Obudzilismy sie wczesnie rano, nieco zmarznieci, ale dosc wyspani. Postanowilismy, ze zamiast gotowac, udamy sie na sniadanie do oddalonej o 20 mil miejscowosci Lompoc.
Przy pakowaniu pudel do samochodu zauwazylismy, ze ktos- a raczej cos- zjadlo nasz chleb. Nasze podejrzenie padlo na wielkie, niebieskoszare wiewiorki, biegajace wkolo, ale niezbitych dowodow nie mielismy.
Po sniadaniu ruszylismy w dalsza droge. Krajobraz szybko zaczal sie zmieniac. Po minieciu San Luis Obispo mielismy gory po prawej stronie a ocean po lewej. Nasze telefony przestaly dzialac. Jazda po kretej, gorskiej drodze sprawila, ze choroba lokomocyjna zaczela dawac mi sie we znaki. Na szczescie kolo godziny 3 po poludniu dotarlismy do celu: Pfeiffer Big Sur State Park. Po 30 minutach dolaczyli do nas DL, GW i moj maz, M.
Camping okazal sie byc przepieknym miejscem pelnym... dzikich indykow, ktore, gulgoczac glosno, przechadzaly sie po okolicy. Udalo mi sie podejsc bardzo, bardzo blisko, i zrobic im pare zdjec. DL probowal zapedzic ptaki w okolice naszych namiotow, aby mu pieknie zapozowaly. Nie spodziewal sie, ze indyki, znalazlszy sie miedzy pagorkiem a naszym obozem, wybiora wedrowke po stromym zboczu. Nie przypuszczalam, ze te ptaki sa do tego zdolne.
Zmierzch zapadl szybko. Po rozbiciu obozu zabralismy sie za gotowanie kolacji. MB, nasz najzdolniejszy kucharz, przygotowal nam zupe serowo- brokulowo- cebulowo- ziemniaczana oraz chilli.
Po kolacji ubralismy sie we wszystko, co tylko mielismy (bylo bardzo zimno) i siedzielismy przy ognisku rozmawiajac, sluchajac muzyki...
Sunday, November 15, 2009
Saturday, November 14, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien pierwszy- Jalama
Rok powoli dobiega konca. Temperatury spadaja (nawet w Californi). Postanowilismy, ze jeszcze przed koncem roku pojedziemy na wycieczke z namiotami, ostatnia, konczaca sezon.
Nasz wybor padl na Big Sur, nie tylko dlatego, ze jest tam pieknie, ale rowniez dlatego, ze moj Maz wybieral sie tam na weekend do pracy. Postanowilismy wiec polaczyc przyjemnosc z obowiazkiem i juz od srody gromadzilismy potrzebny sprzet.
14 listopada Maz polecial samolotem do Big Sur, aby wraz z DL, GW i pracowac tam cala sobote i pol niedzieli. Ja, MB i ADZ (nasz mlody, meksykanski przyjaciel) mielismy do nich dojechac w niedziele. Stwierdzilismy jednak, ze szkoda marnowac tak piekny dzien: w sobote po poludniu zapakowalismy wielka ciezarowke MB i wyruszylismy sladem Meza (tyle tylko, ze droga ladowa). Prowadzacy auto MB nie jechal wolniej niz 80 mil na godzine, wkrotce wiec opuscilismy tereny zurbanizowane i mielismy okazje podziwiac piekna przyrode oraz bardzo wlochate krowy pasace sie na pastwiskach. W okolicach Hearst Castle zauwazylam zwierzeta w biale i czarne pasy.
- Zebry!- wykrzyknelam - patrzcie, chlopaki!- ale paskowane konie szybko zniknely za zakretem. Moi towarzysze podrozy popatrzyli sie na siebie znaczaco a potem powiedzieli, ze oni z reguly widza zebry jak sporo wypija.
Krajobraz zaczal sie zmieniac i wkrotce naszym oczom ukazal sie ocean oraz postrzepione zbocza gor.
Okolo godziny 5 wieczorem dojechalismy do Gaviota. Niestety, okazalo sie, ze camping, na ktorym chcielismy spedzic noc, jest zamkniety. Nici z wizyty na plazy nudystow, ktora tak zachwalal MB. Lesniczy wskazal nam droge do innego campingu, oddalonego o zaledwie 20 mil.
Grubo po zmroku dojechalismy do Jalama Beach Park.
Wyskoczylam zwawo z samochodu ale po chwili tego pozalowalam: okropnie wialo. Bylo przejmujaco zimno. Probowalam niesmialo przekonac chlopakow, ze nie warto rozbijaci obozu, i ze spokojnie mozemy przenocowac w samochodzie. Jednak MB i ADZ zadziwiajaco szybko rozstawili namiot, a ja, doswiadczona harcerka, zabralam sie za budowanie ogniska. Zaplonelo od pierwszej zapalki.
Panowie rozgrzewali sie napojami wyskokowymi, ja zas zalozylam na siebie 7 warstw odziezy (w tym 2 z kapturem). Noc byla piekna. Nie widzialam nigdy w zyciu tylu gwiazd na raz. Wraz z ADZ zaczelismy robic zdjecia, eksperymentowac... w koncu, zacheceni rezultatami, ktore moglismy obejrzec na ekranie aparatu, wszyscy zlapalismy za gorace patyki i zaczelismy nimi wypisywac nasze imiona i rysowac znaki w powietrzu.
Okolo 11 udalismy sie do namiotu na spoczynek. Namiot uginal sie pod sila wiatru. Przytuleni do siebie jakos wytrwalismy do rana...
Wednesday, November 4, 2009
Rowery i my
Dzis rano pojechalismy z Mezem i tesciem w gory, pojezdzic na rowerach.
Tata M parl dzielnie pod gore, zostawiajac mnie i Meza w tyle (niezbyt daleko, ale jednak w tyle). Trasa nie byla latwa. Duzo wzniesien (wspielismy sie na wysokosc 482 stop), duzo spadkow, duzo kamieni. Waska, wyboista droga, najezona po bokach kaktusami.
Chcialabym byc w takiej kondycji jak moj tesc, nie za 30 lat, ale juz teraz.
Fajnie by bylo, tak jak Marla Streb, zarabiac na zycie jazda na rowerze.
Jedynym minusem, jaki widze, byloby wczesne wstawanie (w lipcu lub sierpniu, o godzinie 10 rano, temperatura powietrza w poludniowej Californi osiaga 30 stopni Celsjusza), ale pozniej to juz sama przyjemnosc.
Oto mapa naszej trasy:
Tata M parl dzielnie pod gore, zostawiajac mnie i Meza w tyle (niezbyt daleko, ale jednak w tyle). Trasa nie byla latwa. Duzo wzniesien (wspielismy sie na wysokosc 482 stop), duzo spadkow, duzo kamieni. Waska, wyboista droga, najezona po bokach kaktusami.
Chcialabym byc w takiej kondycji jak moj tesc, nie za 30 lat, ale juz teraz.
Fajnie by bylo, tak jak Marla Streb, zarabiac na zycie jazda na rowerze.
Jedynym minusem, jaki widze, byloby wczesne wstawanie (w lipcu lub sierpniu, o godzinie 10 rano, temperatura powietrza w poludniowej Californi osiaga 30 stopni Celsjusza), ale pozniej to juz sama przyjemnosc.
Oto mapa naszej trasy:
A tutaj bardziej szczegolowo:
MapMyFitness.com | View IMapMyFitness Nov 4, 2009 12:55 PM in San Dimas, California
Monday, November 2, 2009
Halloween w West Hollywood
Jak co roku w Halloween, w West Hollywood odbywa sie parada przebierancow. Wczoraj wieczorem, okolo godziny 7 wieczorem opuscilismy dom, aby obejrzec to niesamowite widowisko.
W West Hollywood bylismy juz o godzinie 8, ale znalezienie parkingu zajelo nam dwie i pol godziny! Ta drobna niedogodnosc, polaczona z faktem, iz do miejsca akcji musielismy jeszcze isc pol godziny, nie zepsula nam jednak humorow. Naprawde bylo na co popatrzec. Jeden obrazek wart jest tysiac slow, pozwole wiec fotografiom mowic za mnie:
W West Hollywood bylismy juz o godzinie 8, ale znalezienie parkingu zajelo nam dwie i pol godziny! Ta drobna niedogodnosc, polaczona z faktem, iz do miejsca akcji musielismy jeszcze isc pol godziny, nie zepsula nam jednak humorow. Naprawde bylo na co popatrzec. Jeden obrazek wart jest tysiac slow, pozwole wiec fotografiom mowic za mnie:
Wednesday, October 28, 2009
Michael Jackson "This Is It"
Wczoraj wieczorem wybralismy sie do kina na film "This Is It", przedstawiajacy proby Michaela Jacksona przed jego ostatnia trasa koncertowa, ktora nigdy nie doszla do skutku. Bilety kupilam jako prezent urodzinowy dla Meza (zawsze byl on wielkim fanem Michaela) kilka tygodni przed seansem. Wczoraj okazalo sie, ze mialam racje, dokonujac zakupu tak wczesnie: sala wypelniona byla ludzmi i mysle, ze bylyby trudnosci z nabyciem biletow w dniu premiery.
Zasiedlismy w sali dobre pol godziny przed seansem. Panowala atmosfera ogolnej ekscytacji, od czasu do czasu dalo sie uslyszec okrzyk "hiii-hiiiiii!". Wreszcie swiatlo zgaslo. Najpierw zapanowala cisza, a potem rozlegly sie brawa. Na ekranie pojawil sie Michael Jackson.
Pomimo, iz film przedstawial tylko jedna strone zycia Michaela, nie bylam zawiedziona. Z kilku powodow.
Po pierwsze- moglam na wlasne oczy zobaczyc, jak wyglada, spiewa, zachowuje sie, wielki muzyk na probach. Zawsze interesowalo mnie, jak wygladaja wielkie przedsiewziecia "od drugiej strony". Michael prezentowal klase nie tylko na koncertach i albumach, ale rowniez na probach. Czasem mialam wrazenie, ze pod film podlozony jest dzwiek z plyty, ale szybko bylam wyprowadzana z bledu przez perfekcyjnie wykonane solo Michaela. Kostiumy, uklady choreograficzne i dekoracja robily wrazenie.
Po drugie- rozumiem w zupelnosci przyczyny powstania filmu. Producent wpakowal w show i jego promocje mnostwo pieniedzy. Nieoczekiwana smierc Michaela zaskoczyla wszystkich. Rozumiem, ze w tym wypadku Kenny Ortega chcial w jakis sposob odzyskac czesc straconych funduszy. Nie mozna go za to potepiac.
Niedlugo po premierze pojawila sie w internecie strona http://www.this-is-not-it.com/ . Na jej lamach fani Michaela bojkotuja film, twierdzac, iz pokazuje tylko jedna strone zycia Michaela, a nie wspomina o tym, ze muzyk byl schorowany, zmeczony i slaby. To prawda, ale czy naprawde fani chcieliby ogladac ich idola w takim stanie? Slaniajacego sie na nogach? Karmionego przez Kenny'ego Ortege? Zaplakanego? Mysle, ze warto go pamietac jako artyste, muzyka, tancerza oraz czlowieka o ogromnym, zawsze otwartym sercu.
Michael Jackson odszedl. This is it.
Zasiedlismy w sali dobre pol godziny przed seansem. Panowala atmosfera ogolnej ekscytacji, od czasu do czasu dalo sie uslyszec okrzyk "hiii-hiiiiii!". Wreszcie swiatlo zgaslo. Najpierw zapanowala cisza, a potem rozlegly sie brawa. Na ekranie pojawil sie Michael Jackson.
Pomimo, iz film przedstawial tylko jedna strone zycia Michaela, nie bylam zawiedziona. Z kilku powodow.
Po pierwsze- moglam na wlasne oczy zobaczyc, jak wyglada, spiewa, zachowuje sie, wielki muzyk na probach. Zawsze interesowalo mnie, jak wygladaja wielkie przedsiewziecia "od drugiej strony". Michael prezentowal klase nie tylko na koncertach i albumach, ale rowniez na probach. Czasem mialam wrazenie, ze pod film podlozony jest dzwiek z plyty, ale szybko bylam wyprowadzana z bledu przez perfekcyjnie wykonane solo Michaela. Kostiumy, uklady choreograficzne i dekoracja robily wrazenie.
Po drugie- rozumiem w zupelnosci przyczyny powstania filmu. Producent wpakowal w show i jego promocje mnostwo pieniedzy. Nieoczekiwana smierc Michaela zaskoczyla wszystkich. Rozumiem, ze w tym wypadku Kenny Ortega chcial w jakis sposob odzyskac czesc straconych funduszy. Nie mozna go za to potepiac.
Niedlugo po premierze pojawila sie w internecie strona http://www.this-is-not-it.com/ . Na jej lamach fani Michaela bojkotuja film, twierdzac, iz pokazuje tylko jedna strone zycia Michaela, a nie wspomina o tym, ze muzyk byl schorowany, zmeczony i slaby. To prawda, ale czy naprawde fani chcieliby ogladac ich idola w takim stanie? Slaniajacego sie na nogach? Karmionego przez Kenny'ego Ortege? Zaplakanego? Mysle, ze warto go pamietac jako artyste, muzyka, tancerza oraz czlowieka o ogromnym, zawsze otwartym sercu.
Michael Jackson odszedl. This is it.
Friday, October 2, 2009
Papieros i otwarty bak benzyny
Jedziemy autostrada. Upal straszny, powietrze lekko drzy i faluje nad autostrada.
Kierowca samochodu przede mna, otworzywszy okno, pali papierosa. Zauwazam, ze ma rowniez OTWARTY BAK BENZYNY, ktory, nieszczesliwym zbiegiem okolicznosci, znajduje sie po jego stronie. Przed oczami staja mi wizje papierosa, wpadajacego do baku i eksplozji, ktora siega mojego samochodu oraz autostrady pod ktora przejezdzamy. Autostrada wali sie na ludzi i auta, powodujac katastrofe. Trup sciele sie gesto.
Maz mowi, ze od niedopalka papierosa benzyna sie nie zapali, i ze wszystkie tego typu akcje w filmach, to jedna wielka sciema.
Jaka jest prawda? Pozostaje mi chyba zadzwonic do MythBusters, ale jednego jestem pewna:
ogien+benzyna=nic dobrego.
A palenie szkodzi.
Kierowca samochodu przede mna, otworzywszy okno, pali papierosa. Zauwazam, ze ma rowniez OTWARTY BAK BENZYNY, ktory, nieszczesliwym zbiegiem okolicznosci, znajduje sie po jego stronie. Przed oczami staja mi wizje papierosa, wpadajacego do baku i eksplozji, ktora siega mojego samochodu oraz autostrady pod ktora przejezdzamy. Autostrada wali sie na ludzi i auta, powodujac katastrofe. Trup sciele sie gesto.
Maz mowi, ze od niedopalka papierosa benzyna sie nie zapali, i ze wszystkie tego typu akcje w filmach, to jedna wielka sciema.
Jaka jest prawda? Pozostaje mi chyba zadzwonic do MythBusters, ale jednego jestem pewna:
ogien+benzyna=nic dobrego.
A palenie szkodzi.
Tuesday, September 29, 2009
Najgorsze samochody swiata
Buszujac w ksiegarni natrafilam na ksiazke "Najgorsze samochody swiata".
A w niej... Poloneza, Fiata Multiple, Wartburga i Trabanta, moj niegdysiejszy obiekt pozadania.
A w niej... Poloneza, Fiata Multiple, Wartburga i Trabanta, moj niegdysiejszy obiekt pozadania.
Tuesday, September 15, 2009
Radio Disney wpada w ucho
Zrobilam sobie skladanke 20 piosenek, ktorych sluchalismy w kolko w Radio Disney podczas weekendu. Nie mowcie nikomu :)
I got a feeling,
that tonight's gonna be a good night...
I got a feeling,
that tonight's gonna be a good night...
Monday, September 14, 2009
Wycieczka na Santa Catalina Island (koszty)
prom w obie strony: $60 od glowy- $240 za 4 osoby
camping: $14 od glowy- $56 za 4 osoby
jedzenie: $50 od glowy- $200 za 4 osoby
razem: $124 od glowy- $496 za 4 osoby
(plus paliwo oczywiscie)
camping: $14 od glowy- $56 za 4 osoby
jedzenie: $50 od glowy- $200 za 4 osoby
razem: $124 od glowy- $496 za 4 osoby
(plus paliwo oczywiscie)
Sunday, September 13, 2009
Wycieczka na Santa Catalina Island (3)
Ostatni dzien... niewiele sie dzialo. Poza sniadaniem, krotkim spacerem i ostatnimi, pamiatkowymi zdjeciami, nie robilismy nic. Autobus zawiozl nas na druga strone wyspy, a o 2:15 siedzielismy juz na promie wracajacym do San Pedro...
Saturday, September 12, 2009
Wycieczka na Santa Catalina Island (2)
Gdy o 8 rano wypelznelismy z namiotu, ujrzelismy mewe czekajaca cierpliwie na krakersy. Mam z natury miekkie serce i nie potrafie ignorowac glodnego wzroku ptaka, ale Maz stwierdzil, iz trzeba go pogonic bo nie da nam spokoju. Czesciowo mial racje: mewa (lub ktorys z jej kuzynow) towarzyszyla nam przez caly dzien, ale nie wykazywala sie zbytnia natarczywoscia. Zadowalala sie rzucanymi przez nas ziemniakami oraz ulubionymi krakersami i preclami.
Okolo godziny 11 nadjechal autobus z nasza kolezanka, MH na pokladzie. Panowie postanowili wykorzystac fakt, iz kierowca autobusu pojawia sie na campingu kilka razy dziennie, i poprosili go, aby nastepnym razem przywiozl im dwanascie piw. Kierowca spelnil prosbe, szczegolnie, iz poparta ona byla wysokim napiwkiem "za fatyge".
MH, po krotkiej drzemce (tamtejsze powietrze sprawialo, iz wszyscy mielismy melodie do spania) udala sie ze mna na plaze, gdzie usilowala opalac sie przy zachmurzonym niebie. Ja, z maska i fajka, ruszylam na zwiedzanie glebin. Niestety, poza kamieniami, wodorostami i kilkoma malymi, brazowymi rybkami, nie znalazlam w wodzie nic. Szczescia nie mial rowniez Maz, ktory uzbrojony w wedke z kalamarnica jako przyneta wyruszyl na lowy.
Pogoda, niestety- a moze i stety?- nie dopisywala: slonce caly czas bylo ukryte za chmurami. Prawde mowiac nie narzekalam, bo nie bardzo lubie upaly, ale wieczorami robilo sie dosyc zimno. Rozpalenie ogniska wieczorem bylo koniecznoscia- ale rowniez, oczywiscie, przyjemnoscia.
Tego wieczoru na obiad jedlismy steki, kolby kukurydzy, pieczone ziemniaki i grillowane warzywa. To zadziwiajace, o ile lepiej taki posilek smakuje, gdy jest przygotowany w terenie.
Okolo godziny 11 nadjechal autobus z nasza kolezanka, MH na pokladzie. Panowie postanowili wykorzystac fakt, iz kierowca autobusu pojawia sie na campingu kilka razy dziennie, i poprosili go, aby nastepnym razem przywiozl im dwanascie piw. Kierowca spelnil prosbe, szczegolnie, iz poparta ona byla wysokim napiwkiem "za fatyge".
MH, po krotkiej drzemce (tamtejsze powietrze sprawialo, iz wszyscy mielismy melodie do spania) udala sie ze mna na plaze, gdzie usilowala opalac sie przy zachmurzonym niebie. Ja, z maska i fajka, ruszylam na zwiedzanie glebin. Niestety, poza kamieniami, wodorostami i kilkoma malymi, brazowymi rybkami, nie znalazlam w wodzie nic. Szczescia nie mial rowniez Maz, ktory uzbrojony w wedke z kalamarnica jako przyneta wyruszyl na lowy.
Pogoda, niestety- a moze i stety?- nie dopisywala: slonce caly czas bylo ukryte za chmurami. Prawde mowiac nie narzekalam, bo nie bardzo lubie upaly, ale wieczorami robilo sie dosyc zimno. Rozpalenie ogniska wieczorem bylo koniecznoscia- ale rowniez, oczywiscie, przyjemnoscia.
Tego wieczoru na obiad jedlismy steki, kolby kukurydzy, pieczone ziemniaki i grillowane warzywa. To zadziwiajace, o ile lepiej taki posilek smakuje, gdy jest przygotowany w terenie.
Friday, September 11, 2009
Wycieczka na Santa Catalina Island (1)
Od poniedzialku trwaly nasze przygotowania do wycieczki na wyspe Santa Catalina. Caly tydzien zaopatrywalismy sie w roznego rodzaju suchy prowiant, baterie, latarki, a Maz, oczywiscie, w wedki, zylki i przynety, ktore mialy mu pomoc w zlowieniu duzej ryby.
W piatek nadeszla "godzina zero".
Opuscilismy dom o godzinie 7 rano. Dwie godziny pozniej bylismy w San Pedro, i wraz z kolega MB, czekalismy na prom do Two Harbors.
Prom okazal sie byc lodka, ktora, po wydostaniu sie z portu, gwaltownie przyspieszyla, i prula fale z jakas zawrotna predkoscia. To byl najbardziej kolyszacy rejs w moim zyciu. Dobrze, ze nie mam choroby morskiej.
Po jakichs 30 minutach dostrzeglismy, zasnuta chmurami, sylwetke wyspy. Okolo 11:30 nasza trojka dotarla szczesliwie do portu w Twin Harbor. Czekala nas wciaz jeszcze jazda Safari Busem, ale najblizszy odjezdzal dopiero o 2:30 po poludniu. 3 godziny oczekiwania umilalam sobie drzemka, a panowie- piciem piwa zakupionego w pobliskim sklepiku.
O 2:15, taszczac trzy plecaki, namiot, dwie duze torby i przenosna lodowke, udalismy sie w kierunku przystanku autobusowego. Zobaczywszy tlum ludzi gromadzacych sie pod palmami, kierowca podrapal sie w kedzierzawa glowe, a pozniej udal sie po wiekszy autobus.
Droga do Little Harbor byla kreta, piela sie ostro w gore i prowadzila przy samym jej zboczu. Na kierowcy nie zdawalo sie to robic wiekszego wrazenia. Po jego minie wnioskowac mozna bylo, ze stary autobus niejedno juz przeszedl, i ze smrod palacego sie sprzegla jest rzecza najzupelniej normalna. Gary (kierowca) zatrzymywal sie co chwila, pozwalajac turystom sfotografowac przepiekny widok na port, doskonale widoczny ze szczytu wzgorza, a takze- najprawdziwszego bizona.
W latach dwudziestych minionego stulecia 14 bizonow zostalo przywiezionych na Santa Catalina Island dla potrzeb filmu "The Vanishing American". Zwierzeta dobrze zaaklimatyzowaly sie na wyspie- w latach szescdziesiatych naliczono juz 400 sztuk. Obecnie jest ich tu 250.
Po krotkiej dyskusji na temat, czy obecny tu bizon jest prawdziwy, czy mechaniczny (siedzial nieruchomo i tylko ruszajace sie boki i mrugajace powieki zdawaly sie potwierdzac teze, iz jest to zywe zwierze), wyruszylismy w dalsza droge.
Okolo 3 po poludniu znalezlismy sie na campingu w Little Harbor: plastikowy toi-toi, kran z zimna woda, miejsce na ognisko i osobne na grilla, zadaszenie i... to wszystko. Zadnego pradu. Nasze komorki, o dziwo, dzialaly, ale radio znajdowalo jedynie stacje Radio Disney, na ktorej mozemy sluchac piosenek takich wykonawcow jak Taylor Swift, Miley Cyrus i Jonas Brothers. Sluchanie tej muzyki wydawalo sie nam niepowazne i zenujace, ale juz po chwili podrygiwalismy do "U Can't Touch This" Daniela Curtisa Lee & Adama Hicksa.
Zmeczeni po podrozy, postanowilismy uciac sobie krotka drzemke. Okolo 6 wieczorem obudzil nas huk, jakby wybuch. Zerwalismy sie na rowne nogi, ale nie dostrzeglismy zadnych sladow katastrofy. Dopiero w niedziele, po powrocie do domu, dowiedzielismy sie, ze w oddalonej o jakies 100 mil Edwards Air Force Base mialo miejsce ladowanie promu kosmicznego Discovery.
Karmienie mewy krakersami i preclami, krotki spacer po okolicy, zachod slonca... i juz zrobila sie noc, ktora rozswietlaly tylko blaski ognisk na campingach. Zakurzeni ale szczesliwi zawinelismy sie w spiwory i udalismy sie na spoczynek w naszym malym namiocie.
W piatek nadeszla "godzina zero".
Opuscilismy dom o godzinie 7 rano. Dwie godziny pozniej bylismy w San Pedro, i wraz z kolega MB, czekalismy na prom do Two Harbors.
Prom okazal sie byc lodka, ktora, po wydostaniu sie z portu, gwaltownie przyspieszyla, i prula fale z jakas zawrotna predkoscia. To byl najbardziej kolyszacy rejs w moim zyciu. Dobrze, ze nie mam choroby morskiej.
Po jakichs 30 minutach dostrzeglismy, zasnuta chmurami, sylwetke wyspy. Okolo 11:30 nasza trojka dotarla szczesliwie do portu w Twin Harbor. Czekala nas wciaz jeszcze jazda Safari Busem, ale najblizszy odjezdzal dopiero o 2:30 po poludniu. 3 godziny oczekiwania umilalam sobie drzemka, a panowie- piciem piwa zakupionego w pobliskim sklepiku.
O 2:15, taszczac trzy plecaki, namiot, dwie duze torby i przenosna lodowke, udalismy sie w kierunku przystanku autobusowego. Zobaczywszy tlum ludzi gromadzacych sie pod palmami, kierowca podrapal sie w kedzierzawa glowe, a pozniej udal sie po wiekszy autobus.
Droga do Little Harbor byla kreta, piela sie ostro w gore i prowadzila przy samym jej zboczu. Na kierowcy nie zdawalo sie to robic wiekszego wrazenia. Po jego minie wnioskowac mozna bylo, ze stary autobus niejedno juz przeszedl, i ze smrod palacego sie sprzegla jest rzecza najzupelniej normalna. Gary (kierowca) zatrzymywal sie co chwila, pozwalajac turystom sfotografowac przepiekny widok na port, doskonale widoczny ze szczytu wzgorza, a takze- najprawdziwszego bizona.
W latach dwudziestych minionego stulecia 14 bizonow zostalo przywiezionych na Santa Catalina Island dla potrzeb filmu "The Vanishing American". Zwierzeta dobrze zaaklimatyzowaly sie na wyspie- w latach szescdziesiatych naliczono juz 400 sztuk. Obecnie jest ich tu 250.
Po krotkiej dyskusji na temat, czy obecny tu bizon jest prawdziwy, czy mechaniczny (siedzial nieruchomo i tylko ruszajace sie boki i mrugajace powieki zdawaly sie potwierdzac teze, iz jest to zywe zwierze), wyruszylismy w dalsza droge.
Okolo 3 po poludniu znalezlismy sie na campingu w Little Harbor: plastikowy toi-toi, kran z zimna woda, miejsce na ognisko i osobne na grilla, zadaszenie i... to wszystko. Zadnego pradu. Nasze komorki, o dziwo, dzialaly, ale radio znajdowalo jedynie stacje Radio Disney, na ktorej mozemy sluchac piosenek takich wykonawcow jak Taylor Swift, Miley Cyrus i Jonas Brothers. Sluchanie tej muzyki wydawalo sie nam niepowazne i zenujace, ale juz po chwili podrygiwalismy do "U Can't Touch This" Daniela Curtisa Lee & Adama Hicksa.
Zmeczeni po podrozy, postanowilismy uciac sobie krotka drzemke. Okolo 6 wieczorem obudzil nas huk, jakby wybuch. Zerwalismy sie na rowne nogi, ale nie dostrzeglismy zadnych sladow katastrofy. Dopiero w niedziele, po powrocie do domu, dowiedzielismy sie, ze w oddalonej o jakies 100 mil Edwards Air Force Base mialo miejsce ladowanie promu kosmicznego Discovery.
Karmienie mewy krakersami i preclami, krotki spacer po okolicy, zachod slonca... i juz zrobila sie noc, ktora rozswietlaly tylko blaski ognisk na campingach. Zakurzeni ale szczesliwi zawinelismy sie w spiwory i udalismy sie na spoczynek w naszym malym namiocie.
Tuesday, September 8, 2009
Prawo i Sprawiedliwosc
Ogladamy z Mezem "Prawo i Sprawiedliwosc", nasz ulubiony serial. Akurat powtarzaja najlepszy (wedlug mnie) odcinek: strazacy uwalniaja ze zgniecionego w trakcie wypadku samochodu, ciezarna zone glownego bohatera, detektywa Stabler'a. Emocje siegaja szczytu. Elliot Stabler dzwoni do zony i mowi jej przez telefon "kocham cie". Mam w oczach lzy wzruszenia.
- To nie jest to, co powinno sie mowic kobiecie w takiej sytuacji- stwierdza krytycznie Maz.
- A coz powinno sie wtedy mowic?- odwracam sie od ekranu oburzona.- Co ty powiedzialbys mnie, gdybym byla w zaawansowanej ciazy, w wypadku, nie moglabym wyjsc z auta a dziecko akurat zaczeloby sie pchac na swiat?
Po chwili namyslu Maz wyglasza kwestie, ktora podniesie na duchu kazda kobiete w krytycznej sytuacji:
-To nie przywieziesz mi w koncu tych burritos?
- To nie jest to, co powinno sie mowic kobiecie w takiej sytuacji- stwierdza krytycznie Maz.
- A coz powinno sie wtedy mowic?- odwracam sie od ekranu oburzona.- Co ty powiedzialbys mnie, gdybym byla w zaawansowanej ciazy, w wypadku, nie moglabym wyjsc z auta a dziecko akurat zaczeloby sie pchac na swiat?
Po chwili namyslu Maz wyglasza kwestie, ktora podniesie na duchu kazda kobiete w krytycznej sytuacji:
-To nie przywieziesz mi w koncu tych burritos?
Saturday, September 5, 2009
Nowy kapelusz
Poszlismy z Mezem do azjatyckiego supermarketu. Zawsze sprawia mi to wiele przyjemnosci i zawsze znajde tam cos ciekawego. Tym razem wypatrzylam niewielki slomkowy kapelusz. "Idealny do mojego nastepnego filmu YouTube!" pomyslalam sobie przymierzajac to cudo. Zadowolona, w kapeluszu, przemaszerowalam u boku Meza przez caly sklep do kasy. Azjaci, robiacy zakupy w sklepie, zerkali na mnie z zaciekawieniem.
Zaplacilismy za ciastka, orzeszki oraz kapelusz i pojechalismy do rodzicow Meza na pozny obiad. Tesciowa, ujrzawszy mnie w moim nowym nakryciu glowy, zasmiala sie i powiedziala:
- Ale... to nie jest kapelusz. To jest forma na ryz!
Indonezyjczycy przyrzadzaja tradycyjna potrawe wygladajaca jak wulkan. Slomkowa forma, ktora uznalam za kapelusz, sluzy wlasnie do ksztaltowania ryzu w stozek.
Maz zwijal sie ze smiechu.
Poslubilam potwora, ktory swiadomie pozwala mi nosic forme do ryzu na glowie w miejscu publicznym.
Zaplacilismy za ciastka, orzeszki oraz kapelusz i pojechalismy do rodzicow Meza na pozny obiad. Tesciowa, ujrzawszy mnie w moim nowym nakryciu glowy, zasmiala sie i powiedziala:
- Ale... to nie jest kapelusz. To jest forma na ryz!
Indonezyjczycy przyrzadzaja tradycyjna potrawe wygladajaca jak wulkan. Slomkowa forma, ktora uznalam za kapelusz, sluzy wlasnie do ksztaltowania ryzu w stozek.
Maz zwijal sie ze smiechu.
Poslubilam potwora, ktory swiadomie pozwala mi nosic forme do ryzu na glowie w miejscu publicznym.
Wednesday, September 2, 2009
California sie pali
Pogoda zrobila sie dziwna. Upal wciaz jest nie do zniesienia, choc niebo zasnute jest ciemna chmura. Pala sie lasy.
Samochod, do ktorego wsiadalam rano, pokryty byl bialym popiolem.
Znowu, jak co roku, ludzie traca domy.
Kolezanka powiedziala mi, ze jeszcze 10 lat temu nie bylo takich upalow ani takich pozarow.
To przykre, ze ludzie potrafia zepsuc wszystko, nawet pogode.
Samochod, do ktorego wsiadalam rano, pokryty byl bialym popiolem.
Znowu, jak co roku, ludzie traca domy.
Kolezanka powiedziala mi, ze jeszcze 10 lat temu nie bylo takich upalow ani takich pozarow.
To przykre, ze ludzie potrafia zepsuc wszystko, nawet pogode.
Sunday, August 30, 2009
Pogoda oszalala
California jest ok. Gory sa piekne. Ocean blisko. Wszedzie rosna palmy i ladnie przystrzyzone drzewa.
Ale 43 stopnie Celsjusza to zdecydowanie nie jest ok.
Ale 43 stopnie Celsjusza to zdecydowanie nie jest ok.
Sunday, August 23, 2009
Problem z savoir vivre
Jak kazdej soboty, po mszy, poszlismy do tzw "fellowship hall" na lunch. Zazwyczaj jedzenie serwowane jest na plastikowych talerzykach, a narzedziem, ktorego uzywamy, jest plastikowa lyzka.
Zajadalam radosnie tofu z warzywami i salatke, gdy ujrzalam przed soba talerz pelen ryby smazonej z warzywami.
- Poczestuj sie- powiedzial tesc- zlowilismy pare dni temu.
Na rybe nigdy nie trzeba mnie dlugo namawiac. Szybko zabralam sie do konsumpcji. Niestety, okazalo sie, ze plastikowa lyzka, w przypadku ryby zupelnie nie spelnia swojego zadania. Elegancka konsumpcja przy uzyciu tego sztucca zupelnie nie wchodzila w gre.
Podnioslam glowe znad talerza, by dyskretnie sprawdzic, jak z przysmakiem radzi sobie tata Meza. Ujrzalam, ze dawno odlozyl lyzke, i je w tradycyjny, indonezyjski sposob: nabierajac jedzenie palcami i wkladajac je do ust.
I ja, zachecona takim obrotem sprawy, odlozylam lyzke.
To byla bardzo dobra decyzja.
Zajadalam radosnie tofu z warzywami i salatke, gdy ujrzalam przed soba talerz pelen ryby smazonej z warzywami.
- Poczestuj sie- powiedzial tesc- zlowilismy pare dni temu.
Na rybe nigdy nie trzeba mnie dlugo namawiac. Szybko zabralam sie do konsumpcji. Niestety, okazalo sie, ze plastikowa lyzka, w przypadku ryby zupelnie nie spelnia swojego zadania. Elegancka konsumpcja przy uzyciu tego sztucca zupelnie nie wchodzila w gre.
Podnioslam glowe znad talerza, by dyskretnie sprawdzic, jak z przysmakiem radzi sobie tata Meza. Ujrzalam, ze dawno odlozyl lyzke, i je w tradycyjny, indonezyjski sposob: nabierajac jedzenie palcami i wkladajac je do ust.
I ja, zachecona takim obrotem sprawy, odlozylam lyzke.
To byla bardzo dobra decyzja.
Tuesday, August 4, 2009
Prawie rozjechalam dzieciaka
Jechalam dzis rano na poczte. Pod kola wybiegl mi chlopiec, moze 10 letni. Zahamowalam w ostatniej chwili.
Pomimo, iz cala historia zakonczyla sie szczesliwie, caly czas widze jego twarz. Pamietam kolor podkoszulka, i to, ze mial pod pacha deskorolke.
Okropne uczucie.
Pomimo, iz cala historia zakonczyla sie szczesliwie, caly czas widze jego twarz. Pamietam kolor podkoszulka, i to, ze mial pod pacha deskorolke.
Okropne uczucie.
Thursday, July 30, 2009
Girls night out
W zeszlym tygodniu mielismy w naszym kosciele Vacation Bible Study, w ktorego organizowaniu postanowilam pomoc (niestety mialam do dyspozycji jedynie wtorek, piatek i sobote). Nieswiadoma tego, co mnie czeka, stawilam sie w kosciele we wtorek o 6 wieczorem.
Po koscielnym parkingu szarzowalo okolo trzydziescioro dzieci. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie, ze to dopiero pierwsza grupa... z czterech. Kolezanka D doskonale sobie radzila z organizowaniem zabaw dla nieletnich, ja niestety mialam ochote uciec gdzie pieprz rosnie. Postanowilam, ze nastepnym razem pomoge przy czyms mniej skomplikowanym. Tak tez zrobilam: w piatek stawilam sie w kuchni i pomagalam przy przygotowaniu kolacji.
W sobote do kosciola zabral mnie tata Meza (Maz pojechal do San Francisco do pracy i zabral samochod). Po mszy i po zajeciach dla dzieci zaczelam rozgladac sie za kims, kto mieszka w poblizu mnie, a kto wlasnie wraca do domu i moglby mnie ze soba zabrac. Nagle w poblizu pojawila sie J, zona pastora, wraz z trzema innymi kobietami.
- Jedziemy na masaz, chcesz pojechac z nami?- zapytala.
- Pewnie- odpowiedzialam. Nie mialam planow na wieczor, wiec chetnie przystalam na propozycje.
Po zachodzie slonca znalazlysmy sie (cala piatka) w samochodzie jadacym do China Town w San Gabriel. Smiechom i zartom nie bylo konca. Nie moglam uwierzyc, ze kazda z kobiet, ktore siedza ze mna w aucie, jest grubo po czterdziestce i ma troje dzieci.
W salonie masazu posadzono nas na wygodnych sofach, zdjeto buty, a stopy wlozono do misek z ciepla woda. Juz po chwili nasze plecy, a potem ramiona, szyja glowy i stopy byly masowane przez Chinki lub Chinczykow, ktorzy nie mowili ani slowa po angielsku, a za swoje uslugi pobierali zadziwiajaco niska oplate. Masaz trwal godzine i byl wart kazdego centa z pieniedzy, ktore na niego wydalam. Wiekszosc czasu przedrzemalam, lub tez lypalam okiem na chinski program w telewizji.
Po masazu udalysmy sie na pozna kolacje do pobliskiej restauracji, gdzie jadlysmy zupe i sushi i opowiadalysmy sobie polskie i indonezyjskie dowcipy. Potem J odwiozla mnie do domu. Spac poszlam grubo po polnocy.
Po powrocie do domu myslalam sobie, ze to byl najlepszy damski wieczor, jaki kiedykolwiek mialam. Zupelnie nie dalo sie odczuc roznicy wieku miedzy mna a moimi towarzyszkami. Mam nadzieje, ze to nie ostatnie nasze wspolne wyjscie.
Po koscielnym parkingu szarzowalo okolo trzydziescioro dzieci. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie, ze to dopiero pierwsza grupa... z czterech. Kolezanka D doskonale sobie radzila z organizowaniem zabaw dla nieletnich, ja niestety mialam ochote uciec gdzie pieprz rosnie. Postanowilam, ze nastepnym razem pomoge przy czyms mniej skomplikowanym. Tak tez zrobilam: w piatek stawilam sie w kuchni i pomagalam przy przygotowaniu kolacji.
W sobote do kosciola zabral mnie tata Meza (Maz pojechal do San Francisco do pracy i zabral samochod). Po mszy i po zajeciach dla dzieci zaczelam rozgladac sie za kims, kto mieszka w poblizu mnie, a kto wlasnie wraca do domu i moglby mnie ze soba zabrac. Nagle w poblizu pojawila sie J, zona pastora, wraz z trzema innymi kobietami.
- Jedziemy na masaz, chcesz pojechac z nami?- zapytala.
- Pewnie- odpowiedzialam. Nie mialam planow na wieczor, wiec chetnie przystalam na propozycje.
Po zachodzie slonca znalazlysmy sie (cala piatka) w samochodzie jadacym do China Town w San Gabriel. Smiechom i zartom nie bylo konca. Nie moglam uwierzyc, ze kazda z kobiet, ktore siedza ze mna w aucie, jest grubo po czterdziestce i ma troje dzieci.
W salonie masazu posadzono nas na wygodnych sofach, zdjeto buty, a stopy wlozono do misek z ciepla woda. Juz po chwili nasze plecy, a potem ramiona, szyja glowy i stopy byly masowane przez Chinki lub Chinczykow, ktorzy nie mowili ani slowa po angielsku, a za swoje uslugi pobierali zadziwiajaco niska oplate. Masaz trwal godzine i byl wart kazdego centa z pieniedzy, ktore na niego wydalam. Wiekszosc czasu przedrzemalam, lub tez lypalam okiem na chinski program w telewizji.
Po masazu udalysmy sie na pozna kolacje do pobliskiej restauracji, gdzie jadlysmy zupe i sushi i opowiadalysmy sobie polskie i indonezyjskie dowcipy. Potem J odwiozla mnie do domu. Spac poszlam grubo po polnocy.
Po powrocie do domu myslalam sobie, ze to byl najlepszy damski wieczor, jaki kiedykolwiek mialam. Zupelnie nie dalo sie odczuc roznicy wieku miedzy mna a moimi towarzyszkami. Mam nadzieje, ze to nie ostatnie nasze wspolne wyjscie.
Friday, July 24, 2009
Niezwykle spotkania
Iowa, Lipiec 2008.
Jemy z moim przyjacielem D lunch w jednej z Fairfieldzkich kawiarni. Podchodzi do mnie dziewczyna.
- Czy to ty gralas koncert na rozpoczeciu naszego roku akademickiego?- pyta.
- Tak, to ja.
- Bylas swietna. Koniecznie musicie to powtorzyc!
California, Styczen 2009.
Ja i Maz idziemy pierwszy raz razem do kosciola Meza w Californi. Nikogo nie znam, wiec tylko usmiecham sie i witam uprzejmie ze wszystkimi ludzmi, z ktorymi wychowywal sie M. Nagle widze znajoma twarz. Wiem, ze ten mezczyzna w okularach, to tata mojego kolegi H. Podchodzi do mnie.
- Widzialem cie na YouTube- mowi.
- A ja ciebie na zdjeciach z wycieczki do Chin.
Polska, Marzec 2009.
Surfujac po internecie KG natrafia na moj blog. Interesuje go (sam wkrotce wybiera sie z zona na wycieczke do USA), czyta wiec pare ostatnich a pozniej przeszlych notek. Decyduje sie napisac do mnie email. Nawiazujemy korespondencje. Rozmawiamy przez Skype'a.
Maj 2009.
KG i MG przylatuja do Stanow Zjednoczonych. Nasza korespondencja trwa.
Czerwiec 2009.
K i M wyruszaja samochodem na wycieczke po Stanach. Jada na zachod. Odwiedzaja parki narodowe, eksploruja pustynie i puszcze. Spia w samochodzie. Zywia sie korzonkami. Od czasu do czasu rozmawiamy przez Skype'a i wysylamy do siebie smsy. Planujemy spotkac sie na kawe lub na grilla, jak tylko K i M dojada do Californi.
07-21-2009, wtorek.
Wreszcie otrzymuje telefon, na ktory tak dlugo czekalam! K i M sa na campingu w San Dimas. Niestety jest za pozno na jakiekolwiek imprezowanie, postanawiam wiec po prostu podjechac na camping i szybko sie przywitac.
Uprzejmy pan straznik informuje mnie, jak dojechac na stanowisko W3. Gdy wreszcie udaje mi sie je znalezc jest juz zupelnie ciemno. W mroku widze dwie sylwetki czekajace na mnie przy parkingu.
Sciskamy sie serdecznie i udajemy w kierunku samochodu K i M, aby porozmawiac przez chwile. Moja (z zalozenia krotka) wizyta przedluza sie. Pojawia sie herbata, ciasteczka i coraz szersze usmiechy na naszych twarzach. Czuje, jakbym znala K i M od dawna, jakby to spotkanie wcale nie bylo pierwsze. Okolo 10 wieczorem z zalem opuszczam camping.
07-22-2009, sroda, wieczor.
K i M przyjezdzaja do nas na grilla. Rozmawiamy, jemy, sluchamy muzyki, robimy zdjecia. Wiezy przyjazni zaciesniaja sie. K i M zostaja u nas na noc.
07-23-2009, czwartek.
Jedziemy na wycieczke, K, M, Maz i ja. Odwiedzamy Forest Lawn, Getty Museum, Chinatown i Joey's Barbecue, gdzie M i K racza sie ulubionymi zeberkami. Robimy ponad tysiac zdjec. K kreci kilometry filmu.
07-23-2009, piatek.
Z rozbawieniem stwierdzamy, ze przyslowiowa "kawa" przeciagnela sie w 4 day affair, wiemy jednak, ze nadszedl czas rozstania. Nie zegnamy sie, ale mowimy "do zobaczenia". Wszyscy wiemy, ze te 4 wspolnie spedzone dni sa poczatkiem pieknej przyjazni. Machajac M i K na pozegnanie mysle sobie:
- o tym, jak wielka jest potega internetu,
- o tym, jak wielka jest sila przeznaczenia,
- o tym, jak, wraz z postepem technicznym, zmniejszaja sie odleglosci,
- o tym, jak wspanialymi, barwnymi ludzmi sa M i K,
- o tym, ze ze wszystkich spotkan w moim zyciu to wlasnie bylo najbardziej niezwykle.
M, K, pamietajcie, ze nasze drzwi sa dla Was zawsze otwarte!
Jemy z moim przyjacielem D lunch w jednej z Fairfieldzkich kawiarni. Podchodzi do mnie dziewczyna.
- Czy to ty gralas koncert na rozpoczeciu naszego roku akademickiego?- pyta.
- Tak, to ja.
- Bylas swietna. Koniecznie musicie to powtorzyc!
California, Styczen 2009.
Ja i Maz idziemy pierwszy raz razem do kosciola Meza w Californi. Nikogo nie znam, wiec tylko usmiecham sie i witam uprzejmie ze wszystkimi ludzmi, z ktorymi wychowywal sie M. Nagle widze znajoma twarz. Wiem, ze ten mezczyzna w okularach, to tata mojego kolegi H. Podchodzi do mnie.
- Widzialem cie na YouTube- mowi.
- A ja ciebie na zdjeciach z wycieczki do Chin.
Polska, Marzec 2009.
Surfujac po internecie KG natrafia na moj blog. Interesuje go (sam wkrotce wybiera sie z zona na wycieczke do USA), czyta wiec pare ostatnich a pozniej przeszlych notek. Decyduje sie napisac do mnie email. Nawiazujemy korespondencje. Rozmawiamy przez Skype'a.
Maj 2009.
KG i MG przylatuja do Stanow Zjednoczonych. Nasza korespondencja trwa.
Czerwiec 2009.
K i M wyruszaja samochodem na wycieczke po Stanach. Jada na zachod. Odwiedzaja parki narodowe, eksploruja pustynie i puszcze. Spia w samochodzie. Zywia sie korzonkami. Od czasu do czasu rozmawiamy przez Skype'a i wysylamy do siebie smsy. Planujemy spotkac sie na kawe lub na grilla, jak tylko K i M dojada do Californi.
07-21-2009, wtorek.
Wreszcie otrzymuje telefon, na ktory tak dlugo czekalam! K i M sa na campingu w San Dimas. Niestety jest za pozno na jakiekolwiek imprezowanie, postanawiam wiec po prostu podjechac na camping i szybko sie przywitac.
Uprzejmy pan straznik informuje mnie, jak dojechac na stanowisko W3. Gdy wreszcie udaje mi sie je znalezc jest juz zupelnie ciemno. W mroku widze dwie sylwetki czekajace na mnie przy parkingu.
Sciskamy sie serdecznie i udajemy w kierunku samochodu K i M, aby porozmawiac przez chwile. Moja (z zalozenia krotka) wizyta przedluza sie. Pojawia sie herbata, ciasteczka i coraz szersze usmiechy na naszych twarzach. Czuje, jakbym znala K i M od dawna, jakby to spotkanie wcale nie bylo pierwsze. Okolo 10 wieczorem z zalem opuszczam camping.
07-22-2009, sroda, wieczor.
K i M przyjezdzaja do nas na grilla. Rozmawiamy, jemy, sluchamy muzyki, robimy zdjecia. Wiezy przyjazni zaciesniaja sie. K i M zostaja u nas na noc.
07-23-2009, czwartek.
Jedziemy na wycieczke, K, M, Maz i ja. Odwiedzamy Forest Lawn, Getty Museum, Chinatown i Joey's Barbecue, gdzie M i K racza sie ulubionymi zeberkami. Robimy ponad tysiac zdjec. K kreci kilometry filmu.
07-23-2009, piatek.
Z rozbawieniem stwierdzamy, ze przyslowiowa "kawa" przeciagnela sie w 4 day affair, wiemy jednak, ze nadszedl czas rozstania. Nie zegnamy sie, ale mowimy "do zobaczenia". Wszyscy wiemy, ze te 4 wspolnie spedzone dni sa poczatkiem pieknej przyjazni. Machajac M i K na pozegnanie mysle sobie:
- o tym, jak wielka jest potega internetu,
- o tym, jak wielka jest sila przeznaczenia,
- o tym, jak, wraz z postepem technicznym, zmniejszaja sie odleglosci,
- o tym, jak wspanialymi, barwnymi ludzmi sa M i K,
- o tym, ze ze wszystkich spotkan w moim zyciu to wlasnie bylo najbardziej niezwykle.
M, K, pamietajcie, ze nasze drzwi sa dla Was zawsze otwarte!
Subscribe to:
Posts (Atom)


a.jpg)
