Tuesday, June 17, 2008

Czarny slub

Caly zeszly tydzien spedzilam w Birmingham, Alabama. Glownym celem wyjazdu byl slub mojej czarnej kolezanki z nie mniej czarnym kolega.
S. (panna mloda) poprosila mnie, abym byla jej druhna na slubie. Wiaze sie z tym szereg rzeczy, z ktorych wczesniej nie zdawalam sobie sprawy- druhna wystepuje na slubie w sukience, butach i bizuterii wybranej przez panne mloda, bierze udzial w probie przedslubnej i wogole skupia na sobie sporo uwagi. Do Birmingham pojechalam wyposazona w piekny stroj (z ktorym teraz nie mam co robic: kolor i kroj sukni praktycznie uniemozliwia zalozenie jej na jakakolwiek inna okazje), z metlikiem w glowie i mocnym postanowieniem "poplyniecia z pradem", co uchroni mnie przed popelnieniem jakichs wiekszych gaf.
Niewiele wiem o amerykanskich slubach, wiec nie wiedzialam czego sie spodziewac.
W przeddzien slubu wyruszylam do kosciola na probe. GPS prowadzil mnie drogami i bezdrozami do samego srodka czarnej dzielnicy. Zaparkowalam auto. Zasunelam szyby. Wlaczylam alarm. Trzy razy sprawdzilam, czy na pewno dziala.
Weszlam do sporej, przykoscielnej sali, w ktorej krzatalo sie okolo dwudziestu afroamerykanow przygotowujac obiad.
- Przepraszam- zaczelam, a stojaca najblizej murzynka obdarzyla mnie spojrzeniem pytajacym "czyzbys pomylila droge, biala dziewczynko?"- Czy tutaj odbywa sie proba slubu S.?
- Tak, to tu- odparla usmiechajac sie.- Wejdz i czuj sie jak u siebie.
Usiadlam i za chwile zostalam otoczona mezczyznami, ktorzy zaczeli zabawiac mnie rozmowa. Po chwili pojawil sie rowniez T., pan mlody, oraz S..
Poszlismy do kosciola. Koordynatorka slubna (czarna) ustawila nas w szyku, w ktorym mielismy maszerowac na wlasciwej ceremonii. Smiechom i ogolnej radosci nie bylo konca, tym bardziej, ze nie bylo mojego partnera, i wszyscy nie mogli sie doczekac jaka mine zrobi na wiesc, ze maszeruje w parze z jedyna biala dziewczyna na slubie. Podejrzewali, ze nie bedzie posiadal sie z radosci (czarni mezczyzni bardzo lubia biale kobiety). Wszystkie te zarty i rozmowy byly bardzo zyczliwe i nawet przez chwile nie czulam sie wyobcowana czy obrazana. P., dziewczyna stojaca w parze za mna, okazala sie byc przesympatyczna osoba i cala probe, poprobny obiad i wesele dnia nastepnego spedzilysmy razem.
Nastepnego dnia C., moj partner, nie mial ze znalezieniem mnie najmniejszych problemow. Dzieki Bogu byl nizszy niz ten, z ktorym przyszlo mi probowac dzien wczesniej (caly czas musialam chodzic na paluszkach, a on, biedak, i tak musial sie jeszcze pochylac).
Wybila godzina "zero". Orszak slubny ustawil sie w uzgodnionym szyku. Muzyka zagrala, machina ruszyla.
Stojac na podwyzszeniu obserwowalam trzystu gosci w kosciele. Z wielkim trudem wylowilam z tlumu dwie biale osoby: pania w wieku emerytalnym, oraz zone jednego ze swiadkow. Zaloze sie, ze wszyscy zastanawiali sie, skad tez ja sie tam wzielam.
Do kosciola wkroczyla S. prowadzona przez ojca. Stojaca obok mnie P. zaczela pociagac nosem. Mama panny mlodej byla juz dawno we lzach. Pastor (czarny) udzielil slubu. Fotograf (czarny) trzaskal aparatem. Kamerzysta (BIALY!!!) krecil sie w poszukiwaniu dogodnych ujec. Pol godziny pozniej bylo juz po wszystkim.
Wesele rozpoczelo sie z dwugodzinnym poslizgiem. Fotograf okazal sie niezgula, niezdolnym do szybkiego zrobienia pozowanych zdjec. Przysiegam, ze jesli wtedy dostalabym aparat do reki, bez przygotowania zrobilabym lepsze (i szybciej) niz on.
Na weselu bylo okolo 150 osob. Biala emerytka zniknela. Przez chwile widzialam zone swiadka ale i ona gdzies sie ulotnila.
Przyszla pora na wystep mimow. Wydaje mi sie, ze to jakas afroamerykanska tradycja. Dziwnym zbiegiem okolicznosci ja rowniez mialam taki wystep na moim weselu: nasz czarny przyjaciel ofiarowal nam swoj taniec w prezencie slubnym.
Potem bylo jedzenie (wszyscy goscie ustawili sie z plastikowymi talerzami w kolejce do kurczaka, fasolki, ryzu i szynki), krojenie ciasta, rzucanie bukietem i podwiazka oraz tance. Postanowilam sie specjalnie nie wychylac bo, jak wiadomo, biali nie potrafia skakac i tanczyc, P. jednak wyciagnela mnie na parkiet i juz po chwili bylam nauczana, jak tanczyc "shuffle". Widzialam kiedys tlum czarnych tanczacych razem w grupie, ale do glowy by mi nie przyszlo zeby do nich dolaczyc. Tym razem podrygiwalam radosnie ze wszystkimi, a kamerzysta i fotograf uwieczniali te wiekopomna chwile (musze, po prostu MUSZE zdobyc ten film i zdjecia, bo inaczej nikt mi nie uwierzy).
Wesele skonczylo sie jakies 3 godziny pozniej. Wymienilysmy sie z P. telefonami i adresami emailowymi i, pozegnawszy sie serdecznie, udalysmy sie kazda w swoja strone.

Podsumowujac:
Podobalo mi sie krotkie wesele i fakt, ze nikt sie nie upil. Podobal mi sie brak dalekiej rodziny, ktora zwykle zaprasza sie "bo wypada", a tak naprawde nie utrzymuje sie z nia kontaktu. Podobal mi sie brak obmierzlych wujkow, ktorzy po kielichu zaczynaja dobierac sie do posladkow co ladniejszych dziewczyn. Podobal mi sie brak idiotycznych zabaw, typu celowanie do butelki kielbasa przywiazana sznurkiem do talii.

Czarny slub, ktorego sie tak obawialam, okazal sie byc bardzo pozytywnym doswiadczeniem. Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze trafilam na ludzi na poziomie a nie na stereotypowych murzynow, ktorzy nosza tone bizuterii, zlote zeby, jedza kurczaka i arbuza, i tylko szukaja okazji, zeby sobie troche postrzelac.


Ogladaliscie "The Bucket List"?
Mysle, ze to jest wlasnie jedna z rzeczy, ktorych nalezy w zyciu doswiadczyc: byc jedyna biala osoba na czarnym weselu.


---
UPDATE: Niektore osoby poczuly sie urazone, ze uzywam w notce slowa "czarny". Pragne wiec wytlumaczyc, ze w Ameryce, w jezyku angielskim, w regionie, w ktorym bywalam, jest to najbardziej poprawne politycznie okreslenie afroamerykanow.

Szampon i odzywka dla konia- update

Nazwa firmy to Straight Arrow, a linia produktow to Mane'n Tail. Zapraszam do obejrzenia strony internetowej: http://manentail.com/ . Produkty sa naprawde pierwsza klasa.

Friday, June 13, 2008

Szampon i odzywka dla konia

Bedac w marcu zeszlego roku w Californi, zauwazylam w lazience moich szwagierek wielka butle z koniem na etykiecie. Podeszlam blizej. Napis na butli glosil: "Odzywka do wlosow dla konia, stosowac na grzywe i ogon". Nie wierzac wlasnym oczom poszlam do S. i N. po jakies dokladniejsze informacje.
I dowiedzialam sie, ze to odzywka dla konia ale i do uzytku ludzkiego (z tylu bylo o tym wyraznie napisane).
I ze wlosy po niej sa lsniace i miekkie.
I ze rosna w zawrotnym tempie.
Wiec sprobowalam.
Zaraz po powrocie z Californi poszlam do hipermarketu na stanowisko zwierzece i kupilam sobie wlasna butle (kilka dni pozniej znalazlam tam rowniez szampon tej samej firmy). Po drodze do domu zatrzymalam sie w pracy Meza, aby zobaczyc sie ze znajomymi.
- O, odzywka dla konia!- zauwazyla M. przechodzac obok mnie z jakimis papierami- Tez uzywam!
No prosze, pomyslalam, nie jestem sama.
Dwie minuty pozniej minela mnie A.:
- Co widze, odzywka dla konia! Moje zwierzeta pieknie po niej wygladaja... i ja tez lubie te jedwabista miekkosc moich wlosow.

Dwa tygodnie temu zwierzylam sie fryzjerce z moich wielomiesiecznych doswiadczen z szamponem i odzywka dla konia.
Ona tez uzywa.

Friday, June 6, 2008

Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke- update

12:15- ukulele dotarlo do celu :) .

Happy Birthday to me!

Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke

Zainteresowani wiedza, ze gram na ukulele.

Moja pasja rozpoczela sie calkiem przypadkowo: Maz znalazl na www.youtube.com taki oto filmik:

http://www.youtube.com/watch?v=0OMLoAtC9RY

Od kilkunastu lat gram na gitarze, wiec jak trudne moze byc granie na ukulele? Ma przeciez tylko 4 struny. Wybralam sie do pobliskiego sklepu i nabylam instrument, najtanszy z mozliwych, na probe. I tu byl moj blad: moglam przeciez przewidziec, ze mnie, zdolnej bestyi, gra na ukulele przyjdzie bez zadnego wysilku, i ze warto zainwestowac w lepszy sprzet.

Po 6 miesiacach na moim sklejkowym instrumencie zaczely pojawiac sie bable, az w koncu odkleila sie cala wierzchnia warstwa, wraz z mostkiem. Maz skleil ukulele uzywajac do tego celu kleju Gorilla Glue, dalo to mu jeszcze 6 miesiecy zycia (ukulele, nie Mezowi). 2 tygodnie temu w niedziele mostek wystrzelil w powietrze z glosnym BANG. Naprawa instrumentu kosztowalaby mnie $75, co stanowi prawie dwukrotna jego wartosc, postanowilam wiec kupic nowy, lepszej jakosci.

Zadziwiajace, jak niewiele mozna sie dowiedziec o ukulele od sprzedawcow w sklepach muzycznych. Maja oni duzo wiadomosci na temat gitar, bebnow, syntezatorow, ale ukulele (pomimo, iz jest w sprzedazy) wciaz stanowi zagadke. Wszystkiego dowiedzialam sie z internetu, miedzy innymi z forum portalu www.ezfolk.com .

Wybor padl na Ohana CK 35G (http://www.ohana-music.com/CK-35.html). Zblizaly sie moje urodziny, wiec moja wspanialomyslna Rodzina postanowila mi ukulele przysponsorowac (za co jej z tego miejsca serdecznie dziekuje).

28 maja zlozylam zamowienie w sprawdzonym i rekomendowanym przez wiele osob sklepie internetowym, ktorego siedziba glowna znajduje sie na Hawajach. Ktoz moze lepiej znac sie na ukulele niz rodowity Hawajczyk?

Mamy tutaj w Ameryce taki fajny system, dzieki ktoremu mozemy sledzic trase paczki, ktora zostala do nas wyslana, lub ktora my wyslalismy do kogos (moze ktos wie, czy jest juz cos takiego w Polsce?). I tak dowiedzialam sie, ze:

30 maja o 22:46 Hawajczyk otrzymal zaplate za ukulele.

1 czerwca o 23:27 w Honolulu na Hawajach ktos zeskanowal kod kreskowy paczki, ktora Hawajczyk dla mnie sporzadzil.

2 czerwca o 9:52 paczka opuscila Hawaje. O 18:15 ukulele przylecialo do Ontario w Californi. Jeszcze tej samej nocy o 22:32 kierowca UPS wyjechal z nim w dalsza w trase.

5 czerwca o 7:09 kierowca UPS dojechal do Lenexa, Kansas. Tego samego dnia o 13:39 po przepakowaniu ciezarowki inny kierowca wyruszyl w dalsza droge, aby o 17:33 dotrzec do miasta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o 2 godziny jazdy.

Dzis o 1:00 nad ranem ukulele wyruszylo w dalsza droge. O 4:32, w miescie oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o pol godziny jazdy, jakis zaspany pracownik UPS przelozyl je do innej ciezarowki. Minute pozniej samochod znalazl sie na autostradzie prowadzacej do mojego miasteczka.

Jest 9:03. Juz za chwileczke, juz za momencik do moich drzwi zapuka poslaniec... dokladnie w moje urodziny.

Thursday, May 29, 2008

Nic mnie juz nie zdziwi

Poszlysmy z M. na lunch do naszej ulubionej, indyjskiej, ajurwedycznej restauracji. Jest to miejsce niezwykle: pracuja tam tylko 2 osoby, wlasciciel- kasjer i jego zona- kucharka. Restauracja jest otwarta od wtorku do piatku przez 2 godziny dziennie (lunch). W okreslony dzien tygodnia mozemy sie spodziewac okreslonej potrawy a do wyboru z menu mamy: lunch maly, sredni lub duzy. I juz.

Prawdopodobnie nie jest to najwykwintniejsza z jadlodajni, ale ma w sobie to cos, co sprawia, ze zawsze jest pelna. Byc moze tym czyms jest fakt, ze kucharka- hinduska mruczy mantry podczas gotowania, co przeklada sie na jakosc jedzenia. Po takim posilku jest sie szczesliwym caly dzien.

Siedzimy sobie i radosnie oddajemy sie konsumpcji, gdy nagle dzwoni moja komorka.
- Kochanie, gdzie jest kot?- Pyta Maz z lekka histeria w glosie.
- Jak to gdzie, w domu! Spi w swoim lozeczku- odpowiadam.
- Nie, nie ma jej. Jestes pewna, ze nie uciekla kiedy wychodzilas?
- Oczywiscie, ze jestem pewna, siedziala na srodku pokoju. Sprawdz jeszcze raz, czy nie ma jej w sypialni.
Slysze, jak Maz chodzi po mieszkaniu, wola "kici, kici", ale nic z tego nie wynika. Mowi, ze zadzwoni, jak tylko ja znajdzie.
Po 10 minutach nie wytrzymuje i dzwonie do Meza.
- No i co, nie ma jej?- pytam drzacym glosem.
- A... kotka? Tak jest... spi w swoim lozeczku- odpowiada beztrosko Maz.

...

- Jak to jest, ze mezczyzna nie potrafi zauwazyc szarego kota na czerwonym tle?- pytam M.
- No wiesz, musisz pamietac, ze zyjesz z facetem, ktory potrafi zgubic pare spodni w niewielkim apartamencie- odpowiada M.

To prawda. Malzonek kiedys przez 2 tygodnie szukal jeansow, ktore powiesil na wieszaku za drzwiami i ktorych nie widzial ilekroc zdejmowal z niego inne czesci garderoby.



Chyba nic mnie juz w zyciu nie zdziwi...

Wednesday, May 21, 2008

Swiadek Jehowy

Ktoregos wieczoru ktos zapukal do moich drzwi. Zainstalowawszy kota na lodowce (kazde otwarcie drzwi stanowi swietna okazje do ucieczki; zejscie z lodowki zajmuje kotu pare sekund, a mnie daje czas na manewry) wyjrzalam na korytarz. Przed moim mieszkaniem stal starszy pan w slomianym kapeluszu.
- Dobry wieczor- przywital sie uprzejmie- Jestem czlonkiem kosciola Swiadkow Jehowy.
Wstyd przyznac, ale w Polsce, gdy swiadkowie Jehowy stali przed moimi drzwiami- nie otwieralam, lub tez, gdy tylko zaczynali cos do mnie mowic, przerywalam zniecierpliwiona mowiac, ze nie jestem zainteresowana.

Skad to sie bierze? Ta niechec przed rozmowa na tematy wiary z ludzmi innego niz my wyznania? Czy to z obawy, ze zostanie obnazona nasza niewiedza (tak, tak, wiekszosc Polakow- katolikow niestety nie ma bladego pojecia o biblii i naukach Chrystusa)? Czy to moze ze strachu, ze wpuscimy do domu obcych, ktorzy nas obrabuja, zgwalca i zabija?

No ale przeciez wcale nie musimy ich wpuszczac do srodka, wystarczy, ze sami do nich wyjdziemy...

Tym razem wyszlam i ja.
- Czy masz ochote porozmawiac ze mna o koncu swiata?- zapytal uprzejmie pan.
- Czemu nie- stwierdzilam.
No bo wlasciwie co mi szkodzi.
No i porozmawialismy. O Armagedonie i o strachu ludzi przed nim, o tym, ze biblia swiadkow Jehowy przedstawia koniec swiata jako pozytywne wydarzenie- cale zlo, ktorego doswiadczamy na tym ziemskim padole skonczy sie, a wtedy czeka nas juz tylko raj i wieczne szczescie. Porozmawialismy o naszym miasteczku, o studentach z pobliskiego uniwersytetu, o roznych kulturach i krajach. Rob, bo tak mial na imie pan, zapytal, skad mam taki piekny akcent.
- Z Polski- odparlam.
- Z Polski!- Usmiechnal sie pan- Slyszalem o Polsce. Jest nas tam wielu. Ale... Polacy rzadko sa dla nas mili i nieczesto otwieraja nam drzwi... Nie wiem czemu. Chyba sie nas boja. A my przeciez jestesmy takimi samymi ludzmi jak oni! I chcemy tylko porozmawiac, nic wiecej.
Zrobilo mi sie przykro. No bo przeciez to prawda. Swiadek Jehowy to taki sam czlowiek jak ja, tyle, ze innej wiary. Nie stane sie jedna z nich od kontaktu wzrokowego czy slownego. Co mi szkodzi porozmawiac i dowiedziec sie wiecej o tych ludziach, ktorych tak boi sie wiekszosc Polakow?

Nie zostane Swiadkiem Jehowy. Prawdopodobnie nie zachowam nawet ulotki z numerem telefonu Roba.
Ale naprawde ciesze sie, ze otworzylam drzwi.

Thursday, May 15, 2008

Przepisy- zielona indonezyjska zupa kokosowa

Postanowilam podzielic sie z Wami przepisem na niezwykle oryginalne danie. Nawiasem mowiac bardzo jestem ciekawa, czy da sie je zrobic w Polsce (skladniki sa dosc dziwne i nie jestem pewna, czy wszystkie mozna znalezc w sklepie)

Zielona indonezyjska zupa kokosowa
Skladniki:
- mleko kokosowe, 2 puszki- to nie jest tylko woda z kokosa, lecz takze zmielony miazsz, wszystko w konsystencji plynnej,
- kubek wody,
- zielone curry ok. 50 g- mozna uzyc w postaci pasty lub proszku,
- 1 puszka owocu chlebowca (jackfruit)- grube na palec plastry pokrojone na cwiartki,
- 1 puszka serca bananowca (banana heart)- wyglada to jak glab z liscmi. Nie nalezy go kroic ani rozdrabniac: ma sie ciagnac.
- 1 puszka grzybow zakonserwowanych we wlasnym sosie- my tutaj uzywamy straw mushroom, czyli pieczarki lsniacej, przypuszczam, ze jesli wrzucimy pare zwyklych, swiezych pieczarek, to wyjdzie na to samo.
- 1 puszka pedow bambusa,
- 1 puszka malych kukurydzek,
- 6 plasterkow imbiru- nie nalezy go jesc, ma on tylko nadac smak,
- 5 lisci cytryny- tez dla aromatu,

Jak zrobic:
Owoc chlebowca razem z woda, w ktorej sie znajduje, doprowadzic do wrzenia w malym garnku i pogotowac jeszcze przez 10 minut (mozna tez po prostu wrzucic go razem z innymi skladnikami do garnka, ale bedzie nieco twardszy).
Do duzego garnka wlozyc mleko kokosowe, kubek wody i curry i, mieszajac, doprowadzic do wrzenia.
Dodac reszte skladnikow w kolejnosci wyzej wymienionej i doprowadzic do wrzenia. Niech pobulgocze jeszcze 15 minut.

Jest to danie bardzo ostre (nie polecam osobom, ktore nie przepadaja za pikantnymi potrawami lub nie lubia jarskiej kuchni). Niezaprawionym w boju polecam zagryzanie gotowanym ryzem lub chlebem. Sugeruje rowniez zakup duzego pudelka chusteczek higienicznych, jak rowniez otworzenie okien na przestrzal (nagle robi sie bardzo goraco). Na dzien konsumpcji polecam sobote- nieprzyzwyczajone zoladki i jelita (tak jak moje za pierwszym razem) moga dac o sobie znac, ale ta zupa jest tego warta...
Dobrze przechowuje sie w lodowce. Pozniej mozna przygrzewac pod przykryciem (lubi wybuchac) w mikrofali przez ok. 3-4 minuty.

Czekam na relacje tych, ktorzy sie odwazyli i sprobowali...

Saturday, May 10, 2008

Sila reklamy

Przed sklepem z odzieza firmy Abercrombie & Fitch stoja dlugowlosa dziewczyna i czarnoskory mezczyzna. Sa zywymi reklamami- ubrani w firmowe ciuchy, atrakcyjni, usmiechnieci, zapraszaja do srodka.

Pal szesc ubrania, ale chetnie kupilabym tego modela...

Plany na weekend

Rozpoczal sie sezon, w ktorym Malzonek moj pracuje nie tylko w tygodniu, ale rowniez w weekendy. Piatkowe, sobotnie i niedzielne wieczory spedzam z M., corka szefa meza. Pomimo duzej roznicy wieku, ktora nas dzieli (7 lat), bardzo sie zaprzyjaznilysmy. Weekendowe noce spedzamy beztrosko ogladajac filmy na dvd, jedzac tony prazonej kukurydzy i mieszanki bakaliowej (starannie wybierajac wszystkie m&m's-y), oraz malujac sobie paznokcie u stop.
Na moje nieszczescie, M. oraz nasz kumpel B., pracuja w tej samej firmie co Maz, i rowniez czasem wyjezdzaja w weekendy. Tym razem pojechali wszyscy: Maz, M. i B.. Zostalam sama.
W dniu wczorajszym moj odtwarzacz DVD zarzezil, zacharczal i odmowil wspolpracy. Nie mogl wybrac lepszej okazji- zostalam pozbawiona wieczornej rozrywki na caly weekend.
I w to piatkowe, deszczowe popoludnie, snuje plany na najblizsze dwa dni:
- wyspac sie (zadanie moze byc nieco utrudnione przez kota, ktory bladym switem nie tylko namietnie lize mnie po twarzy, ale ostatnio rowniez odkopuje mnie pazurzasta lapa z moich wlasnych wlosow),
- popracowac troche (ale nie za duzo),
- posprzatac w mieszkaniu,
- poskladac pranie,
- pojsc na basen lub pojezdzic na rowerze, w zaleznosci od pogody,
- rozpracowac do konca napoczeta butelke wina,
- zrobic zakupy na najblizszy tydzien- uwzglednic w nich krewetki, ktorych Maz nie jada, a ktorymi (w ramach poprawienia sobie nastroju) mam zamiar samotnie sie opychac,
- pograc na gitarze, ewentualnie opanowac po mistrzowsku jakas piosenke, nagrac film i wstawic na youtube.

A Wy? Co robicie jak juz naprawde wszyscy wyjada i nie ma do kogo sie odezwac?

Milego weekendu wszystkim zycze!

Tuesday, May 6, 2008

Nie zadzieraj z ludzmi, ktorzy przygotowuja twoje jedzenie- notka dedykowana Anicie

Na pewno kazdy z Was, drodzy czytelnicy, byl kiedys w eleganckej restauracji. Biale obrusy, blyszczace sztucce, przygaszone swiatla, swiece... wszystko to wyglada niezwykle profesjonalnie. Osoby stolujace sie w takich miejscach wyobrazaja sobie zapewne, ze kelnerzy, przemieszczajacy sie bezszelestnie po sali z powaga na twarzy, zachowuja sie tak samo na zapleczu kuchennym, ze kucharze i caly personel pracuja w ciszy i skupieniu, koncentrujac sie na wykonywanych czynnosciach.
Mialam kiedys okazje pracowac w ekskluzywnej restauracji (serwujacej glownie owoce morza), z przyjemnoscia wiec uchyle rabka tajemnicy...

Rzucanie sie jajkami czy serwetkami nie jest juz niczym nadzwyczajnym. Niektorzy znudzeni zmywacze potrafia podpalic przyprawy o gryzacym, dusznym zapachu, polozyc je na plaskiej patelni i wsunac przez szczeline pod drzwiami do toalety, z ktorej akurat korzysta jakis pracownik. Ilez radosci moze sprawic widok kaszlacego kolegi wybiegajacego z wc ze spodniami w garsci i lzami w oczach!
Zdarza sie czasem, ze do restauracji przychodza duze grupy ludzi na obiady biznesowe. Jako asystentka kelnera dostalam kiedys od kolegi polecenie, aby dolewac gosciom wina duzo i czesto, tak, zeby sie szybko spili. Kolejne butelki schodza szybko, rachunek jest wyzszy, a wtedy napiwek tez jest wyzszy. Za udana wspolprace w upiciu 18 osob znajomy kelner odpalil mi kiedys bezinteresownie calkiem pokazna kwote.
Na porzadku dziennym jest dokanczanie tego, co ludzie nie zjedli. Wiekszosc personelu nie widzi nic zlego w spozyciu nietknietego kawalka ryby, malzy, frytek czy kawalkow sushi pozostawionych na talerzu (wiadomo, ze nikt tego wczesniej nie nadgryzl), zdarzaja sie jednak tacy, ktorzy polasza sie na calkiem wysluzony juz stek.

Bardzo ciesze sie, ze mialam okazje pracowac w takim miejscu, nie tylko ze wzgledu na te wszystkie zabawne sytuacje. Nauczylam sie rowniez szacunku dla ludzi, ktorzy mnie obsluguja: wiem, jakie to uczucie, gdy do zamkniecia restauracji zostalo 5 minut, a tu nagle przychodzi duza grupa ludzi, ktorzy chca jesc tu i teraz. Wiem, jakie to uczucie obslugiwac goscia, ktory o wszystko sie czepia.
Polecam film "Waiting" ("Kelnerzy"). Uwierzcie mi, sytuacje w nim przedstawione niewiele roznia sie od rzeczywistosci, a stwierdzenie "nie zadzieraj z ludzmi, ktorzy przygotowuja twoje jedzenie" powinno zapasc kazdemu gleboko w pamiec...

Friday, May 2, 2008

Biznes- update

Rozpoczela sie u nas pora deszczowa. Wraz z ulewami pojawily sie w naszym budynku rozmaite garnki, wiadra i miski porozstawiane gdzie tylko sie da. Stalo sie dla nas jasne, ze wymagajacy remontu dach ma konstrukcje sita i podczas deszczu woda ciurkiem leje sie do srodka budynku.

Urzedujacy w piwnicy J., zajmujacy sie drobnymi naprawami oraz wynajem magazynow, zostal promowany do pozycji managera budynku. Cala sprawa zostala omowiona z wlascicielem przy lunchu i przypieczetowana usciskiem dloni.

3 tygodnie pozniej, uslyszawszy "O niczym takim nie rozmawialismy!" i nie otrzymawszy ani centa z obiecanych pieniedzy za dodatkowa prace, J. rozpoczal "strajk": na drzwiach swojego pokoju wywiesil ogloszenie: "Nie ma mnie w pracy bo mi nie placa". Wlasciciel budynku zostal zbombardowany telefonami od mieszkancow, i wreszcie, chcac nie chcac, zaplacil mu czesc naleznych pieniedzy. Ale tylko czesc.

W wyposazeniu mieszkania, ktore wynajmujemy, wchodzi stara, ale wciaz dzialajaca lodowka. Zadnemu z poprzednich mieszkancow (ani wlascicieli) nie chcialo sie o nia zadbac, wiec caly zamrazalnik pokrywala gruba warstwa lodu. Pewnego pieknego dnia maz wyjechal w delegacje, a ja postanowilam lodowke rozmrozic i wyczyscic. Wieczorem odlaczylam maszyne z pradu i zabezpieczylam roznego rodzaju foliami i pojemnikami na topiacy sie lod. Skonstatowawszy z zadowoleniem, ze woda splywa tam gdzie powinna, poszlam spac.
Rano obudzilo mnie pukanie do drzwi: to M., zaniepokojona wlascicielka kawiarni (znajdujacej sie pod naszym apartamentem), przyszla zapytac, czy wszystko u mnie w porzadku, bo cos im kapie z sufitu. Okazalo sie, ze w mojej lodowce gdzies pod spodem jest dziura, i cala woda, przez ta dziure i cienki, drewniany strop, przeciekla do kawiarni. Zeszlam na dol aby obejrzec, jakaz to katastrofe spowodowalam, ale na szczescie bylo to tylko jednostajne kapanie w odstepach dwusekundowych. Goscie caly czas z usmiechem popijali kawe a pracownicy nie ustawali w jej serwowaniu. M. rowniez nie byla specjalnie przejeta: opowiedziala mi, ze kiedys pekla rura znajdujaca sie pod sufitem i woda lala sie z niej wartkim strumieniem (co rowniez nie przeszkodzilo kawiarni w pracy, po prostu podstawiono tam wiadro).
Szybko zadzwonilam do wlasciciela budynku i, przepraszajac, opowiedzialam o calej sprawie.
- Nie przejmuj sie- odparl on beztrosko- i nie pozwol, aby ktokolwiek sprawil, ze poczujesz sie winna. W poniedzialek przysle do ciebie kogos z obslugi technicznej.
Po ponownym podlaczeniu do pradu lodowka zaczela dzialac a to, co wczesniej kapalo- zamarzlo. Katastrofa zostala zazegnana.
Nie musze chyba dodawac, ze nikt do mnie w poniedzialek nie przyszedl, aby zainteresowac sie przeciekiem.
W poniedzialek w calym budynku zgaslo swiatlo. Okazalo sie, ze management nie zaplacil rachunku za prad za ostatnie 4 miesiace.
We wtorek wlasciciel budynku spakowal manatki i wyjechal do swojej ojczystej Californi. Jako, ze transakcja przejecia budynku przez niego od poprzedniego wlasciciela nie byla jeszcze kompletna, szybko sie wycofal bo stwierdzil, ze zarzadzanie nieruchomoscia to nie na jego nerwy.

Wychodzi na to, ze przeczucie mnie nie mylilo: robienie interesow (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID307917587,index.html) z wlascicielem miejsca, w ktorym mieszkamy, nie przyniosloby chyba oczekiwanych rezultatow...

Tuesday, April 29, 2008

Z serii: fajny film wczoraj widzialam- "Sicko" Michaela Moore'a

Okazuje sie, ze w przypadku powaznej choroby sytuacja obywateli USA, ktorzy maja ubezpieczenie, nie rozni sie zbytnio od sytuacji tych, ktorzy go nie maja.
Jesli nasz pracodawca nas nie ubezpiecza- mozemy zrobic to sami. Skladamy wtedy petycje do wybranej firmy ubezpieczeniowej, wraz z formularzem, w ktory wpisujemy historie naszej choroby. Posiadanie przewleklych schorzen dyskwalifikuje nas jednak jako potencjalnych klientow.
Obowiazkiem panstwa jest zapewnienie jego obywatelom nalezytej opieki medycznej. Czy to tylko puste slowa? Wyglada na to, ze nalezy ubezpieczac jedynie zdrowych, szczuplych ludzi, bez historii chorob przewleklych w rodzinie- maja oni mniejsze szanse na zachorowanie, a co za tym idzie- na narazenie firmy ubezpieczeniowej na koszty! Chorzy nie przynosza zyskow. Chorych trzeba leczyc, placic za zabiegi, lekarstwa, wizyty... to sie nie oplaca.
Wyobrazmy sobie jednak, ze znalezlismy sie w gronie tych szczesliwcow, ktorzy zostali ubezpieczeni. Chodzimy do lekarza na badania okresowe. Nie dosc, ze placimy comiesieczna skladke w wysokosci kilkuset dolarow, za kazda wizyte u lekarza musimy rowniez zaplacic copay (oplate za wizyte wynoszaca kilkadziesiat dolarow).
Pewnego dnia powaznie chorujemy: lekarze wykrywaja u nas np. raka skory. Machina idzie w ruch: firma, ktora nas ubezpiecza, przekopuje sie przez nasza historie choroby i znajduje cos, co moze byc uznane jako przewlekle lub istniejace schorzenie, ktore mielismy w momencie starania sie o ubezpieczenie, a ktore zatailismy (np poparzenie sloneczne 10 lat temu, grzybice lub lupiez). Ubezpieczenie zostaje anulowane. Musimy sami sobie radzic z choroba, bolem i rachunkami.
Tak wlasnie Michael Moore przedstawia realia zwiazane z opieka medyczna w USA. Czesc jego filmu byla krecona na Kubie. Pomimo, iz obywatele Stanow Zjednoczonych nie moga legalnie pojechac do tego kraju, udaje sie to rezyserowi i kilku ludziom, ktorzy pomagali kilka lat temu przy szukaniu w gruzach ofiar 9/11, a ktorym panstwo amerykanskie odmowilo pomocy medycznej. Dobrzy lekarze udzielaja ludziom darmowej pomocy (podobno to standard na Kubie), wstawiaja facetowi komplet nowych zebow, lecza kobiete z dusznosci a wszystkiemu przygrywa rzewna muzyka. Wyglada na to, ze w panstwie wroga Amerykanie sa traktowani lepiej niz w ich wlasnym kraju.

Michael Moore uzyl w filmie "Sicko" bardzo dobrych chwytow. Poruszyl tematy, ktore sa bliskie kazdemu, kto mieszka w USA, problemy, z ktorymi (predzej czy pozniej) kazdy bedzie musial sie zetknac.
Nie wiem jak to jest, gdy czlowiek ubezpiecza sie sam. Do tej pory zawsze bylam ubezpieczana przez pracodawce. Nikt nie kazal mi wypelniac formularzy z historia choroby. Gdy potrzebowalam pomocy lekarskiej, zostala mi ona udzielona, pomimo, iz moje schorzenie bylo przewlekle i istniejace przed wykupieniem ubezpieczenia. Dlatego wlasnie uwazam, ze zdecydowanie lepiej jest ubezpieczenie miec, niz go nie miec. Jednoczesnie jestem ciekawa, jak to jest z tymi, ktorzy ubezpieczaja sie sami (jesli ktos z Was, czytajacych tego bloga, mieszka w Stanach Zjednoczonych i nalezy do takich osob, prosze o wypowiedzi w komentarzach lub na mejla).
W przypadku posiadania ubezpieczenia placenie copay za wizyte uwazam za cos najzupelniej normalnego. Lekarze w Stanach Zjednoczonych sa jednymi z najlepszych na swiecie, nalezy im sie godne wynagrodzenie za uslugi, ktore wykonuja. Czas oczekiwania na wizyte nie jest dlugi, warunki sa doskonale, sprzet medyczny najwyzszej klasy. Zdecydowane "TAK" dla copay.
Nie kazdy moze byc wyksztalcony i obrotny i miec dobrego pracodawce, ktory go ubezpiecza. Mniej obdarowanym przez los tez nalezy sie opieka medyczna i tu zgadzam sie z Michaelem Moore'm, ze cos w tym panstwie nie gra. Wydaje mi sie jednak, ze rezyser celowo wybral ekstremalne przypadki i tragicznie konczace sie historie ludzi, aby stworzyc kontrowersyjny film, na ktory przyjda miliony, i ktory zarobi dla niego miliardy. Prosze mnie wyprowadzic z bledu, jesli sie myle. Moze takie sytuacje sa nagminne.

Michael Moore to w Ameryce postac budzaca wiele sprzecznych uczuc. Wielu go kocha i wielu nienawidzi. Stworzyl trzy glosne filmy dokumentalne (dwa poprzednie to "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11"). Nie da sie ukryc, ze dziela te sa bardzo przekonujace, a do tego wywoluja w widzu uczucie, jakby rezyser odkrywal przed nami prawde, ktora caly swiat z jakichs powodow stara sie ukryc.
Z reguly jestem nastawiona sceptycznie do wszystkich kontrowersyjnych filmow, ktore przedstawiaja cos jako czarne albo biale. Uwazam, ze kazdy kij ma dwa konce. Mysle rowniez, ze kazdy, nawet najdziwniejszy poglad mozna obronic, jesli ma sie dobre argumenty. W przypadku "Bowling For Columbine" oraz "Fahrenheit 9/11" dalam sie nabrac.
Nie tym razem.

Co jednak nie zmienia faktu, ze duzo lepiej sie czulam przed obejrzeniem tego filmu.

Thursday, April 24, 2008

Polek o wiek sie nie pyta

Nie rozumiem i nigdy nie rozumialam polskiego zwyczaju nie pytania kobiet w Polsce o wiek. Bo "nie wypada". A do tego Polki, zapytane ile maja lat, uciekaja sie do roznego rodzaju idiotycznych forteli, aby tylko nie odpowiedziec na pytanie wprost:
- odpowiadaja: kobiety o wiek sie nie pyta,
- odpowiadaja: tyle, na ile wygladam,
- jesli sa w wieku 18- 25 lat- mowia, ze maja lat 18, a potem to juz zawsze maja 25, nawet, jesli dobijaja szescdziesiatki,
- sugeruja, aby pytajacy sam ogadl,
- przestawiaja cyfry w liczbie przezytych lat (np. 42- latki z przebieglym usmiechem na ustach mowia, ze maja 24 lata),
- po prostu sie odmladzaja i podaja inne nieprawdziwe liczby.
Takie wlasnie odpowiedzi zniechecaja skutecznie do pytania, ile ktos ma lat, bo i po co? I tak nie uzyskamy prawdziwej odpowiedzi.

Ze niby co to zmieni? Odmlodzi delikwentke? Sprawi ze bedzie bardziej atrakcyjna? Automatycznie sprawi, ze zmarszczki sie rozprostuja a siwe wlosy znikna? Wydaje mi sie to smieszne i zalosne, jesli kobieta wygladajaca na swoje lata usiluje wmowic wszystkim, ze ma ich mniej. Tak samo godni politowania sa lysiejacy panowie, ktorzy zapuszczaja sobie trzy wlosy z boku i zaczesuja je sobie okreznym ruchem na czaszce.

Uplywajacy czas trzeba przyjmowac z godnoscia.

Saturday, April 19, 2008

Trzesienie ziemi

- Kochanie, trzesienie ziemi!- obudzil mnie maz w srodku nocy. Otworzylam oczy. Pom- Pom rowniez podniosla sie ze swojego lozeczka i niespokojnie rozgladala sie wokolo.
Poczulam jak lozko delikatnie kolysze sie w przod i w tyl. Na poczatku myslalam, ze to maz- zartownis naigrawa sie ze mnie, ale nie, tym razem byl powazny. Kolysanie ustalo po kilku sekundach.
Rano zaczelismy surfowac po internecie aby przekonac sie, czy ruchy sejsmiczne byly wytworem naszej wyobrazni, czy tez zdarzyly sie naprawde. Okazalo sie, ze o 4.37 nad ranem mialo miejsce trzesienie ziemi (5.4 w skali Richtera!), ktorego epicentrum znajdowalo sie w okolicy Evansville, Indiana, i ktore bylo odczuwalne az do 450 mil w kierunku polnocnozachodnim. Wyglada na to, ze dotarlo i do nas. Ofiar i wiekszych strat jak na razie nie zanotowano.
Maz, Kalifornijczyk, przezyl juz kilka trzesien ziemi i jest wyczulony na wszelkie kolysanie. Obudziwszy sie w srodku nocy czekal tylko, az rozpeta sie prawdziwe pieklo, i zastanawial sie nad mozliwymi miejscami schronienia oraz obmyslal plan ewakuacji.
Dobrze, ze mnie obudzil, bo przespalabym swoje pierwsze trzesienie ziemi.

Friday, April 18, 2008

Melancholijnie... (2)

Kiedys myslalam, ze jesli bede punktualna i odpowiedzialna, to innym bedzie sie ze mna zylo latwiej i szczesliwiej.

Kiedys myslalam, ze zycie zgodnie z pewnymi zasadami uczyni mnie lepszym czlowiekiem.

Kiedys myslalam, ze klotnia powinna zostac zakonczona wyciagnieciem wnioskow i planami na przyszlosc.

Kiedys myslalam, ze przytulenie i wypowiedzenie slow "kocham cie" po klotni jest niezwykle wazne, bo daje tej drugiej osobie do zrozumienia, ze pomimo sprzeczki wciaz jest mi bliska.

Kiedys myslalam, ze porzadek w domu to nic nadzwyczajnego, a balagan charakteryzuje mieszkania ludzi leniwych i slabych psychicznie.

Kiedys myslalam, ze wypowiedzenie slowa "przepraszam" jest logicznym daniem komus do zrozumienia, ze zdaje sobie sprawe z bledow, ktore popelnilam.

Z wiekiem czlowiek traci zludzenia.

Sunday, April 13, 2008

"Z pamietnika mlodej zony", czyli jak pieklam placek i ciastka

W srode o 14.00 poszlam pobiegac. Wrocilam pol godziny pozniej i zauwazylam, ze miga lampka na moim telefonie sygnalizujac, ze ktos dzwonil.
Byl to maz. Za 2 godziny przeprowadzal szkolenie, laczone z poczestunkiem dla szkolonych, i zastanawial sie, czy bym mu nie upiekla key lime pie (taki placek limonkowy). Czasu bylo niewiele ale co to dla mnie, upiec placek, tym bardziej, ze 2 pudelka gotowej mieszanki staly na polce.
Po dokladnym przeszukaniu calej kuchni okazalo sie, ze pudelko jest tylko jedno. Przepis wymagal wlania masy do foremki 8"x8", ja zas dysponowalam duza forma 16"x8". Drugie pudelko key lime pie byloby jak znalazl, ale w obliczu zaistnialych okolicznosci wpadlam na swietny pomysl podzielenia formy na dwa sztywna, wysoka na cal poprzeczka. Wylozylam kazda czesc gruba warstwa folii aluminiowej. W ten sposob otrzymalam dwie czesci 8"x8"; w jednej z nich mial sie znalezc placek a w drugiej postanowilam upiec ciastka kawowe.
Najpierw wlalam do formy mase key lime pie. Czas pieczenia placka wynosil 22 minuty a ciastek- 15 minut. Po 7 minutach wyjelam forme z piekarnika i wlalam do drugiej jej czesci mase, z ktorej mialy powstac pyszne ciastka kawowe. Zadowolona z siebie zabralam sie za zmywanie.
Po kolejnych 7 minutach postanowilam sprawdzic, co tez sie tam dzieje w piekarniku.
Forma key lime pie pekla, i pol masy wplynelo pieknie pod forme ciastek kawowych, tworzac pod nia urocza, zielona pierzynke. Forma, w ktorej mial znajdowac sie placek, zawierala pol centymetra sztywnego niewiadomoczego, zas kompletnie plynna masa kawowa trwala wciaz wiernie na swoim miejscu.
Postanowilam interweniowac. Wyjelam forme z piekarnika, wyciagnelam folie z key lime niewiadomoczym i umiescilam na duzej blasze. Wzielam noz i zaczelam obskrobywac folie z masa ciastkowa z resztek placka. Noz okazal sie byc narzedziem malo skutecznym, chwycilam wiec druga reka lyzke. W tym czasie duza kropla goracej masy spadla mi z noza na dlon, parzac mnie okropnie. Klnac w duchu zaniechalam uprzednio wykonywanych czynnosci, wrzucilam do zlewu noz i lyzke i wsunelam ciastka kawowe spowrotem do pieca, zeby sie dopiekly. Zrezygnowana dokonczylam zmywanie.
Po jakichs 7- 10 minutach otworzylam piekarnik, z ktorego wydobywal sie czarny dym i won spalenizny: to resztki key lime pie na folii aluminiowej wydawaly swoje ostatnie tchnienie.
Maz, przybywszy o 16.30 do domu, zastal mnie siedzaca z szalenstwem w oczach w pobojowisku sprzetow kuchennych, trzymajaca w reku DRUGIE PUDELKO KEY LIME PIE, ktore nie wiadomo jakim cudem znalazlo sie w niewidocznym z kuchni miejscu na kanapie.
Ciastka kawowe, pomimo zakalca, okazaly sie nawet jadalne.

Thursday, April 10, 2008

Kot, czyli pies

- Czy wiesz, ze jesli umrzesz sama w domu, pies bedzie wiernie warowal przy twoim martwym ciele az sam nie umrze?- zagaduje ktoregos wieczoru Maz.
- A kot?- pytam glaszczac Pom- Pom, ktora mruczy i wiernie wpatruje sie w moje oczy,
- Kot zacznie jesc twoje zwloki.

Nie wydaje mi sie, zeby Pom- Pom, poczuwszy burczenie w zoladku, zdecydowala sie na spozycie swej dobrej pani (chociaz czasem czuje sie nieswojo, gdy budze sie w nocy, z kotka siedzaca mi na piersi i przygladajaca sie mi spod przymruzonych powiek, tak jakby cos knula). Inaczej sprawa ma sie z panem: pan, w przyplywie czulosci, ma zwyczaj lapania biednego zwierzecia za malutki ogonek, czochrania mu siersci na glowie oraz noszenia na rekach i zawzietego kolysania. Nic dziwnego, ze nieszczesna ucieka gdzie pieprz rosnie, lub wdrapuje sie pod sam sufit na zrolowany dywan stojacy w kacie pokoju. Na jej miejscu zdecydowalabym sie na konsumpcje wlasnie pana. Czasami groze Mezowi, ze zadzwonie do odpowiednich instytucji, oskarze go o znecanie sie nad zwierzetami i zamkna go na 5 lat.
Oczywiscie zartuje.

Pom- Pom jest zwierzeciem wyjatkowym. Naturalnie zdaje sobie sprawe, ze 99% posiadaczy czworonogow uwaza swoich pupili za osmy cud swiata, ja jednak mialam juz wczesniej dwa koty, ktore poza spaniem, jedzeniem i okazjonalnym gonieniem wlasnego ogona nie robily nic nadzwyczajnego. Inaczej jest z Pom- Pom.
Codziennie o 5 nad ranem jestem lizana po twarzy. Koci jezyk, szorstki jak tarka sprawia, ze momentalnie sie budze. Na poczatku probowalam sie jakos od zwierzaka opedzic, ale nadaremnie: skutkowalo to jeszcze bardziej intensywnym lizaniem. Szybko zorientowalam sie, ze samotna w nocy kotka potrzebuje bladym switem pieszczot. Po 5- 10 minutach drapania pod broda i intensywnego glaskania Pom- Pom daje mi spokoj na jakies 2- 3 godziny. Potem jestem budzona lizaniem i glosnym miauczeniem, ktore oznacza: daj mi jesc!
Ciekawe, ze Maz moze spokojnie przespac cala noc bez zaklocen, a takie nocne atrakcje sa serwowane tylko mnie. Pewnie Pom- Pom wie, ze u meza nic nie wskora. A moze po prostu zdecydowala zwracac sie bezposrednio do tej NAJWAZNIEJSZEJ osoby w domu? Chyba jednak to drugie.
Okolo godziny 9 zabieram sie do pracy przy komputerze a kotka zabiera sie do biegu z przeszkodami po mieszkaniu, przerywanego od czasu do czasu zabawa. Na pierwszy ogien ida wszelkiego rodzaju papiery: zostaja bezlitosnie zrzucone na podloge. Potem przychodzi czas na pogon za kapslem od piwa, pluszowa kaczuszka, oraz na siedzenie na lodowce i kopanie w doniczce z roslina. Wszystko, co sie blyszczy jest potencjalna zabawka, szybko wiec nauczylam sie chowac bizuterie i spinki do wlosow.
Poza balaganem straty zwiazane z taka zabawa sa niewielkie: Pom- Pom, skupiwszy sie na naszej skajowej kanapie, nie drapie juz innych mebli.
Okolo poludnia wychodze na basen. Kazde otwarcie drzwi do mieszkania grozi nagla ucieczka kotki. Wystarczy chwila nieuwagi- i juz musze ja gonic po korytarzu (ktory jest dlugi i krety, wprost stworzony do zabawy w ganianego).
Gdy wracam do domu, jestem witana glosnym, tesknym miauczeniem oraz usciskami, ktorymi sa obdarowywane moje nogi. Czesto zakladam jej wtedy smycz i idziemy na maly spacer. Pom- Pom, pokonawszy strach przed dzwiekiem silnikow samochodow, idzie dzielnie z wiatrem i pod wiatr, ciagnac czasem tak silnie, ze musze za nia biec.
Kilka razy dziennie Pom- Pom wskakuje na blat kuchenny lub na zlew w lazience i wydaje z siebie dzwiek oznaczajacy: daj mi pic! Odkrecam wtedy wode w kranie, aby kotka mogla zaspokoic pragnienie. Woda pozostawiona w miseczce budzi sprzeciw i konczy rozlana na podlodze.
Pora popoludniowa to czas na zabawy interaktywne. Pom- Pom przychodzi na zawolanie oraz pieknie staje slupka na komende "Up!". Bawi sie ciagnietymi po podlodze koralikami oraz pileczka umieszczona na koncu patyka ze sznurkiem, ktora przed nia macham. Kotka towarzyszy mi rowniez, gdy biore prysznic: siedzi za plastikowa, przezroczysta zaslonka i patrzy na splywajaca po niej wode. Wieczorem, gdy ogladamy z Mezem film w telewizji, Pom- Pom oglada z nami, zajmujac miejsce na lodowce, lub tez spi na podlodze, wyciagnieta na plecach z lapami w powietrzu.

Maz, wielbiciel psow twierdzi, ze nasza kotka to szczenie w kociej skorze i nazywa ja "swoim malym pieskiem". Ja podchodze do tego stwierdzenia z lekkim dystansem, ale rowniez nie moge oprzec sie wrazeniu, ze ten kot jest jakis "inny".
Bardzo sie ciesze, ze Pom- Pom jest z nami; dzieki niej nie jestem sama w domu, gdy maz jest w pracy, no i oczywiscie mam co robic: trzeba przeciez pozbierac papiery z podlogi i upchnac ziemie spowrotem do doniczki...

Saturday, April 5, 2008

Biznes

S., wlasciciel budynku w ktorym mieszkamy, to postac bardzo barwna. Widac, ze wiele przeszedl: pracowal w wielu miejscach, wielu rzeczy doswiadczyl, przezyl okropny wypadek samochodowy, w wyniku ktorego ma tzw. "leniwe oko".
Jakims cudem S. wszedl w posiadanie ogromnych pieniedzy (podejrzewamy, ze to z ubezpieczenia za ten wypadek), ktore z mniejszym lub wiekszym powodzeniem inwestuje. Ma kilka spolek, kilka domow, klubow i restauracji oraz zna cala mase osob. Ma rowniez mnostwo pomyslow jak zarobic jeszcze wieksze pieniadze. Oprowadzajac mnie po naszym budynku opowiedzial mi o najnowszym: chce stworzyc cos dzialajace na zasadzie serwisu oferujacego zakup dzwonkow do telefonow komorkowych: jedna taka usluga kosztuje $1, ale jesli w ciagu dnia 100 osob sciagnie taki dzwonek, to juz mamy $10.
Jak tylko S., dowiedzial sie, ze robie strony internetowe, postanowil wtajemniczyc nas w szczegoly swojego pomyslu. Zaprosil nas na lunch do pobliskiej biblioteko- kawiarni (ktora, nawiasem mowiac, ma najlepsze na swiecie kanapki z warzywami) aby nam cala sprawe naswietlic.
Jadac z Mezem do biblioteki rozmyslalam o tym calym interesie, i po przeanalizowaniu sprawy stwierdzilam, ze jesli tylko rzecz jest legalna to w sumie czemu nie. To, co uslyszalam od S. sprawilo jednak, ze kanapka z awokado nabrala dziwnego smaku goryczy.

Wyobrazmy sobie sytuacje, gdy wracajacy z delegacji mezczyzna, przed powrotem do zony pragnie kilka godzin spedzic ze swoja kochanka. Sprawa nie jest jednak taka prosta- nalezy znalezc jakies wiarygodne wytlumaczenie dla polowicy (stworzenia z natury podejrzliwego). W tym celu mezczyzna dzwoni pod numer serwisowy 1-800-WYTLUMACZENIE i wybiera z menu dzwiek, ktory bedzie odgrywany w tle w trakcie jego rozmowy z zona. Wybiera nastepnie, na zasadzie rozmowy konferencyjnej, numer niczego nieswiadomej kobiety, i, przy akompaniamencie startujacych samolotow i megafonow, mowi zmeczonym glosem:
- Kochanie, utknalem na lotnisku. Moj lot jest opozniony o 5 godzin, nie czekaj z kolacja. Bede rano.
Zona, nieco rozczarowana faktem, ze maz nie zje pysznego spaghetti, ktore przygotowala, czuje sie jednak uspokojona: zadzwonil, zyje, wszystko w porzadku, przeciez to nie jego wina, ze lot jest opozniony. W tym czasie niewierny znajduje sie juz w domu kochanki.

Jakze przydatny serwis! Za jedyne $0.99 zapewnisz zonie spokoj a sobie wspaniale chwile! Dzwon teraz!
Legalne? Legalne.
Zarobi pieniadze? A jakze!

Po wysluchaniu calego planu obiecalismy S., ze sprawe przemyslimy i damy mu odpowiedz.
Malzonek byl sklonny wejsc w ten biznes, nie da sie ukryc, ze zarobilibysmy na tym niezle pieniadze oraz zdobyli rozglos. Mnie sumienie podpowiada "nie".
Nie chce przykladac reki do czyjegos nieszczescia. Oczywiscie, zdaje sobie sprawe, ze jesli ktos chce zdradzic, to i tak zdradzi, i ze moje zadanie polegaloby jedynie na stworzeniu informacyjnej strony internetowej. Nie moge jednak pogodzic sie z mysla, ze dzieki mojemu tworowi niewierni malzonkowie/ niewierne malzonki (lub, na przyklad, zbuntowane dzieciaki, ktore zamiast byc w szkole kupuja nielegalnie alkohol lub pala ziolo) beda mieli ulatwione zadanie. Nie wyobrazam sobie zadnego innego zastosowania dla tego serwisu, jak tylko oszukanie kogos. Nie chce, aby w przyszlosci jakas moja przyjaciolka czy znajoma opowiedziala mi historie swojego rozwodu; jak to jej maz dzwonil na serwis "wytlumaczenie" a potem do niej, tlumaczac, ze jest w szpitalu z chorym kolega, a de facto bawil sie w doktora ze swoja sekretarka.
Coz. Wyglada na to, ze pieniadze i slawa beda musialy poczekac a S. bedzie musial znalezc sobie innego webmastera.

Sunday, March 30, 2008

Normalnie horror

Wieczor, nasze mieszkanie. Siedzimy z Mezem na kanapie, z nogami wygodnie opartymi na kawowym stoliku, na ktorym pala sie swieczki. Ogladamy film, pogryzamy cynamonowe krakersy. Sielanka.
Na stolik wdziecznie wskakuje Pom- Pom, mruczac glosno i proszac o krakersa. Odlamuje kawalek i klade na brzegu stolu. Kotka zbliza sie do niego i, krecac sie w poszukiwaniu wygodnej pozycji, PODPALA SOBIE RESZTKI OGONA. Futro plonie jasnym, ale krotkim plomieniem: gasimy je z mezem klepiac kota. Do konsumpcji krakersa nie dochodzi- Pom- Pom, zdenerwowana naszym klepaniem, ucieka ze stolu. W powietrzu rozchodzi sie swad palonych wlosow. Kotka, nie zdajac sobie sprawy, co tak naprawde sie stalo, chodzi po mieszkaniu weszac w poszukiwaniu zrodla dziwnego zapachu. Wyglada na to, ze nic nie poczula- plomien nie dotarl do skory.
Kontynuujemy ogladanie filmu. Pom- Pom wylizuje sobie resztki spalenizny po czym zapada w gleboki sen.
Dobrze, ze ten kot nie mial ogona "od nowosci"; bo po opaleniu wygladalby jak szczur.