W zeszly piatek w naszym miasteczku mialo miejsce Oktoberfest. Poza niemieckim piwem i kielbasa zakupic mozna bylo... kapusniak. Nie cieszyl sie on zbytnim powodzeniem, Amerykanie nie przepadaja za kiszona kapusta, a zupa z niej wydaje im sie byc dosc obrzydliwa.
Mnie kapusniak przypomnial wycieczke w Bieszczady i kolacje po calodniowym przemierzaniu gorskich szlakow: kwasnice na baraninie.
Sauerkraut soup spozylam z wielka radoscia.
M., moja przyjaciolka, nie odwazyla sie sprobowac.
Saturday, October 11, 2008
Thursday, October 9, 2008
Amerykanie a alkohol
Krazy po swiecie opinia, ze Amerykanie nie potrafia pic. Ze te ich piwa to slabiutkie a do mocniejszych trunkow to oni glowy nie maja.
Cos w tym jest.
Moj 22 letni kolega przyznal mi sie, ze przepada za piwem. Wina, bialego, sprobowal w zyciu raz. Nie smakowalo mu.
Inny znajomy (25 lat) odkad skonczyl wiek, w ktorym legalnie mozna pic- nie pije. Mowi, ze nie umie, i ze zawsze konczylo sie to urwaniem filmu.
W pewne sierpniowe popoludnie, wracajac z meczu futbolu, zauwazylam w tlumie dziewczyne, w wieku lat moze 20, prowadzona przez dwie kolezanki. Dziewczyna nie byla w stanie sama isc. Slaniala sie na nogach, zgieta na ksztalt odwroconej litery "L". W koncu wyladowala na trawniku. Nietrudno bylo zauwazyc, ze byla kompletnie pijana.
W USA wiek, w ktorym mozna spozywac alkohol, to 21 lat. Co ciekawe, aby kupic papierosy (w wiekszosci stanow) trzeba miec zaledwie 18 lat. Uwazam, ze to niedopuszczalne. Palenie szkodzi. Alkohol w nadmiarze rowniez, ale uwazam go za uzywke innego rodzaju niz papierosy. Alkohol mozna pic z klasa. Czerwone wino dziala dobrze na serce, gorzka wodka pomaga na zoladek. Palic z klasa sie nie da. Papierosy nie dzialaja zbawiennie na nic.
Mysle, ze zakup papierosow powinien byc dozwolony od lat 21. Majac lat "nascie" wciaz jeszcze jest sie pod duzym wplywem rowiesnikow. Podniesienie granicy wieku, od ktorej palenie jest dopuszczalne, w jakims stopniu na pewno utrudniloby zakup tytoniu i zniechecilo potencjalnych zainteresowanych.
Utrzymalabym granice wieku, od ktorej dopuszczalne jest picie alkoholu (21 lat). Wydaje mi sie jednak, ze rodzice powinni uczyc swoje dzieci (jeszcze przed osiagnieciem pelnoletniosci), jak dziala alkohol, jak go spozywac i jak sie nim nie upic (przez okreslenie "uczyc" rozumiem "dac sprobowac"). Mysle, ze nieumiejetnosc i niechec do picia moich dwoch kolegow wynika z faktu, ze ich rodzice nieco zaniechali "alkoholowej edukacji". Oczywiscie nie potepiam ich: jesli nie maja ochoty pic, to szanuje to. Chodzi mi jedynie o uswiadomienie mlodziezy (jesli nie przez rodzicow to moze w szkole na lekcji), ze np. picie sporych ilosci alkoholu w 40- stopniowym upale moze skonczyc sie dosc kiepsko...
Cos w tym jest.
Moj 22 letni kolega przyznal mi sie, ze przepada za piwem. Wina, bialego, sprobowal w zyciu raz. Nie smakowalo mu.
Inny znajomy (25 lat) odkad skonczyl wiek, w ktorym legalnie mozna pic- nie pije. Mowi, ze nie umie, i ze zawsze konczylo sie to urwaniem filmu.
W pewne sierpniowe popoludnie, wracajac z meczu futbolu, zauwazylam w tlumie dziewczyne, w wieku lat moze 20, prowadzona przez dwie kolezanki. Dziewczyna nie byla w stanie sama isc. Slaniala sie na nogach, zgieta na ksztalt odwroconej litery "L". W koncu wyladowala na trawniku. Nietrudno bylo zauwazyc, ze byla kompletnie pijana.
W USA wiek, w ktorym mozna spozywac alkohol, to 21 lat. Co ciekawe, aby kupic papierosy (w wiekszosci stanow) trzeba miec zaledwie 18 lat. Uwazam, ze to niedopuszczalne. Palenie szkodzi. Alkohol w nadmiarze rowniez, ale uwazam go za uzywke innego rodzaju niz papierosy. Alkohol mozna pic z klasa. Czerwone wino dziala dobrze na serce, gorzka wodka pomaga na zoladek. Palic z klasa sie nie da. Papierosy nie dzialaja zbawiennie na nic.
Mysle, ze zakup papierosow powinien byc dozwolony od lat 21. Majac lat "nascie" wciaz jeszcze jest sie pod duzym wplywem rowiesnikow. Podniesienie granicy wieku, od ktorej palenie jest dopuszczalne, w jakims stopniu na pewno utrudniloby zakup tytoniu i zniechecilo potencjalnych zainteresowanych.
Utrzymalabym granice wieku, od ktorej dopuszczalne jest picie alkoholu (21 lat). Wydaje mi sie jednak, ze rodzice powinni uczyc swoje dzieci (jeszcze przed osiagnieciem pelnoletniosci), jak dziala alkohol, jak go spozywac i jak sie nim nie upic (przez okreslenie "uczyc" rozumiem "dac sprobowac"). Mysle, ze nieumiejetnosc i niechec do picia moich dwoch kolegow wynika z faktu, ze ich rodzice nieco zaniechali "alkoholowej edukacji". Oczywiscie nie potepiam ich: jesli nie maja ochoty pic, to szanuje to. Chodzi mi jedynie o uswiadomienie mlodziezy (jesli nie przez rodzicow to moze w szkole na lekcji), ze np. picie sporych ilosci alkoholu w 40- stopniowym upale moze skonczyc sie dosc kiepsko...
Thursday, October 2, 2008
Praca w domu
Jak to fajnie pracowac w domu.
Mozna sobie wstac o jakiejs nieprzyzwoicie poznej godzinie, chodzic w pizamie po domu. Rozpoczac dzien od partyjki hold'em-a online. Wychylic lampke wina juz we wczesnych godzinach popoludniowych.
Mozna rowniez, okolo godziny 15.00 (bedac pod wplywem alkoholu i w pizamie) zostac zaskoczonym przez pana policjanta, pukajacego do naszych drzwi, i proszacego o wskazanie mu drogi do biura managera budynku...
Mozna sobie wstac o jakiejs nieprzyzwoicie poznej godzinie, chodzic w pizamie po domu. Rozpoczac dzien od partyjki hold'em-a online. Wychylic lampke wina juz we wczesnych godzinach popoludniowych.
Mozna rowniez, okolo godziny 15.00 (bedac pod wplywem alkoholu i w pizamie) zostac zaskoczonym przez pana policjanta, pukajacego do naszych drzwi, i proszacego o wskazanie mu drogi do biura managera budynku...
Monday, September 22, 2008
Wedkarstwo
Maz od zawsze powtarzal, ze lubi wedkowac. Nie mial niestety zbyt wielu okazji, aby realizowac swa pasje: w Birmingham, Alabama, nie mial znajomych, z ktorymi laczyloby go to samo zainteresowanie. Odkad sie przeprowadzilismy sytuacja zmienila sie.
Pewnego letniego popoludnia przyszedl z pracy podekscytowany i zakrzyknal:
- Ide z K. na ryby!
No i poszedl.
Wrocil szczesliwy. Fakt, ze nic nie zlowil, wydawal sie byc zupelnie nieistotny.
Od tamtej pory w domu zaczely pojawiac sie roznego rodzaju splawiki, plastikowe zaby i weze, a w koncu nawet nowa wedka oraz film instruktazowy pt. "Jak zlowic wielkiego okonia".
- Przynies no jakas rybe na kolacje- poprosilam ktoregos dnia, widzac, ze maz wybiera sie nad jezioro.
Niestety i tym razem ryby okazaly sie byc sprytniejsze. Maz wrocil z jeziora z marsem na twarzy:
- Zezarly mi wszystkie przynety- powiedzial grobowym glosem.
Tego wieczoru, obejrzawszy kilkakrotnie swoj film, Maz ubral sie w milczeniu i pojechal do walmartu. Wrocil wyposazony w bron ciezkiego kalibru: przynete z wiatraczkiem.
Nastepnego dnia, o godzinie 5 nad ranem, przed pojsciem do pracy, Maz rozpoczal nierowna walke z okoniami. Tym razem uwienczona zostala sukcesem: dumny jak paw przyniosl 2 ryby, ktore wraz z moja mama (ktora przyjechala w odwiedziny) przygotowalysmy na obiad. Okazalo sie jednak, ze... Maz ich jadl nie bedzie, bo nie przepada. Lubi jednak je lowic. Dziwny zestaw.
Kilka razy w tygodniu Maz bierze sprzet i znika na cale popoludnie. Lapie i wypuszcza, potem wraca z wypiekami na twarzy. Wychwala przy tym, jaki to wspanialy sport, wedkowanie. Ktoregos dnia postanowilam przekonac sie o tym sama. Pojechalismy razem nad jezioro, ja, Maz i K..
Byla godzina 7 wieczorem, sciemnalo sie. Na twarzach mezczyzn malowalo sie podekscytowanie. Zarzucili wedki. I jeszcze raz. I jeszcze.
Na pobliskim drzewie przysiadl wielki ptak, zuraw pewnie. Schowawszy glowe pod skrzydlem zaczal drzemac. Zastanawialam sie, czy nie wziac z niego przykladu. Bylo juz prawie zupelnie ciemno. Panowie z poswieceniem godnym lepszej sprawy zarzucali wedki i wpatrywali sie w metna wode. Skonczyli po godzinie.
Mnie pogryzly komary i pajaki.
Moja przygoda z wedkowaniem zakonczyla sie szybko i definitywnie.
W sobote Maz i K. wstali o 5:30 nad ranem. O 6 pojechali nad jezioro.
Wrocili o 9 wieczorem.
Z wycieczki przywiezli nakrecony wlasnorecznie pasjonujacy film pt. "M. i K. lowia ryby".
Czy to jest normalne zachowanie?
Pewnego letniego popoludnia przyszedl z pracy podekscytowany i zakrzyknal:
- Ide z K. na ryby!
No i poszedl.
Wrocil szczesliwy. Fakt, ze nic nie zlowil, wydawal sie byc zupelnie nieistotny.
Od tamtej pory w domu zaczely pojawiac sie roznego rodzaju splawiki, plastikowe zaby i weze, a w koncu nawet nowa wedka oraz film instruktazowy pt. "Jak zlowic wielkiego okonia".
- Przynies no jakas rybe na kolacje- poprosilam ktoregos dnia, widzac, ze maz wybiera sie nad jezioro.
Niestety i tym razem ryby okazaly sie byc sprytniejsze. Maz wrocil z jeziora z marsem na twarzy:
- Zezarly mi wszystkie przynety- powiedzial grobowym glosem.
Tego wieczoru, obejrzawszy kilkakrotnie swoj film, Maz ubral sie w milczeniu i pojechal do walmartu. Wrocil wyposazony w bron ciezkiego kalibru: przynete z wiatraczkiem.
Nastepnego dnia, o godzinie 5 nad ranem, przed pojsciem do pracy, Maz rozpoczal nierowna walke z okoniami. Tym razem uwienczona zostala sukcesem: dumny jak paw przyniosl 2 ryby, ktore wraz z moja mama (ktora przyjechala w odwiedziny) przygotowalysmy na obiad. Okazalo sie jednak, ze... Maz ich jadl nie bedzie, bo nie przepada. Lubi jednak je lowic. Dziwny zestaw.
Kilka razy w tygodniu Maz bierze sprzet i znika na cale popoludnie. Lapie i wypuszcza, potem wraca z wypiekami na twarzy. Wychwala przy tym, jaki to wspanialy sport, wedkowanie. Ktoregos dnia postanowilam przekonac sie o tym sama. Pojechalismy razem nad jezioro, ja, Maz i K..
Byla godzina 7 wieczorem, sciemnalo sie. Na twarzach mezczyzn malowalo sie podekscytowanie. Zarzucili wedki. I jeszcze raz. I jeszcze.
Na pobliskim drzewie przysiadl wielki ptak, zuraw pewnie. Schowawszy glowe pod skrzydlem zaczal drzemac. Zastanawialam sie, czy nie wziac z niego przykladu. Bylo juz prawie zupelnie ciemno. Panowie z poswieceniem godnym lepszej sprawy zarzucali wedki i wpatrywali sie w metna wode. Skonczyli po godzinie.
Mnie pogryzly komary i pajaki.
Moja przygoda z wedkowaniem zakonczyla sie szybko i definitywnie.
W sobote Maz i K. wstali o 5:30 nad ranem. O 6 pojechali nad jezioro.
Wrocili o 9 wieczorem.
Z wycieczki przywiezli nakrecony wlasnorecznie pasjonujacy film pt. "M. i K. lowia ryby".
Czy to jest normalne zachowanie?
Sunday, September 14, 2008
Hydrant
Dziwna mamy ostatnio pogode. Nie dosc, ze leje jak z cebra, to jeszcze jest 25 stopni ciepla. To wszystko powoduje, iz jadac samochodem mamy zupelnie zaparowane szyby, bez wzgledu na to, czy wlaczymy na nie nawiew czy nie.
W jeden z takich wlasnie deszczowych, dziwnych dni, wracalismy noca z koncertu. Odwozilismy naszych znajomych, M. i S. do domu, i, nie znajac drogi, kluczylismy ciemnymi uliczkami. W pewnym momencie znalezlismy sie przed przejazdem kolejowym. 5 metrow od niego ujrzelismy dziwnie zaparkowany samochod i dwoje moknacych na deszczu ludzi, chlopaka i dziewczyne. Ludzie popalali papierosy i wygladali na zrezygnowanych.
- Czy cos sie stalo?- zapytal Maz przez uchylona szybe- Potrzebujecie jakiejs pomocy?
- Nam nic sie nie stalo- odparl chlopak. Zauwazylam, ze byl to Meksykanin z pochodzenia, ale poslugiwal sie biegle angielskim. Biala dziewczyna obok niego nie mogla miec wiecej niz 20 lat.- ale nie moge ruszyc samochodu. Przez zaparowane szyby nic nie widzialem w tym deszczu i wjechalem w hydrant.
Zaczelam sie zastanawiac, co tak naprawde sie stalo, ze facet nie moze wyjechac po bliskim spotkaniu z hydrantem. Czyzby uderzyl w niego zbyt mocno? Jesli tak sie stalo, to jakim cudem on i dziewczyna sa cali i zdrowi a w aucie nie otworzyla sie poduszka powietrzna?
Wysiedlismy razem z Mezem, aby blizej przyjrzec sie sytuacji. Dopiero wtedy zauwazylismy, ze auto wcisniete jest miedzy kraweznik a gorne ramie hydrantu (to, do ktorego przykreca sie waz strazacki) tak silnie, iz wyjechanie stamtad jest zupelnie niemozliwe. Opona jest przebita a silnik nie jest w stanie wyciagnac zablokowanego auta z potrzasku.
Wyciagniecie auta naszym Nissanem nie wchodzilo w gre. Tory kolejowe byly zbyt blisko (musielibysmy ciagnac wlasnie od ich strony) a w nocy pociagi przejezdzaly co jakies 5- 10 minut.
- Moze zadzwonimy dla was po "Triple A"?- zaproponowal Maz- mamy oplacone do lutego a skorzystalismy do tej pory tylko raz.
- Co to jest "Triple A"?- zapytal Meksykanin.
AAA to klub samochodowy. Raz na rok oplaca sie czlonkostwo- jakies $60 za osobe. W ciagu tego roku (jesli np. zatrzasniemy kluczyki w aucie, skonczy nam sie benzyna lub potrzebujemy holowania) mozemy kilka razy zadzwonic do nich po pomoc, ktorej udziela nam calkowicie bezplatnie. Do tego mozemy liczyc na znizki w kinach i muzeach. I to wszystko za tak niewiele!
Maz zadzwonil po pomoc, ja w tym czasie odwiozlam znajomych do domu.
20 minut pozniej ujrzelismy na horyzoncie migajace swiatla lawety. Wysiadl z niej krzepki 50- latek w zoltej kurtce przeciwdeszczowej. Obejrzal samochod uwieziony pod hydrantem, potrzasnal glowa z niedowierzaniem. Ja przypatrywalam sie Meksykaninowi. Mial okolo 30 lat, ramiona i szyje pokryte tatuazami. Pod lewym okiem mial wytatuowana malutka lezke. W niektorych srodowiskach oznacza to, ze brat, lub bliska osoba noszacego tatuaz, zmarla, gdy noszacy siedzial w wiezieniu (pusta lezka oznacza, iz ukochana osoba noszacego zostala zamordowana, polpelna zas, iz noszacy zemscil sie na mordercy ukochanej osoby). Pomimo oczywistych znakow wieziennych i zwiazanych z gangiem, facet wyslawial sie bardzo poprawnie, byl zadziwiajaco mily i uprzejmy. Zaoferowal nawet ociekajacemu woda Mezowi wlasna koszule do osuszenia sie.
Krzepki 50- latek, miedzy przejazdami pociagow, mial niewiele czasu na cala akcje: musial ustawic lawete na torach, opuscic platforme, podpiac lancuch pod auto, wciagnac je na platforme i zmykac gdzie pieprz rosnie. 2 minuty po wszystkim przejazd znowu zamknieto i zobaczylismy kolejny pociag. Facet ledwie zdazyl.
- Nie wiem jak ci dziekowac- Meksykanin nie posiadal sie z radosci- wybawiles mnie z opresji.
- Drobiazg- powiedzial Maz dajac Meksykaninowi wizytowke. Dziewczyna wyciagnela do mnie reke i usmiechnela sie.
Laweta odstawila samochod pod dom Meksykanina i odjechala. My pozegnalismy sie i rowniez pojechalismy do domu.
Podczas rozmowy w samochodzie doszlismy z Mezem do wniosku, ze jesli chcialoby sie celowo wjechac w hydrant tak, zeby zablokowac pod nim auto, byloby to niemozliwe do wykonania.
Wrocilismy do domu w dobrych humorach, pomimo, iz byla juz 11 w nocy a my bylismy przemoczeni do suchej nitki. Fajnie jest zrobic dobry uczynek. A poza tym... dobrze jest miec znajomosci w tzw. "szemranych" srodowiskach. Dobrze tez znac paru Meksykanow. Ogladaliscie "Weeds"? :)
W jeden z takich wlasnie deszczowych, dziwnych dni, wracalismy noca z koncertu. Odwozilismy naszych znajomych, M. i S. do domu, i, nie znajac drogi, kluczylismy ciemnymi uliczkami. W pewnym momencie znalezlismy sie przed przejazdem kolejowym. 5 metrow od niego ujrzelismy dziwnie zaparkowany samochod i dwoje moknacych na deszczu ludzi, chlopaka i dziewczyne. Ludzie popalali papierosy i wygladali na zrezygnowanych.
- Czy cos sie stalo?- zapytal Maz przez uchylona szybe- Potrzebujecie jakiejs pomocy?
- Nam nic sie nie stalo- odparl chlopak. Zauwazylam, ze byl to Meksykanin z pochodzenia, ale poslugiwal sie biegle angielskim. Biala dziewczyna obok niego nie mogla miec wiecej niz 20 lat.- ale nie moge ruszyc samochodu. Przez zaparowane szyby nic nie widzialem w tym deszczu i wjechalem w hydrant.
Zaczelam sie zastanawiac, co tak naprawde sie stalo, ze facet nie moze wyjechac po bliskim spotkaniu z hydrantem. Czyzby uderzyl w niego zbyt mocno? Jesli tak sie stalo, to jakim cudem on i dziewczyna sa cali i zdrowi a w aucie nie otworzyla sie poduszka powietrzna?
Wysiedlismy razem z Mezem, aby blizej przyjrzec sie sytuacji. Dopiero wtedy zauwazylismy, ze auto wcisniete jest miedzy kraweznik a gorne ramie hydrantu (to, do ktorego przykreca sie waz strazacki) tak silnie, iz wyjechanie stamtad jest zupelnie niemozliwe. Opona jest przebita a silnik nie jest w stanie wyciagnac zablokowanego auta z potrzasku.
Wyciagniecie auta naszym Nissanem nie wchodzilo w gre. Tory kolejowe byly zbyt blisko (musielibysmy ciagnac wlasnie od ich strony) a w nocy pociagi przejezdzaly co jakies 5- 10 minut.
- Moze zadzwonimy dla was po "Triple A"?- zaproponowal Maz- mamy oplacone do lutego a skorzystalismy do tej pory tylko raz.
- Co to jest "Triple A"?- zapytal Meksykanin.
AAA to klub samochodowy. Raz na rok oplaca sie czlonkostwo- jakies $60 za osobe. W ciagu tego roku (jesli np. zatrzasniemy kluczyki w aucie, skonczy nam sie benzyna lub potrzebujemy holowania) mozemy kilka razy zadzwonic do nich po pomoc, ktorej udziela nam calkowicie bezplatnie. Do tego mozemy liczyc na znizki w kinach i muzeach. I to wszystko za tak niewiele!
Maz zadzwonil po pomoc, ja w tym czasie odwiozlam znajomych do domu.
20 minut pozniej ujrzelismy na horyzoncie migajace swiatla lawety. Wysiadl z niej krzepki 50- latek w zoltej kurtce przeciwdeszczowej. Obejrzal samochod uwieziony pod hydrantem, potrzasnal glowa z niedowierzaniem. Ja przypatrywalam sie Meksykaninowi. Mial okolo 30 lat, ramiona i szyje pokryte tatuazami. Pod lewym okiem mial wytatuowana malutka lezke. W niektorych srodowiskach oznacza to, ze brat, lub bliska osoba noszacego tatuaz, zmarla, gdy noszacy siedzial w wiezieniu (pusta lezka oznacza, iz ukochana osoba noszacego zostala zamordowana, polpelna zas, iz noszacy zemscil sie na mordercy ukochanej osoby). Pomimo oczywistych znakow wieziennych i zwiazanych z gangiem, facet wyslawial sie bardzo poprawnie, byl zadziwiajaco mily i uprzejmy. Zaoferowal nawet ociekajacemu woda Mezowi wlasna koszule do osuszenia sie.
Krzepki 50- latek, miedzy przejazdami pociagow, mial niewiele czasu na cala akcje: musial ustawic lawete na torach, opuscic platforme, podpiac lancuch pod auto, wciagnac je na platforme i zmykac gdzie pieprz rosnie. 2 minuty po wszystkim przejazd znowu zamknieto i zobaczylismy kolejny pociag. Facet ledwie zdazyl.
- Nie wiem jak ci dziekowac- Meksykanin nie posiadal sie z radosci- wybawiles mnie z opresji.
- Drobiazg- powiedzial Maz dajac Meksykaninowi wizytowke. Dziewczyna wyciagnela do mnie reke i usmiechnela sie.
Laweta odstawila samochod pod dom Meksykanina i odjechala. My pozegnalismy sie i rowniez pojechalismy do domu.
Podczas rozmowy w samochodzie doszlismy z Mezem do wniosku, ze jesli chcialoby sie celowo wjechac w hydrant tak, zeby zablokowac pod nim auto, byloby to niemozliwe do wykonania.
Wrocilismy do domu w dobrych humorach, pomimo, iz byla juz 11 w nocy a my bylismy przemoczeni do suchej nitki. Fajnie jest zrobic dobry uczynek. A poza tym... dobrze jest miec znajomosci w tzw. "szemranych" srodowiskach. Dobrze tez znac paru Meksykanow. Ogladaliscie "Weeds"? :)
Sunday, August 24, 2008
Durian
Bedac w Californi, w domu rodzicow Michaela, mialam okazje zetknac sie z owocem, ktory nazywa sie durian. Pewnego pieknego dnia otworzylam lodowke i... czym predzej ja zamknelam, poniewaz wydobywala sie z niej won zgnilego miesa i noszonych skarpet.
Durian.
Maz zaproponowal mi wtedy kawalek, ale stchorzylam i odmowilam.
W niedziele, po Festynie Stanu Iowa, pojechalismy z T. (Wietnamczykiem) i J. do azjatyckiego supermarketu, gdzie T. zakupil durian (jego dziewczyna chciala sprobowac).
W poniedzialek maz przyniosl mi kawalek hermetycznie zapakowanego owocu (prezent od T.).
Otworzylam pudelko.
Kotka podbiegla aby sprawdzic, co tez dobrego jest w pojemniku ale uciekla gdzie pieprz rosnie, gdy tylko poczula zapach.
Jakos nie mialam ochoty sprobowac.
We wtorek rano zebralam sie na odwage i zdecydowalam sie na konsumpcje. Otworzylam pudelko (ach, ta won nie do opisania) i nabralam troche kremowej substancji na widelec.
I wzielam ja do ust.
Durian smakuje troche jak skrzyzowanie mango i awokado. Jest slodki (czego nigdy bym sie nie spodziewala, sadzac po zapachu) ale jednoczesnie lekko gryzie w przelyk. Generalnie nie jest zly.
Zjadlam caly kawalek.
Tego dnia maz nie pocalowal mnie przed wyjsciem do pracy.
Dla zainteresowanych: http://en.wikipedia.org/wiki/Durian
Durian.
Maz zaproponowal mi wtedy kawalek, ale stchorzylam i odmowilam.
W niedziele, po Festynie Stanu Iowa, pojechalismy z T. (Wietnamczykiem) i J. do azjatyckiego supermarketu, gdzie T. zakupil durian (jego dziewczyna chciala sprobowac).
W poniedzialek maz przyniosl mi kawalek hermetycznie zapakowanego owocu (prezent od T.).
Otworzylam pudelko.
Kotka podbiegla aby sprawdzic, co tez dobrego jest w pojemniku ale uciekla gdzie pieprz rosnie, gdy tylko poczula zapach.
Jakos nie mialam ochoty sprobowac.
We wtorek rano zebralam sie na odwage i zdecydowalam sie na konsumpcje. Otworzylam pudelko (ach, ta won nie do opisania) i nabralam troche kremowej substancji na widelec.
I wzielam ja do ust.
Durian smakuje troche jak skrzyzowanie mango i awokado. Jest slodki (czego nigdy bym sie nie spodziewala, sadzac po zapachu) ale jednoczesnie lekko gryzie w przelyk. Generalnie nie jest zly.
Zjadlam caly kawalek.
Tego dnia maz nie pocalowal mnie przed wyjsciem do pracy.
Dla zainteresowanych: http://en.wikipedia.org/wiki/Durian
Thursday, August 21, 2008
Iowa State Fair
W weekend wybralismy sie ze znajomymi na Iowa State Fair- Festyn Stanu Iowa. Jest to jeden z najwiekszych festynow w Stanach Zjednoczonych. Bylo to dla mnie pierwsze tego typu doswiadczenie. Domyslalam sie, ze bedzie to cos w rodzaju wesolego miasteczka, jednak rzeczywistosc przeszla moje najsmielsze oczekiwania.
Teren, na ktorym odbywal sie festyn, byl mniej wiecej rozmiarow sredniej dzielnicy w polskim miescie. A na tym terenie.... rozmaite atrakcje, ktore mozna podzielic na 4 kategorie:
1. Zwierzeta- najpiejniejsze konie, najwieksze byki, najbardziej welniste owce, najgrubsze swinie.
2. Sklepy, targi i galerie- na festynie mozna kupic maszyny rolnicze, przyczepy turystyczne, okazjonalne podkoszulki... Mozna rowniez isc do fryzjera lub obejrzec wystawe fotografii.
3. Jedzenie- nasze kubki smakowe doznaja rozkoszy, gdy bedziemy sie raczyc przysmakami takimi jak:
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju,
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju na patyku,
- krewetki smazone w glebokim oleju,
- krewetki smazone w glebokim oleju na patyku,
- krazki cebulowe smazone w glebokim oleju,
- krazki paprykowe smazone w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju na patyku,
- swinska noga (smazona),
- cebula smazona w glebokim oleju,
- grillowana wieprzowina,
- grillowana wolowina,
- hot dogi,
- hamburgery,
- chipsy,
- frytki,
- lody (na patyku).
3. Wesole miasteczko- karuzele, skoki na bungee i kolejki gorskie, na ktorych mozemy zwrocic zjedzone wlasnie lokalne rarytasy na patyku.
Nad terenem, na ktorym odbywal sie festyn, unosila sie won smazeniny. Wokolo mozna bylo dostrzec ludzi z tluszczem kapiacym z potrojnych podbrodkow, gryzacych ze smakiem swinska noge, i podskakujace jak pilki (i tak samo okragle), umorusane lodami dzieci.
Choroba lokomocyjna, awersja do smazonego jedzenia i zmysl estetyczny sprawia, ze festyny nie naleza do moich ulubionych imprez...
Teren, na ktorym odbywal sie festyn, byl mniej wiecej rozmiarow sredniej dzielnicy w polskim miescie. A na tym terenie.... rozmaite atrakcje, ktore mozna podzielic na 4 kategorie:
1. Zwierzeta- najpiejniejsze konie, najwieksze byki, najbardziej welniste owce, najgrubsze swinie.
2. Sklepy, targi i galerie- na festynie mozna kupic maszyny rolnicze, przyczepy turystyczne, okazjonalne podkoszulki... Mozna rowniez isc do fryzjera lub obejrzec wystawe fotografii.
3. Jedzenie- nasze kubki smakowe doznaja rozkoszy, gdy bedziemy sie raczyc przysmakami takimi jak:
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju,
- parowki w ciescie smazone w glebokim oleju na patyku,
- krewetki smazone w glebokim oleju,
- krewetki smazone w glebokim oleju na patyku,
- krazki cebulowe smazone w glebokim oleju,
- krazki paprykowe smazone w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju,
- kurczak smazony w glebokim oleju na patyku,
- swinska noga (smazona),
- cebula smazona w glebokim oleju,
- grillowana wieprzowina,
- grillowana wolowina,
- hot dogi,
- hamburgery,
- chipsy,
- frytki,
- lody (na patyku).
3. Wesole miasteczko- karuzele, skoki na bungee i kolejki gorskie, na ktorych mozemy zwrocic zjedzone wlasnie lokalne rarytasy na patyku.
Nad terenem, na ktorym odbywal sie festyn, unosila sie won smazeniny. Wokolo mozna bylo dostrzec ludzi z tluszczem kapiacym z potrojnych podbrodkow, gryzacych ze smakiem swinska noge, i podskakujace jak pilki (i tak samo okragle), umorusane lodami dzieci.
Choroba lokomocyjna, awersja do smazonego jedzenia i zmysl estetyczny sprawia, ze festyny nie naleza do moich ulubionych imprez...
Tuesday, August 19, 2008
Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008
Okolo poludnia zadzwonil S. z pytaniem, czy nie mam ochoty przyjsc do jego akademika, zeby jeszcze troche pospiewac przed koncertem. Okolo godziny 3 mialam pierwszy raz okazje podziwiac wnetrza dormitoriow Maharishi University of Management.
Prawde mowiac spodziewalam sie troche wiekszych luksusow: male pokoje, nagie, pomalowane farba olejna sciany i brak jakichkolwiek podzialow w pomieszczeniach rozczarowaly mnie nieco (glownie dlatego, ze wiem ile Uniwersytet kaze sobie placic za rok nauki). Wszystko to jednak bylo czystsze i duzo bardziej estetyczne niz polskie akademiki, w ktorych mialam okazje przebywac. Na szczescie S. udalo sie zrobic z tej klitki przytulne miejsce.
Przespiewalismy caly repertuar w pol godziny. Pojawil sie R. Cudowny Muzyk, Ktory Gra Na Wszystkim I Jest W Tym Absolutnie Doskonaly. Okazalo sie, ze jego gitara jest w czesciach i bez strun. Okolo godziny 4.45, bez wiekszego pospiechu, zabral sie za jej przygotowywanie.
O 5 S. pojechal instalowac zestaw perkusyjny na sali koncertowej.
O 5.30 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6 zadzwonil S. i zaproponowal pojscie na obiad przed koncertem.
O 6.15 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6.30 stwierdzilismy, ze na obiad juz za pozno. Pojechalismy do sali koncertowej, zeby zrobic probe generalna. Zostawilismy buty na korytarzu (tutaj zdejmowanie obuwia przed wejsciem do waznych miejsc jest na porzadku dziennym) i zabralismy sie za instalowanie sprzetu, w trakcie gdy inny zespol cwiczyl swoje piosenki: "Killing Me Softly", "El Mariachi" i pare innych, rzewnych utworow. Potem przyszla kolej na nas.
Powodem, dla ktorego wybralismy taki a nie inny repertuar, byl fakt, iz (zdaniem studentow) Maharishi University Of Management potrzebuje czegos, co by go nieco "rozruszalo". Do tej pory wszystkie wystepy skladaly sie z piosenek i tancow bardzo poprawnych politycznie, ktorym obce byly tematy samobojstw, narkotykow lub homoseksualizmu (ciekawe, ze najlepsze piosenki zawsze traktuja o samobojstwach, narkotykach lub homoseksualizmie). Podejrzewam, ze w jego murach nikt nie slyszal jeszcze takiej muzyki, jaka przygotowalismy my. Nic dziwnego, ze juz po pierwszej probnej piosence zlecieli sie studenci i nauczyciele z wyzszych pieter, aby sprawdzic, kto tez tam tak daje czadu.
Proba przebiegla sprawnie, z drobnymi zgrzytami, ktorych przyczyna byl Cudowny Muzyk R.. Prawdopodobnie spodziewal sie on, ze bedzie mial do czynienia z takimi samymi profesjonalistami jak on. My bylismy tylko grupa ludzi, ktorzy dowiedzieli sie, ze graja koncert 14 dni temu, i w ciagu tych dwoch tygodni staralismy sie (poza praca zawodowa, obowiazkami domowymi i snem) znalezc czas na proby. Na dodatek jedno z nas (ja) mialo gitare basowa w reku od 10 dni a inne (M.) dolaczylo do grupy 2 dni przed koncertem.
R. probowal nas tez przekonac do zmiany aranzacji piosenek, na co zdecydowanie sie nie zgodzilismy: proba generalna to nie jest czas na nauke i zmienianie czegokolwiek; to czas na przecwiczenie tego, co sie juz umie. Dasajac sie nieco, Cudowny Muzyk zajal swoje miejsce za keyboardem i z gitara (oczywiscie nie trzymala stroju, jak kazda gitara z nowymi strunami), na ktorej gral fantastyczne solowki. Jego gra nie pozostawiala nic do zyczenia. R. okazal sie byc naprawde doskonalym gitarzysta.
Nieco przed 8 sala byla juz w 3/4 wypelniona bosymi ludzmi. Po raz pierwszy w moim zyciu cos rozpoczelo sie wczesniej niz zaplanowane. Zamiast o 8:45 bylismy na scenie juz o 8:25. Reflektor, swiecacy mi prosto w oczy, uniemozliwial stwierdzenie, czy na sali znajduje sie moja "grupa wsparcia" (okolo 15 osob). Dopiero okrzyk B.: "Dawaj, P.!" upewnil mnie, ze jest tam przynajmniej jedna osoba, ktora mnie zna (reszta przyszla jakies 10 minut pozniej).
Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze nerwy zupelnie mnie opuscily. Pozwolilo mi to swobodnie bujac sie w rytm granej przez nas muzyki... no i mialo oczywiscie przelozenie na jakosc mojego spiewania. 2 miesiace temu wystepowalam w kawiarni na "Open mic night", gdzie kazdy moze zaspiewac, i trema zzarla mnie totalnie. Teraz gralam i spiewalam zupelnie na luzie. Najbardziej zdenerwowanym z nas wszystkich byl chyba glowny wokalista, ktory z wrazenia zapomnial konferansjerki i probowal cos sklecic na poczekaniu.
Publicznosc byla swietna i przyjela nas bardzo goraco. Naprawde dalo sie wyczuc, ze studenci potrzebowali jakiegos "mocniejszego uderzenia" a nie tylko romantycznych pojekiwan (ktore, oczywiscie, tez maja swoj urok, ale sa szkodliwe w nadmiarze).
Za piosenke "Joker" Steve'a Miller'a dostalam owacje na stojaco.
Po koncercie popatrzylismy po sobie, usmiechajac sie, i stwierdzilismy nieskromnie, ze bylismy niesamowicie dobrzy. Spakowalismy sprzet i udalismy sie na male afterparty, kazdy w swoja strone: S. do dziewczyny, R. do lozka, odespac roznice czasu, ja, D. i M. na piwo do ogrodu znajomego.
W sobote rano ledwo podnioslam sie z lozka. Glowa, szyja i ramiona bolaly mnie okrutnie. Dopiero wtedy zdalam sobie sprawe, jak ciezka byla gitara na ktorej gralam...
W poniedzialek zostalam na ulicy zatrzymana przez dziewczyne, ktora zapytala, czy to ja gralam na koncercie w piatek. Uzyskawszy odpowiedz twierdzaca, powiedziala "Swietny koncert, byliscie wspaniali".
Nasz repertuar:
"Going Down In Flames" 3 Doors Down
"Save Tonight" Eagle Eye Cherry
"Otherside" Red Hot Chilli Peppers
"Wind Of Change" The Scorpions
"Monkey Wrench" Foo Fighters
"Clocks" Coldplay
"Joker" Steve Miller Band
"Fell In Love With A Girl" The White Stripes
"100000 Fireflies" Magnetic Fields
"Ring Of Fire" Johnny Cash, wersja Social Distortion
Prawde mowiac spodziewalam sie troche wiekszych luksusow: male pokoje, nagie, pomalowane farba olejna sciany i brak jakichkolwiek podzialow w pomieszczeniach rozczarowaly mnie nieco (glownie dlatego, ze wiem ile Uniwersytet kaze sobie placic za rok nauki). Wszystko to jednak bylo czystsze i duzo bardziej estetyczne niz polskie akademiki, w ktorych mialam okazje przebywac. Na szczescie S. udalo sie zrobic z tej klitki przytulne miejsce.
Przespiewalismy caly repertuar w pol godziny. Pojawil sie R. Cudowny Muzyk, Ktory Gra Na Wszystkim I Jest W Tym Absolutnie Doskonaly. Okazalo sie, ze jego gitara jest w czesciach i bez strun. Okolo godziny 4.45, bez wiekszego pospiechu, zabral sie za jej przygotowywanie.
O 5 S. pojechal instalowac zestaw perkusyjny na sali koncertowej.
O 5.30 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6 zadzwonil S. i zaproponowal pojscie na obiad przed koncertem.
O 6.15 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6.30 stwierdzilismy, ze na obiad juz za pozno. Pojechalismy do sali koncertowej, zeby zrobic probe generalna. Zostawilismy buty na korytarzu (tutaj zdejmowanie obuwia przed wejsciem do waznych miejsc jest na porzadku dziennym) i zabralismy sie za instalowanie sprzetu, w trakcie gdy inny zespol cwiczyl swoje piosenki: "Killing Me Softly", "El Mariachi" i pare innych, rzewnych utworow. Potem przyszla kolej na nas.
Powodem, dla ktorego wybralismy taki a nie inny repertuar, byl fakt, iz (zdaniem studentow) Maharishi University Of Management potrzebuje czegos, co by go nieco "rozruszalo". Do tej pory wszystkie wystepy skladaly sie z piosenek i tancow bardzo poprawnych politycznie, ktorym obce byly tematy samobojstw, narkotykow lub homoseksualizmu (ciekawe, ze najlepsze piosenki zawsze traktuja o samobojstwach, narkotykach lub homoseksualizmie). Podejrzewam, ze w jego murach nikt nie slyszal jeszcze takiej muzyki, jaka przygotowalismy my. Nic dziwnego, ze juz po pierwszej probnej piosence zlecieli sie studenci i nauczyciele z wyzszych pieter, aby sprawdzic, kto tez tam tak daje czadu.
Proba przebiegla sprawnie, z drobnymi zgrzytami, ktorych przyczyna byl Cudowny Muzyk R.. Prawdopodobnie spodziewal sie on, ze bedzie mial do czynienia z takimi samymi profesjonalistami jak on. My bylismy tylko grupa ludzi, ktorzy dowiedzieli sie, ze graja koncert 14 dni temu, i w ciagu tych dwoch tygodni staralismy sie (poza praca zawodowa, obowiazkami domowymi i snem) znalezc czas na proby. Na dodatek jedno z nas (ja) mialo gitare basowa w reku od 10 dni a inne (M.) dolaczylo do grupy 2 dni przed koncertem.
R. probowal nas tez przekonac do zmiany aranzacji piosenek, na co zdecydowanie sie nie zgodzilismy: proba generalna to nie jest czas na nauke i zmienianie czegokolwiek; to czas na przecwiczenie tego, co sie juz umie. Dasajac sie nieco, Cudowny Muzyk zajal swoje miejsce za keyboardem i z gitara (oczywiscie nie trzymala stroju, jak kazda gitara z nowymi strunami), na ktorej gral fantastyczne solowki. Jego gra nie pozostawiala nic do zyczenia. R. okazal sie byc naprawde doskonalym gitarzysta.
Nieco przed 8 sala byla juz w 3/4 wypelniona bosymi ludzmi. Po raz pierwszy w moim zyciu cos rozpoczelo sie wczesniej niz zaplanowane. Zamiast o 8:45 bylismy na scenie juz o 8:25. Reflektor, swiecacy mi prosto w oczy, uniemozliwial stwierdzenie, czy na sali znajduje sie moja "grupa wsparcia" (okolo 15 osob). Dopiero okrzyk B.: "Dawaj, P.!" upewnil mnie, ze jest tam przynajmniej jedna osoba, ktora mnie zna (reszta przyszla jakies 10 minut pozniej).
Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze nerwy zupelnie mnie opuscily. Pozwolilo mi to swobodnie bujac sie w rytm granej przez nas muzyki... no i mialo oczywiscie przelozenie na jakosc mojego spiewania. 2 miesiace temu wystepowalam w kawiarni na "Open mic night", gdzie kazdy moze zaspiewac, i trema zzarla mnie totalnie. Teraz gralam i spiewalam zupelnie na luzie. Najbardziej zdenerwowanym z nas wszystkich byl chyba glowny wokalista, ktory z wrazenia zapomnial konferansjerki i probowal cos sklecic na poczekaniu.
Publicznosc byla swietna i przyjela nas bardzo goraco. Naprawde dalo sie wyczuc, ze studenci potrzebowali jakiegos "mocniejszego uderzenia" a nie tylko romantycznych pojekiwan (ktore, oczywiscie, tez maja swoj urok, ale sa szkodliwe w nadmiarze).
Za piosenke "Joker" Steve'a Miller'a dostalam owacje na stojaco.
Po koncercie popatrzylismy po sobie, usmiechajac sie, i stwierdzilismy nieskromnie, ze bylismy niesamowicie dobrzy. Spakowalismy sprzet i udalismy sie na male afterparty, kazdy w swoja strone: S. do dziewczyny, R. do lozka, odespac roznice czasu, ja, D. i M. na piwo do ogrodu znajomego.
W sobote rano ledwo podnioslam sie z lozka. Glowa, szyja i ramiona bolaly mnie okrutnie. Dopiero wtedy zdalam sobie sprawe, jak ciezka byla gitara na ktorej gralam...
W poniedzialek zostalam na ulicy zatrzymana przez dziewczyne, ktora zapytala, czy to ja gralam na koncercie w piatek. Uzyskawszy odpowiedz twierdzaca, powiedziala "Swietny koncert, byliscie wspaniali".
Nasz repertuar:
"Going Down In Flames" 3 Doors Down
"Save Tonight" Eagle Eye Cherry
"Otherside" Red Hot Chilli Peppers
"Wind Of Change" The Scorpions
"Monkey Wrench" Foo Fighters
"Clocks" Coldplay
"Joker" Steve Miller Band
"Fell In Love With A Girl" The White Stripes
"100000 Fireflies" Magnetic Fields
"Ring Of Fire" Johnny Cash, wersja Social Distortion
Friday, August 15, 2008
Ostatnie godziny przed koncertem
8 prob za nami. Ostatnia, generalna, odbedzie sie dzis przed samym koncertem.
Do wtorku nie mielismy perkusisty. Zupelnym przypadkiem okazalo sie, ze moj kolega zna jednego. M., Grek z pochodzenia, okazal sie byc strzalem w dziesiatke. Dolaczyl do nas w srode, 2 dni przed koncertem
Wczoraj rano okazalo sie, ze na miejscu nie ma naglosnienia i musimy je sobie sami zalatwic. Gleboka noca S. przytaszczyl do naszego studia 2 wielkie glosniki wypozyczone ze sklepu muzycznego.
Ostatni czlonek naszego zespolu przylecial dzis nad ranem z Holandii. R. jest ponoc fantastycznym muzykiem, ktory w mig potrafi nauczyc sie kazdej melodii, zatem bedzie mu musiala wystarczyc jedna proba przed samym koncertem.
Jest nas piecioro: Amerykanin, Polka, Holender, Niemiec i Grek.
Do koncertu zostalo 11 godzin. Trzymajcie kciuki.
Do wtorku nie mielismy perkusisty. Zupelnym przypadkiem okazalo sie, ze moj kolega zna jednego. M., Grek z pochodzenia, okazal sie byc strzalem w dziesiatke. Dolaczyl do nas w srode, 2 dni przed koncertem
Wczoraj rano okazalo sie, ze na miejscu nie ma naglosnienia i musimy je sobie sami zalatwic. Gleboka noca S. przytaszczyl do naszego studia 2 wielkie glosniki wypozyczone ze sklepu muzycznego.
Ostatni czlonek naszego zespolu przylecial dzis nad ranem z Holandii. R. jest ponoc fantastycznym muzykiem, ktory w mig potrafi nauczyc sie kazdej melodii, zatem bedzie mu musiala wystarczyc jedna proba przed samym koncertem.
Jest nas piecioro: Amerykanin, Polka, Holender, Niemiec i Grek.
Do koncertu zostalo 11 godzin. Trzymajcie kciuki.
Thursday, August 7, 2008
Spelnia sie moje najwieksze marzenie
Do miasta przyjechaly w odwiedziny corki kolegi. Aby uczcic to wydarzenie, w czwartek M. (ten sam, u ktorego czcilismy Swieto Niepodleglosci) zorganizowal impreze. Przybylo mnostwo ciekawych ludzi; kilku muzykow, studentow, medytatorow, instruktorka jogi i gej z Porto Rico. Jedlismy owoce i sery, pilismy wino. Wzielam do reki gitare i zagralam "Across the Universe". Wszyscy spiewali ze mna.
W F. mamy chyba do czynienia z najwiekszym zageszczeniem muzykow na mile kwadratowa na swiecie. Tutaj kazdy na czyms gra. Albo spiewa. Nic wiec dziwnego, ze po chwili impreza zamienila sie w male jam session.
Okolo godziny 11 w nocy, po wymianie adresow email i numerow telefonow, wszyscy rozeszli sie do domow.
W piatek, sprawdzajac co tez tam sie w sieci dzieje, znalazlam na Facebook'u wiadomosc od S., chlopaka, ktory bardzo udzielal sie wokalnie poprzedniego wieczoru.
- Nie grasz czasem na basie? Mamy wystep za 2 tygodnie i potrzebujemy basisty.
- Nie gram- odpowiedzialam- ale chyba nie jest to bardziej skomplikowane od gry na gitarze.
Wtedy do glowy wpadl mi genialny pomysl.
- Moge sie nauczyc. 2 tygodnie to sporo czasu a ja obecnie nie mam wielu zobowiazan.
- Zartujesz?- zapytal S. z niedowierzaniem.
- Nie. Kiedy robimy pierwsza probe?
W niedziele spotkalismy sie w domu D., glownego gitarzysty, ktory ma cale studio muzyczne w piwnicy: pianino, 2 gitary, 2 zestawy perkusyjne, bongosy, syntezator, mikrofony, piece, sprzet do nagrywania i Bog wie co jeszcze. Niestety nie posiadal gitary basowej, wiec dawalam z siebie wszystko na zwyklej, elektrycznej.
We wtorek S. przyniosl mi wypozyczona ze sklepu muzycznego gitare basowa. To byla dla mnie milosc od pierwszego wejrzenia. Ostatnie 2 dni nie wypuszczam jej z rak, chociaz wazy 4 kilo. S. i D. patrza na mnie nie mogac pojac, jak po dwoch dniach jestem w stanie grac na takim poziomie.
Przez dlugi czas czulam, ze moja gra na gitarze jest zbyt delikatna, zbyt klasyczna na rocka. Teraz, z basem i dobrym wokalem, znalazlam swoje miejsce w zespole. Wreszcie spelnia sie moje najwieksze marzenie.
Jestem basista i wokalista.
W F. mamy chyba do czynienia z najwiekszym zageszczeniem muzykow na mile kwadratowa na swiecie. Tutaj kazdy na czyms gra. Albo spiewa. Nic wiec dziwnego, ze po chwili impreza zamienila sie w male jam session.
Okolo godziny 11 w nocy, po wymianie adresow email i numerow telefonow, wszyscy rozeszli sie do domow.
W piatek, sprawdzajac co tez tam sie w sieci dzieje, znalazlam na Facebook'u wiadomosc od S., chlopaka, ktory bardzo udzielal sie wokalnie poprzedniego wieczoru.
- Nie grasz czasem na basie? Mamy wystep za 2 tygodnie i potrzebujemy basisty.
- Nie gram- odpowiedzialam- ale chyba nie jest to bardziej skomplikowane od gry na gitarze.
Wtedy do glowy wpadl mi genialny pomysl.
- Moge sie nauczyc. 2 tygodnie to sporo czasu a ja obecnie nie mam wielu zobowiazan.
- Zartujesz?- zapytal S. z niedowierzaniem.
- Nie. Kiedy robimy pierwsza probe?
W niedziele spotkalismy sie w domu D., glownego gitarzysty, ktory ma cale studio muzyczne w piwnicy: pianino, 2 gitary, 2 zestawy perkusyjne, bongosy, syntezator, mikrofony, piece, sprzet do nagrywania i Bog wie co jeszcze. Niestety nie posiadal gitary basowej, wiec dawalam z siebie wszystko na zwyklej, elektrycznej.
We wtorek S. przyniosl mi wypozyczona ze sklepu muzycznego gitare basowa. To byla dla mnie milosc od pierwszego wejrzenia. Ostatnie 2 dni nie wypuszczam jej z rak, chociaz wazy 4 kilo. S. i D. patrza na mnie nie mogac pojac, jak po dwoch dniach jestem w stanie grac na takim poziomie.
Przez dlugi czas czulam, ze moja gra na gitarze jest zbyt delikatna, zbyt klasyczna na rocka. Teraz, z basem i dobrym wokalem, znalazlam swoje miejsce w zespole. Wreszcie spelnia sie moje najwieksze marzenie.
Jestem basista i wokalista.
Saturday, August 2, 2008
Shape shifter :)
Jak co dzien rano zostalam obudzona przez kotke namietnym lizaniem po twarzy. Chcac nie chcac wstalam i dalam jej jesc. Spozywszy sniadanie, Pom- Pom pokrecila sie troche po mieszkaniu, po czym zaszyla sie gdzies, zapewne w celu uciecia sobie drzemki, ja zas zasiadlam na kanapie z laptopem na kolanach, aby sprawdzic poczte.
Pol godziny pozniej zaczelam powoli zbierac sie do wyjscia (umowilam sie z M. na kawe). Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze kotka nie chodzi za mna krok w krok (co jest sytuacja wyjatkowa: zwykle gdzie ja- tam i ona), i ze nie ma jej w polu widzenia. Sprawdzilam jej lozeczko, szafe i ulubione parapety oraz koszyk na owoce, ktory od pewnego czasu zmienil swoja funkcje i jest teraz koszykiem na kota. Pom- Pom zniknela.
Na nawolywanie i potrzasanie pudelkiem z chrupkami odpowiedzialo mi stlumione miauczenie. Raz jeszcze sprawdzilam szafe oraz wszystkie szafki kuchenne i lazienke. Po chwili zorientowalam sie, ze miauczenie dochodzi z... kanapy. Podnioslam koc, wyjelam wszystkie poduszki.
Podnioslam kanape. Z rozdarcia w jej spodniej czesci pomachala do mnie biala lapa. Powiekszylam dziure pozwalajac kotu wyjsc na wolnosc.
Zastanawialam sie jak spore zwierze moze splaszczyc sie do dwoch cali, wpelznac pod kanape i wejsc do jej wnetrza. Odpowiedz na pytanie pojawila sie jak tylko postawilam mebel spowrotem na podlodze: bylam swiadkiem, jak Pom- Pom zmienia ksztalt, i w blyskawicznym tempie wsuwa sie spowrotem...
Pol godziny pozniej zaczelam powoli zbierac sie do wyjscia (umowilam sie z M. na kawe). Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze kotka nie chodzi za mna krok w krok (co jest sytuacja wyjatkowa: zwykle gdzie ja- tam i ona), i ze nie ma jej w polu widzenia. Sprawdzilam jej lozeczko, szafe i ulubione parapety oraz koszyk na owoce, ktory od pewnego czasu zmienil swoja funkcje i jest teraz koszykiem na kota. Pom- Pom zniknela.
Na nawolywanie i potrzasanie pudelkiem z chrupkami odpowiedzialo mi stlumione miauczenie. Raz jeszcze sprawdzilam szafe oraz wszystkie szafki kuchenne i lazienke. Po chwili zorientowalam sie, ze miauczenie dochodzi z... kanapy. Podnioslam koc, wyjelam wszystkie poduszki.
Podnioslam kanape. Z rozdarcia w jej spodniej czesci pomachala do mnie biala lapa. Powiekszylam dziure pozwalajac kotu wyjsc na wolnosc.
Zastanawialam sie jak spore zwierze moze splaszczyc sie do dwoch cali, wpelznac pod kanape i wejsc do jej wnetrza. Odpowiedz na pytanie pojawila sie jak tylko postawilam mebel spowrotem na podlodze: bylam swiadkiem, jak Pom- Pom zmienia ksztalt, i w blyskawicznym tempie wsuwa sie spowrotem...
Tuesday, July 22, 2008
Przepisy- quiche z warzywami
Tak, tak, znowu pieke, chociaz obiecywalam sobie, ze wiecej nie bede. Maz pojechal robic zdjecia na maratonie, wiec korzystam z "wolnej chaty" i eksperymentuje w kuchni (tylko ja jestem swiadkiem moich ewentualnych niepowodzen).
Quiche udal sie nawet niezle, moglby byc troche bardziej slony (ale przeciez zawsze mozna dosolic) a kupny spod troche mniej slodki. Teraz mysle, ze w sumie mozna go bylo zrobic bez tego spodu i tez bylby dobry. Ale to juz plan na czas nastepnej nieobecnosci meza...
Quiche z warzywami
Skladniki:
-2 lyzki oliwy z oliwek,
-4 szklanki (=32 uncjowy= okolo litrowy pojemnik) swiezych warzyw (cukinia, papryka, cebula, pieczarki, brokul, baklazan...),
-1.5 lyzeczki soli (albo do smaku),
-1 lyzeczka bialego pieprzu (albo do smaku),
-1 lyzka swiezego, posiekanego estragonu (ja dalam suszony),
-4 jajka,
-11 szklanka (16 uncji= ok. 500ml) 20% smietanki,
-1/2 szklanki mleka,
-1/3 funta (150 g) startego odtluszczonego zoltego sera,
-1 kupny spod. Ja nabylam 2 spody o srednicy 9 cali (23 cm) i dobrze zrobilam, bo to wszystko nie zmiesciloby mi sie w jeden.
Jak zrobic:
Rozgrzac piekarnik do 350 stopni Fahrenheita (180 stopni Celsjusza). Na patelni podgrzac oliwe i podsmazyc wszystkie warzywa. Dodac pieprz, sol i estragon.
W misce ubic jajka, mleko i smietanki.
Nasypac troche tartego sera na kupny spod. Wypelnic warzywami. Posypac wierzch tartym serem. Zalac masa z miski. Wstawic do piekarnika i piec okolo 35- 45 minut az sie zetnie i ladnie przyrumieni. Wyjac z piekarnika, odczekac 5 minut. Kroic i jesc. Po ostygnieciu mozna podgrzewac w mikrofali lub jesc na zimno.
Przepis znaleziony w magazynie dla sportowcow.
Quiche udal sie nawet niezle, moglby byc troche bardziej slony (ale przeciez zawsze mozna dosolic) a kupny spod troche mniej slodki. Teraz mysle, ze w sumie mozna go bylo zrobic bez tego spodu i tez bylby dobry. Ale to juz plan na czas nastepnej nieobecnosci meza...
Quiche z warzywami
Skladniki:
-2 lyzki oliwy z oliwek,
-4 szklanki (=32 uncjowy= okolo litrowy pojemnik) swiezych warzyw (cukinia, papryka, cebula, pieczarki, brokul, baklazan...),
-1.5 lyzeczki soli (albo do smaku),
-1 lyzeczka bialego pieprzu (albo do smaku),
-1 lyzka swiezego, posiekanego estragonu (ja dalam suszony),
-4 jajka,
-11 szklanka (16 uncji= ok. 500ml) 20% smietanki,
-1/2 szklanki mleka,
-1/3 funta (150 g) startego odtluszczonego zoltego sera,
-1 kupny spod. Ja nabylam 2 spody o srednicy 9 cali (23 cm) i dobrze zrobilam, bo to wszystko nie zmiesciloby mi sie w jeden.
Jak zrobic:
Rozgrzac piekarnik do 350 stopni Fahrenheita (180 stopni Celsjusza). Na patelni podgrzac oliwe i podsmazyc wszystkie warzywa. Dodac pieprz, sol i estragon.
W misce ubic jajka, mleko i smietanki.
Nasypac troche tartego sera na kupny spod. Wypelnic warzywami. Posypac wierzch tartym serem. Zalac masa z miski. Wstawic do piekarnika i piec okolo 35- 45 minut az sie zetnie i ladnie przyrumieni. Wyjac z piekarnika, odczekac 5 minut. Kroic i jesc. Po ostygnieciu mozna podgrzewac w mikrofali lub jesc na zimno.
Przepis znaleziony w magazynie dla sportowcow.
Thursday, July 10, 2008
Jak sie oglada filmy z Mezem, a jak z dziewczynami.
Ogladamy z Mezem "Beowulfa". Malzonek podrywa sie lekko widzac wyrenderowane, nagie piersi Angeliny Jolie, ale napotkawszy moj karcacy wzrok, szybko traci zainteresowanie.
Malzonek na wyjezdzie sluzbowym. Ogladamy z dziewczynami "Beowulfa". Dochodzi do sceny, gdzie podczas rozmowy z Wealthow, bohater seksownym ruchem sciaga kolczuge i spodnie.
Cofamy film, aby (popiskujac z radosci) jeszcze raz zobaczyc ten striptease.
I jeszcze raz.
Malzonek na wyjezdzie sluzbowym. Ogladamy z dziewczynami "Beowulfa". Dochodzi do sceny, gdzie podczas rozmowy z Wealthow, bohater seksownym ruchem sciaga kolczuge i spodnie.
Cofamy film, aby (popiskujac z radosci) jeszcze raz zobaczyc ten striptease.
I jeszcze raz.
Monday, July 7, 2008
Swieto Niepodleglosci
4 lipca poplynal szybko na fali wina z Ohio. A bylo to tak:
Kolega M. urzadzil w swoim domu degustacje tego przedniego trunku. Jego mama, ktora przyjechala w odwiedziny, przywiozla ze soba skrzynke zrobionego z ekologicznych skladnikow wina w trzech rodzajach.
Maz wyjechal sluzbowo do Atlanty, Georgia. Punktualnie o 5 po poludniu stawilam sie wiec sama w domu M. z siedmioma kieliszkami (nikt inny tak imponujacej kolekcji nie posiadal, bylam wiec wybawca dla M., ktory w desperacji chcial serwowac gosciom wino z kufli do piwa). Na stole kuchennym pietrzyly sie zakaski: wegetarianskie kanapki, arbuz, truskawki, winogrona, sery... P., mama gospodarza, zrelaksowana, popalala ziolo na balkonie.
Przyszli goscie: lysiejacy facet, jakas dziewczyna z mama, B. z rodzicami, moja przyjaciolka M. z siostra... B., chudy, wysoki jak tyka mlodzieniec, dolaczyl do P.. Widzac to siostra mojej przyjaciolki tez wyciagnela swoja szklana faje z eleganckiej torebeczki. W tle przyspiewywal Bob Marley, pare osob tanczylo.
Jedzenia ubywalo. Nastroje sie polepszaly. Wyjelam ukulele z futeralu i zagralam kilka znanych i lubianych piosenek. Wszyscy spiewali ze mna.
Po wspolnym odtanczeniu "YMCA" postanowilismy zmienic miejsce zabawy. Okolo godziny 9 udalismy sie (kolyszac sie lekko) na glowny plac miejski, aby tam zakonczyc swietowanie Dnia Niepodleglosci. Dla niektorych jednak obchody tego swieta skonczyly sie znacznie pozniej: M., odprowadziwszy mnie do domu, udal sie na wycieczke po okolicznych barach.
Zasypiajac myslalam sobie, ze takie cos moze zdarzyc sie tylko tu, w F., w miescie, gdzie ludzie medytuja, oddaja sie sztuce i muzyce. Tylko tutaj na imprezie bawia sie obok siebie ludzie w wieku od 19 do 70 lat a synowie pala trawe z jednej fajki z mama. Kazdy robi to, co lubi, nie wazne, czy jest to picie, palenie, taniec czy tez granie na instrumencie i nic nie jest w stanie zaklocic tej sielanki. Prawdziwy Independence Day.
Kolega M. urzadzil w swoim domu degustacje tego przedniego trunku. Jego mama, ktora przyjechala w odwiedziny, przywiozla ze soba skrzynke zrobionego z ekologicznych skladnikow wina w trzech rodzajach.
Maz wyjechal sluzbowo do Atlanty, Georgia. Punktualnie o 5 po poludniu stawilam sie wiec sama w domu M. z siedmioma kieliszkami (nikt inny tak imponujacej kolekcji nie posiadal, bylam wiec wybawca dla M., ktory w desperacji chcial serwowac gosciom wino z kufli do piwa). Na stole kuchennym pietrzyly sie zakaski: wegetarianskie kanapki, arbuz, truskawki, winogrona, sery... P., mama gospodarza, zrelaksowana, popalala ziolo na balkonie.
Przyszli goscie: lysiejacy facet, jakas dziewczyna z mama, B. z rodzicami, moja przyjaciolka M. z siostra... B., chudy, wysoki jak tyka mlodzieniec, dolaczyl do P.. Widzac to siostra mojej przyjaciolki tez wyciagnela swoja szklana faje z eleganckiej torebeczki. W tle przyspiewywal Bob Marley, pare osob tanczylo.
Jedzenia ubywalo. Nastroje sie polepszaly. Wyjelam ukulele z futeralu i zagralam kilka znanych i lubianych piosenek. Wszyscy spiewali ze mna.
Po wspolnym odtanczeniu "YMCA" postanowilismy zmienic miejsce zabawy. Okolo godziny 9 udalismy sie (kolyszac sie lekko) na glowny plac miejski, aby tam zakonczyc swietowanie Dnia Niepodleglosci. Dla niektorych jednak obchody tego swieta skonczyly sie znacznie pozniej: M., odprowadziwszy mnie do domu, udal sie na wycieczke po okolicznych barach.
Zasypiajac myslalam sobie, ze takie cos moze zdarzyc sie tylko tu, w F., w miescie, gdzie ludzie medytuja, oddaja sie sztuce i muzyce. Tylko tutaj na imprezie bawia sie obok siebie ludzie w wieku od 19 do 70 lat a synowie pala trawe z jednej fajki z mama. Kazdy robi to, co lubi, nie wazne, czy jest to picie, palenie, taniec czy tez granie na instrumencie i nic nie jest w stanie zaklocic tej sielanki. Prawdziwy Independence Day.
Wednesday, July 2, 2008
Z serii: fajny film wczoraj widzialam- "Jesus Christ Superstar"
Obejrzalam wczoraj film "Jesus Christ Superstar", po raz pierwszy od poczatku do konca.
Do wypozyczenia dziela sklonilo mnie wydarzenie, ktore mialo miejsce kilka tygodni temu w Birmingham. Przyjaciolka, odbierajac mnie z lotniska, zakomunikowala:
- Idziemy na musical "Jesus Christ Superstar".
Zgodzilam sie bez wiekszego entuzjazmu. Lubie musicale, ale tym razem milsze mi byly kapiel i lozko (bylam na nogach od 3 nad ranem). O 7 wieczorem zasiadlysmy w samym srodku sali teatralnej (nie bylo tlumow, wiec wybralysmy sobie najlepsze miejsca). Zgaszono swiatla, spektakl rozpoczal sie.
Na scene wszedl Jezus. Po jego pierwszej piosence odczulam przyjemne zaskoczenie: facet naprawde mial talent, i (dziwnym zbiegiem okolicznosci) glos podobny do aktora z filmu, ktorego strzepki pamietalam z dziecinstwa.
Podczas antraktu zajrzalam w program... i doznalam szoku, okazalo sie bowiem, ze przede mna stal legendarny Ted Neely, ktory jako 30- latek, w 1973 roku zagral Jezusa w filmie "Jesus Christ Superstar"! Teraz, w wieku 65 lat byl... no po prostu... po prostu niesamowity byl! Podczas jego piesni "I Only Want To Say (Gethsemane)" ciarki przeszly mi po plecach, a zakonczenie doprowadzilo do lez. Wyszlam z teatru oszolomiona.
Teraz, po obejrzeniu filmu, rozne mysli przychodza mi do glowy:
Ze glos Teda jest jak wino: im starszy tym lepszy.
Ze odgrywanie roli Jezusa przez 35 lat musi byc niezwykle obciazajace psychicznie... ale jakze wzbogacajace duchowo!
Ze film nic nie stracil na swojej aktualnosci.
I- ze ciesze sie, ze mialam okazje obejrzec to wspaniale widowisko.
---
Odrobilam tez prace domowa: ponizej, dla zainteresowanych, kilka stron z informacjami o Tedzie Neely, filmie i musicalu:
http://en.wikipedia.org/wiki/Ted_Neeley
http://www.imdb.com/name/nm0624189/
http://www.neeleyontheroad.com/
http://www.magicentertainment.tv/SUPERSTAR/index.html
http://www.magicentertainment.tv/superinfo.html
http://www.ibdb.com/show.asp?id=4880
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar_%28film%29
http://www.reallyuseful.com/rug/html/index.htm
Do wypozyczenia dziela sklonilo mnie wydarzenie, ktore mialo miejsce kilka tygodni temu w Birmingham. Przyjaciolka, odbierajac mnie z lotniska, zakomunikowala:
- Idziemy na musical "Jesus Christ Superstar".
Zgodzilam sie bez wiekszego entuzjazmu. Lubie musicale, ale tym razem milsze mi byly kapiel i lozko (bylam na nogach od 3 nad ranem). O 7 wieczorem zasiadlysmy w samym srodku sali teatralnej (nie bylo tlumow, wiec wybralysmy sobie najlepsze miejsca). Zgaszono swiatla, spektakl rozpoczal sie.
Na scene wszedl Jezus. Po jego pierwszej piosence odczulam przyjemne zaskoczenie: facet naprawde mial talent, i (dziwnym zbiegiem okolicznosci) glos podobny do aktora z filmu, ktorego strzepki pamietalam z dziecinstwa.
Podczas antraktu zajrzalam w program... i doznalam szoku, okazalo sie bowiem, ze przede mna stal legendarny Ted Neely, ktory jako 30- latek, w 1973 roku zagral Jezusa w filmie "Jesus Christ Superstar"! Teraz, w wieku 65 lat byl... no po prostu... po prostu niesamowity byl! Podczas jego piesni "I Only Want To Say (Gethsemane)" ciarki przeszly mi po plecach, a zakonczenie doprowadzilo do lez. Wyszlam z teatru oszolomiona.
Teraz, po obejrzeniu filmu, rozne mysli przychodza mi do glowy:
Ze glos Teda jest jak wino: im starszy tym lepszy.
Ze odgrywanie roli Jezusa przez 35 lat musi byc niezwykle obciazajace psychicznie... ale jakze wzbogacajace duchowo!
Ze film nic nie stracil na swojej aktualnosci.
I- ze ciesze sie, ze mialam okazje obejrzec to wspaniale widowisko.
---
Odrobilam tez prace domowa: ponizej, dla zainteresowanych, kilka stron z informacjami o Tedzie Neely, filmie i musicalu:
http://en.wikipedia.org/wiki/Ted_Neeley
http://www.imdb.com/name/nm0624189/
http://www.neeleyontheroad.com/
http://www.magicentertainment.tv/SUPERSTAR/index.html
http://www.magicentertainment.tv/superinfo.html
http://www.ibdb.com/show.asp?id=4880
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar_%28film%29
http://www.reallyuseful.com/rug/html/index.htm
Tuesday, June 17, 2008
Czarny slub
Caly zeszly tydzien spedzilam w Birmingham, Alabama. Glownym celem wyjazdu byl slub mojej czarnej kolezanki z nie mniej czarnym kolega.
S. (panna mloda) poprosila mnie, abym byla jej druhna na slubie. Wiaze sie z tym szereg rzeczy, z ktorych wczesniej nie zdawalam sobie sprawy- druhna wystepuje na slubie w sukience, butach i bizuterii wybranej przez panne mloda, bierze udzial w probie przedslubnej i wogole skupia na sobie sporo uwagi. Do Birmingham pojechalam wyposazona w piekny stroj (z ktorym teraz nie mam co robic: kolor i kroj sukni praktycznie uniemozliwia zalozenie jej na jakakolwiek inna okazje), z metlikiem w glowie i mocnym postanowieniem "poplyniecia z pradem", co uchroni mnie przed popelnieniem jakichs wiekszych gaf.
Niewiele wiem o amerykanskich slubach, wiec nie wiedzialam czego sie spodziewac.
W przeddzien slubu wyruszylam do kosciola na probe. GPS prowadzil mnie drogami i bezdrozami do samego srodka czarnej dzielnicy. Zaparkowalam auto. Zasunelam szyby. Wlaczylam alarm. Trzy razy sprawdzilam, czy na pewno dziala.
Weszlam do sporej, przykoscielnej sali, w ktorej krzatalo sie okolo dwudziestu afroamerykanow przygotowujac obiad.
- Przepraszam- zaczelam, a stojaca najblizej murzynka obdarzyla mnie spojrzeniem pytajacym "czyzbys pomylila droge, biala dziewczynko?"- Czy tutaj odbywa sie proba slubu S.?
- Tak, to tu- odparla usmiechajac sie.- Wejdz i czuj sie jak u siebie.
Usiadlam i za chwile zostalam otoczona mezczyznami, ktorzy zaczeli zabawiac mnie rozmowa. Po chwili pojawil sie rowniez T., pan mlody, oraz S..
Poszlismy do kosciola. Koordynatorka slubna (czarna) ustawila nas w szyku, w ktorym mielismy maszerowac na wlasciwej ceremonii. Smiechom i ogolnej radosci nie bylo konca, tym bardziej, ze nie bylo mojego partnera, i wszyscy nie mogli sie doczekac jaka mine zrobi na wiesc, ze maszeruje w parze z jedyna biala dziewczyna na slubie. Podejrzewali, ze nie bedzie posiadal sie z radosci (czarni mezczyzni bardzo lubia biale kobiety). Wszystkie te zarty i rozmowy byly bardzo zyczliwe i nawet przez chwile nie czulam sie wyobcowana czy obrazana. P., dziewczyna stojaca w parze za mna, okazala sie byc przesympatyczna osoba i cala probe, poprobny obiad i wesele dnia nastepnego spedzilysmy razem.
Nastepnego dnia C., moj partner, nie mial ze znalezieniem mnie najmniejszych problemow. Dzieki Bogu byl nizszy niz ten, z ktorym przyszlo mi probowac dzien wczesniej (caly czas musialam chodzic na paluszkach, a on, biedak, i tak musial sie jeszcze pochylac).
Wybila godzina "zero". Orszak slubny ustawil sie w uzgodnionym szyku. Muzyka zagrala, machina ruszyla.
Stojac na podwyzszeniu obserwowalam trzystu gosci w kosciele. Z wielkim trudem wylowilam z tlumu dwie biale osoby: pania w wieku emerytalnym, oraz zone jednego ze swiadkow. Zaloze sie, ze wszyscy zastanawiali sie, skad tez ja sie tam wzielam.
Do kosciola wkroczyla S. prowadzona przez ojca. Stojaca obok mnie P. zaczela pociagac nosem. Mama panny mlodej byla juz dawno we lzach. Pastor (czarny) udzielil slubu. Fotograf (czarny) trzaskal aparatem. Kamerzysta (BIALY!!!) krecil sie w poszukiwaniu dogodnych ujec. Pol godziny pozniej bylo juz po wszystkim.
Wesele rozpoczelo sie z dwugodzinnym poslizgiem. Fotograf okazal sie niezgula, niezdolnym do szybkiego zrobienia pozowanych zdjec. Przysiegam, ze jesli wtedy dostalabym aparat do reki, bez przygotowania zrobilabym lepsze (i szybciej) niz on.
Na weselu bylo okolo 150 osob. Biala emerytka zniknela. Przez chwile widzialam zone swiadka ale i ona gdzies sie ulotnila.
Przyszla pora na wystep mimow. Wydaje mi sie, ze to jakas afroamerykanska tradycja. Dziwnym zbiegiem okolicznosci ja rowniez mialam taki wystep na moim weselu: nasz czarny przyjaciel ofiarowal nam swoj taniec w prezencie slubnym.
Potem bylo jedzenie (wszyscy goscie ustawili sie z plastikowymi talerzami w kolejce do kurczaka, fasolki, ryzu i szynki), krojenie ciasta, rzucanie bukietem i podwiazka oraz tance. Postanowilam sie specjalnie nie wychylac bo, jak wiadomo, biali nie potrafia skakac i tanczyc, P. jednak wyciagnela mnie na parkiet i juz po chwili bylam nauczana, jak tanczyc "shuffle". Widzialam kiedys tlum czarnych tanczacych razem w grupie, ale do glowy by mi nie przyszlo zeby do nich dolaczyc. Tym razem podrygiwalam radosnie ze wszystkimi, a kamerzysta i fotograf uwieczniali te wiekopomna chwile (musze, po prostu MUSZE zdobyc ten film i zdjecia, bo inaczej nikt mi nie uwierzy).
Wesele skonczylo sie jakies 3 godziny pozniej. Wymienilysmy sie z P. telefonami i adresami emailowymi i, pozegnawszy sie serdecznie, udalysmy sie kazda w swoja strone.
Podsumowujac:
Podobalo mi sie krotkie wesele i fakt, ze nikt sie nie upil. Podobal mi sie brak dalekiej rodziny, ktora zwykle zaprasza sie "bo wypada", a tak naprawde nie utrzymuje sie z nia kontaktu. Podobal mi sie brak obmierzlych wujkow, ktorzy po kielichu zaczynaja dobierac sie do posladkow co ladniejszych dziewczyn. Podobal mi sie brak idiotycznych zabaw, typu celowanie do butelki kielbasa przywiazana sznurkiem do talii.
Czarny slub, ktorego sie tak obawialam, okazal sie byc bardzo pozytywnym doswiadczeniem. Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze trafilam na ludzi na poziomie a nie na stereotypowych murzynow, ktorzy nosza tone bizuterii, zlote zeby, jedza kurczaka i arbuza, i tylko szukaja okazji, zeby sobie troche postrzelac.
Ogladaliscie "The Bucket List"?
Mysle, ze to jest wlasnie jedna z rzeczy, ktorych nalezy w zyciu doswiadczyc: byc jedyna biala osoba na czarnym weselu.
---
UPDATE: Niektore osoby poczuly sie urazone, ze uzywam w notce slowa "czarny". Pragne wiec wytlumaczyc, ze w Ameryce, w jezyku angielskim, w regionie, w ktorym bywalam, jest to najbardziej poprawne politycznie okreslenie afroamerykanow.
S. (panna mloda) poprosila mnie, abym byla jej druhna na slubie. Wiaze sie z tym szereg rzeczy, z ktorych wczesniej nie zdawalam sobie sprawy- druhna wystepuje na slubie w sukience, butach i bizuterii wybranej przez panne mloda, bierze udzial w probie przedslubnej i wogole skupia na sobie sporo uwagi. Do Birmingham pojechalam wyposazona w piekny stroj (z ktorym teraz nie mam co robic: kolor i kroj sukni praktycznie uniemozliwia zalozenie jej na jakakolwiek inna okazje), z metlikiem w glowie i mocnym postanowieniem "poplyniecia z pradem", co uchroni mnie przed popelnieniem jakichs wiekszych gaf.
Niewiele wiem o amerykanskich slubach, wiec nie wiedzialam czego sie spodziewac.
W przeddzien slubu wyruszylam do kosciola na probe. GPS prowadzil mnie drogami i bezdrozami do samego srodka czarnej dzielnicy. Zaparkowalam auto. Zasunelam szyby. Wlaczylam alarm. Trzy razy sprawdzilam, czy na pewno dziala.
Weszlam do sporej, przykoscielnej sali, w ktorej krzatalo sie okolo dwudziestu afroamerykanow przygotowujac obiad.
- Przepraszam- zaczelam, a stojaca najblizej murzynka obdarzyla mnie spojrzeniem pytajacym "czyzbys pomylila droge, biala dziewczynko?"- Czy tutaj odbywa sie proba slubu S.?
- Tak, to tu- odparla usmiechajac sie.- Wejdz i czuj sie jak u siebie.
Usiadlam i za chwile zostalam otoczona mezczyznami, ktorzy zaczeli zabawiac mnie rozmowa. Po chwili pojawil sie rowniez T., pan mlody, oraz S..
Poszlismy do kosciola. Koordynatorka slubna (czarna) ustawila nas w szyku, w ktorym mielismy maszerowac na wlasciwej ceremonii. Smiechom i ogolnej radosci nie bylo konca, tym bardziej, ze nie bylo mojego partnera, i wszyscy nie mogli sie doczekac jaka mine zrobi na wiesc, ze maszeruje w parze z jedyna biala dziewczyna na slubie. Podejrzewali, ze nie bedzie posiadal sie z radosci (czarni mezczyzni bardzo lubia biale kobiety). Wszystkie te zarty i rozmowy byly bardzo zyczliwe i nawet przez chwile nie czulam sie wyobcowana czy obrazana. P., dziewczyna stojaca w parze za mna, okazala sie byc przesympatyczna osoba i cala probe, poprobny obiad i wesele dnia nastepnego spedzilysmy razem.
Nastepnego dnia C., moj partner, nie mial ze znalezieniem mnie najmniejszych problemow. Dzieki Bogu byl nizszy niz ten, z ktorym przyszlo mi probowac dzien wczesniej (caly czas musialam chodzic na paluszkach, a on, biedak, i tak musial sie jeszcze pochylac).
Wybila godzina "zero". Orszak slubny ustawil sie w uzgodnionym szyku. Muzyka zagrala, machina ruszyla.
Stojac na podwyzszeniu obserwowalam trzystu gosci w kosciele. Z wielkim trudem wylowilam z tlumu dwie biale osoby: pania w wieku emerytalnym, oraz zone jednego ze swiadkow. Zaloze sie, ze wszyscy zastanawiali sie, skad tez ja sie tam wzielam.
Do kosciola wkroczyla S. prowadzona przez ojca. Stojaca obok mnie P. zaczela pociagac nosem. Mama panny mlodej byla juz dawno we lzach. Pastor (czarny) udzielil slubu. Fotograf (czarny) trzaskal aparatem. Kamerzysta (BIALY!!!) krecil sie w poszukiwaniu dogodnych ujec. Pol godziny pozniej bylo juz po wszystkim.
Wesele rozpoczelo sie z dwugodzinnym poslizgiem. Fotograf okazal sie niezgula, niezdolnym do szybkiego zrobienia pozowanych zdjec. Przysiegam, ze jesli wtedy dostalabym aparat do reki, bez przygotowania zrobilabym lepsze (i szybciej) niz on.
Na weselu bylo okolo 150 osob. Biala emerytka zniknela. Przez chwile widzialam zone swiadka ale i ona gdzies sie ulotnila.
Przyszla pora na wystep mimow. Wydaje mi sie, ze to jakas afroamerykanska tradycja. Dziwnym zbiegiem okolicznosci ja rowniez mialam taki wystep na moim weselu: nasz czarny przyjaciel ofiarowal nam swoj taniec w prezencie slubnym.
Potem bylo jedzenie (wszyscy goscie ustawili sie z plastikowymi talerzami w kolejce do kurczaka, fasolki, ryzu i szynki), krojenie ciasta, rzucanie bukietem i podwiazka oraz tance. Postanowilam sie specjalnie nie wychylac bo, jak wiadomo, biali nie potrafia skakac i tanczyc, P. jednak wyciagnela mnie na parkiet i juz po chwili bylam nauczana, jak tanczyc "shuffle". Widzialam kiedys tlum czarnych tanczacych razem w grupie, ale do glowy by mi nie przyszlo zeby do nich dolaczyc. Tym razem podrygiwalam radosnie ze wszystkimi, a kamerzysta i fotograf uwieczniali te wiekopomna chwile (musze, po prostu MUSZE zdobyc ten film i zdjecia, bo inaczej nikt mi nie uwierzy).
Wesele skonczylo sie jakies 3 godziny pozniej. Wymienilysmy sie z P. telefonami i adresami emailowymi i, pozegnawszy sie serdecznie, udalysmy sie kazda w swoja strone.
Podsumowujac:
Podobalo mi sie krotkie wesele i fakt, ze nikt sie nie upil. Podobal mi sie brak dalekiej rodziny, ktora zwykle zaprasza sie "bo wypada", a tak naprawde nie utrzymuje sie z nia kontaktu. Podobal mi sie brak obmierzlych wujkow, ktorzy po kielichu zaczynaja dobierac sie do posladkow co ladniejszych dziewczyn. Podobal mi sie brak idiotycznych zabaw, typu celowanie do butelki kielbasa przywiazana sznurkiem do talii.
Czarny slub, ktorego sie tak obawialam, okazal sie byc bardzo pozytywnym doswiadczeniem. Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze trafilam na ludzi na poziomie a nie na stereotypowych murzynow, ktorzy nosza tone bizuterii, zlote zeby, jedza kurczaka i arbuza, i tylko szukaja okazji, zeby sobie troche postrzelac.
Ogladaliscie "The Bucket List"?
Mysle, ze to jest wlasnie jedna z rzeczy, ktorych nalezy w zyciu doswiadczyc: byc jedyna biala osoba na czarnym weselu.
---
UPDATE: Niektore osoby poczuly sie urazone, ze uzywam w notce slowa "czarny". Pragne wiec wytlumaczyc, ze w Ameryce, w jezyku angielskim, w regionie, w ktorym bywalam, jest to najbardziej poprawne politycznie okreslenie afroamerykanow.
Szampon i odzywka dla konia- update
Nazwa firmy to Straight Arrow, a linia produktow to Mane'n Tail. Zapraszam do obejrzenia strony internetowej: http://manentail.com/ . Produkty sa naprawde pierwsza klasa.
Friday, June 13, 2008
Szampon i odzywka dla konia
Bedac w marcu zeszlego roku w Californi, zauwazylam w lazience moich szwagierek wielka butle z koniem na etykiecie. Podeszlam blizej. Napis na butli glosil: "Odzywka do wlosow dla konia, stosowac na grzywe i ogon". Nie wierzac wlasnym oczom poszlam do S. i N. po jakies dokladniejsze informacje.
I dowiedzialam sie, ze to odzywka dla konia ale i do uzytku ludzkiego (z tylu bylo o tym wyraznie napisane).
I ze wlosy po niej sa lsniace i miekkie.
I ze rosna w zawrotnym tempie.
Wiec sprobowalam.
Zaraz po powrocie z Californi poszlam do hipermarketu na stanowisko zwierzece i kupilam sobie wlasna butle (kilka dni pozniej znalazlam tam rowniez szampon tej samej firmy). Po drodze do domu zatrzymalam sie w pracy Meza, aby zobaczyc sie ze znajomymi.
- O, odzywka dla konia!- zauwazyla M. przechodzac obok mnie z jakimis papierami- Tez uzywam!
No prosze, pomyslalam, nie jestem sama.
Dwie minuty pozniej minela mnie A.:
- Co widze, odzywka dla konia! Moje zwierzeta pieknie po niej wygladaja... i ja tez lubie te jedwabista miekkosc moich wlosow.
Dwa tygodnie temu zwierzylam sie fryzjerce z moich wielomiesiecznych doswiadczen z szamponem i odzywka dla konia.
Ona tez uzywa.
I dowiedzialam sie, ze to odzywka dla konia ale i do uzytku ludzkiego (z tylu bylo o tym wyraznie napisane).
I ze wlosy po niej sa lsniace i miekkie.
I ze rosna w zawrotnym tempie.
Wiec sprobowalam.
Zaraz po powrocie z Californi poszlam do hipermarketu na stanowisko zwierzece i kupilam sobie wlasna butle (kilka dni pozniej znalazlam tam rowniez szampon tej samej firmy). Po drodze do domu zatrzymalam sie w pracy Meza, aby zobaczyc sie ze znajomymi.
- O, odzywka dla konia!- zauwazyla M. przechodzac obok mnie z jakimis papierami- Tez uzywam!
No prosze, pomyslalam, nie jestem sama.
Dwie minuty pozniej minela mnie A.:
- Co widze, odzywka dla konia! Moje zwierzeta pieknie po niej wygladaja... i ja tez lubie te jedwabista miekkosc moich wlosow.
Dwa tygodnie temu zwierzylam sie fryzjerce z moich wielomiesiecznych doswiadczen z szamponem i odzywka dla konia.
Ona tez uzywa.
Friday, June 6, 2008
Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke- update
12:15- ukulele dotarlo do celu :) .
Happy Birthday to me!
Happy Birthday to me!
Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke
Zainteresowani wiedza, ze gram na ukulele.
Moja pasja rozpoczela sie calkiem przypadkowo: Maz znalazl na www.youtube.com taki oto filmik:
http://www.youtube.com/watch?v=0OMLoAtC9RY
Od kilkunastu lat gram na gitarze, wiec jak trudne moze byc granie na ukulele? Ma przeciez tylko 4 struny. Wybralam sie do pobliskiego sklepu i nabylam instrument, najtanszy z mozliwych, na probe. I tu byl moj blad: moglam przeciez przewidziec, ze mnie, zdolnej bestyi, gra na ukulele przyjdzie bez zadnego wysilku, i ze warto zainwestowac w lepszy sprzet.
Po 6 miesiacach na moim sklejkowym instrumencie zaczely pojawiac sie bable, az w koncu odkleila sie cala wierzchnia warstwa, wraz z mostkiem. Maz skleil ukulele uzywajac do tego celu kleju Gorilla Glue, dalo to mu jeszcze 6 miesiecy zycia (ukulele, nie Mezowi). 2 tygodnie temu w niedziele mostek wystrzelil w powietrze z glosnym BANG. Naprawa instrumentu kosztowalaby mnie $75, co stanowi prawie dwukrotna jego wartosc, postanowilam wiec kupic nowy, lepszej jakosci.
Zadziwiajace, jak niewiele mozna sie dowiedziec o ukulele od sprzedawcow w sklepach muzycznych. Maja oni duzo wiadomosci na temat gitar, bebnow, syntezatorow, ale ukulele (pomimo, iz jest w sprzedazy) wciaz stanowi zagadke. Wszystkiego dowiedzialam sie z internetu, miedzy innymi z forum portalu www.ezfolk.com .
Wybor padl na Ohana CK 35G (http://www.ohana-music.com/CK-35.html). Zblizaly sie moje urodziny, wiec moja wspanialomyslna Rodzina postanowila mi ukulele przysponsorowac (za co jej z tego miejsca serdecznie dziekuje).
28 maja zlozylam zamowienie w sprawdzonym i rekomendowanym przez wiele osob sklepie internetowym, ktorego siedziba glowna znajduje sie na Hawajach. Ktoz moze lepiej znac sie na ukulele niz rodowity Hawajczyk?
Mamy tutaj w Ameryce taki fajny system, dzieki ktoremu mozemy sledzic trase paczki, ktora zostala do nas wyslana, lub ktora my wyslalismy do kogos (moze ktos wie, czy jest juz cos takiego w Polsce?). I tak dowiedzialam sie, ze:
30 maja o 22:46 Hawajczyk otrzymal zaplate za ukulele.
1 czerwca o 23:27 w Honolulu na Hawajach ktos zeskanowal kod kreskowy paczki, ktora Hawajczyk dla mnie sporzadzil.
2 czerwca o 9:52 paczka opuscila Hawaje. O 18:15 ukulele przylecialo do Ontario w Californi. Jeszcze tej samej nocy o 22:32 kierowca UPS wyjechal z nim w dalsza w trase.
5 czerwca o 7:09 kierowca UPS dojechal do Lenexa, Kansas. Tego samego dnia o 13:39 po przepakowaniu ciezarowki inny kierowca wyruszyl w dalsza droge, aby o 17:33 dotrzec do miasta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o 2 godziny jazdy.
Dzis o 1:00 nad ranem ukulele wyruszylo w dalsza droge. O 4:32, w miescie oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o pol godziny jazdy, jakis zaspany pracownik UPS przelozyl je do innej ciezarowki. Minute pozniej samochod znalazl sie na autostradzie prowadzacej do mojego miasteczka.
Jest 9:03. Juz za chwileczke, juz za momencik do moich drzwi zapuka poslaniec... dokladnie w moje urodziny.
Moja pasja rozpoczela sie calkiem przypadkowo: Maz znalazl na www.youtube.com taki oto filmik:
http://www.youtube.com/watch?v=0OMLoAtC9RY
Od kilkunastu lat gram na gitarze, wiec jak trudne moze byc granie na ukulele? Ma przeciez tylko 4 struny. Wybralam sie do pobliskiego sklepu i nabylam instrument, najtanszy z mozliwych, na probe. I tu byl moj blad: moglam przeciez przewidziec, ze mnie, zdolnej bestyi, gra na ukulele przyjdzie bez zadnego wysilku, i ze warto zainwestowac w lepszy sprzet.
Po 6 miesiacach na moim sklejkowym instrumencie zaczely pojawiac sie bable, az w koncu odkleila sie cala wierzchnia warstwa, wraz z mostkiem. Maz skleil ukulele uzywajac do tego celu kleju Gorilla Glue, dalo to mu jeszcze 6 miesiecy zycia (ukulele, nie Mezowi). 2 tygodnie temu w niedziele mostek wystrzelil w powietrze z glosnym BANG. Naprawa instrumentu kosztowalaby mnie $75, co stanowi prawie dwukrotna jego wartosc, postanowilam wiec kupic nowy, lepszej jakosci.
Zadziwiajace, jak niewiele mozna sie dowiedziec o ukulele od sprzedawcow w sklepach muzycznych. Maja oni duzo wiadomosci na temat gitar, bebnow, syntezatorow, ale ukulele (pomimo, iz jest w sprzedazy) wciaz stanowi zagadke. Wszystkiego dowiedzialam sie z internetu, miedzy innymi z forum portalu www.ezfolk.com .
Wybor padl na Ohana CK 35G (http://www.ohana-music.com/CK-35.html). Zblizaly sie moje urodziny, wiec moja wspanialomyslna Rodzina postanowila mi ukulele przysponsorowac (za co jej z tego miejsca serdecznie dziekuje).
28 maja zlozylam zamowienie w sprawdzonym i rekomendowanym przez wiele osob sklepie internetowym, ktorego siedziba glowna znajduje sie na Hawajach. Ktoz moze lepiej znac sie na ukulele niz rodowity Hawajczyk?
Mamy tutaj w Ameryce taki fajny system, dzieki ktoremu mozemy sledzic trase paczki, ktora zostala do nas wyslana, lub ktora my wyslalismy do kogos (moze ktos wie, czy jest juz cos takiego w Polsce?). I tak dowiedzialam sie, ze:
30 maja o 22:46 Hawajczyk otrzymal zaplate za ukulele.
1 czerwca o 23:27 w Honolulu na Hawajach ktos zeskanowal kod kreskowy paczki, ktora Hawajczyk dla mnie sporzadzil.
2 czerwca o 9:52 paczka opuscila Hawaje. O 18:15 ukulele przylecialo do Ontario w Californi. Jeszcze tej samej nocy o 22:32 kierowca UPS wyjechal z nim w dalsza w trase.
5 czerwca o 7:09 kierowca UPS dojechal do Lenexa, Kansas. Tego samego dnia o 13:39 po przepakowaniu ciezarowki inny kierowca wyruszyl w dalsza droge, aby o 17:33 dotrzec do miasta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o 2 godziny jazdy.
Dzis o 1:00 nad ranem ukulele wyruszylo w dalsza droge. O 4:32, w miescie oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o pol godziny jazdy, jakis zaspany pracownik UPS przelozyl je do innej ciezarowki. Minute pozniej samochod znalazl sie na autostradzie prowadzacej do mojego miasteczka.
Jest 9:03. Juz za chwileczke, juz za momencik do moich drzwi zapuka poslaniec... dokladnie w moje urodziny.
Subscribe to:
Posts (Atom)