Kilka tygodni temu, podczas inwentaryzacji domu klienta, zauwazylam wiszace w ogrodzie pojemniki z czerwonym plynem. Nigdy wczesniej nie widzialam niczego podobnego.
-M, co to takiego?- zapytalam szefa, ktory rowniez uwijal sie obok mnie z tasma miernicza.
-To sa karmniki dla kolibrow- odpowiedzial M usmiechajac sie.
Pare tygodni temu Maz kupil w WalMarcie podobne cudo. Wieczorem wlalam do karmnika nektar sporzadzony wedlug przepisu znalezionego w Googlu: 2 czesci wody, 1 czesc bialego cukru (najmniejsza ilosc cukru, z jaka mozna sporzadzic nektar, to 1 na 4 czesci wody- koliberki potrzebuja energii).
Nastepnego dnia, bedac w pracy, dostalam od Meza smsa nastepujacej tresci: "Karmnik dla kolibrow dziala!".
Po powrocie do domu przekonalam sie o tym na wlasne oczy:
Koliberki przylatuja dwa- trzy razy na godzine. Teraz, razem z kotka siedzimy przy oknie i obserwujemy ptaki.
Tuesday, June 22, 2010
Friday, June 11, 2010
Architekt zarejestrowany
Dowiedzialam sie dzisiaj, ze moj szef nie jest zarejestrowanym architektem. Po prostu, po skonczeniu studiow rozpoczal prace, najpierw w jakiejs firmie, a potem samodzielna.
W Californi nie trzeba byc zarejestrowanym architektem, jesli projektuje sie budynki niekomercyjne do 10 000 stop kwadratowych. Jesli chce sie zaszalec i zbudowac cos wiekszego (lub komercyjnego), trzeba znalezc zarejestrowanego architekta (na przyklad jakiegos szkolnego kolege), ktory nam taki projekt podpisze.
Bardzo mnie ten fakt pocieszyl. Moj szef ma ogromne umiejetnosci i projektuje piekne budynki nie bedac zarejestrowanym architektem. A to oznacza, ze jesli nawet nie uda mi sie dostac na studia, to mam wielkie szanse pracowac w zawodzie i osiagac sukcesy, bez skonczenia amerykanskich studiow i nie bedac zarejestrowana. To ostatnie moze kiedys ulec zmianie... mysle, ze po latach praktyki nabede wystarczajace umiejetnosci, aby zdac egzamin na architekta zarejestrowanego.
W Californi nie trzeba byc zarejestrowanym architektem, jesli projektuje sie budynki niekomercyjne do 10 000 stop kwadratowych. Jesli chce sie zaszalec i zbudowac cos wiekszego (lub komercyjnego), trzeba znalezc zarejestrowanego architekta (na przyklad jakiegos szkolnego kolege), ktory nam taki projekt podpisze.
Bardzo mnie ten fakt pocieszyl. Moj szef ma ogromne umiejetnosci i projektuje piekne budynki nie bedac zarejestrowanym architektem. A to oznacza, ze jesli nawet nie uda mi sie dostac na studia, to mam wielkie szanse pracowac w zawodzie i osiagac sukcesy, bez skonczenia amerykanskich studiow i nie bedac zarejestrowana. To ostatnie moze kiedys ulec zmianie... mysle, ze po latach praktyki nabede wystarczajace umiejetnosci, aby zdac egzamin na architekta zarejestrowanego.
Wednesday, June 9, 2010
"Drzwi otwarte"
Za namowa koordynatora architektury z CalPoly, wybralam sie wczoraj na "drzwi otwarte". Specjalnie wyszlam pol godziny wczesniej z pracy, aby dotrzec tam na czas.
Niestety rozczarowalam sie. Okazalo sie, ze to nie zadne spotkanie dla potencjalnych studentow, ale zjazd absolwentow architektury rocznika '85. Oprocz mnie i tychze absolwentow nie bylo tam nikogo.
-A ty... w ktorym roku skonczylas studia?- zapytala mnie z lekkim przekasem siwowlosa kobieta, do ktorej witajacy gosci studenci skierowali mnie po informacje.
-W 2006- odparlam niezrazona- ale nie tutaj, w Polsce. Tutaj chcialabym zapisac sie na masters program i szukam kogos, kto moglby mi udzielic informacji.
-A to musisz rozmawiac z koordynatorem. To ten facet w pasiastej koszuli.
Splawiona przez kobiete podeszlam do pasiastego, przedstawilam sie i zapytalam, czy jest mozliwosc umowienia sie z nim na spotkanie (chcialam pokazac mu moje portfolio).
-Nie- odparl- od lipca nas juz tu nie bedzie.
-Ale.... kiedys wracacie, prawda?- zapytalam.
-Tak. Jesienia 2011 gdy rozpocznie sie nowy rok akademicki.
-Czy jest mozliwosc zapisania sie na zajecia z programu bachelor?- drazylam dalej.
-Nie. Nie ma miejsc. Na masters tez mamy 10 kandydatow na jedno miejsce wiec, ha, ha, ha, powodzenia.
-Pani z administracji wspominala cos o Extended College of Open University, gdzie moglabym podszkolic sie przed rozpoczeciem masters program w CalPoly, czy moze mi pan cos na ten temat powiedziec?
-Nie. To nie ja. To tamten facet z iPhonem.
Zrezygnowana poszlam do faceta z iPhonem, ktory, dla odmiany, patrzyl mi w oczy podczas rozmowy i nie usilowal sie mnie pozbyc. Dowiedzialam sie, ze w ECOU zajecia odbywaja sie w trybie zaocznym. Najblizszy "semestr" zaczyna sie w lipcu. Studenci moga zapisac sie maksymalnie na 2 przedmioty, jeden projektowy (tymi nie jestem zainteresowana) a jeden wykladowy. Zajecia odbywaja sie w ciagu czterech lub pieciu sobot i kosztuja... $1000. Facet od iPhona dal mi swoj numer telefonu i adres email i poprosil o kontakt. Wspomnial rowniez, ze 29 czerwca odbedzie sie spotkanie organizacyjne, na ktorym odpowie na moje szczegolowe pytania.
Chyba nic z tego ECOU nie wyjdzie, wiec zostaje mi czekac do jesieni 2011 i liczyc na cud.
10 kandydatow na jedno miejsce...
Moglam spokojnie zostac w pracy. Mialabym z tego wiecej korzysci niz z tego spotkania.
Niestety rozczarowalam sie. Okazalo sie, ze to nie zadne spotkanie dla potencjalnych studentow, ale zjazd absolwentow architektury rocznika '85. Oprocz mnie i tychze absolwentow nie bylo tam nikogo.
-A ty... w ktorym roku skonczylas studia?- zapytala mnie z lekkim przekasem siwowlosa kobieta, do ktorej witajacy gosci studenci skierowali mnie po informacje.
-W 2006- odparlam niezrazona- ale nie tutaj, w Polsce. Tutaj chcialabym zapisac sie na masters program i szukam kogos, kto moglby mi udzielic informacji.
-A to musisz rozmawiac z koordynatorem. To ten facet w pasiastej koszuli.
Splawiona przez kobiete podeszlam do pasiastego, przedstawilam sie i zapytalam, czy jest mozliwosc umowienia sie z nim na spotkanie (chcialam pokazac mu moje portfolio).
-Nie- odparl- od lipca nas juz tu nie bedzie.
-Ale.... kiedys wracacie, prawda?- zapytalam.
-Tak. Jesienia 2011 gdy rozpocznie sie nowy rok akademicki.
-Czy jest mozliwosc zapisania sie na zajecia z programu bachelor?- drazylam dalej.
-Nie. Nie ma miejsc. Na masters tez mamy 10 kandydatow na jedno miejsce wiec, ha, ha, ha, powodzenia.
-Pani z administracji wspominala cos o Extended College of Open University, gdzie moglabym podszkolic sie przed rozpoczeciem masters program w CalPoly, czy moze mi pan cos na ten temat powiedziec?
-Nie. To nie ja. To tamten facet z iPhonem.
Zrezygnowana poszlam do faceta z iPhonem, ktory, dla odmiany, patrzyl mi w oczy podczas rozmowy i nie usilowal sie mnie pozbyc. Dowiedzialam sie, ze w ECOU zajecia odbywaja sie w trybie zaocznym. Najblizszy "semestr" zaczyna sie w lipcu. Studenci moga zapisac sie maksymalnie na 2 przedmioty, jeden projektowy (tymi nie jestem zainteresowana) a jeden wykladowy. Zajecia odbywaja sie w ciagu czterech lub pieciu sobot i kosztuja... $1000. Facet od iPhona dal mi swoj numer telefonu i adres email i poprosil o kontakt. Wspomnial rowniez, ze 29 czerwca odbedzie sie spotkanie organizacyjne, na ktorym odpowie na moje szczegolowe pytania.
Chyba nic z tego ECOU nie wyjdzie, wiec zostaje mi czekac do jesieni 2011 i liczyc na cud.
10 kandydatow na jedno miejsce...
Moglam spokojnie zostac w pracy. Mialabym z tego wiecej korzysci niz z tego spotkania.
Sunday, May 30, 2010
3 dni pozniej
Po trzech dniach od smierci D jestem wreszcie w stanie normalnie funkcjonowac i myslec trzezwo. Plakalam caly czwartkowy wieczor i caly piatek. Dzis rano obudzilam sie z potwornym bolem glowy, po czym zasnelam ponownie i ocknelam sie okolo godziny 4 po poludniu.
Minely 3 dni i jestem w stanie myslec o D bez lez splywajacych po mojej twarzy.
Zycie toczy sie dalej i jest to- o dziwo- zupelnie naturalne. W piatek rano pojechalam do Starbucks na sniadanie (pomimo ogromnego smutku bylam jednak glodna). Ludzie wciaz robia tam herbate z mlekiem oraz bulki z jagodami. Inni ludzie wciaz je jedza.
Ziemia wciaz sie kreci wokol slonca. Tyle tylko, ze bez D. Nigdy juz z nim nie porozmawiam. Nigdy wiecej nie zagramy razem koncertu. D nie przyjedzie do mnie w sierpniu. Nigdy nie bede miala okazji powiedziec mu, jak wiele Bog zrobil w moim zyciu.
Codziennie modle sie, aby Bog dal mi zrozumienie tego, co sie stalo, powodu, dla ktorego zupelnie zrownowazony, radosny mlody mezczyzna, zdecydowal sie na taki krok.
Wiem, ze w calym swoim milosierdziu Bog pozwoli nam spotkac sie ponownie.
Minely 3 dni i jestem w stanie myslec o D bez lez splywajacych po mojej twarzy.
Zycie toczy sie dalej i jest to- o dziwo- zupelnie naturalne. W piatek rano pojechalam do Starbucks na sniadanie (pomimo ogromnego smutku bylam jednak glodna). Ludzie wciaz robia tam herbate z mlekiem oraz bulki z jagodami. Inni ludzie wciaz je jedza.
Ziemia wciaz sie kreci wokol slonca. Tyle tylko, ze bez D. Nigdy juz z nim nie porozmawiam. Nigdy wiecej nie zagramy razem koncertu. D nie przyjedzie do mnie w sierpniu. Nigdy nie bede miala okazji powiedziec mu, jak wiele Bog zrobil w moim zyciu.
Codziennie modle sie, aby Bog dal mi zrozumienie tego, co sie stalo, powodu, dla ktorego zupelnie zrownowazony, radosny mlody mezczyzna, zdecydowal sie na taki krok.
Wiem, ze w calym swoim milosierdziu Bog pozwoli nam spotkac sie ponownie.
Friday, May 28, 2010
D
D poznalam w Iowa. Przedstawil mi go S, kolega, ktorego poznalam na imprezie:
Spelnia sie moje najwieksze marzenie
2 tygodnie pozniej gralismy razem koncert dla nowych studentow uniwersytetu MUM:
Ostatnie godziny przed koncertem
Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008
D stal sie jednym z moich najlepszych przyjaciol. Spedzalismy razem duzo czasu grajac na gitarach, spiewajac, cwiczac do "otwartych mikrofonow" a takze rozmawiajac o zyciu. To wlasnie D dal mi kiedys ksiazke Byron Katie, ksiazke, ktora zmienila moje zycie, ksiazke, dzieki ktorej nauczylam sie akceptowac wiele rzeczy takimi, jakie sa.
Duchowe swiecenie
D byl pogodnym, radosnym, wiecznie usmiechnietym wysokim blondynem z imponujacymi uszami. Znalo go cale miasto (F liczy sobie okolo 9000 mieszkancow). Ktokolwiek mial z nim do czynienia stwierdzal, ze D jest osoba niezwykla.
W grudniu 2008 przeprowadzilam sie do Californi. Utrzymywalismy kontakt telefoniczny, nieco rozluzniony (wiadomo- inny stan, inna strefa czasowa), ale bliski. Nasze rozmowy byly zawsze szczere i osobiste, naszych relacji nie zmienil czas ani odleglosc.
Ostatni raz rozmawialam z D w piatek, 21 maja, okolo godziny 7:30 wieczorem czasu Kalifornijskiego. Mowil, ze zrobil sobie przerwe w pracy i ze przechodzil dosc trudne chwile, ale wszystko jest na dobrej drodze, i czuje sie duzo lepiej. Przeprowadzil sie do nowego domu. Zbudowal sobie studio muzyczne w piwnicy. Znalazl kumpla do gitary. Zaczal nawet nagrywac. Wspominal, ze ma wykupiony bilet do Kaliforni na sierpien, i ze bardzo chetnie sie ze mna zobaczy. Pare razy nasza rozmowa zostala rozlaczona (mam bardzo slaby zasieg w mojej chatce), zostawil mi wiadomosc, ze nastepnym razem musimy porozmawiac na skype, bo wtedy lacznosc bedzie stabilna.
Nastepnego razu nie bylo. Wczoraj wieczorem D popelnil samobojstwo.
Spelnia sie moje najwieksze marzenie
2 tygodnie pozniej gralismy razem koncert dla nowych studentow uniwersytetu MUM:
Ostatnie godziny przed koncertem
Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008
D stal sie jednym z moich najlepszych przyjaciol. Spedzalismy razem duzo czasu grajac na gitarach, spiewajac, cwiczac do "otwartych mikrofonow" a takze rozmawiajac o zyciu. To wlasnie D dal mi kiedys ksiazke Byron Katie, ksiazke, ktora zmienila moje zycie, ksiazke, dzieki ktorej nauczylam sie akceptowac wiele rzeczy takimi, jakie sa.
Duchowe swiecenie
D byl pogodnym, radosnym, wiecznie usmiechnietym wysokim blondynem z imponujacymi uszami. Znalo go cale miasto (F liczy sobie okolo 9000 mieszkancow). Ktokolwiek mial z nim do czynienia stwierdzal, ze D jest osoba niezwykla.
W grudniu 2008 przeprowadzilam sie do Californi. Utrzymywalismy kontakt telefoniczny, nieco rozluzniony (wiadomo- inny stan, inna strefa czasowa), ale bliski. Nasze rozmowy byly zawsze szczere i osobiste, naszych relacji nie zmienil czas ani odleglosc.
Ostatni raz rozmawialam z D w piatek, 21 maja, okolo godziny 7:30 wieczorem czasu Kalifornijskiego. Mowil, ze zrobil sobie przerwe w pracy i ze przechodzil dosc trudne chwile, ale wszystko jest na dobrej drodze, i czuje sie duzo lepiej. Przeprowadzil sie do nowego domu. Zbudowal sobie studio muzyczne w piwnicy. Znalazl kumpla do gitary. Zaczal nawet nagrywac. Wspominal, ze ma wykupiony bilet do Kaliforni na sierpien, i ze bardzo chetnie sie ze mna zobaczy. Pare razy nasza rozmowa zostala rozlaczona (mam bardzo slaby zasieg w mojej chatce), zostawil mi wiadomosc, ze nastepnym razem musimy porozmawiac na skype, bo wtedy lacznosc bedzie stabilna.
Nastepnego razu nie bylo. Wczoraj wieczorem D popelnil samobojstwo.
Friday, May 21, 2010
Dymiace auto
Samochod mojego tescia, ktorym ostatnio jezdzimy, tankujemy co tydzien. Oleju rowniez musimy dolewac co tydzien, bo jakims cudem nam sie ulatnia. Nie zaglebiamy sie jednak w przyczyny tego zjawiska i wlewamy dwie cwiartki w ten wrak, gdy tylko zapali sie lampka olejowa.
Dzis wlasnie znajome swiatelko zamrugalo do mnie z deski rozdzielczej. Udalam sie do WalMartu, zakupilam niezbedny produkt, wlalam gdzie trzeba i udalam sie do Pasadeny aby dostarczyc plany naszemu inzynierowi.
Gdy zjezdzalam z autostrady, zauwazylam we wsteczny lusterku kleby szarego dymu wydobywajace sie z rury wydechowej. Ta sytuacja zdarza sie zbyt czesto, aby mnie zmartwic, kontynuowalam wiec jazde.
Po kilku minutach zauwazylam, ze spod maski auta rowniez wydobywa sie dym. Gdy dojezdzalam do domu inzyniera, mialam juz przed soba i za soba jego potezne kleby. Przypomnialo mi sie, jak kilka lat temu w podobnych okolicznosciach eksplodowala Honda Meza, szybko wiec zaparkowalam i wyskoczylam z auta, zabierajac ze soba to, co mam najcenniejszego: torebke, iPhone'a i laptopa.
Stanelam w bezpiecznej odleglosci, zadzwonilam do Meza i poinformowalam o sytuacji.
- Zajrzyj pod maske- zaproponowal spokojnym glosem.
- Nie ma mowy- odparlam- co bedzie, jak wybuchnie?
- Nie wybuchnie. Caly czas sie dymi?
Popatrzylam na auto.
- Przestalo jakby- powiedzialam.
- To zajrzyj pod maske, nic sie nie stanie.- zachecil Maz.
Chwiejnym krokiem podeszlam do auta i podnioslam maske. Pomimo, iz nie jestem wykwalifikowanym mechanikiem, przyczyna dymienia stala sie dla mnie jasna.
Po uzupelnieniu oleju zapomnialam wlozyc korek.
Dzis wlasnie znajome swiatelko zamrugalo do mnie z deski rozdzielczej. Udalam sie do WalMartu, zakupilam niezbedny produkt, wlalam gdzie trzeba i udalam sie do Pasadeny aby dostarczyc plany naszemu inzynierowi.
Gdy zjezdzalam z autostrady, zauwazylam we wsteczny lusterku kleby szarego dymu wydobywajace sie z rury wydechowej. Ta sytuacja zdarza sie zbyt czesto, aby mnie zmartwic, kontynuowalam wiec jazde.
Po kilku minutach zauwazylam, ze spod maski auta rowniez wydobywa sie dym. Gdy dojezdzalam do domu inzyniera, mialam juz przed soba i za soba jego potezne kleby. Przypomnialo mi sie, jak kilka lat temu w podobnych okolicznosciach eksplodowala Honda Meza, szybko wiec zaparkowalam i wyskoczylam z auta, zabierajac ze soba to, co mam najcenniejszego: torebke, iPhone'a i laptopa.
Stanelam w bezpiecznej odleglosci, zadzwonilam do Meza i poinformowalam o sytuacji.
- Zajrzyj pod maske- zaproponowal spokojnym glosem.
- Nie ma mowy- odparlam- co bedzie, jak wybuchnie?
- Nie wybuchnie. Caly czas sie dymi?
Popatrzylam na auto.
- Przestalo jakby- powiedzialam.
- To zajrzyj pod maske, nic sie nie stanie.- zachecil Maz.
Chwiejnym krokiem podeszlam do auta i podnioslam maske. Pomimo, iz nie jestem wykwalifikowanym mechanikiem, przyczyna dymienia stala sie dla mnie jasna.
Po uzupelnieniu oleju zapomnialam wlozyc korek.
Tuesday, May 18, 2010
Email od koordynatora architektury
Wczoraj wyslalam email do koordynatora architektury. Oto, co zawierala odpowiedz (mniej-wiecej):
- proces zapisow nie jest latwy: jest wielu kandydatow na jedno miejsce,
- tylko 10-15% kandydatow udaje sie dostac na studia,
- w zalaczniku przesyla mi informacje, ktore moga byc dla mnie przydatne. Po zapoznaniu sie z nimi moge umowic sie na spotkanie z bardziej precyzyjnymi pytaniami,
- we wtorek, 8 czerwca, beda "drzwi otwarte" architektury. Zacheca mnie do przyjscia.
A oto lista rzeczy/dokumentow, ktore musze zalatwic:
- aplikacja,
- papiery z AERC,
- wyniki TOEFL,
- list motywacyjny,
- 3 listy polecajace od pracodawcow/nauczycieli,
- portfolio.
Po zalatwieniu wiekszosci z wyzej wymienionych dokumentow mam zamiar skontaktowac sie z koordynatorem ponownie.
- proces zapisow nie jest latwy: jest wielu kandydatow na jedno miejsce,
- tylko 10-15% kandydatow udaje sie dostac na studia,
- w zalaczniku przesyla mi informacje, ktore moga byc dla mnie przydatne. Po zapoznaniu sie z nimi moge umowic sie na spotkanie z bardziej precyzyjnymi pytaniami,
- we wtorek, 8 czerwca, beda "drzwi otwarte" architektury. Zacheca mnie do przyjscia.
A oto lista rzeczy/dokumentow, ktore musze zalatwic:
- aplikacja,
- papiery z AERC,
- wyniki TOEFL,
- list motywacyjny,
- 3 listy polecajace od pracodawcow/nauczycieli,
- portfolio.
Po zalatwieniu wiekszosci z wyzej wymienionych dokumentow mam zamiar skontaktowac sie z koordynatorem ponownie.
Friday, May 14, 2010
Wizyta w CalPoly
Wlasnie wrocilam z wizyty na uczelni. Mila afroamerykanka z Admissions and Outreach udzielila mi prawie wszystkich informacji, ktorych potrzebuje. Reszty dowiem sie ze spotkania z koordynatorem studenckim wydzialu architektury.
Plan dzialania jest taki:
1. Umowic sie z koordynatorem studenckim,
2. Przygotowac portfolio,
3. Zdac test z jezyka angielskiego TOEFL i dostarczyc wyniki uczelni,
4. Przed rozpoczeciem studiow pochodzic na wybrane zajecia, na ktore normalnie chodza kandydaci na stopien bachelor. Pomoze mi to przygotowac sie do prawdziwego studiowania.
5. W pazdzierniku zapisac sie na studia,
6. Zlozyc podanie o kredyt studencki,
7. Rozpoczac nauke jesienia 2011.
Plan dzialania jest taki:
1. Umowic sie z koordynatorem studenckim,
2. Przygotowac portfolio,
3. Zdac test z jezyka angielskiego TOEFL i dostarczyc wyniki uczelni,
4. Przed rozpoczeciem studiow pochodzic na wybrane zajecia, na ktore normalnie chodza kandydaci na stopien bachelor. Pomoze mi to przygotowac sie do prawdziwego studiowania.
5. W pazdzierniku zapisac sie na studia,
6. Zlozyc podanie o kredyt studencki,
7. Rozpoczac nauke jesienia 2011.
Saturday, May 8, 2010
Kilka faktow o Sierra Madre, miescie, w ktorym mieszkamy
Calkowita powierzchnia: 7.79 km2,
Wzniesienie: 252 m. n.p.m.,
Liczba mieszkancow (2008): 10834,
Sierra Madre jest miastem w hrabstwie Los Angeles, w Californi.
(...)
Znajduje sie u podnoza gor San Gabriel (...).
Sierra Madre jest znane z corocznego festiwalu Wistaria. Jego tematem jest roslina glicynia chinska, ktora w Sierra Madre zajmuje ponad 0.4 hektara. Roslina zostala wpisana do Ksiegi Guinessa jako najwieksza kwitnaca roslina na swiecie i jeden z siedmiu "ogrodniczych" cudow swiata.
zaczerpniete z:
Wikipedia,
Google Maps.
Tuesday, May 4, 2010
Sokoban
Pamietacie taka gre "Sokoban"? Maly ludzik przesuwal paczki. Mogl pchac, nie mogl ciagnac. Mogl przesunac tylko jedna na raz. Jeden nieopatrzny ruch wystarczal, by paczka ladowala w kacie pokoju (skad nie dalo sie jej wyjac) lub, obstawiony pakunkami ludzik nie mogl sie ruszyc w zadna strone.
Jestem sokobanem.
Domek, ktory wynajmujemy, przypomina wygladem i wielkoscia domek campingowy. Jego powierzchnia to okolo 400 stop kwadratowych (okolo 37 metrow kwadratowych). Na tejze powierzchni znajduje sie caly nasz dobytek, ktory przez rok i 4 miesiace lezakowal w garazu A i w naszym pokoju. Pudla i meble porozkladane sa bez ladu i skladu na podlodze. Przesuwajac je musimy sie wykazac rozwaga i mysleniem perspektywicznym: moze sie okazac, ze jak ten sokoban, nie bedziemy sie w stanie poruszac...
Jestem sokobanem.
Domek, ktory wynajmujemy, przypomina wygladem i wielkoscia domek campingowy. Jego powierzchnia to okolo 400 stop kwadratowych (okolo 37 metrow kwadratowych). Na tejze powierzchni znajduje sie caly nasz dobytek, ktory przez rok i 4 miesiace lezakowal w garazu A i w naszym pokoju. Pudla i meble porozkladane sa bez ladu i skladu na podlodze. Przesuwajac je musimy sie wykazac rozwaga i mysleniem perspektywicznym: moze sie okazac, ze jak ten sokoban, nie bedziemy sie w stanie poruszac...
Friday, April 23, 2010
Wizyta w American Education Research Corporation 2
Juz w ten wtorek pani z AERC zadzwonila z wiadomoscia, ze dokumenty sa gotowe i moge je odebrac w kazdej chwili. Otrzymalam angielski oryginal mojego dyplomu, dwie zaklejone koperty z dokumentami (do szkoly musze zaniesc wlasnie taka nieotwarta koperte) oraz duplikat- dla mnie.
A na mojej kopii, czarno na bialym, napisane bylo wyraznie, iz posiadam odpowiednik amerykanskiego stopnia "bachelor", i ze spokojnie moge zapisac sie na studia podyplomowe, pozwalajace mi uzyskac stopien "master".
Mozecie sobie wyobrazic moja radosc! Nie musze zaczynac studiow od poczatku! Oczywiscie na niektore zajecia, ktore mialam juz zaliczone w Polsce, chcialabym pojsc ze wzgledu na to, ze realia amerykanskie roznia sie od polskich: uzywa sie innych materialow budowlanych, innych programow komputerowych i, oczywiscie- innych jednostek.
W przyszlym tygodniu mam zamiar zadzwonic na uczelnie i umowic sie na spotkanie z doradca studenckim.
A na mojej kopii, czarno na bialym, napisane bylo wyraznie, iz posiadam odpowiednik amerykanskiego stopnia "bachelor", i ze spokojnie moge zapisac sie na studia podyplomowe, pozwalajace mi uzyskac stopien "master".
Mozecie sobie wyobrazic moja radosc! Nie musze zaczynac studiow od poczatku! Oczywiscie na niektore zajecia, ktore mialam juz zaliczone w Polsce, chcialabym pojsc ze wzgledu na to, ze realia amerykanskie roznia sie od polskich: uzywa sie innych materialow budowlanych, innych programow komputerowych i, oczywiscie- innych jednostek.
W przyszlym tygodniu mam zamiar zadzwonic na uczelnie i umowic sie na spotkanie z doradca studenckim.
Saturday, April 17, 2010
Wizyta w American Education Research Corporation
W zeszly piatek odwiedzilam American Education Research Corporation, organizacje zajmujaca sie tlumaczeniem i ocena zagranicznych dyplomow/stopni naukowych.
Po szybkim przejrzeniu wydanego przez moja uczelnie angielskiego oryginalu moich dokumentow pani stwierdzila, ze prawdopodobnie bedzie potrzebowala oryginal polski, ale ze jeszcze sie upewni i oddzwoni do mnie we wtorek.
We wtorek okazalo sie, ze polski oryginal nie jest potrzebny. Za 4 tygodnie dowiem sie, ile wart jest polski stopien magistra inzyniera architekta w Stanach Zjednoczonych.
Po szybkim przejrzeniu wydanego przez moja uczelnie angielskiego oryginalu moich dokumentow pani stwierdzila, ze prawdopodobnie bedzie potrzebowala oryginal polski, ale ze jeszcze sie upewni i oddzwoni do mnie we wtorek.
We wtorek okazalo sie, ze polski oryginal nie jest potrzebny. Za 4 tygodnie dowiem sie, ile wart jest polski stopien magistra inzyniera architekta w Stanach Zjednoczonych.
Thursday, April 15, 2010
Zenada
To juz nie chodzi o to, czy prezydent zasluguje na pochowek na Wawelu czy nie. Ale to, co wyprawiaja ludzie, te protesty, flash moby, pikiety, listy otwarte, transparenty... to wszystko w obliczu zaloby narodowej jest naprawde zenujace.
Monday, April 12, 2010
Tragedia
W sobote obudzil mnie sms od tescia. Wynikalo z niego, ze jacys Polacy zgineli w katastrofie lotniczej. O 7:30 rano nie myslalam jeszcze trzezwo, totez szybko zasnelam ponownie.
Chwile pozniej moj telefon dal znac o facebookowym powiadomieniu. Przyjaciolka zostawila mi nastepujacy wpis:
"My condolences to you upon hearing about the death of your country's president and first lady."
Momentalnie oprzytomnialam i podnioslam sie z lozka. Kliknelam w aplikacje New York Times i po chwili wiedzialam juz wszystko.
Moja reakcja? Szok. Niedowierzanie. Strach o przyszlosc Polski i moich bliskich. Wspolczucie dla rodzin ofiar. Niedowierzanie. Niedowierzanie. Czy wspomnialam o niedowierzaniu?
Dopiero teraz, w niedziele wieczorem, po przeczytaniu dziesiatek newsow na internetowych stronach polskich i amerykanskich, po obejrzeniu wiadomosci na CNN, ABC, FOX11, dotarlo do mnie, co naprawde sie stalo.
Nie bede tu pisac wznioslych slow i patetycznych sformulowan. Nigdy nie potrafilam. Jedno wiem na pewno: stala sie tragedia na skale swiatowa, krajowa i- rodzinna. I, chociaz nie wyciska ona lez z moich oczu, to zdecydowanie napawa smutkiem i lekiem.
Nie rozumiem tylko dwoch rzeczy:
1.Dlaczego tak wiele waznych osobistosci lecialo razem jednym samolotem?
Na porzadku dziennym sa sytuacje, gdy cale rodziny wybieraja sie na wycieczki/sluby, i, z wiadomych wzgledow, maz leci osobno, zona osobno, dzieci osobno. Dlaczego dopuszczono sie takiego zaniedbania w stosunku do glowy panstwa i innych waznych osobistosci? Marta Kaczynska stracila oboje rodzicow.
2.Dlaczego samolot probowal podchodzic do ladowania az 4 razy, zanim w koncu rozbil sie?
Czytalam i slyszalam opinie bieglych, ktorzy mowili, iz cztery proby podchodzenia do ladowania w zlych warunkach atmosferycznych nie sa czyms zwyczajnym. Kontroler sugerowal ladowanie na innym lotnisku. Rozumiem, ze delegacja spoznilaby sie wtedy na obchody 70- lecia mordu katynskiego. Rozumiem, ze pilot byl pod presja (na pewno pamietal sytuacje z Gruzji i swojego kolege, ktory stracil prace). W tym jednak przypadku bezpieczenstwo prezydenta Polski jest wazniejsze, niz spoznienie lub Katyn.
Moze mozna bylo uniknac tej tragedii? Mysle, ze rzad powinien z niej wyciagnac wnioski na przyszlosc.
I modle sie za rodziny ofiar i za przyszlosc Polski.
Chwile pozniej moj telefon dal znac o facebookowym powiadomieniu. Przyjaciolka zostawila mi nastepujacy wpis:
"My condolences to you upon hearing about the death of your country's president and first lady."
Momentalnie oprzytomnialam i podnioslam sie z lozka. Kliknelam w aplikacje New York Times i po chwili wiedzialam juz wszystko.
Moja reakcja? Szok. Niedowierzanie. Strach o przyszlosc Polski i moich bliskich. Wspolczucie dla rodzin ofiar. Niedowierzanie. Niedowierzanie. Czy wspomnialam o niedowierzaniu?
Dopiero teraz, w niedziele wieczorem, po przeczytaniu dziesiatek newsow na internetowych stronach polskich i amerykanskich, po obejrzeniu wiadomosci na CNN, ABC, FOX11, dotarlo do mnie, co naprawde sie stalo.
Nie bede tu pisac wznioslych slow i patetycznych sformulowan. Nigdy nie potrafilam. Jedno wiem na pewno: stala sie tragedia na skale swiatowa, krajowa i- rodzinna. I, chociaz nie wyciska ona lez z moich oczu, to zdecydowanie napawa smutkiem i lekiem.
Nie rozumiem tylko dwoch rzeczy:
1.Dlaczego tak wiele waznych osobistosci lecialo razem jednym samolotem?
Na porzadku dziennym sa sytuacje, gdy cale rodziny wybieraja sie na wycieczki/sluby, i, z wiadomych wzgledow, maz leci osobno, zona osobno, dzieci osobno. Dlaczego dopuszczono sie takiego zaniedbania w stosunku do glowy panstwa i innych waznych osobistosci? Marta Kaczynska stracila oboje rodzicow.
2.Dlaczego samolot probowal podchodzic do ladowania az 4 razy, zanim w koncu rozbil sie?
Czytalam i slyszalam opinie bieglych, ktorzy mowili, iz cztery proby podchodzenia do ladowania w zlych warunkach atmosferycznych nie sa czyms zwyczajnym. Kontroler sugerowal ladowanie na innym lotnisku. Rozumiem, ze delegacja spoznilaby sie wtedy na obchody 70- lecia mordu katynskiego. Rozumiem, ze pilot byl pod presja (na pewno pamietal sytuacje z Gruzji i swojego kolege, ktory stracil prace). W tym jednak przypadku bezpieczenstwo prezydenta Polski jest wazniejsze, niz spoznienie lub Katyn.
Moze mozna bylo uniknac tej tragedii? Mysle, ze rzad powinien z niej wyciagnac wnioski na przyszlosc.
I modle sie za rodziny ofiar i za przyszlosc Polski.
Thursday, April 8, 2010
Przeprowadzamy sie!
Tym razem jednak nie na drugi koniec Stanow, ale do malego domku w SM oddalonego o 4 mile od mojego miejsca pracy. Od 1 maja koniec z wstawaniem o 6:30!
Monday, April 5, 2010
Kolejne trzesienie ziemi...
Wczoraj po poludniu, relaksujac się w łóżku po naszej wyprawie wielkanocnej, poczułam trzesienie ziemi. Najpierw lagodne, potem coraz silniejsze. Zakolysaly się zaluzje w oknach, regal, polki na scianach. Slychac bylo dziwny dzwiek, jakby szum. Pom-Pom obudzila się i zaczęła się rozgladac. Po raz pierwszy i ja się zaniepokoilam i obudzilam spiacego obok Meza.
Z wiadomosci dowiedzielismy sie, ze na granicy meksykansko- amerykanskiej mialo miejsce trzesienie ziemi o sile 7.2 stopnia w skali Richtera. Silniejsze, niz na Haiti. Jedynie 2 ofiary smiertelne, prawdopodobnie dlatego, iz w tym regionie budynki wznoszone sa wedlug innych regul, niz na Haiti, i nie zawalaja sie tak latwo.
Dzis rano obudzilam sie z kotka, spiaca przy moim boku. Zaskoczylo mnie to, bo z reguly spi w swoim lozeczku. Dopiero po zajrzeniu do mojej ulubionej, iPhone'owej aplikacji USGS zorientowalam sie, ze w ciagu nocy mielismy KILKANASCIE malych trzesien ziemi (po angielsku nazywa sie to "aftershock", mniejsze trzesienie ziemi nastepujace po wiekszym), 2 - 2.5 stopnia w skali Richtera. Widac futrzak tez przejal sie cala sprawa.
Z wiadomosci dowiedzielismy sie, ze na granicy meksykansko- amerykanskiej mialo miejsce trzesienie ziemi o sile 7.2 stopnia w skali Richtera. Silniejsze, niz na Haiti. Jedynie 2 ofiary smiertelne, prawdopodobnie dlatego, iz w tym regionie budynki wznoszone sa wedlug innych regul, niz na Haiti, i nie zawalaja sie tak latwo.
Dzis rano obudzilam sie z kotka, spiaca przy moim boku. Zaskoczylo mnie to, bo z reguly spi w swoim lozeczku. Dopiero po zajrzeniu do mojej ulubionej, iPhone'owej aplikacji USGS zorientowalam sie, ze w ciagu nocy mielismy KILKANASCIE malych trzesien ziemi (po angielsku nazywa sie to "aftershock", mniejsze trzesienie ziemi nastepujace po wiekszym), 2 - 2.5 stopnia w skali Richtera. Widac futrzak tez przejal sie cala sprawa.
Sunday, April 4, 2010
Niedziela Wielkanocna w Palm Springs
Swieta Wielkiej Nocy nie są w Ameryce obchodzone z tak wielka pompą, z jaka obchodzi się je w Polsce. Prawdopodobnie dlatego, ze większość Amerykanow to protestanci. Poza tym, tradycje takie jak swiecenie pokarmów, poszczenie w Wielki Piatek, Wielkanocne śniadanie, czy tez Lany Poniedzialek, są typowo polskie.
Zazwyczaj jemy z Mezem swiatecznie śniadanie (nie znajdziecie jednak na naszym stole białej kiełbasy, szynki lub pasztetu), tym razem postanowiliśmy inaczej spędzić Niedziele wielkanocna. Wstalismy bardzo wcześnie, już o 2:45 rano, i pojechalismy do Palm Springs. O 5 rano wjechalismy gondola na szczyt gory St Jacinto. Własnie tam, z okazji Swiat Wielkanocnych, zorganizowano specjalna uroczystość polaczona z ogladaniem wschodu słońca. W cenę biletu wliczone było również śniadanie.
Na uroczystości zostaliśmy do godziny 6 rano. Na zewnątrz zaczynało się już przejasniac, nie chcieliśmy przegapic wschodu słońca, taka okazja nie zdarza się codziennie.
Po pieciu minutach przebywania na tarasie widokowym przekonalismy się, ze założenie na siebie wszystkich ciepłych ubrań, jakie mieliśmy, było dobrym pomysłem. Było zimno. Przerazliwie zimno. Okrutnie zimno. Oczywiscie nie bylo chlodniej, niz w przecietny, zimowy polski dzien, ale takiego zimna normalnie nie można doswiadczyc w Californi (chyba, ze wjedziemy gondola na wysokość 8516 stop n.p.m.).
Mam swoją teorie na temat odczuwania temperatur. Myśle, ze jest to pojęcie bardzo względne. Wedlug mnie szystko zależy od:
1. Pory roku. Jeśli mamy np. lato, to temperatura 10 stopni Celsjusza byłaby w naszym odczuciu wyjątkowo niska.
2. Lokalizacji. Będąc w Californi nie spodziewamy się niskich temperatur.
3. Przyzwyczajen. Człowiek wychowany w Polsce, tak jak ja, przyjmie niskie temperatury z godnościa i cierpliwoscia.
Tej drugiej miałam pod dostatkiem. Moj brak godności zaś (spowodowany wieloma miesiącami spedzonymi w Californi), objawial się głośnym szczekaniem zębami.
Niedogodnosci zostały nam szybko wynagrodzone. Niebo powoli się rozjasnialo, zmieniając kolory. O 6:32 na niebie pojawił się mały, jasny luk. Słońce powoli wynurzalo się zza horyzontu i po 5 minutach mogliśmy je już zobaczyc w całej okazalosci. Ludzie bili brawo.
Po wymianie kontaktów YouTube z facetem stojacym obok (który ze statywu nagrał 45 minutowy film ze wschodem słońca) udalismy się spowrotem do budynku na śniadanie. Długa kolejka szybko przesuwała się po schodach, miedzy doniczkami z Easter Lilies (Liliami Wielkanocnymi. Tak, mamy w Ameryce nie tylko Gwiazdy Betlejemskie, ale i Lilie Wielkanocne.). Zacheceni przez obsługę budynku goście, szybko zaczęli brać kwiaty ze sobą, jako pamiątkę Wielkanocy 2010.
Po sniadaniu, złożonym z omletow, drobiowych kielbasek, smazonych ziemniaków, wedzonego lososia i owoców, udalismy się na mały spacer po budynku (mieściło się tam pare muzeów, sklepów z pamiątkami oraz tarasy widokowe) oraz BARDZO mały spacer po okolicy (było za zimno na dłuższe wycieczki). O 9 zjezdzalismy gondola w dół, w kierunku parkingu. Wreszcie mieliśmy okazje zobaczyć panoramę Cochella Valley (o 5 rano było wciąż ciemno, co uniemozliwialo dostrzezenie czegokolwiek oprócz księżyca, gwiazd i swiatel miast w dolinie).
Ciekawym rozwiązaniem jest obrotowa podłoga zamontowana w gondoli. Dzięki niej wszyscy goście jadący kolejka mogą zobaczyć panoramę bez przemieszczania się w kabinie.
Powrót do domu zajął nam półtorej godziny. Dzień był piękny, powietrze wyjątkowo, jak na ten region Californi, czyste. Przejezdzalismy obok tysięcy wiatrakow, które, nawiasem mówiąc, bardzo ładnie wkomponowuja się w krajobraz. Sami zobaczcie:
Około 10 rano byliśmy w domu. Udalismy się do łóżka, z mocnym postanowieniem odespania zarwanej nocy. Mąż szybko zaczął pochrapywac, ale ja zalelam się edytowaniem zdjęć i filmu z naszej wycieczki...
Zazwyczaj jemy z Mezem swiatecznie śniadanie (nie znajdziecie jednak na naszym stole białej kiełbasy, szynki lub pasztetu), tym razem postanowiliśmy inaczej spędzić Niedziele wielkanocna. Wstalismy bardzo wcześnie, już o 2:45 rano, i pojechalismy do Palm Springs. O 5 rano wjechalismy gondola na szczyt gory St Jacinto. Własnie tam, z okazji Swiat Wielkanocnych, zorganizowano specjalna uroczystość polaczona z ogladaniem wschodu słońca. W cenę biletu wliczone było również śniadanie.
Na uroczystości zostaliśmy do godziny 6 rano. Na zewnątrz zaczynało się już przejasniac, nie chcieliśmy przegapic wschodu słońca, taka okazja nie zdarza się codziennie.
Po pieciu minutach przebywania na tarasie widokowym przekonalismy się, ze założenie na siebie wszystkich ciepłych ubrań, jakie mieliśmy, było dobrym pomysłem. Było zimno. Przerazliwie zimno. Okrutnie zimno. Oczywiscie nie bylo chlodniej, niz w przecietny, zimowy polski dzien, ale takiego zimna normalnie nie można doswiadczyc w Californi (chyba, ze wjedziemy gondola na wysokość 8516 stop n.p.m.).
Mam swoją teorie na temat odczuwania temperatur. Myśle, ze jest to pojęcie bardzo względne. Wedlug mnie szystko zależy od:
1. Pory roku. Jeśli mamy np. lato, to temperatura 10 stopni Celsjusza byłaby w naszym odczuciu wyjątkowo niska.
2. Lokalizacji. Będąc w Californi nie spodziewamy się niskich temperatur.
3. Przyzwyczajen. Człowiek wychowany w Polsce, tak jak ja, przyjmie niskie temperatury z godnościa i cierpliwoscia.
Tej drugiej miałam pod dostatkiem. Moj brak godności zaś (spowodowany wieloma miesiącami spedzonymi w Californi), objawial się głośnym szczekaniem zębami.
Niedogodnosci zostały nam szybko wynagrodzone. Niebo powoli się rozjasnialo, zmieniając kolory. O 6:32 na niebie pojawił się mały, jasny luk. Słońce powoli wynurzalo się zza horyzontu i po 5 minutach mogliśmy je już zobaczyc w całej okazalosci. Ludzie bili brawo.
Po wymianie kontaktów YouTube z facetem stojacym obok (który ze statywu nagrał 45 minutowy film ze wschodem słońca) udalismy się spowrotem do budynku na śniadanie. Długa kolejka szybko przesuwała się po schodach, miedzy doniczkami z Easter Lilies (Liliami Wielkanocnymi. Tak, mamy w Ameryce nie tylko Gwiazdy Betlejemskie, ale i Lilie Wielkanocne.). Zacheceni przez obsługę budynku goście, szybko zaczęli brać kwiaty ze sobą, jako pamiątkę Wielkanocy 2010.
Po sniadaniu, złożonym z omletow, drobiowych kielbasek, smazonych ziemniaków, wedzonego lososia i owoców, udalismy się na mały spacer po budynku (mieściło się tam pare muzeów, sklepów z pamiątkami oraz tarasy widokowe) oraz BARDZO mały spacer po okolicy (było za zimno na dłuższe wycieczki). O 9 zjezdzalismy gondola w dół, w kierunku parkingu. Wreszcie mieliśmy okazje zobaczyć panoramę Cochella Valley (o 5 rano było wciąż ciemno, co uniemozliwialo dostrzezenie czegokolwiek oprócz księżyca, gwiazd i swiatel miast w dolinie).
Ciekawym rozwiązaniem jest obrotowa podłoga zamontowana w gondoli. Dzięki niej wszyscy goście jadący kolejka mogą zobaczyć panoramę bez przemieszczania się w kabinie.
Powrót do domu zajął nam półtorej godziny. Dzień był piękny, powietrze wyjątkowo, jak na ten region Californi, czyste. Przejezdzalismy obok tysięcy wiatrakow, które, nawiasem mówiąc, bardzo ładnie wkomponowuja się w krajobraz. Sami zobaczcie:
Około 10 rano byliśmy w domu. Udalismy się do łóżka, z mocnym postanowieniem odespania zarwanej nocy. Mąż szybko zaczął pochrapywac, ale ja zalelam się edytowaniem zdjęć i filmu z naszej wycieczki...
Saturday, March 27, 2010
Zbocze gory zawalilo sie na autostrade- update
Pamietacie moja notke o zboczu gory ktore zawalilo sie na autostrade (http://ps-usa-pl.blogspot.com/2010/02/zbocze-gory-zawalilo-sie-na-autostrade.html)? Dzis rano, jadac do pracy zauwazylam, ze prace zostaly ukonczone. Wysokosc wzgorza zostala znacznie zmniejszona, zbocze wzmocnione. Mam nadzieje, ze ktoregos dnia uda mi sie zrobic zdjecie.
Wednesday, March 24, 2010
Co ludzie robia w korkach i podczas godzin szczytu
Codziennie rano wstaje o 6:30. O 7:30 opuszczam dom. O 8:30 (czasem troche wczesniej a czasem pozniej) jestem w pracy. Korki sa okropne. Pelznac 10 mil na godzine umilam sobie czas dojazdu do pracy nacieraniem rak kremem, piciem wody, sluchaniem radia, sprawdzaniem w iPhonie gdzie sa najwieksze korki, czytaniem emaili, ktore przyszly do mnie w nocy, wypatrywaniem policji na motocyklach... to jeszcze nic. Znam dziewczyny, ktore podczas jazdy autostrada robia sobie pelny makijaz. Widuje tez mezczyzn czytajacych gazety w trakcie prowadzenia samochodu, lub- uwaga, uwaga- stukajacych w laptopy.
O 5:30 wieczorem koncze prace.
Gdybym o tej porze chciala wjechac na autostrade, dotarcie do domu zajeloby mi jakies 1.5 - 2 godziny. Dlatego wlasnie, po pracy ide na basen lub na silownie. Okolo 7 - 7:30 wieczorem korki sa zdecydowanie mniejsze i w ciagu 30 minut jestem w domu.
Moja znajoma po pracy przesypia godziny szczytu w parku pod drzewem.
Niektorzy umawiaja sie ze swoimi szefami, ze od poniedzialku do czwartku, kazdego dnia, zostaja w pracy 2 godziny dluzej. Nie stoja wtedy w korkach i w ciagu 4 dni przepracowuja 5. Maja wtedy piatek wolny.
Los Angeles i okolice to region Stanow Zjednoczonych, gdzie sa najwieksze korki. Czyms trzeba sie zajac.
O 5:30 wieczorem koncze prace.
Gdybym o tej porze chciala wjechac na autostrade, dotarcie do domu zajeloby mi jakies 1.5 - 2 godziny. Dlatego wlasnie, po pracy ide na basen lub na silownie. Okolo 7 - 7:30 wieczorem korki sa zdecydowanie mniejsze i w ciagu 30 minut jestem w domu.
Moja znajoma po pracy przesypia godziny szczytu w parku pod drzewem.
Niektorzy umawiaja sie ze swoimi szefami, ze od poniedzialku do czwartku, kazdego dnia, zostaja w pracy 2 godziny dluzej. Nie stoja wtedy w korkach i w ciagu 4 dni przepracowuja 5. Maja wtedy piatek wolny.
Los Angeles i okolice to region Stanow Zjednoczonych, gdzie sa najwieksze korki. Czyms trzeba sie zajac.
Tuesday, March 23, 2010
Scavengers
Mamy w jezyku angielskim piekne slowo "scavenger". W wolnym tlumaczeniu oznacza ono smieciarza lub padlinozerce. Okreslenia te w jezyku polskim maja odcien pejoratywny, pozwole wiec sobie, na przykladzie wczorajszego maratonu w Los Angeles, przyblizyc pozytywne znaczenie tego slowa.
Przed kazdym maratonem odbywa sie expo, na ktorym rozmaite firmy prezentuja swoje produkty i rozdaja niewielkie probki sokow i batonow, sprzedaja magazyny sportowe, odziez, napoje energetyczne... W sobote wieczorem, pod koniec expo, pracownicy chca szybko pozbyc sie towaru i isc do domu. To, co wczesniej sprzedawali, teraz rozdaja za darmo, pelnymi garsciami. Wystarczy tylko poczekac do wieczora i mozna, tak jak Maz, przyniesc do domu mase napojow proteinowych Odwalla i dwie butelki drogiego soku z granatu.
W niedziele rano 27000 ludzi przebieglo dookola stadionu Dodgers'ow, zostawiajac na ogrodzeniach i drzewach ubrania, w ktorych bylo imi za goraco. Po zrobieniu kilkuset fotografii, wracajac do samochodu, zaczelismy ze znajomymi wybierac sobie bluzy, spodnie, rekawiczki... Lepiej niz w lumpeksie: markowe ubrania (udalo mi sie znaleźć bardzo ładne bluzy Reebok i Patagonia) i to za darmo!
Fotografowie, którzy (tak jak ja) mieli szczęście pracować przy linii mety, mogli się po całej imprezie zaopatrzyć w suszone banany, ananasy, wodę mineralną i bułki przeznaczone dla biegaczy.
Po maratonie, wraz ze wszystkimi fotografami, udałam się do hotelu, aby tam uporządkować sprzęt, karty pamięci i dokumenty. Raczylismy się kolacja złożona z kanapek, chipsow, salsy i ciastek, nabytych przez management w sklepie Ralph's. Po posiłku i po skonczeniu pracy cześć z nas udała się na lotnisko. Ci, którzy mieszkają w okolicy, zabawili jeszcze chwile, dzieląc miedzy sobą pozostałości po kolacji.
Tak, naleze do scavengers i bardzo mi z tym dobrze.
Wydaje mi sie, ze zamiennie ze "scavenger" mozna uzywac innego (niestety angielskiego) slowa: "recycler".
Macie jakies pomysly na polski odpowiednik?
Przed kazdym maratonem odbywa sie expo, na ktorym rozmaite firmy prezentuja swoje produkty i rozdaja niewielkie probki sokow i batonow, sprzedaja magazyny sportowe, odziez, napoje energetyczne... W sobote wieczorem, pod koniec expo, pracownicy chca szybko pozbyc sie towaru i isc do domu. To, co wczesniej sprzedawali, teraz rozdaja za darmo, pelnymi garsciami. Wystarczy tylko poczekac do wieczora i mozna, tak jak Maz, przyniesc do domu mase napojow proteinowych Odwalla i dwie butelki drogiego soku z granatu.
W niedziele rano 27000 ludzi przebieglo dookola stadionu Dodgers'ow, zostawiajac na ogrodzeniach i drzewach ubrania, w ktorych bylo imi za goraco. Po zrobieniu kilkuset fotografii, wracajac do samochodu, zaczelismy ze znajomymi wybierac sobie bluzy, spodnie, rekawiczki... Lepiej niz w lumpeksie: markowe ubrania (udalo mi sie znaleźć bardzo ładne bluzy Reebok i Patagonia) i to za darmo!
Fotografowie, którzy (tak jak ja) mieli szczęście pracować przy linii mety, mogli się po całej imprezie zaopatrzyć w suszone banany, ananasy, wodę mineralną i bułki przeznaczone dla biegaczy.
Po maratonie, wraz ze wszystkimi fotografami, udałam się do hotelu, aby tam uporządkować sprzęt, karty pamięci i dokumenty. Raczylismy się kolacja złożona z kanapek, chipsow, salsy i ciastek, nabytych przez management w sklepie Ralph's. Po posiłku i po skonczeniu pracy cześć z nas udała się na lotnisko. Ci, którzy mieszkają w okolicy, zabawili jeszcze chwile, dzieląc miedzy sobą pozostałości po kolacji.
Tak, naleze do scavengers i bardzo mi z tym dobrze.
Wydaje mi sie, ze zamiennie ze "scavenger" mozna uzywac innego (niestety angielskiego) slowa: "recycler".
Macie jakies pomysly na polski odpowiednik?
Subscribe to:
Posts (Atom)




