Na zewnątrz bylo znow -15 stopni, ale zza chmur wyjrzalo dzis słońce. Pogoda wygladala na znosna- i taka byla, o czym przekonalismy się po wyjściu z domu.
Dziś wybraliśmy się na spacer do Lasu Lagiewnickiego, który jest największym lasem miejskim w Europie.
Przeszlismy 5 km, zatrzymujac się co jakiś czas aby zrobić zdjęcie.
Widzielismy grupe mezczyzn jezdzacych na biegowkach po zamarznietym stawie.
Mąż, zaciekawiony, również wszedł na lód, ale szybko z niego uciekł gdy usłyszał trzeszczenie.
Poszliśmy dalej, aż do klasztoru w Lagiewnikach, gdzie (oprócz zwiedzania) nabralismy dobrej, mineralnej wody do butelki.
Stamtąd, o godzinie 14:50, pojechalismy autobusem do domu.
Wieczorem wybraliśmy się z Mama do Leclerc'a na małe zakupy (Mama), do pomocy Mamie (ja) i zwiedzanie (M). Mąż chodził miedzy regalami i stoiskami i poszerzal swoje slownictwo. Ze zdziwieniem skonstatowal, ze stoisko mięsne znajduje się zaraz przy stoisku z ubraniami. Zainteresował się również wielkimi, oblozonymi ziolami kiełbasami, wiszacymi na ścianie.
Wieczorem obejrzelismy wspólnie program Bear'a Grylls'a i zjedlismy obiad złożony z plackow ziemniaczanych, a w nocy, po upewnieniu się, ze nikogo nie obudzimy, dzwonilismy do naszych amerykańskich przyjaciół: DE, AW oraz VO.
Saturday, December 19, 2009
Dzien 5- Galeria Lodzka
Dzis rano termometr pokazywal -15. Stwierdzilismy, ze taki mróz to nie jest dobra pogoda na spacery, postanowiliśmy wiec pójść do Galerii Lodzkiej na małe zakupy.
Tata, który jechał na ogledziny do rzeczoznawcy, zgodził się podwiezc nas kawałek, żebyśmy nie musieli marznac na mrozie. Skończyło się tak, ze wysadzil nas przed sama Galeria. Dziekujemy!
Naszym pierwszym zakupem stał się starter Heyah, teraz jesteśmy już osiagalni.
Obeszlismy wszystkie piętra Galerii zatrzymujac się w wybranych sklepach. Mąż, z konwerterem jednostek, sprawdzał, co jest droższe w Stanach (ubrania, jedzenie, wyroby skorzane) a co tańsze (elektronika).
Obiad kupilismy w Fatih Servet na trzecim pietrze restauracji. Maz byl wielce zaskoczny, gdy zaplaciwszy 18.50 PLN otrzymał numerek. Kelnerka przyniosła wielka porcje do stolika, wraz z metalowymi szuccami. Takich luksusow mąż nie spodziewał się zastac w centrum handlowym.
Inne rzeczy, które spodobaly się dziś M to ruchomych chodnik (a nie schody) łączący piętra galerii, oraz pózniej, w sklepie przy moim domu- znicz cmentarny (nie wiedział co to, forma i kształt były dla niego zupełnie nieznane).
Wieczór spędziliśmy z rodzicami, oglądając telewizje. Rozbolaly naz brzuchu ze śmiechu wywolanego programem o pewnym panu, ktory do walki ze śniegiem zbudował sobie taka maszynę:
Tata, który jechał na ogledziny do rzeczoznawcy, zgodził się podwiezc nas kawałek, żebyśmy nie musieli marznac na mrozie. Skończyło się tak, ze wysadzil nas przed sama Galeria. Dziekujemy!
Naszym pierwszym zakupem stał się starter Heyah, teraz jesteśmy już osiagalni.
Obeszlismy wszystkie piętra Galerii zatrzymujac się w wybranych sklepach. Mąż, z konwerterem jednostek, sprawdzał, co jest droższe w Stanach (ubrania, jedzenie, wyroby skorzane) a co tańsze (elektronika).
Obiad kupilismy w Fatih Servet na trzecim pietrze restauracji. Maz byl wielce zaskoczny, gdy zaplaciwszy 18.50 PLN otrzymał numerek. Kelnerka przyniosła wielka porcje do stolika, wraz z metalowymi szuccami. Takich luksusow mąż nie spodziewał się zastac w centrum handlowym.
Inne rzeczy, które spodobaly się dziś M to ruchomych chodnik (a nie schody) łączący piętra galerii, oraz pózniej, w sklepie przy moim domu- znicz cmentarny (nie wiedział co to, forma i kształt były dla niego zupełnie nieznane).
Wieczór spędziliśmy z rodzicami, oglądając telewizje. Rozbolaly naz brzuchu ze śmiechu wywolanego programem o pewnym panu, ktory do walki ze śniegiem zbudował sobie taka maszynę:
Thursday, December 17, 2009
Dzien 4- Odsniezanie, stluczka, Lodz i mroz
Niestety, dziś również nie było mi dane pospac sobie do oporu. Obudzilam się już o godzinie 3:30 nad ranem. Mąż, wyspany po dniu wczorajszym, również. Poogladalismy sobie filmy na YouTube, pogralismy w jakieś gry na telefonach... Wreszcie stwierdzilam, ze jestem tak glodna, iz dłużej tego nie wytrzymam. Zeszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sobie sniadanie.
Około 5:30 zaczęłam się zastanawiać, kiedy wreszcie wzejdzie słońce.
Około 6 było caly czas ciemno.
Około 6:30 wstala Mama, żeby sprawdzić, kto tam buszuje w lodówce. Posiedzialysmy sobie razem w kuchni, jedzac I rozmawiajac. Wkrotce dolaczyl do nas Tata.
Około 7 wciąż było ciemno!
Wreszcie, po jakichś 15 minutach, zaczęło się rozjasniac.
Wkrotce wstal Maz, I oboje postanowilismy pomoc Tacie w odsniezaniu podworka. Ubrani w kufajki i rękawice, w 45 minut udroznilismy wszystkie wjazdy i chodniki.
Mama wyszła do pracy wcześniej, niż zamierzał: okazało się, ze jej koleżanka miała drobna kolizje, i nie dojedzie na czas na ćwiczenia ze studentami.
Około 9, gdy zasiedlismy z Tata i M do śniadania, zadzwoniła do nas Mama i poinformowała, ze nie dojechała nigdzie, bo... miała stluczke i stoi na końcu naszej ulicy. Szybko pospieszylismy na pomoc (cała nasza trójka!). Tata pomogl spisać protokół z wypadku, ja zrobilam niezbedne zdjecia telefonem a Maz stał obok i wyglądał groźnie.
W domu dokonczylismy śniadanie i zaczęliśmy z Mezem zbierać się na wycieczkę po Lodzi. W swietle zaistnialej sytuacji postanowiliśmy nie brać samochodu Taty, ale używać komunikacji miejskiej.
Najpierw jechalismy tramwajem. Mąż wyglądał przez okno i robił zdjęcia. Szczególnie rozbawil go ten widok:
Wysiedlismy na ulicy Piotrkowskiej. Odwiedzilismy katedre, popatrzylismy chwile na panów budujących szopke z pachnacego drewna, i poszliśmy w kierunku Politechniki.
Ze szkoły zawrocilismy, i poszliśmy ulica Piotrkowska, podziwiajac kamienice.
Obiad zjedlismy w indyjskiej restauracji Ganesh (http://ganesh.pl/). Menu, ku radosci Meza, bylo w dwoch jezykach: angielskim i polskim. Zamowilismy samosy, kurczaka Tika Masala oraz Palak Paneer, wszystko przepyszne.
Po obiedzie poszliśmy dalej Piotrkowska, a pózniej Narutowicza, mijając budynek telewizji i cerkiew.
W końcu, około 3:15, wyladowalismy na Placu Dabrowskiego, skąd po dosc dlugim oczekiwaniu (swiateczne korki) pojechalismy autobusem do domu.
Po 20 minutach marszu doszlismy do domu rodziców. Okazalo sie, ze byl zupelnie pusty: Mama pojechała na pracowa Wigilie, Ciocia poszła do miasta, a Tata, który miał być w domu, gdzieś zniknął. Nie mielismy klucza ani telefonu.
Znając mojego Tate byłam pewna, ze pojawi się w domu w przeciągu 20 minut, wiedział bowiem, ze mieliśmy wracac do domu o tej porze, i nie zostawilby nas, biednych zuczkow, na mrozie (potem w domu dowiedzialam sie, ze bylo -12 stopni Celsjusza).
Mimo wszystko postanowiliśmy jednak pójść w kierunku, z którego przyszlismy (po prostu zeby sie rozgrzac) i użyć telefonu miejskiego. W połowie drogi spotkaliśmy nasza wybawicielke, Ciocie, która własnie wracała z miasta. Gdy zblizalismy się do domu, ujrzelismy migajace światło na bramie: Tata również wrócił do domu.
W domu odtajalismy, napilismy się herbaty i wzięliśmy gorący prysznic. Zadzwonilam do paru znajomych, ale do wielu nie zdążyłam: o 8:30 scielo nas oboje z nóg i zasnelismy słodko, leżąc wpoprzek łóżka...
Około 5:30 zaczęłam się zastanawiać, kiedy wreszcie wzejdzie słońce.
Około 6 było caly czas ciemno.
Około 6:30 wstala Mama, żeby sprawdzić, kto tam buszuje w lodówce. Posiedzialysmy sobie razem w kuchni, jedzac I rozmawiajac. Wkrotce dolaczyl do nas Tata.
Około 7 wciąż było ciemno!
Wreszcie, po jakichś 15 minutach, zaczęło się rozjasniac.
Wkrotce wstal Maz, I oboje postanowilismy pomoc Tacie w odsniezaniu podworka. Ubrani w kufajki i rękawice, w 45 minut udroznilismy wszystkie wjazdy i chodniki.
Mama wyszła do pracy wcześniej, niż zamierzał: okazało się, ze jej koleżanka miała drobna kolizje, i nie dojedzie na czas na ćwiczenia ze studentami.
Około 9, gdy zasiedlismy z Tata i M do śniadania, zadzwoniła do nas Mama i poinformowała, ze nie dojechała nigdzie, bo... miała stluczke i stoi na końcu naszej ulicy. Szybko pospieszylismy na pomoc (cała nasza trójka!). Tata pomogl spisać protokół z wypadku, ja zrobilam niezbedne zdjecia telefonem a Maz stał obok i wyglądał groźnie.
W domu dokonczylismy śniadanie i zaczęliśmy z Mezem zbierać się na wycieczkę po Lodzi. W swietle zaistnialej sytuacji postanowiliśmy nie brać samochodu Taty, ale używać komunikacji miejskiej.
Najpierw jechalismy tramwajem. Mąż wyglądał przez okno i robił zdjęcia. Szczególnie rozbawil go ten widok:
Milo bylo odwiedzic stare katy. Dużo zmieniło się w mojej szkole.
Ze szkoły zawrocilismy, i poszliśmy ulica Piotrkowska, podziwiajac kamienice.
Obiad zjedlismy w indyjskiej restauracji Ganesh (http://ganesh.pl/). Menu, ku radosci Meza, bylo w dwoch jezykach: angielskim i polskim. Zamowilismy samosy, kurczaka Tika Masala oraz Palak Paneer, wszystko przepyszne.
Po obiedzie poszliśmy dalej Piotrkowska, a pózniej Narutowicza, mijając budynek telewizji i cerkiew.
Po 20 minutach marszu doszlismy do domu rodziców. Okazalo sie, ze byl zupelnie pusty: Mama pojechała na pracowa Wigilie, Ciocia poszła do miasta, a Tata, który miał być w domu, gdzieś zniknął. Nie mielismy klucza ani telefonu.
Znając mojego Tate byłam pewna, ze pojawi się w domu w przeciągu 20 minut, wiedział bowiem, ze mieliśmy wracac do domu o tej porze, i nie zostawilby nas, biednych zuczkow, na mrozie (potem w domu dowiedzialam sie, ze bylo -12 stopni Celsjusza).
Mimo wszystko postanowiliśmy jednak pójść w kierunku, z którego przyszlismy (po prostu zeby sie rozgrzac) i użyć telefonu miejskiego. W połowie drogi spotkaliśmy nasza wybawicielke, Ciocie, która własnie wracała z miasta. Gdy zblizalismy się do domu, ujrzelismy migajace światło na bramie: Tata również wrócił do domu.
W domu odtajalismy, napilismy się herbaty i wzięliśmy gorący prysznic. Zadzwonilam do paru znajomych, ale do wielu nie zdążyłam: o 8:30 scielo nas oboje z nóg i zasnelismy słodko, leżąc wpoprzek łóżka...
Wednesday, December 16, 2009
Dzien 3- Spimy
Dzisiejszy dzien uplynal pod haslem snu. Przynajmniej dla Meza. Obudzil sie o 10, zjadl lekkie sniadanie, po czym postanowil uciac sobie jeszcze krotka drzemke przed wyjsciem z domu. Ocknal sie kolo 4 po poludniu, gdy bylo juz calkiem ciemno.
Ja spedzilam dzien z Tata. Rozmawialismy, ogladalismy filmy, ktore nakrecilam z M. w Stanach, przygladalam sie, jak Tata naprawia nasza amerykanska listwe zasilajaca, ktora poprzedniej nocy podlaczylam do polskiego pradu (rozleglo sie glosne BUM i wysiadly korki).
Zjedlismy obiad, poogladalismy polska telewizje. Maz, znalazlszy w internecie lekcje jezyka polskiego, zaczal je pilnie studiowac. Zasmiewalismy sie do rozpuku przy czytaniu fonetycznych zapisow polskich fraz:
nah-ZIH-vahm sheng
PROH-sheng
Ratoonkoo!
Okolo 8 wieczorem Mama wrocila z pracy. Posiedzielismy sobie w czworke jeszcze przez chwile, po czym wszyscy udalismy sie na spoczynek. Mialam nadzieje, ze tej nocy bede wreszcie dobrze spac.
Ja spedzilam dzien z Tata. Rozmawialismy, ogladalismy filmy, ktore nakrecilam z M. w Stanach, przygladalam sie, jak Tata naprawia nasza amerykanska listwe zasilajaca, ktora poprzedniej nocy podlaczylam do polskiego pradu (rozleglo sie glosne BUM i wysiadly korki).
Zjedlismy obiad, poogladalismy polska telewizje. Maz, znalazlszy w internecie lekcje jezyka polskiego, zaczal je pilnie studiowac. Zasmiewalismy sie do rozpuku przy czytaniu fonetycznych zapisow polskich fraz:
nah-ZIH-vahm sheng
PROH-sheng
Ratoonkoo!
Okolo 8 wieczorem Mama wrocila z pracy. Posiedzielismy sobie w czworke jeszcze przez chwile, po czym wszyscy udalismy sie na spoczynek. Mialam nadzieje, ze tej nocy bede wreszcie dobrze spac.
Tuesday, December 15, 2009
Dzien 2- Lot do Warszawy i spotkanie na lotnisku
... czas plynal nam szybko. Wkrotce okazalo sie, ze zblizamy sie do Londynu, i ze pora na przesiadke.
Lot trwal jedynie 2.5 godziny. Z niecierpliwoscia patrzylam na przesuwajacy sie na ekranie samolocik, najpierw opuszczajacy wyspe, potem lecacy nad morzem, nad Amsterdamem, nad Berlinem i w koncu ladujacy w Warszawie. Maz dostal pierwsza pieczatke w swoim nowym paszporcie.
Na lotnisku czekal juz na nas moj Tata. Radosci z powitania nie bylo konca. Zapakowalismy nasze walizki z samochodu i wyruszylismy w droge do Lodzi. Maz, podekscytowany, wygladal przez okno: to jego pierwsza wizyta w Europie! Z zaskoczeniem zauwazyl, ze samochod jadacy obok nas holuje inny samochod na bardzo cienkim sznureczku (zaraz mu z Tata wytlumaczylismy, ze to polski sznurek, supermocny), oraz ze swiatla drogowe sa duzo mniejsze, niz w Stanach (nie oszukujmy sie, w Stanach wiekszosc rzeczy jest wieksza, niz w Polsce). Z jego zainteresowaniem spotkal sie rowniez tramwaj stojacy w zajezdni niedaleko mojego domu (przypominal mu tramwaj kursujacy w Nowym Orleanie).
Mnie, po trzyipolletniej nieobecnosci w Polsce, rowniez wszystko wydaje sie mniejsze: wezsze drogi, mniejsze samochody, nawet lodowka w domu Rodzicow wyglada dosc mizernie w porownaniu z kolosem, ktory ma A.
W domu Rodzicow wiele sie zmienilo. Duza czesc domu jest po remoncie i wyglada naprawde pieknie.
Wracac do domu po tygodniowej nieobecnosci, to jedno, ale widziec dom rodzinny po latach, to zupelnie cos innego.
Dlugo nie moglam zasnac, troche ze wzgledu na roznice czasu, a troche ze wzgledu na ekscytacje. W myslach snulam plany, co tez pokaze Mezowi przez najblizszy miesiac...
Na lotnisku czekal juz na nas moj Tata. Radosci z powitania nie bylo konca. Zapakowalismy nasze walizki z samochodu i wyruszylismy w droge do Lodzi. Maz, podekscytowany, wygladal przez okno: to jego pierwsza wizyta w Europie! Z zaskoczeniem zauwazyl, ze samochod jadacy obok nas holuje inny samochod na bardzo cienkim sznureczku (zaraz mu z Tata wytlumaczylismy, ze to polski sznurek, supermocny), oraz ze swiatla drogowe sa duzo mniejsze, niz w Stanach (nie oszukujmy sie, w Stanach wiekszosc rzeczy jest wieksza, niz w Polsce). Z jego zainteresowaniem spotkal sie rowniez tramwaj stojacy w zajezdni niedaleko mojego domu (przypominal mu tramwaj kursujacy w Nowym Orleanie).
Mnie, po trzyipolletniej nieobecnosci w Polsce, rowniez wszystko wydaje sie mniejsze: wezsze drogi, mniejsze samochody, nawet lodowka w domu Rodzicow wyglada dosc mizernie w porownaniu z kolosem, ktory ma A.
W domu Rodzicow wiele sie zmienilo. Duza czesc domu jest po remoncie i wyglada naprawde pieknie.
Wracac do domu po tygodniowej nieobecnosci, to jedno, ale widziec dom rodzinny po latach, to zupelnie cos innego.
Dlugo nie moglam zasnac, troche ze wzgledu na roznice czasu, a troche ze wzgledu na ekscytacje. W myslach snulam plany, co tez pokaze Mezowi przez najblizszy miesiac...
Monday, December 14, 2009
Nasza wycieczka do Polski- Dzien 1- Lot do Londynu
Wstalismy rano o godzinie 9. Pomimo krótkiego snu czulismy sie wypoczeci.
O 9:30 przyszła S, siostra Meza. Wspanialomyslnie zgodziła się zaopiekowac nasza kotka podczas naszej nieobecności. Wytlumaczylam jej co i jak i ustalilysmy, ze zabierze Pom-Pom po poludniu, po powrocie z jazdy na snowboardzie.
O 8:30 mieliśmy samolot do Londynu. Uwzgledniwszy fakt, ze przed lotem międzynarodowym należy koczowac na lotnisku przez 3 godziny, oraz możliwość wystąpienia korków na drogach, postanowiliśmy opuścić dom już o 4. Wciąż mieliśmy jednak sporo czasu, postanowiliśmy wiec wyskoczyć z A na śniadanie do Baker's.
Po sniadaniu dokonczylismy pakowanie, posprzatalismy, wypilismy toast kwasem jablkowym Martinelli, poglaskalismy Pom-Pom, zapakowalismy wszystko do samochodu i wyruszylismy do domu rodzicow Meza. Stamtad, po wspolnej modlitwie, wyjechalismy na lotnisko wraz z moim tesciem, który zgodził się zawieźć nas a potem odprowadzić nasze auto pod dom.
Korki oczywiscie byly, ale do przeżycia. Byliśmy na lotnisku o 5:30. Po szybkiej odprawie i przeswietleniu naszych bagaży (nie wykryli ukrytych w nim czterech puszek z owocem chlebowca oraz sercem bananowca, hura!) zakotwiczylismy z laptopem na kolanach przy naszym "gate".
Czas oczekiwania na samolot umilalismy sobie rozmowa oraz tworzeniem list muzyki na iTunes. Nagle maz, widzac kogos w tlumie ludzi, podskoczyl i udal sie w poscig. Okazalo sie, iż wypatrzył naszego kolegę AM, ktory własnie dzisiaj leciał z Chicago do Bangkoku i miał przesiadke na naszym lotnisku! Co za miłe spotkanie!
Punktualnie o 7:30 podstawiono nam samolot linii British Airways a o 8:30 rozpoczęliśmy kolowanie. Wszystko zgodnie z planem.
Samolot (z siedzeniami w rozkladzie 2-4-2) był dość wygodny, obsługa bardzo dobra, jedzenie wysmienite (chociaż, karmienie kilkuset zamkniętych w małej przestrzeni osób salatka z fasoli, uważam za nieporozumienie). Obejrzalam 2 filmy ("District 9" i "Harry Potter and the Haf Blood Prince"), zjadlam potrawke z wolowiny, ucielam sobie drzemke...
O 9:30 przyszła S, siostra Meza. Wspanialomyslnie zgodziła się zaopiekowac nasza kotka podczas naszej nieobecności. Wytlumaczylam jej co i jak i ustalilysmy, ze zabierze Pom-Pom po poludniu, po powrocie z jazdy na snowboardzie.
O 8:30 mieliśmy samolot do Londynu. Uwzgledniwszy fakt, ze przed lotem międzynarodowym należy koczowac na lotnisku przez 3 godziny, oraz możliwość wystąpienia korków na drogach, postanowiliśmy opuścić dom już o 4. Wciąż mieliśmy jednak sporo czasu, postanowiliśmy wiec wyskoczyć z A na śniadanie do Baker's.
Po sniadaniu dokonczylismy pakowanie, posprzatalismy, wypilismy toast kwasem jablkowym Martinelli, poglaskalismy Pom-Pom, zapakowalismy wszystko do samochodu i wyruszylismy do domu rodzicow Meza. Stamtad, po wspolnej modlitwie, wyjechalismy na lotnisko wraz z moim tesciem, który zgodził się zawieźć nas a potem odprowadzić nasze auto pod dom.
Korki oczywiscie byly, ale do przeżycia. Byliśmy na lotnisku o 5:30. Po szybkiej odprawie i przeswietleniu naszych bagaży (nie wykryli ukrytych w nim czterech puszek z owocem chlebowca oraz sercem bananowca, hura!) zakotwiczylismy z laptopem na kolanach przy naszym "gate".
Czas oczekiwania na samolot umilalismy sobie rozmowa oraz tworzeniem list muzyki na iTunes. Nagle maz, widzac kogos w tlumie ludzi, podskoczyl i udal sie w poscig. Okazalo sie, iż wypatrzył naszego kolegę AM, ktory własnie dzisiaj leciał z Chicago do Bangkoku i miał przesiadke na naszym lotnisku! Co za miłe spotkanie!
Punktualnie o 7:30 podstawiono nam samolot linii British Airways a o 8:30 rozpoczęliśmy kolowanie. Wszystko zgodnie z planem.
Samolot (z siedzeniami w rozkladzie 2-4-2) był dość wygodny, obsługa bardzo dobra, jedzenie wysmienite (chociaż, karmienie kilkuset zamkniętych w małej przestrzeni osób salatka z fasoli, uważam za nieporozumienie). Obejrzalam 2 filmy ("District 9" i "Harry Potter and the Haf Blood Prince"), zjadlam potrawke z wolowiny, ucielam sobie drzemke...
Sunday, December 13, 2009
Przygotowywania do wyjazdu
W niedziele wybralam sie na male zakupy, ostatnie przed naszym wyjazdem do Polski.
Wyszlam z domu o godzinie 11 rano. W planach (bardzo zreszta optymistycznych) mialam zawiezienie puszek i butelek do recyclingu, zakup wygodnych spodni, w ktorych bede sie czula komfortowo podczas lotu, drobne zakupy spozywcze w azjatyckim markecie oraz pojscie na basen, zeby sobie jeszcze przed tak dlugim lotem pocwiczyc. Cala akcja miala zajac maksymalnie 4 godziny.
W punkcie recyclingu czekalo mnie zaskoczenie: pomimo niedzieli, oprocz mnie, bylo tam jeszcze jakies 50 osob. Zaparkowalam na koncu parkingu i poszlam do punktu skupu po 2 pojemniki na kolkach, wazace jakies 10 kilo kazdy. Przeciagnelam je, przez bloto i kaluze (padalo ostatnio) w okolice mojego auta i wypelnilam puszkami i plastikowymi butelkami. Poszlam po dwa wiadra na szklo i wozek. Niestety, nawierzchnia, po ktorej przyszlo mi go ciagnac stawiala powazny opor: kolka grzezly w blocie, a stojace na wozku wiadra bez przerwy z niego zjezdzaly.
Wreszcie zlitowal sie nade mna jakis facet i pomogl mi zapchac/zaciagnac to wszystko. Glupia bylam, ze pozwolilam mu odejsc, bo czekaly mnie jeszcze dwie wyprawy: jedna z puszkami i butelkami i druga ze szklem w pojemnikach na wozku. Wszystko razem wazylo jakies 120 kilogramow.
Po pol godzinie pchania wozkow, pojemnikow i wiader bylam tak zziajana, zmeczona i spocona, ze postanowilam odpuscic sobie basen.
Kolejne pol godziny spedzilam stojac w kolejce do skupu. W wyznaczonym miejscu mily Meksykanin szybko wszystko zwazyl i wpisal dane do komputera. Dodal moje informacje z dowodu osobistego, i wydrukowal mi kupon, na ktorym widnialy cyfry rekompensujace caly ten stres i pot: $29.57 . Potem juz tylko zostalo mi podpisanie kuponu, odcisniecie kciuka w wyznaczonym miejscu i ustawienie sie w kolejce po odbior pieniedzy.
Zakupy w WalMarcie bardzo sie przedluzyly: za nic nie moglam znalezc spodni w moim rozmiarze, w koncu jednak moje poszukiwania zostaly uwienczone sukcesem.
Ostatnie miejscem do odwiedzenia byl azjatycki supermarket. Gdy w zolwim tempie do niego jechalam, zadzwonil do mnie maz z prosba, abym kupila tam dla niego orzeszki ziemne. Migiem zrobilam niezbedne zakupy, wsiadlam do samochodu i zauwazylam, ze musze zatankowac.
Po dojechaniu na stacje benzynowa zorientowalam sie, ze w koncu zapomnialam o tych orzeszkach. Zatankowalam, wrocilam do marketu. W miedzy czasie zadzwonil Maz, zebym mu jeszcze kupila lunch w DelTaco.
Jazda do DelTaco w slimaczym tempie... po drodze przypomnialo mi sie, ze powinnam jeszcze pojsc do fryzjera na szybkie podciecie grzywki (taka przyjemnosc kosztuje jedynie $10).
Parking przed galeria handlowa, w ktorej znajduje sie moj fryzjer, byl CALKOWICIE zapelniony. Znalezienie miejsca parkingowego zajelo mi jakies 25 minut. Akcja z podcinaniem grzywki i powrotem do domu- jakas godzine. Do domu wrocilam o 5 po poludniu.
Pakowanie rozpoczelam okolo 6, i juz 3 godziny pozniej bylam gotowa w jakichs 90%. Moj Maz za to zdecydowal, iz za pakowanie zabierze sie wtedy, jak ja skoncze, co skutecznie uniemozliwilo mi pojscie spac o przyzwoitej porze (cale nasze lozko pokryte bylo ubraniami). W koncu, okolo 3 nad ranem, udalismy sie na spoczynek...
Wyszlam z domu o godzinie 11 rano. W planach (bardzo zreszta optymistycznych) mialam zawiezienie puszek i butelek do recyclingu, zakup wygodnych spodni, w ktorych bede sie czula komfortowo podczas lotu, drobne zakupy spozywcze w azjatyckim markecie oraz pojscie na basen, zeby sobie jeszcze przed tak dlugim lotem pocwiczyc. Cala akcja miala zajac maksymalnie 4 godziny.
W punkcie recyclingu czekalo mnie zaskoczenie: pomimo niedzieli, oprocz mnie, bylo tam jeszcze jakies 50 osob. Zaparkowalam na koncu parkingu i poszlam do punktu skupu po 2 pojemniki na kolkach, wazace jakies 10 kilo kazdy. Przeciagnelam je, przez bloto i kaluze (padalo ostatnio) w okolice mojego auta i wypelnilam puszkami i plastikowymi butelkami. Poszlam po dwa wiadra na szklo i wozek. Niestety, nawierzchnia, po ktorej przyszlo mi go ciagnac stawiala powazny opor: kolka grzezly w blocie, a stojace na wozku wiadra bez przerwy z niego zjezdzaly.
Wreszcie zlitowal sie nade mna jakis facet i pomogl mi zapchac/zaciagnac to wszystko. Glupia bylam, ze pozwolilam mu odejsc, bo czekaly mnie jeszcze dwie wyprawy: jedna z puszkami i butelkami i druga ze szklem w pojemnikach na wozku. Wszystko razem wazylo jakies 120 kilogramow.
Po pol godzinie pchania wozkow, pojemnikow i wiader bylam tak zziajana, zmeczona i spocona, ze postanowilam odpuscic sobie basen.
Kolejne pol godziny spedzilam stojac w kolejce do skupu. W wyznaczonym miejscu mily Meksykanin szybko wszystko zwazyl i wpisal dane do komputera. Dodal moje informacje z dowodu osobistego, i wydrukowal mi kupon, na ktorym widnialy cyfry rekompensujace caly ten stres i pot: $29.57 . Potem juz tylko zostalo mi podpisanie kuponu, odcisniecie kciuka w wyznaczonym miejscu i ustawienie sie w kolejce po odbior pieniedzy.
Zakupy w WalMarcie bardzo sie przedluzyly: za nic nie moglam znalezc spodni w moim rozmiarze, w koncu jednak moje poszukiwania zostaly uwienczone sukcesem.
Ostatnie miejscem do odwiedzenia byl azjatycki supermarket. Gdy w zolwim tempie do niego jechalam, zadzwonil do mnie maz z prosba, abym kupila tam dla niego orzeszki ziemne. Migiem zrobilam niezbedne zakupy, wsiadlam do samochodu i zauwazylam, ze musze zatankowac.
Po dojechaniu na stacje benzynowa zorientowalam sie, ze w koncu zapomnialam o tych orzeszkach. Zatankowalam, wrocilam do marketu. W miedzy czasie zadzwonil Maz, zebym mu jeszcze kupila lunch w DelTaco.
Jazda do DelTaco w slimaczym tempie... po drodze przypomnialo mi sie, ze powinnam jeszcze pojsc do fryzjera na szybkie podciecie grzywki (taka przyjemnosc kosztuje jedynie $10).
Parking przed galeria handlowa, w ktorej znajduje sie moj fryzjer, byl CALKOWICIE zapelniony. Znalezienie miejsca parkingowego zajelo mi jakies 25 minut. Akcja z podcinaniem grzywki i powrotem do domu- jakas godzine. Do domu wrocilam o 5 po poludniu.
Pakowanie rozpoczelam okolo 6, i juz 3 godziny pozniej bylam gotowa w jakichs 90%. Moj Maz za to zdecydowal, iz za pakowanie zabierze sie wtedy, jak ja skoncze, co skutecznie uniemozliwilo mi pojscie spac o przyzwoitej porze (cale nasze lozko pokryte bylo ubraniami). W koncu, okolo 3 nad ranem, udalismy sie na spoczynek...
Thursday, December 10, 2009
Mezczyzna potrafi
Dzis rano moj ukochany Malzonek wlal plyn do mycia szyb samochodowych do zbiornika wyrownawczego chlodnicy.
Czy musze pisac, jak bardzo poprawilo mi to nastroj na caly dzien?
Czy musze pisac, jak bardzo poprawilo mi to nastroj na caly dzien?
Tuesday, December 8, 2009
Snieg, tak blisko!
Cala noc i caly dzien padalo. Dzis po poludniu chmury podniosly sie i- zobaczylam osniezone gory. Pieknie wygladaja. Lubie snieg, lubie nawet popatrzec nan z daleka.
Niedlugo bede miala sniegu pod dostatkiem... jade do Polski na swieta.
Niedlugo bede miala sniegu pod dostatkiem... jade do Polski na swieta.
Wednesday, December 2, 2009
Tijuana!
W poniedzialek wieczorem postanowilismy, ze we wtorek wybierzemy sie na wycieczke do Meksyku. Do granicy mamy jedynie 2 godziny jazdy.
We wtorek o godzinie 9 rano, wraz z AW i MB ruszylismy do San Diego. Czekali tam juz na nas ADZ, GW i DL. Cala nasza siodemka, w dwoch Nissanach Xterra, wyruszyla w kierunku granicy.
Po 30 minutach ujrzelismy znaki informujace nas, ze Meksyk juz blisko.
Zaparkowalismy auta po amerykanskiej stronie i na piechote ruszylismy w dalsza droge.
Wyglad przejscia granicznego bardzo mnie zaskoczyl. Spodziewalam sie, tak jak w Europie, okienka i celnika, ktory kazdemu zada kilka pytan. Okienko owszem, bylo, ale zwykly turysta nie musial do niego podchodzic. Wystarczylo przejsc przez obrotowa bramke, potem przez druga...
... i juz jestesmy w Meksyku.
Tijuana jest typowo "turystyczna" miejscowoscia. Mozna tu zaopatrzyc sie w roznego rodzaju bizuterie, koce, meksykanskie poncha, marakasy i wiele, wiele innych drobiazgow. Mozna bezkarnie zakupic leki, ktore w Stanach Zjednoczonych sa na recepte. Mozna rowniez zjesc doskonale (bo oryginalne) meksykanskie jedzenie, oraz spedzic wieczor w barze, pijac piwo i grajac w bilard.
Jest bardzo tanio. Sprzedawcy, widzac turystow na ulicy, zapraszaja do srodka i zachwalaja swoje towary. Chetnie sie targuja. Potrafia zgodzic sie na zbicie ceny o 70%, czestuja w sklepie tequila, robia wszystko, zeby tylko sprzedac towar. Nie sa jednak meczacy, tak jak, na przyklad, sprzedawcy w Turcji, ktorzy w celach zarobkowych uciekaja sie czesto do bardzo nieczystych zagran. Bylam w Turcji pare lat temu i musze przyznac, ze zdecydowanie bardziej podoba mi sie atmosfera Tijuany. Pomimo panujacej wszedzie biedy, ludzie sa usmiechnieci i skorzy do zartow.
GW i ADZ, stali bywalcy Tijuany, zabrali nas do malej restauracyjki z najlepszym jedzeniem w okolicy.
Zaraz pojawil sie okoliczny bard z gitara, ktory, na zyczenie Meza, zaspiewal "Volver, volver".
Przez reszte dnia spacerowalismy po okolicy, kupowalismy drobne upominki, jedlismy tacos i tamales... niektorzy z nas wybrali sie nawet do aptek po jakies niedostepne w Stanach pigulki. Okolo 6 wieczorem stwierdzilismy, ze juz czas wracac do domu.
Szescioro z nas przeszlo przez granice bez problemu (nawet ci, ktorzy zapomnieli paszportow). Jedynie GW zostala zatrzymana, gdyz... miala niezaplacony mandat w innym stanie. Po wyjasnieniu sprawy, ktore trwalo okolo godzily, GW wrocila. Wsiedlismy w nasze samochody i, wraz z zakupionymi marakasami, kocami i ponczami, wyruszylismy w droge powrotna do San Diego i Los Angeles.
Monday, November 30, 2009
Swieto Dziekczynienia 2009
Mam za soba juz 3 Swieta Dziekczynienia. Tegoroczne bylo chyba najmniej tradycyjne.
W srode tesciowie wrocili z wycieczki po Europie, totez w czwartek (w swieto wlasciwe) byli zupelnie wykonczeni. O tradycyjnym obiedzie nie moglo byc mowy, przygotowalismy wiec z Mezem i szwagierka skromna kolacje, ktora wszyscy szybko spozyli i poszli spac.
W piatek przyjechala z SD druga siostra Meza, ale do swiatecznego obiadu rowniez nie doszlo.
W sobote, po sutym sniadaniu, a pozniej lanczu w kosciele, szybko odpedzilismy mysli o obiedzie.
W niedziele z rozrzewnieniem wspominalam Swieto Dziekczynienia, ktore spedzilam w Iowa. Pieczenie bulek i plackow z MF, obiad u BF...
W srode tesciowie wrocili z wycieczki po Europie, totez w czwartek (w swieto wlasciwe) byli zupelnie wykonczeni. O tradycyjnym obiedzie nie moglo byc mowy, przygotowalismy wiec z Mezem i szwagierka skromna kolacje, ktora wszyscy szybko spozyli i poszli spac.
W piatek przyjechala z SD druga siostra Meza, ale do swiatecznego obiadu rowniez nie doszlo.
W sobote, po sutym sniadaniu, a pozniej lanczu w kosciele, szybko odpedzilismy mysli o obiedzie.
W niedziele z rozrzewnieniem wspominalam Swieto Dziekczynienia, ktore spedzilam w Iowa. Pieczenie bulek i plackow z MF, obiad u BF...
Tuesday, November 24, 2009
Made in...
Szwagierka wrocila z Hawajow i przywiozla nam drobne upominki:
- dla mnie- maly bebenek, zrobiony w Indonezji.
- dla meza- t-shirt, zrobiony w Hondurasie.
- dla kolezanki- magnes na lodowke, zrobiony w Chinach.
Wszystko hawajskie.
- dla mnie- maly bebenek, zrobiony w Indonezji.
- dla meza- t-shirt, zrobiony w Hondurasie.
- dla kolezanki- magnes na lodowke, zrobiony w Chinach.
Wszystko hawajskie.
Friday, November 20, 2009
Wycieczka do Big Sur- koszty
Camping Jalama Beach Park: $30- $10 od osoby (3 osoby na campingu)
Camping Pfeiffer Big Sur State Park: $95- $15 od osoby (6 osob na campingu)
Camping Pismo North Beach: $25- $8.35 od osoby (3 osoby na campingu)
Jedzenie $80 (nie wliczajac restauracji)- $13.35 od osoby (6 osob jedzacych)
razem: od $28.35 do $46.7
(plus paliwo)
Camping Pfeiffer Big Sur State Park: $95- $15 od osoby (6 osob na campingu)
Camping Pismo North Beach: $25- $8.35 od osoby (3 osoby na campingu)
Jedzenie $80 (nie wliczajac restauracji)- $13.35 od osoby (6 osob jedzacych)
razem: od $28.35 do $46.7
(plus paliwo)
Thursday, November 19, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien piaty- powrot do domu
Ostatnie wspolne sniadanie, ostatnie wspolne zdjecia. Trzy godziny jazdy. Los Angeles wita nas korkami na ulicach.
Tuesday, November 17, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien czwarty- Pismo
W koncu nadszedl ostatni dzien naszej wycieczki. Zjedlismy pozywne sniadanie zlozone z jajek na bekonie (lub na kielbasie indyczej, jak kto wolal), spakowalismy namioty, pudla, plecaki- i juz wszyscy gotowi byli do drogi. Maz, DL i GW udali sie na lotnisko. My (ADZ, MB i ja) zas stwierdzilismy, ze spedzenie calego dnia w samochodzie (czekalo nas 6 godzin jazdy) jest ostatnia rzecza, na jaka mamy ochote, i postanowilismy... przedluzyc sobie wycieczke o jeden dzien. Wyruszylismy wiec w droge powrotna, ale bardzo powoli, zatrzymujac sie w roznych miejscach. Odwiedzilismy:
- Deetjen's Big Sur Inn- uroczy hotelik, zbudowany w stylu norweskim,
- Lulu's Restaurant, gdzies w okolicy San Simeon, gdzie zjedlismy burgera po meksykansku i salatke, oraz zrobilismy sporo pieknych zdjec,
- Mala plaze w miejscowosci Cambria, gdzie wylegiwaly sie setki fok! Widok byl zadziwiajacy. Przy okazji mialam mozliwosc zweryfikowania mojej opinii o tych zwierzetach. Zawsze wydawalo mi sie, iz sa urocze i niewinne, tymczasem tabliczka iformacyjna ostrzegala, iz foki moga byc niebezpieczne. Jakby na potwierdzenie tych wiadomosci, z plazy rozlegaly sie zlowrogie odglosy warczenia, bekania i puszczanych bakow. Zapach rowniez nie zachecal: chyba najwiekszy wrog uciekalby ile sil w nogach, poczuwszy ten odor. Mimo to widok byl wspanialy: tyle fok w jednym miejscu!
Noc spedzilismy na campingu w Pismo North Beach. Tym razem bylo duzo cieplej i wiatr nie wial tak bardzo.
- Deetjen's Big Sur Inn- uroczy hotelik, zbudowany w stylu norweskim,
- Lulu's Restaurant, gdzies w okolicy San Simeon, gdzie zjedlismy burgera po meksykansku i salatke, oraz zrobilismy sporo pieknych zdjec,
- Mala plaze w miejscowosci Cambria, gdzie wylegiwaly sie setki fok! Widok byl zadziwiajacy. Przy okazji mialam mozliwosc zweryfikowania mojej opinii o tych zwierzetach. Zawsze wydawalo mi sie, iz sa urocze i niewinne, tymczasem tabliczka iformacyjna ostrzegala, iz foki moga byc niebezpieczne. Jakby na potwierdzenie tych wiadomosci, z plazy rozlegaly sie zlowrogie odglosy warczenia, bekania i puszczanych bakow. Zapach rowniez nie zachecal: chyba najwiekszy wrog uciekalby ile sil w nogach, poczuwszy ten odor. Mimo to widok byl wspanialy: tyle fok w jednym miejscu!
Noc spedzilismy na campingu w Pismo North Beach. Tym razem bylo duzo cieplej i wiatr nie wial tak bardzo.
Monday, November 16, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien trzeci
Ranek przywital nas skrzeczeniem modrosojek blekitnych (blue jay).
Caly czas bylo zimno, nie tylko ze wzgledu na pore roku, ale rowniez dlatego, ze nasz camping znajdowal sie w samym srodku sekwojowego lasu. Sekwoja wiecznie zielona (Sequoia sempervirens) zyje do okolo 2 tysiecy lat i dorasta do 100 metrow wysokosci. Nic dziwnego, ze nasz camping byl porzadnie zacieniony.
Po sniadaniu i porannej toalecie wybralismy sie na pieciogodzinna wycieczke po lesie. Szlismy przez wode...
... i po lesnych sciezkach...
... przez bezdroza...
... pod drzewami...
... i po drzewach...
... az w koncu dotarlismy do wodospadu...
Droga powrotna zajela nam duzo mniej czasu niz wspinaczka pod gore. Okolo 5 wieczorem bylismy spowrotem na campingu.
Bylam bardzo mile zaskoczona faktem, iz na naszym campingu znajdowaly sie prysznice i toalety- oba przybytki bardzo czyste. Z prysznica skorzystalam dwa razy: za jedyne 25 centow moglam rozkoszowac sie ciepla woda przez 3 minuty (co w zupelnosci wystarczylo mi na namoczenie sie, namydlenie, splukanie i chwile relaksu).
Toalety mialy jeden minus, mianowicie: papier toaletowy zamontowany byl na uchwytach tak szerokich, ze zupelnie sie nie obracal. Bylo to dosc niewygodne i wraz z DL zastanawialismy sie, jak ten problem rozwiazac. Za ktoryms razem DL wrocil z toalety z triumfalnym usmiechem na twarzy i wielkim, rzeznickim nozem w reku. Nasze frustracje zniknely jak reka odjal.
Tego wieczoru jedlismy ostatnia wspolna kolacje: steki i kurczaka, oraz grillowane warzywa: kukurydze, ziemniaki, cukinie, squasha, papryke i cebule. Mieso grillowalo sie dosc dlugo, totez cala nasza szostka otoczyla ognisko i glodnym wzrokiem wpatrywala sie w skwierczace steki. Wreszcie MB oglosil, iz obiad gotowy. Gdyby ktos nam sie wtedy przygladal, ujrzalby wydajacych okrzyki radosci ludzi, ktorzy najpierw rzucaja sie na jedzenie, a pozniej spozywaja je bez uzycia sztuccow. Piec minut i bylo po wszystkim.
Sunday, November 15, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien drugi
Obudzilismy sie wczesnie rano, nieco zmarznieci, ale dosc wyspani. Postanowilismy, ze zamiast gotowac, udamy sie na sniadanie do oddalonej o 20 mil miejscowosci Lompoc.
Przy pakowaniu pudel do samochodu zauwazylismy, ze ktos- a raczej cos- zjadlo nasz chleb. Nasze podejrzenie padlo na wielkie, niebieskoszare wiewiorki, biegajace wkolo, ale niezbitych dowodow nie mielismy.
Po sniadaniu ruszylismy w dalsza droge. Krajobraz szybko zaczal sie zmieniac. Po minieciu San Luis Obispo mielismy gory po prawej stronie a ocean po lewej. Nasze telefony przestaly dzialac. Jazda po kretej, gorskiej drodze sprawila, ze choroba lokomocyjna zaczela dawac mi sie we znaki. Na szczescie kolo godziny 3 po poludniu dotarlismy do celu: Pfeiffer Big Sur State Park. Po 30 minutach dolaczyli do nas DL, GW i moj maz, M.
Camping okazal sie byc przepieknym miejscem pelnym... dzikich indykow, ktore, gulgoczac glosno, przechadzaly sie po okolicy. Udalo mi sie podejsc bardzo, bardzo blisko, i zrobic im pare zdjec. DL probowal zapedzic ptaki w okolice naszych namiotow, aby mu pieknie zapozowaly. Nie spodziewal sie, ze indyki, znalazlszy sie miedzy pagorkiem a naszym obozem, wybiora wedrowke po stromym zboczu. Nie przypuszczalam, ze te ptaki sa do tego zdolne.
Zmierzch zapadl szybko. Po rozbiciu obozu zabralismy sie za gotowanie kolacji. MB, nasz najzdolniejszy kucharz, przygotowal nam zupe serowo- brokulowo- cebulowo- ziemniaczana oraz chilli.
Po kolacji ubralismy sie we wszystko, co tylko mielismy (bylo bardzo zimno) i siedzielismy przy ognisku rozmawiajac, sluchajac muzyki...
Przy pakowaniu pudel do samochodu zauwazylismy, ze ktos- a raczej cos- zjadlo nasz chleb. Nasze podejrzenie padlo na wielkie, niebieskoszare wiewiorki, biegajace wkolo, ale niezbitych dowodow nie mielismy.
Po sniadaniu ruszylismy w dalsza droge. Krajobraz szybko zaczal sie zmieniac. Po minieciu San Luis Obispo mielismy gory po prawej stronie a ocean po lewej. Nasze telefony przestaly dzialac. Jazda po kretej, gorskiej drodze sprawila, ze choroba lokomocyjna zaczela dawac mi sie we znaki. Na szczescie kolo godziny 3 po poludniu dotarlismy do celu: Pfeiffer Big Sur State Park. Po 30 minutach dolaczyli do nas DL, GW i moj maz, M.
Camping okazal sie byc przepieknym miejscem pelnym... dzikich indykow, ktore, gulgoczac glosno, przechadzaly sie po okolicy. Udalo mi sie podejsc bardzo, bardzo blisko, i zrobic im pare zdjec. DL probowal zapedzic ptaki w okolice naszych namiotow, aby mu pieknie zapozowaly. Nie spodziewal sie, ze indyki, znalazlszy sie miedzy pagorkiem a naszym obozem, wybiora wedrowke po stromym zboczu. Nie przypuszczalam, ze te ptaki sa do tego zdolne.
Zmierzch zapadl szybko. Po rozbiciu obozu zabralismy sie za gotowanie kolacji. MB, nasz najzdolniejszy kucharz, przygotowal nam zupe serowo- brokulowo- cebulowo- ziemniaczana oraz chilli.
Po kolacji ubralismy sie we wszystko, co tylko mielismy (bylo bardzo zimno) i siedzielismy przy ognisku rozmawiajac, sluchajac muzyki...
Saturday, November 14, 2009
Wycieczka do Big Sur- dzien pierwszy- Jalama
Rok powoli dobiega konca. Temperatury spadaja (nawet w Californi). Postanowilismy, ze jeszcze przed koncem roku pojedziemy na wycieczke z namiotami, ostatnia, konczaca sezon.
Nasz wybor padl na Big Sur, nie tylko dlatego, ze jest tam pieknie, ale rowniez dlatego, ze moj Maz wybieral sie tam na weekend do pracy. Postanowilismy wiec polaczyc przyjemnosc z obowiazkiem i juz od srody gromadzilismy potrzebny sprzet.
14 listopada Maz polecial samolotem do Big Sur, aby wraz z DL, GW i pracowac tam cala sobote i pol niedzieli. Ja, MB i ADZ (nasz mlody, meksykanski przyjaciel) mielismy do nich dojechac w niedziele. Stwierdzilismy jednak, ze szkoda marnowac tak piekny dzien: w sobote po poludniu zapakowalismy wielka ciezarowke MB i wyruszylismy sladem Meza (tyle tylko, ze droga ladowa). Prowadzacy auto MB nie jechal wolniej niz 80 mil na godzine, wkrotce wiec opuscilismy tereny zurbanizowane i mielismy okazje podziwiac piekna przyrode oraz bardzo wlochate krowy pasace sie na pastwiskach. W okolicach Hearst Castle zauwazylam zwierzeta w biale i czarne pasy.
- Zebry!- wykrzyknelam - patrzcie, chlopaki!- ale paskowane konie szybko zniknely za zakretem. Moi towarzysze podrozy popatrzyli sie na siebie znaczaco a potem powiedzieli, ze oni z reguly widza zebry jak sporo wypija.
Krajobraz zaczal sie zmieniac i wkrotce naszym oczom ukazal sie ocean oraz postrzepione zbocza gor.
Okolo godziny 5 wieczorem dojechalismy do Gaviota. Niestety, okazalo sie, ze camping, na ktorym chcielismy spedzic noc, jest zamkniety. Nici z wizyty na plazy nudystow, ktora tak zachwalal MB. Lesniczy wskazal nam droge do innego campingu, oddalonego o zaledwie 20 mil.
Grubo po zmroku dojechalismy do Jalama Beach Park.
Wyskoczylam zwawo z samochodu ale po chwili tego pozalowalam: okropnie wialo. Bylo przejmujaco zimno. Probowalam niesmialo przekonac chlopakow, ze nie warto rozbijaci obozu, i ze spokojnie mozemy przenocowac w samochodzie. Jednak MB i ADZ zadziwiajaco szybko rozstawili namiot, a ja, doswiadczona harcerka, zabralam sie za budowanie ogniska. Zaplonelo od pierwszej zapalki.
Panowie rozgrzewali sie napojami wyskokowymi, ja zas zalozylam na siebie 7 warstw odziezy (w tym 2 z kapturem). Noc byla piekna. Nie widzialam nigdy w zyciu tylu gwiazd na raz. Wraz z ADZ zaczelismy robic zdjecia, eksperymentowac... w koncu, zacheceni rezultatami, ktore moglismy obejrzec na ekranie aparatu, wszyscy zlapalismy za gorace patyki i zaczelismy nimi wypisywac nasze imiona i rysowac znaki w powietrzu.
Okolo 11 udalismy sie do namiotu na spoczynek. Namiot uginal sie pod sila wiatru. Przytuleni do siebie jakos wytrwalismy do rana...
Wednesday, November 4, 2009
Rowery i my
Dzis rano pojechalismy z Mezem i tesciem w gory, pojezdzic na rowerach.
Tata M parl dzielnie pod gore, zostawiajac mnie i Meza w tyle (niezbyt daleko, ale jednak w tyle). Trasa nie byla latwa. Duzo wzniesien (wspielismy sie na wysokosc 482 stop), duzo spadkow, duzo kamieni. Waska, wyboista droga, najezona po bokach kaktusami.
Chcialabym byc w takiej kondycji jak moj tesc, nie za 30 lat, ale juz teraz.
Fajnie by bylo, tak jak Marla Streb, zarabiac na zycie jazda na rowerze.
Jedynym minusem, jaki widze, byloby wczesne wstawanie (w lipcu lub sierpniu, o godzinie 10 rano, temperatura powietrza w poludniowej Californi osiaga 30 stopni Celsjusza), ale pozniej to juz sama przyjemnosc.
Oto mapa naszej trasy:
Tata M parl dzielnie pod gore, zostawiajac mnie i Meza w tyle (niezbyt daleko, ale jednak w tyle). Trasa nie byla latwa. Duzo wzniesien (wspielismy sie na wysokosc 482 stop), duzo spadkow, duzo kamieni. Waska, wyboista droga, najezona po bokach kaktusami.
Chcialabym byc w takiej kondycji jak moj tesc, nie za 30 lat, ale juz teraz.
Fajnie by bylo, tak jak Marla Streb, zarabiac na zycie jazda na rowerze.
Jedynym minusem, jaki widze, byloby wczesne wstawanie (w lipcu lub sierpniu, o godzinie 10 rano, temperatura powietrza w poludniowej Californi osiaga 30 stopni Celsjusza), ale pozniej to juz sama przyjemnosc.
Oto mapa naszej trasy:
A tutaj bardziej szczegolowo:
MapMyFitness.com | View IMapMyFitness Nov 4, 2009 12:55 PM in San Dimas, California
Monday, November 2, 2009
Halloween w West Hollywood
Jak co roku w Halloween, w West Hollywood odbywa sie parada przebierancow. Wczoraj wieczorem, okolo godziny 7 wieczorem opuscilismy dom, aby obejrzec to niesamowite widowisko.
W West Hollywood bylismy juz o godzinie 8, ale znalezienie parkingu zajelo nam dwie i pol godziny! Ta drobna niedogodnosc, polaczona z faktem, iz do miejsca akcji musielismy jeszcze isc pol godziny, nie zepsula nam jednak humorow. Naprawde bylo na co popatrzec. Jeden obrazek wart jest tysiac slow, pozwole wiec fotografiom mowic za mnie:
W West Hollywood bylismy juz o godzinie 8, ale znalezienie parkingu zajelo nam dwie i pol godziny! Ta drobna niedogodnosc, polaczona z faktem, iz do miejsca akcji musielismy jeszcze isc pol godziny, nie zepsula nam jednak humorow. Naprawde bylo na co popatrzec. Jeden obrazek wart jest tysiac slow, pozwole wiec fotografiom mowic za mnie:
Subscribe to:
Posts (Atom)















.jpg)
.jpg)
.jpg)


a.jpg)
