W sobote wieczorem wybralismy sie ze znajomymi na obiad do restauracji.
W niedziele wieczorem Maz byl jakis niewyrazny. W poniedzialek rozpoczal dzien od wizyty w toalecie i pozostal na posterunku do wieczora. Ja poszlam do pracy, ale po poludniu poczulam dziwne skurcze i burczenie w brzuchu. Zauwazylam rowniez, ze moja kolezanka, ktora uczestniczyla w sobotniej biesiadzie, napisala na Facebooku cos o "grypie zoladkowej".
Wieczorem bylam przygotowana. Zjadlam lekka kolacje, zazylam naproxen i pepto-bismol, po czym polozylam sie spac.
O 2 rano obudzil mnie potworny bol brzucha i mdlosci.
Oszczedze Wam, drodzy czytelnicy, szczegolow mojej niemocy. Nie musze chyba pisac, ze nie poszlam tego dnia do pracy. Wygooglalam sobie za to wirusowe zapalenie zoladka i dowiedzialam sie, ze w Stanach zapada na nie okolo 3 miliony osob rocznie.
W czwartek dowiedzialam sie, ze siostra koleżanki tez jest chora.
Chyba wyczerpalismy z Mezem roczny limit chorob. Teraz musi byc tylko lepiej. Zreszta, mielismy sporo szczescia: moj kolega, ktory rowniez rozchorowal sie na zapalenie zoladka, wyladowal w szpitalu, powaznie odwodniony.
Sunday, February 10, 2013
Tuesday, January 22, 2013
Ludzie i koty
Czytałam gdzieś, że gdy kot śpi z człowiekiem w łóżku, właściciel podświadomie układa się tak, żeby nie zgnieść pupila. Ciekawe, że tego samego zjawiska nie da się zaobserwować w stosunku do współmałżonka.
Oto mąż z Ding-Dongiem. Aby zrobić kotu miejsce, mąż ułożył się po przekątnej. Na mojej części łóżka.
Oto mąż z Ding-Dongiem. Aby zrobić kotu miejsce, mąż ułożył się po przekątnej. Na mojej części łóżka.
Friday, January 18, 2013
Otarłam się o śmierć :)
W sobotę wieczorem postanowiłam pojechać na zakupy. Po wyjściu z domu zauważyłam, że zaczął padać śnieg: nie bardzo, tak sobie prószył. Nie było nawet sensu włączać napędu na 4 koła.
10 minut pózniej musiałam zwolnić do 20 mil na godzinę: śnieg padał tak, że nie było widać nic. Nie widziałam gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze, ani gdzie jest pobliski rów. Za mną jechały 2 samochody.
Pełzłam tak sobie wolniutko, slalomując z pobocza na drogę i spowrotem na pobocze, gdy nagle chyba zbyt gwałtownie obrociłam kierownicą i wpadłam w poślizg: najpierw niewielki, ale pózniej, gdy próbowałam kontrować, zaczęłam sie już ślizgać na całego. Przy tej prędkości nie bałam się nawet, że uderzy we mnie auto (wszyscy jechali 20 mph), ale że wpadnę do pobliskiego rowu i że będę dachować. Kierowcy za mną przytomnie zwolnili i utrzymywali dystans, ja zaś, wzywając głośno Bożej pomocy, obróciłam się o 180 stopni (a może 540? Sama już nie wiem) i wreszcie zatrzymałam się na pasie dla samochodów jadących w przeciwna stronę. Dobrze, że nic nie jechało.
Nieco roztrzęsiona włączyłam napęd na 4 koła i zaczęłam jechać w przeciwnym kierunku, szukając dogodnego miejsca, w którym mogłabym zawrócić. Tak, pojechałam na te zakupy. Stwierdzilam, że takie przeżycia muszą być czegoś warte.
10 minut pózniej musiałam zwolnić do 20 mil na godzinę: śnieg padał tak, że nie było widać nic. Nie widziałam gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze, ani gdzie jest pobliski rów. Za mną jechały 2 samochody.
Pełzłam tak sobie wolniutko, slalomując z pobocza na drogę i spowrotem na pobocze, gdy nagle chyba zbyt gwałtownie obrociłam kierownicą i wpadłam w poślizg: najpierw niewielki, ale pózniej, gdy próbowałam kontrować, zaczęłam sie już ślizgać na całego. Przy tej prędkości nie bałam się nawet, że uderzy we mnie auto (wszyscy jechali 20 mph), ale że wpadnę do pobliskiego rowu i że będę dachować. Kierowcy za mną przytomnie zwolnili i utrzymywali dystans, ja zaś, wzywając głośno Bożej pomocy, obróciłam się o 180 stopni (a może 540? Sama już nie wiem) i wreszcie zatrzymałam się na pasie dla samochodów jadących w przeciwna stronę. Dobrze, że nic nie jechało.
Nieco roztrzęsiona włączyłam napęd na 4 koła i zaczęłam jechać w przeciwnym kierunku, szukając dogodnego miejsca, w którym mogłabym zawrócić. Tak, pojechałam na te zakupy. Stwierdzilam, że takie przeżycia muszą być czegoś warte.
Friday, January 11, 2013
60-godzinny tydzien
W poniedzialek szefostwo dalo mi pare projektow "last minute".
We wtorek bylam w pracy do 23:30. Zamierzalam pracowac "do oporu", az skoncze, ale zorientowalam sie, ze w srode rano szefowie beda w samolocie i nie beda w stanie sprawdzic tego, co zrobilam. To dawalo mi jakies dodatkowe 3 godziny. Pojechalam do domu.
W srode bylam w pracy do 22:00.
W czwartek bylam do 19:00 ale zabralam prace do domu.
Dzisiaj przygotowalam sobie "niezbednik": szczotka do zebow, pasta, krem do twarzy, grzebien, czysta bielizna i skarpetki, maly kocyk. Nastepnym razem gdy przyjdzie mi pracowac do poznych godzin nocnych, po prostu poloze sie spac na kanapie w biurze. SH, jeden z naszych managerow, bardzo czesto tak robi. Ja bede po prostu lepiej przygotowana.
We wtorek bylam w pracy do 23:30. Zamierzalam pracowac "do oporu", az skoncze, ale zorientowalam sie, ze w srode rano szefowie beda w samolocie i nie beda w stanie sprawdzic tego, co zrobilam. To dawalo mi jakies dodatkowe 3 godziny. Pojechalam do domu.
W srode bylam w pracy do 22:00.
W czwartek bylam do 19:00 ale zabralam prace do domu.
Dzisiaj przygotowalam sobie "niezbednik": szczotka do zebow, pasta, krem do twarzy, grzebien, czysta bielizna i skarpetki, maly kocyk. Nastepnym razem gdy przyjdzie mi pracowac do poznych godzin nocnych, po prostu poloze sie spac na kanapie w biurze. SH, jeden z naszych managerow, bardzo czesto tak robi. Ja bede po prostu lepiej przygotowana.
Tuesday, January 8, 2013
Uzbrojeni
Mieszkam w rejonie Stanów Zjednoczonych, w którym chyba każdy ma broń. Nie przesadzam.
Kilka dni temu mój kolega z kościoła pochwalił się na Facebooku, że dostał uprawnienia do noszenia przy sobie nabitej, ukrytej broni (concealed carry). W najbliższą sobotę, W KOŚCIELE, zaprezentował dumnie swój pistolet.
Mój inny kolega ma karabin kaliber 50. Jest wprawdzie myśliwym, ale tego gnata trudno chyba użyć na zwierzęciu mniejszym niż słoń. Z tego co wiem i widziałam, koledzy zabawiają się strzelaniem tym czymś w drzewa. Wystrzał z tej broni brzmi, jakby w okolicy wybuchła bomba (przynajmniej ja mam takie skojarzenia).
Moja koleżanka z pracy jest samotną matką z czwórką dzieci. Nie przelewa im się. W domu ma 10 różnych rodzajów broni, od pistoletów po karabiny.
Tragedia, do której doszło w Sandy Hook Elementary, sprawiła, że dyskusje na temat posiadania broni przez cywilów rozgorzały ze zdwojoną siłą. Moi facebookowi znajomi prześcigają się wręcz we wstawianiu tematycznych postów.
Nie posiadam broni. Nigdy jej nie posiadałam i nie odczuwam potrzeby / zagrożenia, które mogłoby skłonić mnie do jej nabycia. Może to się kiedyś zmieni, nie mam pojęcia.
Pozwolę sobie poniżej zacytować posty / opinie moich kochających broń znajomych, ktore najbardziej mnie poruszyly, oraz je skomentować.
1. Noszenie broni jest prawem każdego obywatela Stanów Zjednoczonych. Zgoda na zwiększenie kontroli sprzedaży broni to zgoda na pozbawienie samego siebie konstytucyjnych praw. - Czy musimy korzystać z każdego prawa, z którego korzystać nie musimy, BO TAK? W imię zasad? Poza tym, o ile może jestem w stanie jakoś zrozumieć posiadanie pistoletu w celach samoobrony, o tyle kompletnie nie rozumiem, po co cywilowi potrzebna jest broń automatyczna???
2. Przecież musimy się jakoś bronić! - Przed kim? Nie jesteśmy w stanie wojny, przed kim mamy się tak uzbrajać? Poza tym, myślę, że gdyby przyszło nam strzelać do włamywacza, mało kto miałby jaja, żeby tak naprawdę pociągnąć za spust.
3. Nie obwiniamy samochodów za pijanych kierowców, którzy powodują wypadki. Nie obwiniajmy broni palnej za ludzi psychicznie chorych, którzy mordują ludzi! - Samochód służy do przemieszczania się z miejsca na miejsce. Niekiedy, w wyniku jego użycia, giną ludzie. Broń służy do zabijania. Celem jej użycia jest pozbawienie ludzi życia. Li i jedynie.
Nie jestem przeciwna posiadaniu broni przez cywilow, ale mysle, ze jej sprzedaz powinna sie odbywac wedlug jakichs regul, po sprawdzeniu historii kryminalnej potencjalnego nabywcy oraz po poddaniu go testom psychologicznym.
Kilka dni temu mój kolega z kościoła pochwalił się na Facebooku, że dostał uprawnienia do noszenia przy sobie nabitej, ukrytej broni (concealed carry). W najbliższą sobotę, W KOŚCIELE, zaprezentował dumnie swój pistolet.
Mój inny kolega ma karabin kaliber 50. Jest wprawdzie myśliwym, ale tego gnata trudno chyba użyć na zwierzęciu mniejszym niż słoń. Z tego co wiem i widziałam, koledzy zabawiają się strzelaniem tym czymś w drzewa. Wystrzał z tej broni brzmi, jakby w okolicy wybuchła bomba (przynajmniej ja mam takie skojarzenia).
Moja koleżanka z pracy jest samotną matką z czwórką dzieci. Nie przelewa im się. W domu ma 10 różnych rodzajów broni, od pistoletów po karabiny.
Tragedia, do której doszło w Sandy Hook Elementary, sprawiła, że dyskusje na temat posiadania broni przez cywilów rozgorzały ze zdwojoną siłą. Moi facebookowi znajomi prześcigają się wręcz we wstawianiu tematycznych postów.
Nie posiadam broni. Nigdy jej nie posiadałam i nie odczuwam potrzeby / zagrożenia, które mogłoby skłonić mnie do jej nabycia. Może to się kiedyś zmieni, nie mam pojęcia.
Pozwolę sobie poniżej zacytować posty / opinie moich kochających broń znajomych, ktore najbardziej mnie poruszyly, oraz je skomentować.
1. Noszenie broni jest prawem każdego obywatela Stanów Zjednoczonych. Zgoda na zwiększenie kontroli sprzedaży broni to zgoda na pozbawienie samego siebie konstytucyjnych praw. - Czy musimy korzystać z każdego prawa, z którego korzystać nie musimy, BO TAK? W imię zasad? Poza tym, o ile może jestem w stanie jakoś zrozumieć posiadanie pistoletu w celach samoobrony, o tyle kompletnie nie rozumiem, po co cywilowi potrzebna jest broń automatyczna???
2. Przecież musimy się jakoś bronić! - Przed kim? Nie jesteśmy w stanie wojny, przed kim mamy się tak uzbrajać? Poza tym, myślę, że gdyby przyszło nam strzelać do włamywacza, mało kto miałby jaja, żeby tak naprawdę pociągnąć za spust.
3. Nie obwiniamy samochodów za pijanych kierowców, którzy powodują wypadki. Nie obwiniajmy broni palnej za ludzi psychicznie chorych, którzy mordują ludzi! - Samochód służy do przemieszczania się z miejsca na miejsce. Niekiedy, w wyniku jego użycia, giną ludzie. Broń służy do zabijania. Celem jej użycia jest pozbawienie ludzi życia. Li i jedynie.
Nie jestem przeciwna posiadaniu broni przez cywilow, ale mysle, ze jej sprzedaz powinna sie odbywac wedlug jakichs regul, po sprawdzeniu historii kryminalnej potencjalnego nabywcy oraz po poddaniu go testom psychologicznym.
Saturday, January 5, 2013
Wyjątkowa opieka
W poniedziałek po stracie Boberty, pojechałam do weterynarza, żeby powiedzieć, co sie stało. Wszystkie pielęgniarki płakały ze mną. Przez te pare miesięcy, podczas licznych wizyt (i dłuższych pobytów Bobby w placówce), zdążyły się zaprzyjaźnić i ze mną, i z moją kotką.
Parę dni później otrzymałam drogą pocztową taką oto kartkę:
oraz wierszyk, prodczas czytania którego usiadłam w kuchni na podłodze i płakałam jak bóbr:
Parę dni później otrzymałam drogą pocztową taką oto kartkę:
oraz wierszyk, prodczas czytania którego usiadłam w kuchni na podłodze i płakałam jak bóbr:
Ten szpital weterynarii nie należy do najtańszych, ale zapewnia zwierzętom naprawdę wysokiej jakości opiekę. Lekarze i pielęgniarki dzwonili do mnie wiele razy w ciagu dnia aby poinformować jak Bobby czuje się po sterylizacji oraz innych zabiegach. Gdy leczenie nie przynosilo rezultatow, przez 10 dni zatrzymali ją na obserwacje, za które nie zapłaciłam ANI DOLARA. Gdy dowiedzieli się o mojej stracie, rozumieli co czuję, i przysłali mi kartkę z kondolencjami.
Tak, wiem, że to tylko kot. Ale miło, że ktoś rozumie że dla mnie jest to kot wyjątkowy, ukochany przyjaciel.
Thursday, January 3, 2013
Choinkowa salatka
SKLADNIKI:
- liscie bocwiny poszatkowane we wstazki (ja uzylam kapuste wloska),
- pestki z 1 owocu granatu,
- 3/4 kubka zamrozonych winogron (ja moich nie zamrazalam),
- 2 pomarancze satsuma, pokrojone w plasterki (ja uzylam 2 mandarynek),
- 1 mala cebula, posiekana,
- 1/4 - 1/2 kubka posiekanych orzechow leszczynowych (mozna uzyc wloskich),
- 2 lyzki stolowe suszonej zurawiny,
- 1 jablko, posiekane.
DRESSING:
- 2 lyzki octu jablkowego,
- 1 lyzka syropu klonowego,
- 1/3 lyzeczki soli,
- 1/4 lyzeczki czarnego pieprzu,
- 1/8 lyzeczki sproszkowanej kolendry,
- 1/8 lyzeczki kurkumy,
- szczypta pieprzu kajenskiego,
- miazsz z pomaranczy
Pelen przepis mozecie znalezc tutaj:
http://kblog.lunchboxbunch.com/2012/12/christmas-tree-salad-pomegranate-pecans.html?m=1
- liscie bocwiny poszatkowane we wstazki (ja uzylam kapuste wloska),
- pestki z 1 owocu granatu,
- 3/4 kubka zamrozonych winogron (ja moich nie zamrazalam),
- 2 pomarancze satsuma, pokrojone w plasterki (ja uzylam 2 mandarynek),
- 1 mala cebula, posiekana,
- 1/4 - 1/2 kubka posiekanych orzechow leszczynowych (mozna uzyc wloskich),
- 2 lyzki stolowe suszonej zurawiny,
- 1 jablko, posiekane.
DRESSING:
- 2 lyzki octu jablkowego,
- 1 lyzka syropu klonowego,
- 1/3 lyzeczki soli,
- 1/4 lyzeczki czarnego pieprzu,
- 1/8 lyzeczki sproszkowanej kolendry,
- 1/8 lyzeczki kurkumy,
- szczypta pieprzu kajenskiego,
- miazsz z pomaranczy
Pelen przepis mozecie znalezc tutaj:
http://kblog.lunchboxbunch.com/2012/12/christmas-tree-salad-pomegranate-pecans.html?m=1
Tuesday, January 1, 2013
Wszystko, o co kiedykolwiek chcieliscie zapytac...
W 2007 roku zalozylam bloga. Chcialam, aby moja rodzina i znajomi w Polsce mogli na biezaco sledzic moje przygody, oraz, razem ze mna, poznawac kulture Stanow Zjednoczonych. Piszac przez prawie 6 lat udalo mi sie zgromadzic rzesze wiernych czytelnikow i nawiazac fantastyczne przyjaznie. Jestem bardzo wdzieczna za Wasze zainteresowanie i wszystkie zyczliwe komentarze. Dziekuje, ze jestescie ze mna!
Bloga pisze dla Was i chce pisac o rzeczach, ktore Was interesuja. Prosze, napiszcie w komentarzach (lub w prywatnej wiadomosci), jakie tematy chcielibyscie abym poruszyla, jaki element zwiazany z kultura Stanow Zjednoczonych przyblizyla, jakie zdjecia wstawila. Postaram sie odpowiedziec na wszystkie pytania.
Monday, December 31, 2012
Rok 2012 w obrazkach
STYCZEN:
Zaczynalismy ten rok mieszkajac wciaz u kolegi.
LUTY:
Dostalam wlasne biuro!
MARZEC:
Odkrywam piekno zwierzat hodowlanych.
KWIECIEN:
Robi sie cieplo. Towarzysze Michaelowi w wyprawach wedkarskich.
MAJ:
Jade na moja pierwsza konferencje Silverpop, polaczona z koncertem zespolu Blues Traveler.
CZERWIEC:
Moje 30. urodziny. Michael, aby uczcic zalobe po mojej utraconej mlodosci, zamawia ciasto z czarnym lukrem.
LIPIEC:
Kupujemy dom! Ucze sie sztuki ogrodniczej.
SIERPIEN:
Miniwakacje w Californi, polaczone z praca oraz spotkaniami z przyjaciolmi z kosciola.
WRZESIEN:
Boberta jest moja najlepsza przyjaciolka. Szczegolnie, gdy grabie liscie.
PAZDZIERNIK:
Ciagnik party!
LISTOPAD:
Wycieczka do Polski.
GRUDZIEN:
Burza sniezna Draco atakuje.
Wszystkim zycze fantastycznego Sylwestra i szczesliwego Nowego Roku 2013!
Wednesday, December 26, 2012
Swiateczna grypa
W piatek przed swietami zaczelo mnie cos lamac. W sobote dopadla mnie taka grypa, ze nie moglam wstac z lozka. Jako, ze bylam juz chora od dobrego tygodnia, postanowilam wybrac sie do lekarza, zeby upewnic sie, ze to nie cos gorszego.
Klinika, do ktorej zwykle chodze, byla zamknieta w sobote, zadzwonilam wiec do dwoch klinik w Fairfield. W obu powiedzieli mi, ze maja pelen grafik, i, ze jesli nie bylam wczesniej ich pacjentka, to nie moga mnie przyjac nawet dodatkowo. Odmowili nawet przyjecia mnie w poniedzialek, srode, czwartek i piatek zaslaniajac sie pelnym grafikiem i faktem, ze nie jestem ich pacjentka! Bylam niesamowicie zaskoczona i zla.
W poniedzialek, w mojej klinice dowiedzialam sie, ze mam infekcje obu uszu i gardla. To ciekawe, uszy mi akurat nie dokuczaly. Zostaly mi przepisane antybiotyki i sterydy, ktore niezwlocznie wykupilam po czym wrocilam do domu, aby spedzic Wigilie z rodzicami na Skype.
Dopiero dzisiaj udalo mi sie wstac z lozka, zadzwonic do paru znajomych i nie brzmiec jak zombie.
Przyjmijcie ode mnie spoznione, ale szczere, zyczenia Swiateczne. Niech Nowy Rok obfituje w same radosne wydarzenia!
Friday, December 21, 2012
W telegraficznym skrócie
25 listopada wsiadłam w samolot i poleciałam odwiedzić rodzinę w Polsce. Wycieczka minęła jak z bicza trzasnął, w dużej mierze dlatego, że aktywnie udzielałam się towarzysko, ale również dlatego, że naprawdę był to bardzo krótki wyjazd. 2. grudnia byłam już spowrotem w Iowa.
Na lotnisku przywitała mnie koleżanka (Michael był w podróży służbowej) oraz temperatura 17 stopni. W grudniu! Wszyscy zgodnie twierdzili, że to najcieplejsza zima od iluśtam lat.
Wreszcie doszła do skutku transakcja kupna pewnej firmy przez naszą. Jest to bardzo ekscytujące wydarzenie (jeden z szefów stwierdził, ze nie był tak podekscytowany, odkąd zaprzestaliśmy używania kliszy i przeszliśmy na fotografię cyfrową), ale też wymagające wielu zmian oraz wytężonej pracy. Z tego powodu, pomimo szalejącej grypy, wszyscy przychodzili do biura.
W zeszły piątek dopadło i mnie. Na nieszczęście w zeszły weekend musiałam pracować, możecie sobie więc wyobrazić, jak mi szło. Dobrze, że pracę mogłam wykonać z domu, między jednym smarknięciem a drugim.
Do poniedziałku polepszyło mi się na tyle, że postanowiłam pójść do pracy. Normalnie staram się pierwsze dni grypy spędzić w izolacji, ale nie było od kogo się izolować. Wszyscy byli albo chorzy, albo w fazie zdrowienia.
W poniedziałek przyjechali do nas przedstawiciele firmy, którą wykupiliśmy i wszyscy oddaliśmy się wspólnej pracy i budowaniu więzi koleżeńskich.
W środę rano zabrzęczał mój telefon ogłaszając, że w moim rejonie wprowadzono stan alarmowy ze względu na nadciągającą śnieżycę. Koledzy z nowej firmy szybko przebukowali loty i uciekli z Iowa zanim żywioł uderzył.
Prawdę mówiąc nie wierzyłam w żadną śnieżycę. Do środy nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu. Zbierało się na deszcz ale temperatura była wybitnie plusowa i nic nie zwiastowało nadciągającej katastrofy (nic za wyjątkiem daty końca świata: 12/21/2012).
Wieczorem, w oddalonej o 30 mil knajpie, gdzie mają najlepszego na świecie kurczaka, odbyło się firmowe Christmas Party, uświetnione losowaniem zakupionych przez firmę prezentów, grami oraz wspólnym odspiewaniem napisanej przeze mnie piosenki "12 Days Of MarathonFoto Christmas" (na melodię oryginału "12 Days Of Christmas). Poproszono mnie rownież o zagranie i zaśpiewanej polskiej kolędy. Zaintonowałam "Cicha noc" po polsku, drugą zwrotkę wszyscy zaspiewaliśmy po angielsku i tym miłym, międzynarodowym akcentem zakończylismy imprezę.
Wyszliśmy z restauracji prosto w ukewny deszcz, w którym ciężko było prowadzić samochód. Z trudem dojechaliśmy do domu.
W czwartek obudziłam się o 7 rano i stwierdzilam, iż z jakiegoś powodu, jest wciąż ciemno. Wstałam i podeszłam do okna, które było całkowicie zalepione lodem i śniegiem. Na zewnątrz szalała śnieżyca, jakiej w życiu nie widziałam.
Dzięki napędowi na 4 koła udało nam się z Mężem dotrzeć do pracy. Byliśmy jednymi z niewielu osób w biurze, większości nie udało się dojechać. Okoliczne szkoły zostały pozamykane a o 13:30, w związku z coraz intensywniejszymi opadami śniegu (spowodowanymi, jak się wkrótce okazało, przez Śnieżycę Draco), wysłano i nas do domu.
W domu zastaliśmy zablokowane śniegiem i lodem drzwi wejściowe, przewroconego przez wichurę grilla, oraz taki oto widok:
Na lotnisku przywitała mnie koleżanka (Michael był w podróży służbowej) oraz temperatura 17 stopni. W grudniu! Wszyscy zgodnie twierdzili, że to najcieplejsza zima od iluśtam lat.
Wreszcie doszła do skutku transakcja kupna pewnej firmy przez naszą. Jest to bardzo ekscytujące wydarzenie (jeden z szefów stwierdził, ze nie był tak podekscytowany, odkąd zaprzestaliśmy używania kliszy i przeszliśmy na fotografię cyfrową), ale też wymagające wielu zmian oraz wytężonej pracy. Z tego powodu, pomimo szalejącej grypy, wszyscy przychodzili do biura.
W zeszły piątek dopadło i mnie. Na nieszczęście w zeszły weekend musiałam pracować, możecie sobie więc wyobrazić, jak mi szło. Dobrze, że pracę mogłam wykonać z domu, między jednym smarknięciem a drugim.
Do poniedziałku polepszyło mi się na tyle, że postanowiłam pójść do pracy. Normalnie staram się pierwsze dni grypy spędzić w izolacji, ale nie było od kogo się izolować. Wszyscy byli albo chorzy, albo w fazie zdrowienia.
W poniedziałek przyjechali do nas przedstawiciele firmy, którą wykupiliśmy i wszyscy oddaliśmy się wspólnej pracy i budowaniu więzi koleżeńskich.
W środę rano zabrzęczał mój telefon ogłaszając, że w moim rejonie wprowadzono stan alarmowy ze względu na nadciągającą śnieżycę. Koledzy z nowej firmy szybko przebukowali loty i uciekli z Iowa zanim żywioł uderzył.
Prawdę mówiąc nie wierzyłam w żadną śnieżycę. Do środy nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu. Zbierało się na deszcz ale temperatura była wybitnie plusowa i nic nie zwiastowało nadciągającej katastrofy (nic za wyjątkiem daty końca świata: 12/21/2012).
Wieczorem, w oddalonej o 30 mil knajpie, gdzie mają najlepszego na świecie kurczaka, odbyło się firmowe Christmas Party, uświetnione losowaniem zakupionych przez firmę prezentów, grami oraz wspólnym odspiewaniem napisanej przeze mnie piosenki "12 Days Of MarathonFoto Christmas" (na melodię oryginału "12 Days Of Christmas). Poproszono mnie rownież o zagranie i zaśpiewanej polskiej kolędy. Zaintonowałam "Cicha noc" po polsku, drugą zwrotkę wszyscy zaspiewaliśmy po angielsku i tym miłym, międzynarodowym akcentem zakończylismy imprezę.
Wyszliśmy z restauracji prosto w ukewny deszcz, w którym ciężko było prowadzić samochód. Z trudem dojechaliśmy do domu.
W czwartek obudziłam się o 7 rano i stwierdzilam, iż z jakiegoś powodu, jest wciąż ciemno. Wstałam i podeszłam do okna, które było całkowicie zalepione lodem i śniegiem. Na zewnątrz szalała śnieżyca, jakiej w życiu nie widziałam.
Dzięki napędowi na 4 koła udało nam się z Mężem dotrzeć do pracy. Byliśmy jednymi z niewielu osób w biurze, większości nie udało się dojechać. Okoliczne szkoły zostały pozamykane a o 13:30, w związku z coraz intensywniejszymi opadami śniegu (spowodowanymi, jak się wkrótce okazało, przez Śnieżycę Draco), wysłano i nas do domu.
W domu zastaliśmy zablokowane śniegiem i lodem drzwi wejściowe, przewroconego przez wichurę grilla, oraz taki oto widok:
Tuesday, November 20, 2012
Sunday, November 18, 2012
Boberta
Bobby przeszla poważne leczenie, zastrzyki i sterylizacje. Ze względu na fakt, iż miała uszkodzenie nerwu i nie do końca kontrolowała swoje potrzeby fizjologiczne, nie mogliśmy zabrać jej do domu po żadnym z zabiegów. Martwiłam się, jak zwierzak zniesie przymrozki, ale Boberta potrafiła o siebie zadbać: spała pod naszym domem, przy rurach z ciepłą wodą, wraz z rudym kotem z sąsiedztwa. Nie sprzeciwiałam się temu związkowi: w końcu oboje czerpali z niego korzyści. Bobercie było ciepło a rudzielec podjadał jej czasem z miski.
Wyglada na to, że była szczęśliwa: zawsze wesoła, rozbrykana, wspinająca sie na drzewa z prędkością błyskawicy, jakby grawitacja jej nie dotyczyła. Zawsze przychodziła na wołanie. Zawsze była skora do zabawy. Zawsze dotrzymywała mi towarzystwa, gdy pracowałam w ogródku.
We wtorek wieczorem widziałam Bobertę ostatni raz. Nie zmartwiłam się zbytnio, gdy nie przyszła na śniadanie w środę rano, zdarzała się jej już taka nieobecność. Wieczorem byłam jednak nieco zaniepokojona.
W czwartek zaalarmowałam sąsiadów. W piątek zadzwoniłam do okolicznych schronisk dla zwierząt. Objechałam też całą okolicę, szukając Boberty.
Rudzielec również zniknął. Próbowałam pocieszać się myślą, że może poszli razem łowić myszy na pobliskim polu.
Dziś rano na moim ganku siedział rudy kot, patrząc mi wymownie w oczy.
Jadąc do miasta znalazłam Bobertę leżącą na poboczu drogi szybkiego ruchu. Pochowałam ją w ogródku. Na wiosnę posadzę na niej kwiatki.
Wyglada na to, że była szczęśliwa: zawsze wesoła, rozbrykana, wspinająca sie na drzewa z prędkością błyskawicy, jakby grawitacja jej nie dotyczyła. Zawsze przychodziła na wołanie. Zawsze była skora do zabawy. Zawsze dotrzymywała mi towarzystwa, gdy pracowałam w ogródku.
We wtorek wieczorem widziałam Bobertę ostatni raz. Nie zmartwiłam się zbytnio, gdy nie przyszła na śniadanie w środę rano, zdarzała się jej już taka nieobecność. Wieczorem byłam jednak nieco zaniepokojona.
W czwartek zaalarmowałam sąsiadów. W piątek zadzwoniłam do okolicznych schronisk dla zwierząt. Objechałam też całą okolicę, szukając Boberty.
Rudzielec również zniknął. Próbowałam pocieszać się myślą, że może poszli razem łowić myszy na pobliskim polu.
Dziś rano na moim ganku siedział rudy kot, patrząc mi wymownie w oczy.
Jadąc do miasta znalazłam Bobertę leżącą na poboczu drogi szybkiego ruchu. Pochowałam ją w ogródku. Na wiosnę posadzę na niej kwiatki.
Wednesday, November 7, 2012
Tuesday, November 6, 2012
Sunday, October 28, 2012
Ciagnik party
Tak okreslil moj znajomy z Polski impreze, na ktorej mialam przyjemnosc ostatnio goscic.
W sobote wieczorem udalam sie do rodziny G, moich znajomych z kosciola, na coroczna hay ride: impreze, na ktorej glowna atrakcja jest jazda na wozie wypelnionym sianem, ciagnietym przez konie. Zmotoryzowany wariant, w ktorym uczestniczylam, przewiduje lawete z sianem podczepiona do traktora.


Okolo 20 osob zajelo miejsce na blokach siana na lawecie. Wieczor byl mrozny.

Po krotkiej modlitwie odmowionej przez naszego pastora (ktory rowniez byl obecny), WG, glowa rodziny G, zapuscil silnik traktora. Jazda trwala okolo 45 minut. Na koniec zostalismy "zaciagnieci" do miejsca, gdzie rozpalono ognisko. Reszte wieczoru spedzilismy na grillowaniu, rozmowie, spiewach oraz grze na gitarze (ja).

W sobote wieczorem udalam sie do rodziny G, moich znajomych z kosciola, na coroczna hay ride: impreze, na ktorej glowna atrakcja jest jazda na wozie wypelnionym sianem, ciagnietym przez konie. Zmotoryzowany wariant, w ktorym uczestniczylam, przewiduje lawete z sianem podczepiona do traktora.


Okolo 20 osob zajelo miejsce na blokach siana na lawecie. Wieczor byl mrozny.

Po krotkiej modlitwie odmowionej przez naszego pastora (ktory rowniez byl obecny), WG, glowa rodziny G, zapuscil silnik traktora. Jazda trwala okolo 45 minut. Na koniec zostalismy "zaciagnieci" do miejsca, gdzie rozpalono ognisko. Reszte wieczoru spedzilismy na grillowaniu, rozmowie, spiewach oraz grze na gitarze (ja).

Juz dawno nie bawilam sie tak dobrze.
Wednesday, October 24, 2012
Zjazd rodzinny
Poprzednia wlascicielka domu, ktory kupilismy, jest mama mojej szefowej. Zarowno z jedna jak i z druga jestem w bardzo zazylych stosunkach.
Kilka tygodni temu zostalam zaproszona na ich zjazd rodzinny. Na zjezdzie pojawili sie:
- JS i PS, poprzedni wlasciciele mojego domu,
- SP - moja szefowa (corka JS), jej siostry i bracia,
- Byly maz JS, ojciec mojej szefowej,
- Byli mezowie mojej szefowej (2),
- Obecny maz mojej szefowej,
- Corki i synowie mojej szefowej oraz jej braci i siostr,
- Ich mezowie / zony / byli mezowie / byle zony / narzeczeni / dzieci,
- Cala masa kuzynow i czlonkow dalszej rodziny,
- Przyjaciele rodziny (w tym ja).
Wszyscy bawili sie wysmienicie.
Friday, October 12, 2012
Zombie
Jestem fanką filmów z zombie.
Poczynając od klasyku "Night of the Living Dead" z 1968 roku, poprzez "Dawn of the Dead" (który zapoczątkował moją osobliwą pasję), lekki i zabawny "Zombieland", doskonały "I Am Legend" z Willem Smithem w roli głównej, kończąc na hicie sezonu - "The Walking Dead".
Nie zapominajmy również o "Resident Evil".
Lubię zombie. Z okazji zbliżającego się Halloween oraz mojej sympatii do żywych trupów, zakupiłam sobie nawet taką oto koszulkę (paczka już w drodze):
Nie chodzi jedynie o walory rozrywkowe wypruwanych wnętrzności: uważam filmy z zombie za niezwykle wartościowe z przynajmniej trzech powodów:
1. Pokazują prawdziwe charaktery ludzi w ekstremalnych sytuacjach. W obliczu apokalipsy, masowej zagłady, gdy świat rządzi się jedynie prawem silniejszego, ludzie zrzucają maski i zachowują się zgodnie z ich prawdziwą, moralną lub nie, naturą.
2. Promują sport, zdrowie i tężyznę fizyczną.
Czy zauważyliście, jak szybko muszą przed zombie uciekać żywi? Poza tym muszą wystrzegać się skaleczeń, zadrapań, oraz jeść czystą, sprawdzoną żywność.
3. Promują ekologię, recykling i wynalazczość.
Gdy sklepy świecą pustkami, zdobycie czystej wody graniczy z cudem a na stacji benzynowej skończyła się benzyna, oszczędność i recykling stają się koniecznością.
A teraz udam się na zasłużony (po ciężkim tygodniu pracy) odpoczynek, podczas którego obejrzę odcinek lub dwa pierwszego sezonu The Walking Dead. Bo seriale z zombie, nawet odgrzewane, niesamowicie relaksują.
Poczynając od klasyku "Night of the Living Dead" z 1968 roku, poprzez "Dawn of the Dead" (który zapoczątkował moją osobliwą pasję), lekki i zabawny "Zombieland", doskonały "I Am Legend" z Willem Smithem w roli głównej, kończąc na hicie sezonu - "The Walking Dead".
Nie zapominajmy również o "Resident Evil".
Lubię zombie. Z okazji zbliżającego się Halloween oraz mojej sympatii do żywych trupów, zakupiłam sobie nawet taką oto koszulkę (paczka już w drodze):
Nie chodzi jedynie o walory rozrywkowe wypruwanych wnętrzności: uważam filmy z zombie za niezwykle wartościowe z przynajmniej trzech powodów:
1. Pokazują prawdziwe charaktery ludzi w ekstremalnych sytuacjach. W obliczu apokalipsy, masowej zagłady, gdy świat rządzi się jedynie prawem silniejszego, ludzie zrzucają maski i zachowują się zgodnie z ich prawdziwą, moralną lub nie, naturą.
2. Promują sport, zdrowie i tężyznę fizyczną.
Czy zauważyliście, jak szybko muszą przed zombie uciekać żywi? Poza tym muszą wystrzegać się skaleczeń, zadrapań, oraz jeść czystą, sprawdzoną żywność.
3. Promują ekologię, recykling i wynalazczość.
Gdy sklepy świecą pustkami, zdobycie czystej wody graniczy z cudem a na stacji benzynowej skończyła się benzyna, oszczędność i recykling stają się koniecznością.
A teraz udam się na zasłużony (po ciężkim tygodniu pracy) odpoczynek, podczas którego obejrzę odcinek lub dwa pierwszego sezonu The Walking Dead. Bo seriale z zombie, nawet odgrzewane, niesamowicie relaksują.
Tuesday, October 9, 2012
Uczeń
Moja koleżanka z pracy przez długi czas szukała kogoś, kto dawałby jej 9-letniemu synowi lekcje gry na gitarze. W Fairfield nie znalazła nauczyciela a wozić dzieciaka 2 razy w tygodniu do Iowa City było jej nie na rękę.
Powiedziała mi o tym wszystkim 2 tygodnie temu.
Od tamtego czasu daję O'R lekcje gry na gitarze (w niezwykle konkurencyjnej cenie). Jest to dla mnie nowe, bardzo interesujące doświadczenie.
Po pierwsze - gdy sama zaczynałem uczyć się grać na gitarze, miałam za sobą już 6 lat szkoły muzycznej w klasie fortepianu, i siłę w dłoniach, której ten mały chłopiec jeszcze nie posiada. Upłynie sporo czasu, zanim uda mu się wydobyć z instrumentu jakiś przyzwoicie brzmiący dźwięk.
Po drugie - z przyjemnością zauważyłam, ze pamietam bardzo wiele z moich lekcji z przeszłości, i, wyglada na to, ze umiem tę wiedzę przekazać.
O'R chętnie spędza ze mną czas i szybko się uczy. Mam nadzieje, że z czasem nie zabraknie mu entuzjazmu.
Powiedziała mi o tym wszystkim 2 tygodnie temu.
Od tamtego czasu daję O'R lekcje gry na gitarze (w niezwykle konkurencyjnej cenie). Jest to dla mnie nowe, bardzo interesujące doświadczenie.
Po pierwsze - gdy sama zaczynałem uczyć się grać na gitarze, miałam za sobą już 6 lat szkoły muzycznej w klasie fortepianu, i siłę w dłoniach, której ten mały chłopiec jeszcze nie posiada. Upłynie sporo czasu, zanim uda mu się wydobyć z instrumentu jakiś przyzwoicie brzmiący dźwięk.
Po drugie - z przyjemnością zauważyłam, ze pamietam bardzo wiele z moich lekcji z przeszłości, i, wyglada na to, ze umiem tę wiedzę przekazać.
O'R chętnie spędza ze mną czas i szybko się uczy. Mam nadzieje, że z czasem nie zabraknie mu entuzjazmu.
Tuesday, September 18, 2012
Pralka i suszarka
Wraz z domem, przejelismy od poprzednich wlascicieli stara pralke i suszarke.
- Suszarka dziala, ale robi strasznie duzo halasu. Z pralki cieknie.- powiedzial PS- Czy mamy zabrac je na zlomowisko? My kupilismy juz nowe.
- Sprobuje je naprawic- odparl Maz, bohatersko wypinajac piers- jesli mi sie nie uda, osobiscie wrzuce je do rowu.
Zaraz po przeprowadzce Maz zaczal przegladac YouTube w poszukiwaniu filmow instruktazowych. Kilka dni pozniej wyciagnal suszarke na srodek salonu i rozlozyl na czynniki pierwsze. W mysl zasady "gdy mezczyzna obiecuje, ze cos zrobi, to to zrobi; nie trzeba mu przypominac co 6 miesiecy" zacisnelam zeby. Postanowilam dac Michaelowi 2 tygodnie na eksperymenty, po czym zadzwonic po fachowca / wyrzucic ustrojstwo na zlom (w zaleznosci od stopnia desperacji).
Jeszcze tego samego wieczoru Michael znalazl przyczyne awarii suszarki (zlamane kolko, na ktorym obraca sie beben) i zamowil w internecie odpowiednia czesc (ktora okazala sie niezwykle tania). 5 dni pozniej razem zlozylismy maszyne do kupy i triumfalnie podlaczylismy. Dziala jak marzenie.
Zachecony tym sukcesem Michael wytoczyl wojne pralce. Akcja kupna i wymiany pompy i paska zajela tydzien.
Mamy teraz dwa swietnie dzialajace urzadzenia. Jestem dumna z Meza.
A pralka ma swiatelko, ktore odkrylam przypadkiem dopiero jakis tydzien temu:
- Suszarka dziala, ale robi strasznie duzo halasu. Z pralki cieknie.- powiedzial PS- Czy mamy zabrac je na zlomowisko? My kupilismy juz nowe.
- Sprobuje je naprawic- odparl Maz, bohatersko wypinajac piers- jesli mi sie nie uda, osobiscie wrzuce je do rowu.
Zaraz po przeprowadzce Maz zaczal przegladac YouTube w poszukiwaniu filmow instruktazowych. Kilka dni pozniej wyciagnal suszarke na srodek salonu i rozlozyl na czynniki pierwsze. W mysl zasady "gdy mezczyzna obiecuje, ze cos zrobi, to to zrobi; nie trzeba mu przypominac co 6 miesiecy" zacisnelam zeby. Postanowilam dac Michaelowi 2 tygodnie na eksperymenty, po czym zadzwonic po fachowca / wyrzucic ustrojstwo na zlom (w zaleznosci od stopnia desperacji).
Jeszcze tego samego wieczoru Michael znalazl przyczyne awarii suszarki (zlamane kolko, na ktorym obraca sie beben) i zamowil w internecie odpowiednia czesc (ktora okazala sie niezwykle tania). 5 dni pozniej razem zlozylismy maszyne do kupy i triumfalnie podlaczylismy. Dziala jak marzenie.
Zachecony tym sukcesem Michael wytoczyl wojne pralce. Akcja kupna i wymiany pompy i paska zajela tydzien.
Mamy teraz dwa swietnie dzialajace urzadzenia. Jestem dumna z Meza.
A pralka ma swiatelko, ktore odkrylam przypadkiem dopiero jakis tydzien temu:
Dobrze, ze caly czas sa jeszcze urzadzenia, ktore mozna naprawic za pomoca mlotka i srubokreta. Z pralka z XXI wieku nie poszloby tak latwo.
Subscribe to:
Posts (Atom)














