocniejszych trunkow to oni glowy nie maja.
Cos w tym jest.
Moj 22 letni kolega przyznal mi sie, ze przepada za piwem. Wina, bialego, sprobowal w zyciu raz. Nie smakowalo mu.
Inny znajomy (25 lat) odkad skonczyl wiek, w ktorym legalnie mozna pic- nie pije. Mowi, ze nie umie, i ze zawsze konczylo sie to urwaniem filmu.
W pewne sierpniowe popoludnie, wracajac z meczu futbolu, zauwazylam w tlumie dziewczyne, w wieku lat moze 20, prowadzona przez dwie kolezanki. Dziewczyna nie byla w stanie sama isc. Slaniala sie na nogach, zgieta na ksztalt odwroconej litery "L". W koncu wyladowala na trawniku. Nietrudno bylo zauwazyc, ze byla kompletnie pijana.
W USA wiek, w ktorym mozna spozywac alkohol, to 21 lat. Co ciekawe, aby kupic papierosy (w wiekszosci stanow) trzeba miec zaledwie 18 lat. Uwazam, ze to niedopuszczalne. Palenie szkodzi. Alkohol w nadmiarze rowniez, ale uwazam go za uzywke innego rodzaju niz papierosy. Alkohol mozna pic z klasa. Czerwone wino dziala dobrze na serce, gorzka wodka pomaga na zoladek. Palic z klasa sie nie da. Papierosy nie dzialaja zbawiennie na nic.

Mysle, ze zakup papierosow powinien byc dozwolony od lat 21. Majac lat "nascie" wciaz jeszcze jest sie pod duzym wplywem rowiesnikow. Podniesienie granicy wieku, od ktorej palenie jest dopuszczalne, w jakims stopniu na pewno utrudniloby zakup tytoniu i zniechecilo potencjalnych zainteresowanych.
Utrzymalabym granice wieku, od ktorej dopuszczalne jest picie alkoholu (21 lat). Wydaje mi sie jednak, ze rodzice powinni uczyc swoje dzieci (jeszcze przed osiagnieciem pelnoletniosci), jak dziala alkohol, jak go spozywac i jak sie nim nie upic (przez okreslenie "uczyc" rozumiem "dac sprobowac"). Mysle, ze nieumiejetnosc i niechec do picia moich dwoch kolegow wynika z faktu, ze ich rodzice nieco zaniechali "alkoholowej edukacji". Oczywiscie nie potepiam ich: jesli nie maja ochoty pic, to szanuje to. Chodzi mi jedynie o uswiadomienie mlodziezy (jesli nie przez rodzicow to moze w szkole na lekcji), ze np. picie sporych ilosci alkoholu w 40- stopniowym upale moze skonczyc sie dosc kiepsko...

Thursday, October 2, 2008

Praca w domu

Jak to fajnie pracowac w domu.
Mozna sobie wstac o jakiejs nieprzyzwoicie poznej godzinie, chodzic w pizamie po domu. Rozpoczac dzien od partyjki hold'em-a online. Wychylic lampke wina juz we wczesnych godzinach popoludniowych.

Mozna rowniez, okolo godziny 15.00 (bedac pod wplywem alkoholu i w pizamie) zostac zaskoczonym przez pana policjanta, pukajacego do naszych drzwi, i proszacego o wskazanie mu drogi do biura managera budynku...

Monday, September 22, 2008

Wedkarstwo

Maz od zawsze powtarzal, ze lubi wedkowac. Nie mial niestety zbyt wielu okazji, aby realizowac swa pasje: w Birmingham, Alabama, nie mial znajomych, z ktorymi laczyloby go to samo zainteresowanie. Odkad sie przeprowadzilismy sytuacja zmienila sie.
Pewnego letniego popoludnia przyszedl z pracy podekscytowany i zakrzyknal:
- Ide z K. na ryby!
No i poszedl.
Wrocil szczesliwy. Fakt, ze nic nie zlowil, wydawal sie byc zupelnie nieistotny.
Od tamtej pory w domu zaczely pojawiac sie roznego rodzaju splawiki, plastikowe zaby i weze, a w koncu nawet nowa wedka oraz film instruktazowy pt. "Jak zlowic wielkiego okonia".
- Przynies no jakas rybe na kolacje- poprosilam ktoregos dnia, widzac, ze maz wybiera sie nad jezioro.
Niestety i tym razem ryby okazaly sie byc sprytniejsze. Maz wrocil z jeziora z marsem na twarzy:
- Zezarly mi wszystkie przynety- powiedzial grobowym glosem.
Tego wieczoru, obejrzawszy kilkakrotnie swoj film, Maz ubral sie w milczeniu i pojechal do walmartu. Wrocil wyposazony w bron ciezkiego kalibru: przynete z wiatraczkiem.
Nastepnego dnia, o godzinie 5 nad ranem, przed pojsciem do pracy, Maz rozpoczal nierowna walke z okoniami. Tym razem uwienczona zostala sukcesem: dumny jak paw przyniosl 2 ryby, ktore wraz z moja mama (ktora przyjechala w odwiedziny) przygotowalysmy na obiad. Okazalo sie jednak, ze... Maz ich jadl nie bedzie, bo nie przepada. Lubi jednak je lowic. Dziwny zestaw.
Kilka razy w tygodniu Maz bierze sprzet i znika na cale popoludnie. Lapie i wypuszcza, potem wraca z wypiekami na twarzy. Wychwala przy tym, jaki to wspanialy sport, wedkowanie. Ktoregos dnia postanowilam przekonac sie o tym sama. Pojechalismy razem nad jezioro, ja, Maz i K..
Byla godzina 7 wieczorem, sciemnalo sie. Na twarzach mezczyzn malowalo sie podekscytowanie. Zarzucili wedki. I jeszcze raz. I jeszcze.
Na pobliskim drzewie przysiadl wielki ptak, zuraw pewnie. Schowawszy glowe pod skrzydlem zaczal drzemac. Zastanawialam sie, czy nie wziac z niego przykladu. Bylo juz prawie zupelnie ciemno. Panowie z poswieceniem godnym lepszej sprawy zarzucali wedki i wpatrywali sie w metna wode. Skonczyli po godzinie.
Mnie pogryzly komary i pajaki.
Moja przygoda z wedkowaniem zakonczyla sie szybko i definitywnie.

W sobote Maz i K. wstali o 5:30 nad ranem. O 6 pojechali nad jezioro.
Wrocili o 9 wieczorem.
Z wycieczki przywiezli nakrecony wlasnorecznie pasjonujacy film pt. "M. i K. lowia ryby".
Czy to jest normalne zachowanie?

Sunday, September 14, 2008

Hydrant

Dziwna mamy ostatnio pogode. Nie dosc, ze leje jak z cebra, to jeszcze jest 25 stopni ciepla. To wszystko powoduje, iz jadac samochodem mamy zupelnie zaparowane szyby, bez wzgledu na to, czy wlaczymy na nie nawiew czy nie.
W jeden z takich wlasnie deszczowych, dziwnych dni, wracalismy noca z koncertu. Odwozilismy naszych znajomych, M. i S. do domu, i, nie znajac drogi, kluczylismy ciemnymi uliczkami. W pewnym momencie znalezlismy sie przed przejazdem kolejowym. 5 metrow od niego ujrzelismy dziwnie zaparkowany samochod i dwoje moknacych na deszczu ludzi, chlopaka i dziewczyne. Ludzie popalali papierosy i wygladali na zrezygnowanych.
- Czy cos sie stalo?- zapytal Maz przez uchylona szybe- Potrzebujecie jakiejs pomocy?
- Nam nic sie nie stalo- odparl chlopak. Zauwazylam, ze byl to Meksykanin z pochodzenia, ale poslugiwal sie biegle angielskim. Biala dziewczyna obok niego nie mogla miec wiecej niz 20 lat.- ale nie moge ruszyc samochodu. Przez zaparowane szyby nic nie widzialem w tym deszczu i wjechalem w hydrant.
Zaczelam sie zastanawiac, co tak naprawde sie stalo, ze facet nie moze wyjechac po bliskim spotkaniu z hydrantem. Czyzby uderzyl w niego zbyt mocno? Jesli tak sie stalo, to jakim cudem on i dziewczyna sa cali i zdrowi a w aucie nie otworzyla sie poduszka powietrzna?
Wysiedlismy razem z Mezem, aby blizej przyjrzec sie sytuacji. Dopiero wtedy zauwazylismy, ze auto wcisniete jest miedzy kraweznik a gorne ramie hydrantu (to, do ktorego przykreca sie waz strazacki) tak silnie, iz wyjechanie stamtad jest zupelnie niemozliwe. Opona jest przebita a silnik nie jest w stanie wyciagnac zablokowanego auta z potrzasku.
Wyciagniecie auta naszym Nissanem nie wchodzilo w gre. Tory kolejowe byly zbyt blisko (musielibysmy ciagnac wlasnie od ich strony) a w nocy pociagi przejezdzaly co jakies 5- 10 minut.
- Moze zadzwonimy dla was po "Triple A"?- zaproponowal Maz- mamy oplacone do lutego a skorzystalismy do tej pory tylko raz.
- Co to jest "Triple A"?- zapytal Meksykanin.
AAA to klub samochodowy. Raz na rok oplaca sie czlonkostwo- jakies $60 za osobe. W ciagu tego roku (jesli np. zatrzasniemy kluczyki w aucie, skonczy nam sie benzyna lub potrzebujemy holowania) mozemy kilka razy zadzwonic do nich po pomoc, ktorej udziela nam calkowicie bezplatnie. Do tego mozemy liczyc na znizki w kinach i muzeach. I to wszystko za tak niewiele!
Maz zadzwonil po pomoc, ja w tym czasie odwiozlam znajomych do domu.
20 minut pozniej ujrzelismy na horyzoncie migajace swiatla lawety. Wysiadl z niej krzepki 50- latek w zoltej kurtce przeciwdeszczowej. Obejrzal samochod uwieziony pod hydrantem, potrzasnal glowa z niedowierzaniem. Ja przypatrywalam sie Meksykaninowi. Mial okolo 30 lat, ramiona i szyje pokryte tatuazami. Pod lewym okiem mial wytatuowana malutka lezke. W niektorych srodowiskach oznacza to, ze brat, lub bliska osoba noszacego tatuaz, zmarla, gdy noszacy siedzial w wiezieniu (pusta lezka oznacza, iz ukochana osoba noszacego zostala zamordowana, polpelna zas, iz noszacy zemscil sie na mordercy ukochanej osoby). Pomimo oczywistych znakow wieziennych i zwiazanych z gangiem, facet wyslawial sie bardzo poprawnie, byl zadziwiajaco mily i uprzejmy. Zaoferowal nawet ociekajacemu woda Mezowi wlasna koszule do osuszenia sie.
Krzepki 50- latek, miedzy przejazdami pociagow, mial niewiele czasu na cala akcje: musial ustawic lawete na torach, opuscic platforme, podpiac lancuch pod auto, wciagnac je na platforme i zmykac gdzie pieprz rosnie. 2 minuty po wszystkim przejazd znowu zamknieto i zobaczylismy kolejny pociag. Facet ledwie zdazyl.
- Nie wiem jak ci dziekowac- Meksykanin nie posiadal sie z radosci- wybawiles mnie z opresji.
- Drobiazg- powiedzial Maz dajac Meksykaninowi wizytowke. Dziewczyna wyciagnela do mnie reke i usmiechnela sie.
Laweta odstawila samochod pod dom Meksykanina i odjechala. My pozegnalismy sie i rowniez pojechalismy do domu.

Podczas rozmowy w samochodzie doszlismy z Mezem do wniosku, ze jesli chcialoby sie celowo wjechac w hydrant tak, zeby zablokowac pod nim auto, byloby to niemozliwe do wykonania.
Wrocilismy do domu w dobrych humorach, pomimo, iz byla juz 11 w nocy a my bylismy przemoczeni do suchej nitki. Fajnie jest zrobic dobry uczynek. A poza tym... dobrze jest miec znajomosci w tzw. "szemranych" srodowiskach. Dobrze tez znac paru Meksykanow. Ogladaliscie "Weeds"? :)

Sunday, August 24, 2008

Durian

Bedac w Californi, w domu rodzicow Michaela, mialam okazje zetknac sie z owocem, ktory nazywa sie durian. Pewnego pieknego dnia otworzylam lodowke i... czym predzej ja zamknelam, poniewaz wydobywala sie z niej won zgnilego miesa i noszonych skarpet.
Durian.
Maz zaproponowal mi wtedy kawalek, ale stchorzylam i odmowilam.
W niedziele, po Festynie Stanu Iowa, pojechalismy z T. (Wietnamczykiem) i J. do azjatyckiego supermarketu, gdzie T. zakupil durian (jego dziewczyna chciala sprobowac).
W poniedzialek maz przyniosl mi kawalek hermetycznie zapakowanego owocu (prezent od T.).
Otworzylam pudelko.
Kotka podbiegla aby sprawdzic, co tez dobrego jest w pojemniku ale uciekla gdzie pieprz rosnie, gdy tylko poczula zapach.
Jakos nie mialam ochoty sprobowac.
We wtorek rano zebralam sie na odwage i zdecydowalam sie na konsumpcje. Otworzylam pudelko (ach, ta won nie do opisania) i nabralam troche kremowej substancji na widelec.
I wzielam ja do ust.
Durian smakuje troche jak skrzyzowanie mango i awokado. Jest slodki (czego nigdy bym sie nie spodziewala, sadzac po zapachu) ale jednoczesnie lekko gryzie w przelyk. Generalnie nie jest zly.
Zjadlam caly kawalek.

Tego dnia maz nie pocalowal mnie przed wyjsciem do pracy.


Dla zainteresowanych: http://en.wikipedia.org/wiki/Durian

Thursday, August 21, 2008

Iowa State Fair

W weekend wybralismy sie ze znajomymi na Iowa State Fair- Festyn Stanu Iowa. Jest to jeden z najwiekszych festynow w Stanach Zjednoczonych. Bylo to dla mnie pierwsze tego typu doswiadczenie. Domyslalam sie, ze bedzie to cos w rodzaju wesolego miasteczka, jednak rzeczywistosc przeszla moje najsmielsze oczekiwania.
Teren, na ktorym odbywal sie festyn, byl mniej wiecej rozmiarow sredniej dzielnicy w polskim miescie. A na tym terenie.... rozmaite atrakcje, ktore mozna podzielic na 4 kategorie:

1. Zwierzeta- najpiejniejsze konie, najwieksze byki, najbardziej welniste owce, najgrubsze swinie.

2. Sklepy, targi i galerie- na festynie mozna kupic maszyny rolnicze, przyczepy turystyczne, okazjonalne podkoszulki... Mozna rowniez isc do fryzjera lub obejrzec wystawe fotografii.

3. Jedzenie- nasze kubki smakowe doznaja rozkoszy, gdy bedziemy sie raczyc przysmakami takimi jak:
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju,
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju na patyku,
- krewetki smazone w glebokim oleju,
- krewetki smazone w glebokim oleju na patyku,
- krazki cebulowe smazone w glebokim oleju,
- krazki paprykowe smazone w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju na patyku,
- swinska noga (smazona),
- cebula smazona w glebokim oleju,
- grillowana wieprzowina,
- grillowana wolowina,
- hot dogi,
- hamburgery,
- chipsy,
- frytki,
- lody (na patyku).

3. Wesole miasteczko- karuzele, skoki na bungee i kolejki gorskie, na ktorych mozemy zwrocic zjedzone wlasnie lokalne rarytasy na patyku.

Nad terenem, na ktorym odbywal sie festyn, unosila sie won smazeniny. Wokolo mozna bylo dostrzec ludzi z tluszczem kapiacym z potrojnych podbrodkow, gryzacych ze smakiem swinska noge, i podskakujace jak pilki (i tak samo okragle), umorusane lodami dzieci.
Choroba lokomocyjna, awersja do smazonego jedzenia i zmysl estetyczny sprawia, ze festyny nie naleza do moich ulubionych imprez...

Tuesday, August 19, 2008

Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008

Okolo poludnia zadzwonil S. z pytaniem, czy nie mam ochoty przyjsc do jego akademika, zeby jeszcze troche pospiewac przed koncertem. Okolo godziny 3 mialam pierwszy raz okazje podziwiac wnetrza dormitoriow Maharishi University of Management.
Prawde mowiac spodziewalam sie troche wiekszych luksusow: male pokoje, nagie, pomalowane farba olejna sciany i brak jakichkolwiek podzialow w pomieszczeniach rozczarowaly mnie nieco (glownie dlatego, ze wiem ile Uniwersytet kaze sobie placic za rok nauki). Wszystko to jednak bylo czystsze i duzo bardziej estetyczne niz polskie akademiki, w ktorych mialam okazje przebywac. Na szczescie S. udalo sie zrobic z tej klitki przytulne miejsce.
Przespiewalismy caly repertuar w pol godziny. Pojawil sie R. Cudowny Muzyk, Ktory Gra Na Wszystkim I Jest W Tym Absolutnie Doskonaly. Okazalo sie, ze jego gitara jest w czesciach i bez strun. Okolo godziny 4.45, bez wiekszego pospiechu, zabral sie za jej przygotowywanie.
O 5 S. pojechal instalowac zestaw perkusyjny na sali koncertowej.
O 5.30 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6 zadzwonil S. i zaproponowal pojscie na obiad przed koncertem.
O 6.15 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6.30 stwierdzilismy, ze na obiad juz za pozno. Pojechalismy do sali koncertowej, zeby zrobic probe generalna. Zostawilismy buty na korytarzu (tutaj zdejmowanie obuwia przed wejsciem do waznych miejsc jest na porzadku dziennym) i zabralismy sie za instalowanie sprzetu, w trakcie gdy inny zespol cwiczyl swoje piosenki: "Killing Me Softly", "El Mariachi" i pare innych, rzewnych utworow. Potem przyszla kolej na nas.

Powodem, dla ktorego wybralismy taki a nie inny repertuar, byl fakt, iz (zdaniem studentow) Maharishi University Of Management potrzebuje czegos, co by go nieco "rozruszalo". Do tej pory wszystkie wystepy skladaly sie z piosenek i tancow bardzo poprawnych politycznie, ktorym obce byly tematy samobojstw, narkotykow lub homoseksualizmu (ciekawe, ze najlepsze piosenki zawsze traktuja o samobojstwach, narkotykach lub homoseksualizmie). Podejrzewam, ze w jego murach nikt nie slyszal jeszcze takiej muzyki, jaka przygotowalismy my. Nic dziwnego, ze juz po pierwszej probnej piosence zlecieli sie studenci i nauczyciele z wyzszych pieter, aby sprawdzic, kto tez tam tak daje czadu.
Proba przebiegla sprawnie, z drobnymi zgrzytami, ktorych przyczyna byl Cudowny Muzyk R.. Prawdopodobnie spodziewal sie on, ze bedzie mial do czynienia z takimi samymi profesjonalistami jak on. My bylismy tylko grupa ludzi, ktorzy dowiedzieli sie, ze graja koncert 14 dni temu, i w ciagu tych dwoch tygodni staralismy sie (poza praca zawodowa, obowiazkami domowymi i snem) znalezc czas na proby. Na dodatek jedno z nas (ja) mialo gitare basowa w reku od 10 dni a inne (M.) dolaczylo do grupy 2 dni przed koncertem.
R. probowal nas tez przekonac do zmiany aranzacji piosenek, na co zdecydowanie sie nie zgodzilismy: proba generalna to nie jest czas na nauke i zmienianie czegokolwiek; to czas na przecwiczenie tego, co sie juz umie. Dasajac sie nieco, Cudowny Muzyk zajal swoje miejsce za keyboardem i z gitara (oczywiscie nie trzymala stroju, jak kazda gitara z nowymi strunami), na ktorej gral fantastyczne solowki. Jego gra nie pozostawiala nic do zyczenia. R. okazal sie byc naprawde doskonalym gitarzysta.

Nieco przed 8 sala byla juz w 3/4 wypelniona bosymi ludzmi. Po raz pierwszy w moim zyciu cos rozpoczelo sie wczesniej niz zaplanowane. Zamiast o 8:45 bylismy na scenie juz o 8:25. Reflektor, swiecacy mi prosto w oczy, uniemozliwial stwierdzenie, czy na sali znajduje sie moja "grupa wsparcia" (okolo 15 osob). Dopiero okrzyk B.: "Dawaj, P.!" upewnil mnie, ze jest tam przynajmniej jedna osoba, ktora mnie zna (reszta przyszla jakies 10 minut pozniej).
Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze nerwy zupelnie mnie opuscily. Pozwolilo mi to swobodnie bujac sie w rytm granej przez nas muzyki... no i mialo oczywiscie przelozenie na jakosc mojego spiewania. 2 miesiace temu wystepowalam w kawiarni na "Open mic night", gdzie kazdy moze zaspiewac, i trema zzarla mnie totalnie. Teraz gralam i spiewalam zupelnie na luzie. Najbardziej zdenerwowanym z nas wszystkich byl chyba glowny wokalista, ktory z wrazenia zapomnial konferansjerki i probowal cos sklecic na poczekaniu.
Publicznosc byla swietna i przyjela nas bardzo goraco. Naprawde dalo sie wyczuc, ze studenci potrzebowali jakiegos "mocniejszego uderzenia" a nie tylko romantycznych pojekiwan (ktore, oczywiscie, tez maja swoj urok, ale sa szkodliwe w nadmiarze).
Za piosenke "Joker" Steve'a Miller'a dostalam owacje na stojaco.

Po koncercie popatrzylismy po sobie, usmiechajac sie, i stwierdzilismy nieskromnie, ze bylismy niesamowicie dobrzy. Spakowalismy sprzet i udalismy sie na male afterparty, kazdy w swoja strone: S. do dziewczyny, R. do lozka, odespac roznice czasu, ja, D. i M. na piwo do ogrodu znajomego.

W sobote rano ledwo podnioslam sie z lozka. Glowa, szyja i ramiona bolaly mnie okrutnie. Dopiero wtedy zdalam sobie sprawe, jak ciezka byla gitara na ktorej gralam...

W poniedzialek zostalam na ulicy zatrzymana przez dziewczyne, ktora zapytala, czy to ja gralam na koncercie w piatek. Uzyskawszy odpowiedz twierdzaca, powiedziala "Swietny koncert, byliscie wspaniali".


Nasz repertuar:
"Going Down In Flames" 3 Doors Down
"Save Tonight" Eagle Eye Cherry
"Otherside" Red Hot Chilli Peppers
"Wind Of Change" The Scorpions
"Monkey Wrench" Foo Fighters
"Clocks" Coldplay
"Joker" Steve Miller Band
"Fell In Love With A Girl" The White Stripes
"100000 Fireflies" Magnetic Fields
"Ring Of Fire" Johnny Cash, wersja Social Distortion


Friday, August 15, 2008

Ostatnie godziny przed koncertem

8 prob za nami. Ostatnia, generalna, odbedzie sie dzis przed samym koncertem.
Do wtorku nie mielismy perkusisty. Zupelnym przypadkiem okazalo sie, ze moj kolega zna jednego. M., Grek z pochodzenia, okazal sie byc strzalem w dziesiatke. Dolaczyl do nas w srode, 2 dni przed koncertem
Wczoraj rano okazalo sie, ze na miejscu nie ma naglosnienia i musimy je sobie sami zalatwic. Gleboka noca S. przytaszczyl do naszego studia 2 wielkie glosniki wypozyczone ze sklepu muzycznego.
Ostatni czlonek naszego zespolu przylecial dzis nad ranem z Holandii. R. jest ponoc fantastycznym muzykiem, ktory w mig potrafi nauczyc sie kazdej melodii, zatem bedzie mu musiala wystarczyc jedna proba przed samym koncertem.
Jest nas piecioro: Amerykanin, Polka, Holender, Niemiec i Grek.
Do koncertu zostalo 11 godzin. Trzymajcie kciuki.

Thursday, August 7, 2008

Spelnia sie moje najwieksze marzenie

Do miasta przyjechaly w odwiedziny corki kolegi. Aby uczcic to wydarzenie, w czwartek M. (ten sam, u ktorego czcilismy Swieto Niepodleglosci) zorganizowal impreze. Przybylo mnostwo ciekawych ludzi; kilku muzykow, studentow, medytatorow, instruktorka jogi i gej z Porto Rico. Jedlismy owoce i sery, pilismy wino. Wzielam do reki gitare i zagralam "Across the Universe". Wszyscy spiewali ze mna.
W F. mamy chyba do czynienia z najwiekszym zageszczeniem muzykow na mile kwadratowa na swiecie. Tutaj kazdy na czyms gra. Albo spiewa. Nic wiec dziwnego, ze po chwili impreza zamienila sie w male jam session.
Okolo godziny 11 w nocy, po wymianie adresow email i numerow telefonow, wszyscy rozeszli sie do domow.
W piatek, sprawdzajac co tez tam sie w sieci dzieje, znalazlam na Facebook'u wiadomosc od S., chlopaka, ktory bardzo udzielal sie wokalnie poprzedniego wieczoru.
- Nie grasz czasem na basie? Mamy wystep za 2 tygodnie i potrzebujemy basisty.
- Nie gram- odpowiedzialam- ale chyba nie jest to bardziej skomplikowane od gry na gitarze.
Wtedy do glowy wpadl mi genialny pomysl.
- Moge sie nauczyc. 2 tygodnie to sporo czasu a ja obecnie nie mam wielu zobowiazan.
- Zartujesz?- zapytal S. z niedowierzaniem.
- Nie. Kiedy robimy pierwsza probe?
W niedziele spotkalismy sie w domu D., glownego gitarzysty, ktory ma cale studio muzyczne w piwnicy: pianino, 2 gitary, 2 zestawy perkusyjne, bongosy, syntezator, mikrofony, piece, sprzet do nagrywania i Bog wie co jeszcze. Niestety nie posiadal gitary basowej, wiec dawalam z siebie wszystko na zwyklej, elektrycznej.
We wtorek S. przyniosl mi wypozyczona ze sklepu muzycznego gitare basowa. To byla dla mnie milosc od pierwszego wejrzenia. Ostatnie 2 dni nie wypuszczam jej z rak, chociaz wazy 4 kilo. S. i D. patrza na mnie nie mogac pojac, jak po dwoch dniach jestem w stanie grac na takim poziomie.
Przez dlugi czas czulam, ze moja gra na gitarze jest zbyt delikatna, zbyt klasyczna na rocka. Teraz, z basem i dobrym wokalem, znalazlam swoje miejsce w zespole. Wreszcie spelnia sie moje najwieksze marzenie.
Jestem basista i wokalista.

Saturday, August 2, 2008

Shape shifter :)

Jak co dzien rano zostalam obudzona przez kotke namietnym lizaniem po twarzy. Chcac nie chcac wstalam i dalam jej jesc. Spozywszy sniadanie, Pom- Pom pokrecila sie troche po mieszkaniu, po czym zaszyla sie gdzies, zapewne w celu uciecia sobie drzemki, ja zas zasiadlam na kanapie z laptopem na kolanach, aby sprawdzic poczte.
Pol godziny pozniej zaczelam powoli zbierac sie do wyjscia (umowilam sie z M. na kawe). Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze kotka nie chodzi za mna krok w krok (co jest sytuacja wyjatkowa: zwykle gdzie ja- tam i ona), i ze nie ma jej w polu widzenia. Sprawdzilam jej lozeczko, szafe i ulubione parapety oraz koszyk na owoce, ktory od pewnego czasu zmienil swoja funkcje i jest teraz koszykiem na kota. Pom- Pom zniknela.
Na nawolywanie i potrzasanie pudelkiem z chrupkami odpowiedzialo mi stlumione miauczenie. Raz jeszcze sprawdzilam szafe oraz wszystkie szafki kuchenne i lazienke. Po chwili zorientowalam sie, ze miauczenie dochodzi z... kanapy. Podnioslam koc, wyjelam wszystkie poduszki.
Podnioslam kanape. Z rozdarcia w jej spodniej czesci pomachala do mnie biala lapa. Powiekszylam dziure pozwalajac kotu wyjsc na wolnosc.
Zastanawialam sie jak spore zwierze moze splaszczyc sie do dwoch cali, wpelznac pod kanape i wejsc do jej wnetrza. Odpowiedz na pytanie pojawila sie jak tylko postawilam mebel spowrotem na podlodze: bylam swiadkiem, jak Pom- Pom zmienia ksztalt, i w blyskawicznym tempie wsuwa sie spowrotem...