Saturday, March 27, 2010

Zbocze gory zawalilo sie na autostrade- update

Pamietacie moja notke o zboczu gory ktore zawalilo sie na autostrade (http://ps-usa-pl.blogspot.com/2010/02/zbocze-gory-zawalilo-sie-na-autostrade.html)? Dzis rano, jadac do pracy zauwazylam, ze prace zostaly ukonczone. Wysokosc wzgorza zostala znacznie zmniejszona, zbocze wzmocnione. Mam nadzieje, ze ktoregos dnia uda mi sie zrobic zdjecie.

Wednesday, March 24, 2010

Co ludzie robia w korkach i podczas godzin szczytu

Codziennie rano wstaje o 6:30. O 7:30 opuszczam dom. O 8:30 (czasem troche wczesniej a czasem pozniej) jestem w pracy. Korki sa okropne. Pelznac 10 mil na godzine umilam sobie czas dojazdu do pracy nacieraniem rak kremem, piciem wody, sluchaniem radia, sprawdzaniem w iPhonie gdzie sa najwieksze korki, czytaniem emaili, ktore przyszly do mnie w nocy, wypatrywaniem policji na motocyklach... to jeszcze nic. Znam dziewczyny, ktore podczas jazdy autostrada robia sobie pelny makijaz. Widuje tez mezczyzn czytajacych gazety w trakcie prowadzenia samochodu, lub- uwaga, uwaga- stukajacych w laptopy.
O 5:30 wieczorem koncze prace.
Gdybym o tej porze chciala wjechac na autostrade, dotarcie do domu zajeloby mi jakies 1.5 - 2 godziny. Dlatego wlasnie, po pracy ide na basen lub na silownie. Okolo 7 - 7:30 wieczorem korki sa zdecydowanie mniejsze i w ciagu 30 minut jestem w domu.
Moja znajoma po pracy przesypia godziny szczytu w parku pod drzewem.
Niektorzy umawiaja sie ze swoimi szefami, ze od poniedzialku do czwartku, kazdego dnia, zostaja w pracy 2 godziny dluzej. Nie stoja wtedy w korkach i w ciagu 4 dni przepracowuja 5. Maja wtedy piatek wolny.
Los Angeles i okolice to region Stanow Zjednoczonych, gdzie sa najwieksze korki. Czyms trzeba sie zajac.

Tuesday, March 23, 2010

Scavengers

Mamy w jezyku angielskim piekne slowo "scavenger". W wolnym tlumaczeniu oznacza ono smieciarza lub padlinozerce. Okreslenia te w jezyku polskim maja odcien pejoratywny, pozwole wiec sobie, na przykladzie wczorajszego maratonu w Los Angeles, przyblizyc pozytywne znaczenie tego slowa.
Przed kazdym maratonem odbywa sie expo, na ktorym rozmaite firmy prezentuja swoje produkty i rozdaja niewielkie probki sokow i batonow, sprzedaja magazyny sportowe, odziez, napoje energetyczne... W sobote wieczorem, pod koniec expo, pracownicy chca szybko pozbyc sie towaru i isc do domu. To, co wczesniej sprzedawali, teraz rozdaja za darmo, pelnymi garsciami. Wystarczy tylko poczekac do wieczora i mozna, tak jak Maz, przyniesc do domu mase napojow proteinowych Odwalla i dwie butelki drogiego soku z granatu.
W niedziele rano 27000 ludzi przebieglo dookola stadionu Dodgers'ow, zostawiajac na ogrodzeniach i drzewach ubrania, w ktorych bylo imi za goraco. Po zrobieniu kilkuset fotografii, wracajac do samochodu, zaczelismy ze znajomymi wybierac sobie bluzy, spodnie, rekawiczki... Lepiej niz w lumpeksie: markowe ubrania (udalo mi sie znaleźć bardzo ładne bluzy Reebok i Patagonia) i to za darmo!
Fotografowie, którzy (tak jak ja) mieli szczęście pracować przy linii mety, mogli się po całej imprezie zaopatrzyć w suszone banany, ananasy, wodę mineralną i bułki przeznaczone dla biegaczy.
Po maratonie, wraz ze wszystkimi fotografami, udałam się do hotelu, aby tam uporządkować sprzęt, karty pamięci i dokumenty. Raczylismy się kolacja złożona z kanapek, chipsow, salsy i ciastek, nabytych przez management w sklepie Ralph's. Po posiłku i po skonczeniu pracy cześć z nas udała się na lotnisko. Ci, którzy mieszkają w okolicy, zabawili jeszcze chwile, dzieląc miedzy sobą pozostałości po kolacji.
Tak, naleze do scavengers i bardzo mi z tym dobrze.
Wydaje mi sie, ze zamiennie ze "scavenger" mozna uzywac innego (niestety angielskiego) slowa: "recycler".
Macie jakies pomysly na polski odpowiednik?

Wednesday, March 17, 2010

Nocne halasy

O 4 nad ranem obudził mnie huk. Wyrwana gwaltownie ze snu, wystraszona, zaczęłam wrzeszczec jak opetana. Okazało się, ze spadla ze sciany niewielka polka wisząca nad naszym lozkiem. Na szczescie nie na nas.
Rano dowiedzieliśmy się, ze miało miejsce trzesienie ziemi o sile 4.4 w skali Richtera.
Trzęsienia ziemi mnie nie przerazaja, ale halas w nocy- jak najbardziej.

Wednesday, March 10, 2010

Mam prace!

- Mialem wczoraj to spotkanie, o ktorym ci mowilem- powiedzial MH, moj prawie-przyszly-szef.
- I jak poszlo?- zapytalam zainteresowana. Jesli poszlo dobrze, to oznaczalo to prace rowniez i dla mnie.
- Dostalem ten projekt- odparl zadowolony- w ciagu nastepnych dwoch tygodni mam jeszcze pare spotkan i jesli wszystko pojdzie po mojej mysli, to w lecie bedziemy mieli duzo pracy.
- Zatem... co to oznacza dla mnie? Wiem, ze za 2 tygodnie bedziesz wiedzial wiecej, ale umawialismy sie, ze w polowie marca dasz mi odpowiedz, czy zatrudnisz mnie na caly etat, czy nie.
- Zdecydowanie wolalbym dac ci odpowiedz za 2 tygodnie- odparl MH po namysle- ale bylas wobec mnie bardzo fair, pracujac za darmo przez ten caly miesiac. Bardzo chce miec cie w zespole. Od przyszlego tygodnia bede ci placil za wszystko, co robisz.

Po tej rozmowie poszlismy razem na lunch do tajskiej restauracji, gdzie po raz pierwszy jadlam weganska krewetke. Smakuje i wyglada jak prawdziwa.























- Wiesz, MH, to, ze zatrudniasz mnie na pozycji "asystent architekta" wcale nie oznacza, ze tylko to musze robic- powiedzialam miedzy jednym lykiem zupy a drugim.- Jesli chcesz, zebym przygotowala ci prezentacje w powerpoincie, napisala cos, wyslala email lub pojechala cos zalatwic lub kupic, to to zrobie.
- Naprawde?- zapytal zdziwiony.
- Naprawde. Co w tym dziwnego?
- Wiekszosc aspirujacych architektow uwaza, ze wykonywanie prac biurowych jest ponizajace.
- Nie dla mnie. Ja z tym nie mam problemu.- powiedzialam zdecydowanie. Praca asystenta to nie tylko rysowanie slicznych domkow i pucowanie reklam w photoshopie. Sa rowniez rzeczy, ktore robic trzeba bez wzgledu na to, czy sie je lubi, czy nie.
- W takim razie bedziemy mieli dla ciebie duzo roznych zajec.- odparl MH usmiechajac sie- MA, sekretarka, ma dla mnie tylko jeden dzien w tygodniu. Zdecydowanie przyda mi sie pomoc w biurze... i nie tylko. Chce cie wyslac do San Marino na networking meeting. Chcialbym, zebys wyglosila tam prezentacje o naszej firmie, o naszych uslugach i projektach. To bedzie w maju. A w czerwcu...

Monday, February 22, 2010

Pasadena Marathon

W niedziele odbyl sie Maraton w Pasadenie, na ktorym oczywiscie robilismy zdjecia. Mieszkamy 32 mile od Pasadeny, co oznaczalo, ze musielibysmy wstac o 2:30 nad ranem, aby byc w pracy o czasie. Na szczescie nasza kolezanka, GW, miala zarezerwowany pokoj w hotelu a w nim dwuosobowe lozko i kanape. Zmiescilismy sie bez problemu.
Przyjechalismy do Pasadeny w sobote wieczorem. Na miejscu byla juz cala masa naszych przyjaciol, w tym KH i JT z Iowa.

Za kazdym razem, gdy odwiedzaja nas przyjaciele z Iowa, przypominaja mi sie mile chwile, ktore razem spedzilismy. Moj maz zwykl chodzic na ryby z KH a ja czasem dotrzymywalam im towarzystwa, nudzac sie smiertelnie. Teraz tesknie za tym.

Poszlismy razem to tajskiej restauracji na obiad, a pozniej, zamiast isc spac o przyzwoitej porze, ogladalismy "Wanted" do polnocy.
W niedziele razno wstalismy o 4:30 i pojechalismy na linie startu/mety. Pogoda wciaz sie zmieniala. Najpierw padal deszcz. Zawinelam sie w wielkie plastikowe poncho, ale moj aparat caly czas byl odkryty. Zalozylam wiec wielki, plastikowy worek na smieci i zrobilam w nim dziure, przez ktora wystawilam obiektyw. Aparaty wielu moich znajomych zawiodly, moj nie.
Potem zrobilo sie goraco, potem znow padalo. Po calym dniu pracy bylam wykonczona. Pierwszy raz robilam pozowane zdjecia przez tak dlugi czas (8 godzin) i ramiona dawaly mi o sobie znac. Nie moglam nimi ruszac az do nastepnego dnia.
Po pracy poszlismy na obiad na sushi a potem wszyscy pojechalismy do domow, do innych czesci Los Angeles, do San Diego, a niektorzy- na lotnisko, aby pozno w nocy znalezc sie w Iowa...
To byl dobry dzien. Lubie prace na maratonach, mimo bolu ramion, mimo zmiennej pogody, mimo faktu, iz zawsze nabije sobie aparatem guza na czole. To ludzie, z ktorymi pracuje sprawiaja, ze to wydarzenie jest wyjatkowe.

Saturday, February 20, 2010

Zbocze gory zawalilo sie na autostrade

Wyjatkowo ulewne (jak na Poludniowa Californie) deszcze sprawily, ze pewnego dnia ze zbocza gory poplynela po autostradzie nr 57 blotna rzeka. Uporano sie z nia szybko.
Kilka dni pozniej cale zbocze gory obsunelo sie i zawalilo na autostrade. Wiele godzin trwaly prace porzadkowe, majace na celu ustalenie, czy pod gora piasku nie zostaly uwiezione samochody. Na szczescie ofiar nie bylo.
Odcinek autostrady zostal zamkniety. Na miejscu znajduja sie geolodzy i sluzby porzadkowe. Zbocze gory zostanie wzmocnione, moze nawet zalane betonem.
Wyglada na to, ze przez kilka tygodni bede miala utrudniony dojazd do pracy.

Wednesday, February 10, 2010

Szkola...?

Tak sobie pomyslalam kilka dni temu, ze skoro nie moge znalezc pracy (to bylo jeszcze przed praca z MH) to moze pojde do szkoly. Znalazlam uniwersytet, na ktorym moglabym zdobyc stopien Masters of Architecture (M.Arch.), znalazlam jego strone internetowa i numer telefonu. Zadzwonilam.

W Stanach Zjednoczonych za edukacje sie placi. Duzo. Jesli nie mamy pieniedzy, mozemy jednoczesnie pracowac i studiowac. Szanse, ze bedziemy w stanie utrzymac sie z naszych zarobkow i placic za studia, sa praktycznie bliskie zeru, mozemy zatem wziac pozyczke studencka. Dostajemy wtedy troche pieniedzy na zycie (bez rewelacji, ale zawsze cos) i nie musimy placic za studia do momentu, gdy zaczniemy pracowac.

Okazalo sie, ze ze wzgledu na kryzys, niewielu studentow zapisalo sie w tym roku na studia, a ci, ktorzy sie pozapisywali, nie sa w stanie za nie na biezaco placic. Nabor studentow zostal zamkniety az do jesieni 2011! Jest to sytuacja zaskakujaca nie tylko dla mnie, ale rowniez dla Amerykanow.
Ale moze to i dobrze. Bo w moim przypadku, to nie jest po prostu zwykle "zapisanie sie na studia". Musze wyslac moj dyplom do organizacji, ktora oceni, na jakim poziomie jest moja edukacja. Pozniej wystawiony przez organizacje dokument musze zaniesc do szkoly, gdzie komisja oceni, ktore zajecia moge miec zaliczone, a na ktore musze chodzic. Pozniej- musze zdac egzamin z jezyka angielskiego. Pozniej... sama nawet nie wiem co bedzie pozniej, ale jest to dosc skomplikowany proces. W kazdym razie- mam zamiar go zaczac jeszcze w tym miesiacu.
Moj wybor padl na California State Polytechnic University, Pomona.

Tuesday, February 9, 2010

Praca...?

Jak juz wspomnialam, w moich poszukiwaniach zatrudnienia wyslalam ponad 250 emaili do roznych firm (architektonicznych oraz zajmujacych sie grafika komputerowa). Jeden z nich trafil do MH, wlasciciela niewielkiego biura w M. 26 stycznia, we wtorek, MH wyslal mi zaproszenie na interview.
W czwartek, pomimo dreszczy i ogromnego bolu glowy  (wlasnie lapala mnie grypa) pojechalam na umowione spotkanie.
MH okazal sie byc Afroamerykaninem, bardzo podobnym (z wygladu i sposobu mowienia) do Prestona Burke'a z "Grey's Anatomy". Interview przebieglo w bardzo milej atmosferze. Pokazalam MH moje portfolio a on mnie swoje. Wymienilismy uwagi na tematy architektoniczno artystyczne, MH pochwalil moje umiejetnosci z zakresu grafiki komputerowej. Powiedzial, ze nie potrzebuje pilnie praktykanta-architekta (ekonomia, kryzys, moze na wiosne), ale przydalaby mu sie pomoc w projektowaniu reklamy do magazynu A, ktory ukaze sie w marcu i bedzie rozprowadzany w ekskluzywnych restauracjach Pasadeny i okolic. Powiedzial, ze zadzwoni do mnie na poczatku przyszlego tygodnia. Oczywiscie potraktowalam ta obietnice dosyc lekko (ilez to razy "zainteresowani" mieli sie ze mna "wkrotce" kontaktowac").
We wtorek, 2 lutego otrzymalam od MH email, z pytaniem, czy mialabym w czwartek czas, aby przyjsc do jego biura i wspolnie popracowac nad reklama. Oczywiscie czas mialam. W czwartek o 10:30 stawilam sie w biurze.
Spodziewalam sie, ze MH odbedzie ze mna konsultacje, wytlumaczy mi co chcialby zawrzec w reklamie, i wysle w porze lunchu do domu, abym mogla popracowac i przedstawic mu moje propozycje. Tak sie jednak nie stalo: MH chcial, abym pracowala z nim, w biurze, co mnie bardzo ucieszylo. Zdecydowanie wole prace z ludzmi i konsultacje na biezaco.
MH byl pod wrazeniem moich umiejetnosci. 10 godzin, ktore mial zaplanowane na ukonczenie jednego projektu, przeciagnelo sie do 27 godzin pracy nad wieloma projektami w czwartek, piatek, poniedzialek i wtorek. Ostatniego dnia wieczorem, wreczajac mi czek, MH powiedzial, iz liczy na nasza wspolprace w drugiej polowie marca. Powiedzial rowniez, ze jesli mam ochote przyjsc do jego biura i pouczyc sie roznych programow, to bede bardzo mile widziana.
W przyszly poniedzialek bede fotografowac dom MH (zdjecia sa mu potrzebne do jakiejs publikacji) a pozniej- przyuczac sie w biurze.
Czyzbym znalazla prace? Wyglada na to, ze tak. W drugiej polowie marca bede miala juz pewnosc, ale mysle, ze powoli moge juz odkorkowywac butelke mojego ulubionego, musujacego soku jablkowego.

Friday, February 5, 2010

Deszcz

Rodzina i przyjaciele z Polski donosza, iz mamy niemalze zime stulecia. A u nas, w Californi, padaja deszcze. Deszcze bardzo ulewne, nietypowe jak na ten stan. Ludzie sa ewakuowani. Ulice zamieniaja sie w rwace strumienie. Prawie odplynely nam kosze na smieci! Przejezdzajace samochody tworza na ulicach wysokie fontanny. Sami zobaczcie:






























Za to kiedy sie rozchmurzy, powietrze jest krysztalowo czyste, ani sladu smogu... i wszystko wyglada tak:
















Niestety nie potrwa to dlugo. 2 dni bez deszczu i smog sprawi, ze gory stana sie niewidoczne. A ja znowu bede kichac i kaszlec.

Monday, February 1, 2010

Szukam pracy

Po wyslaniu 273 emaili (wliczajac te z CV i odpowiedzi do firm, ktore odpowiedzialy mnie), zaczynam sie czuc nieco znuzona. Tak, wiem, ze z gospodarka jest kiepsko i ze ciezko jest znalezc prace w moim zawodzie, no ale naprawde...
Zadzwonilam rowniez do kazdej z setek firm, do ktorych wyslalam moje CV (czasem musialam zadzwonic wiecej niz raz) i oto co uslyszalam (komentarze w nawiasach moje):
- Przepraszamy, ale w tej chwili nie zatrudniamy,
- Nie mamy dla Pani odpowiedniej pozycji,
- Wlasnie zwolnilismy polowe ludzi w biurze,
- W tej chwili w biurze jestem tylko ja,
- Ostatniego mojego pracownika zatrudnilem 11 lat temu, (lol)
- Mamy naprawde niewiele pracy,
- Kryzys bardzo w nas uderzyl,
- Wszyscy plyniemy na tej samej lodzi (na jakiej? czy ja tez moge poplynac?),
- Niestety nie dostalem pani wiadomosci, nie sprawdzam tamtego emaila (yyy... to po co podajesz go na swojej oficjalnej stronie internetowej?),
- Moze pani zadzwonic pozniej, ale managera pewnie i tak nie bedzie (Swietnie. Co za profesjonalizm.),
- Ten numer zostal odlaczony,
- Prosze, zostaw wiadomosc,
- Prosze, zostaw wiadomosc (juz jedna zostawilam)
- Prosze, zostaw wiadomosc (nie, dziekuje, po dwoch mam dosc)...

I moje ulubione:
- Dlaczego myslisz, ze kogokolwiek zatrudniam? (yyy... troche kultury by sie przydalo!)
oraz (po tym, jak facet zaproponowal mi trzymiesieczny, bezplatny staz, z mozliwoscia pozniejszego zatrudnienia, i poprosilam go o czas do namyslu):
- Jesli musisz sie nad tym zastanawiac, to ta praca na pewno nie jest dla ciebie. Powodzenia i do widzenia. (Tak. Jasne. Zacisne pasek, wbije zeby w sciane i z radoscia oddam sie bezplatnej pracy z mglista nadzieja, ze po trzech miesiacach facet zgodzi sie mnie zatrudnic)

Udalo mi sie rowniez zalatwic 4 rozmowy "w cztery oczy". Po kazdej slyszalam:
- jestem pod wielkim wrazeniem pani CV i portfolio i bardzo chcialbym pania zatrudnic, ale mamy kryzys... Zachowam sobie pani informacje i zadzwonie, jak tylko bedziemy zatrudniac. (to po co marnowales moj czas? Prosze mi oddac $30 za benzyne.)

Chyba czas zmienic kariere.

Thursday, January 28, 2010

Chorzy

Dwa dni po przylocie do Stanow Maz rozchorowal sie na grype.
Przedwczoraj dopadlo i mnie. Walczylam dzielnie, ale w koncu zapalenie gardla dalo mi sie we znaki. Na szczescie fakt, iz jestem w dobrej kondycji fizycznej, bardzo pomaga w rekonwalescencji. Mysle, ze dzis wieczorem bede w stanie pojsc na silownie.

Saturday, January 23, 2010

Polska oczami Meza

- Samochody są w Polsce dużo mniejsze niż w Stanach, a ulice dużo wezsze.
- Koszty utrzymania samochodu w Polsce są duzo wieksze niż w Stanach.
- Komunikacja miejska jest swietnie rozwinieta. W Polsce posiadanie samochodu nie jest koniecznoscia.
- Ludzie w Polsce jezdza na rowerach i biegają nawet w największe mrozy. Jeżdżą rowniez na motocyklach gdy pada śnieg i jest slisko.
- Polacy nie marnuja jedzenia ani surowcow. Kosze na śmieci są duzo mniejsze. Recycling nie jest popularny.
- Menu w restauracjach są w jezykach angielskim i polskim.
- Kupowanie jedzenia na wynos jest w Polsce wciąż nowością. W restauracji w Zakopanem nie było styropianowych pudelek na wynos, dostaliśmy wiec zupe w sloiku po majonezie, a pierogi w pudelku po aromatach do ciast.
- Wszędzie po ulicach walaja się psie kupy i nikt ich nie sprząta.

Tuesday, January 19, 2010

Deszcz

Leje jak z cebra. Ulice zamienily sie w rwace strumienie. Na ich fali nasze pojemniki na smieci zaczely odplywac coraz dalej i dalej od domu... Na szczescie udalo sie nam je zatrzymac i wylowic.
10 minut pozniej zza chmur wyszlo slonce. Naprawde dziwna pogoda.

Monday, January 18, 2010

Moj Tata gwiazda YouTube

Wrzucilam do sieci pare filmow z naszej wycieczki do Polski. Spodziewalam sie, ze najwieksza popularnoscia bedzie cieszyl sie ten z Oswiecimia (ze wzgledu na ostatnie wydarzenia). Tymczasem- tym, ktory ma najwieksza ogladalnosc, jest film, w ktorym moj tata odsnieza podworko odsniezarka spalinowa. Ciekawe.

Friday, January 15, 2010

Dzień 33- Lot do domu

Wstalismy o godzinie 2:00 nad ranem. Zjedlismy lekkie śniadanie i, po pozegnaniu się z Ciocia, wyruszylismy na lotnisko.
Linie lotnicze zalecają, aby być na lotnisku 3 godziny przed lotem międzynarodowym. Jaki w tym sens, skoro bagaż można nadać dopiero 2 godziny przed nim? Nie rozumiem.
Pozegnalismy się z Rodzicami , zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy wielkiej choince, stojącej w hallu, i podazylismy w kierunku naszego gate. Samolot do Londynu odleciał punktualnie o 7:40.
Po wyladowaniu w Londynie przeszlismy przez kolejna kontrole (pan  z obslugi zagadywal kazdego w jego ojczystym jezyku, znal nawet indonezyjski). Gdy szlismy do naszego terminala zostalam zatrzymana, a moja torba skontrolowana. Meza ominela ta przyjemnosc.
Mieliśmy sporo czasu, aby się nieco poprzechadzac, kupiliśmy wiec 2 butelki wody, czekolade i magazyn o iPodach. Jako pasażerowie lecacy do Stanow Zjednoczonych, musieliśmy przejść przez jeszcze jedna kontrole- tym razem ręczna. Pól terminala zostało zamknięte, a pod ściana ustawiono stoły, przy których pracownicy lotniska, z mina "kazali mi to robić", obmacywali pasażerów i ich dobytek. Nie wydaje mi się, aby ta dodatkowa kontrola miała jakikolwiek sens, ale jeśli wladze chcą wydawać na nia dotatkoewe pieniądze, to proszę bardzo. Dla mnie najważniejsze było, aby samolot odleciał o czasie. Na szczęście tak się stało.















2 filmy, jedzenie, trochę trzęsienia nad Grenlandia, krótka drzemka, i już byliśmy w Los Angeles. Na lotnisku wypatrzylam w tłumie Donatelle Versace (nie sposób nie rozpoznac tej wypchanej górnej wargi).
Tesc już na nas czekal. Wyjechalismy z lotniska o 4:15 po południu. W domu byliśmy dwie godziny pózniej... Odzwyczailam się od poludniowokalifornijskich korków...
Wszystko wydawało się nam takie duże: samochody, autostrady...

Thursday, January 14, 2010

Dzien 32- Pamiatki

Pakujac sie i sprzatajac pokoj znalazlam rzeczy, ktore przypominaja mi o dziecinstwie, podstawowce, liceum, studiach. Legitymacje, patent zeglarza, druzynowego, ksiazeczke harcerska, strony z kalendarzy i pisane rozmowy na nudnych lekcjach, rysunki mojego kumpla ze studiow. Pewnego dnia, gdy bede miala wlasny dom, zabiore je ze soba, a wsrod nich najwazniejsza rzecz: moja dziecieca zabawke.



To juz prawie koniec naszej wycieczki do Polski, jutro rano wracamy do Stanow Zjednoczonych. Odwiedzilismy rodzine i przyjaciol. Odwiedzilismy Lodz, Zakowice, Warszawe, Krakow, Oswiecim, Wieliczke i Zakopane. Jedlismy polskie potrawy wigilijne- i nie tylko. Zrobilismy ponad 3000 zdjec.
Nastepnym razem napisze juz ze Stanow Zjednoczonych. Do zobaczenia!

Mandarynka

- Jak bedzie "mandarynka" po angielsku?- pyta mnie Mama.
- Tangerine- odpowiadam.
Mama kilkakrotnie próbuje wymowic słowo, po czym, zrezygnowana, macha reka i pyta:
- Michael, would you like a little orange?

Wednesday, January 13, 2010

Dzien 31- Przedostatnie zakupy i "Ziemia Obiecana"

Trudno uwierzyć, ze w pojutrze o tej porze będziemy gdzieś nad oceanem... Bardzo szybko uplynal nam ten miesiąc w Polsce.
Pojechalismy dziś na ostatnie zakupy do Galerii Lodzkiej, Leclerca i M1. Zakupilismy masę polskich słodyczy oraz paluszkow o smaku cebulowym.
W domu czekała na nas niespodzianka. Podczas naszej nieobecności MZ i ZZ przywieźli nam kolejny wspaniały prezent: album o Lodzi i film "Ziemia Obiecana" w wielu wersjach językowych (w tym w angielskiej). Cieszymy się bardzo, ponieważ album zawiera mnostwo informacji (w jezyku polskim, angielskim i niemieckim) oraz przepiekne fotografie, których o tej porze roku nie sposób zrobić. Film natomiast mieliśmy zamiar kupić (bo to przecież klasyk i dzieje się własnie w Lodzi) i zabrać ze sobą do Stanow. Dziękujemy bardzo MZ i ZZ! To naprawdę przepiekny prezent. Przedostatni wieczór naszego pobytu w Polsce spędziliśmy na jedzeniu faworkow i oglądaniu "Ziemi Obiecanej".








Tuesday, January 12, 2010

Buty

Mam w Polsce 2 pary zimowych butów. Nie mialam ich na sobie od 3.5 roku. Przy próbie noszenia ich okazało się, ze jedna para jest na mnie za mała, a drugia za duża. Nic z tego nie rozumiem. Poza tym w za małych butach psuje mi się zamek, a za duże zrobiły się jakieś niewygodne. Tego tez nie rozumiem, bo przed trzema laty byly to moje najwygodniejsze buty. Mimo to noszę obie pary (a raczej nosilam do dziś, ale o tym za chwile), bo nie znalazłam jeszcze nowych, które by mi się podobały.
Dzis rano, przy probie zalozenia za malych butow, na dobre popsul mi sie w nich ekspres. Przyjelam to z niejaka ulga: nareszcie bede mogla sie ich pozbyc, mam teraz 2 powody.
Po całym dniu chodzenia po Warszawie w drugiej parze butów postanowilam, ze już nigdy wiecej ich nie zaloze. Ból nóg jest naprawdę nie do zniesienia.
Całe szczęście, ze za 3 dni wracamy do Californi, bo zostały mi już tylko sketchersy. A śniegu mamy w Lodzi jakieś pól metra.