Tuesday, August 19, 2008

Koncert dla nowych studentow MUM, 08-15-2008

Okolo poludnia zadzwonil S. z pytaniem, czy nie mam ochoty przyjsc do jego akademika, zeby jeszcze troche pospiewac przed koncertem. Okolo godziny 3 mialam pierwszy raz okazje podziwiac wnetrza dormitoriow Maharishi University of Management.
Prawde mowiac spodziewalam sie troche wiekszych luksusow: male pokoje, nagie, pomalowane farba olejna sciany i brak jakichkolwiek podzialow w pomieszczeniach rozczarowaly mnie nieco (glownie dlatego, ze wiem ile Uniwersytet kaze sobie placic za rok nauki). Wszystko to jednak bylo czystsze i duzo bardziej estetyczne niz polskie akademiki, w ktorych mialam okazje przebywac. Na szczescie S. udalo sie zrobic z tej klitki przytulne miejsce.
Przespiewalismy caly repertuar w pol godziny. Pojawil sie R. Cudowny Muzyk, Ktory Gra Na Wszystkim I Jest W Tym Absolutnie Doskonaly. Okazalo sie, ze jego gitara jest w czesciach i bez strun. Okolo godziny 4.45, bez wiekszego pospiechu, zabral sie za jej przygotowywanie.
O 5 S. pojechal instalowac zestaw perkusyjny na sali koncertowej.
O 5.30 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6 zadzwonil S. i zaproponowal pojscie na obiad przed koncertem.
O 6.15 Cudowny Muzyk wciaz zakladal struny na gitare.
O 6.30 stwierdzilismy, ze na obiad juz za pozno. Pojechalismy do sali koncertowej, zeby zrobic probe generalna. Zostawilismy buty na korytarzu (tutaj zdejmowanie obuwia przed wejsciem do waznych miejsc jest na porzadku dziennym) i zabralismy sie za instalowanie sprzetu, w trakcie gdy inny zespol cwiczyl swoje piosenki: "Killing Me Softly", "El Mariachi" i pare innych, rzewnych utworow. Potem przyszla kolej na nas.

Powodem, dla ktorego wybralismy taki a nie inny repertuar, byl fakt, iz (zdaniem studentow) Maharishi University Of Management potrzebuje czegos, co by go nieco "rozruszalo". Do tej pory wszystkie wystepy skladaly sie z piosenek i tancow bardzo poprawnych politycznie, ktorym obce byly tematy samobojstw, narkotykow lub homoseksualizmu (ciekawe, ze najlepsze piosenki zawsze traktuja o samobojstwach, narkotykach lub homoseksualizmie). Podejrzewam, ze w jego murach nikt nie slyszal jeszcze takiej muzyki, jaka przygotowalismy my. Nic dziwnego, ze juz po pierwszej probnej piosence zlecieli sie studenci i nauczyciele z wyzszych pieter, aby sprawdzic, kto tez tam tak daje czadu.
Proba przebiegla sprawnie, z drobnymi zgrzytami, ktorych przyczyna byl Cudowny Muzyk R.. Prawdopodobnie spodziewal sie on, ze bedzie mial do czynienia z takimi samymi profesjonalistami jak on. My bylismy tylko grupa ludzi, ktorzy dowiedzieli sie, ze graja koncert 14 dni temu, i w ciagu tych dwoch tygodni staralismy sie (poza praca zawodowa, obowiazkami domowymi i snem) znalezc czas na proby. Na dodatek jedno z nas (ja) mialo gitare basowa w reku od 10 dni a inne (M.) dolaczylo do grupy 2 dni przed koncertem.
R. probowal nas tez przekonac do zmiany aranzacji piosenek, na co zdecydowanie sie nie zgodzilismy: proba generalna to nie jest czas na nauke i zmienianie czegokolwiek; to czas na przecwiczenie tego, co sie juz umie. Dasajac sie nieco, Cudowny Muzyk zajal swoje miejsce za keyboardem i z gitara (oczywiscie nie trzymala stroju, jak kazda gitara z nowymi strunami), na ktorej gral fantastyczne solowki. Jego gra nie pozostawiala nic do zyczenia. R. okazal sie byc naprawde doskonalym gitarzysta.

Nieco przed 8 sala byla juz w 3/4 wypelniona bosymi ludzmi. Po raz pierwszy w moim zyciu cos rozpoczelo sie wczesniej niz zaplanowane. Zamiast o 8:45 bylismy na scenie juz o 8:25. Reflektor, swiecacy mi prosto w oczy, uniemozliwial stwierdzenie, czy na sali znajduje sie moja "grupa wsparcia" (okolo 15 osob). Dopiero okrzyk B.: "Dawaj, P.!" upewnil mnie, ze jest tam przynajmniej jedna osoba, ktora mnie zna (reszta przyszla jakies 10 minut pozniej).
Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze nerwy zupelnie mnie opuscily. Pozwolilo mi to swobodnie bujac sie w rytm granej przez nas muzyki... no i mialo oczywiscie przelozenie na jakosc mojego spiewania. 2 miesiace temu wystepowalam w kawiarni na "Open mic night", gdzie kazdy moze zaspiewac, i trema zzarla mnie totalnie. Teraz gralam i spiewalam zupelnie na luzie. Najbardziej zdenerwowanym z nas wszystkich byl chyba glowny wokalista, ktory z wrazenia zapomnial konferansjerki i probowal cos sklecic na poczekaniu.
Publicznosc byla swietna i przyjela nas bardzo goraco. Naprawde dalo sie wyczuc, ze studenci potrzebowali jakiegos "mocniejszego uderzenia" a nie tylko romantycznych pojekiwan (ktore, oczywiscie, tez maja swoj urok, ale sa szkodliwe w nadmiarze).
Za piosenke "Joker" Steve'a Miller'a dostalam owacje na stojaco.

Po koncercie popatrzylismy po sobie, usmiechajac sie, i stwierdzilismy nieskromnie, ze bylismy niesamowicie dobrzy. Spakowalismy sprzet i udalismy sie na male afterparty, kazdy w swoja strone: S. do dziewczyny, R. do lozka, odespac roznice czasu, ja, D. i M. na piwo do ogrodu znajomego.

W sobote rano ledwo podnioslam sie z lozka. Glowa, szyja i ramiona bolaly mnie okrutnie. Dopiero wtedy zdalam sobie sprawe, jak ciezka byla gitara na ktorej gralam...

W poniedzialek zostalam na ulicy zatrzymana przez dziewczyne, ktora zapytala, czy to ja gralam na koncercie w piatek. Uzyskawszy odpowiedz twierdzaca, powiedziala "Swietny koncert, byliscie wspaniali".


Nasz repertuar:
"Going Down In Flames" 3 Doors Down
"Save Tonight" Eagle Eye Cherry
"Otherside" Red Hot Chilli Peppers
"Wind Of Change" The Scorpions
"Monkey Wrench" Foo Fighters
"Clocks" Coldplay
"Joker" Steve Miller Band
"Fell In Love With A Girl" The White Stripes
"100000 Fireflies" Magnetic Fields
"Ring Of Fire" Johnny Cash, wersja Social Distortion


Friday, August 15, 2008

Ostatnie godziny przed koncertem

8 prob za nami. Ostatnia, generalna, odbedzie sie dzis przed samym koncertem.
Do wtorku nie mielismy perkusisty. Zupelnym przypadkiem okazalo sie, ze moj kolega zna jednego. M., Grek z pochodzenia, okazal sie byc strzalem w dziesiatke. Dolaczyl do nas w srode, 2 dni przed koncertem
Wczoraj rano okazalo sie, ze na miejscu nie ma naglosnienia i musimy je sobie sami zalatwic. Gleboka noca S. przytaszczyl do naszego studia 2 wielkie glosniki wypozyczone ze sklepu muzycznego.
Ostatni czlonek naszego zespolu przylecial dzis nad ranem z Holandii. R. jest ponoc fantastycznym muzykiem, ktory w mig potrafi nauczyc sie kazdej melodii, zatem bedzie mu musiala wystarczyc jedna proba przed samym koncertem.
Jest nas piecioro: Amerykanin, Polka, Holender, Niemiec i Grek.
Do koncertu zostalo 11 godzin. Trzymajcie kciuki.

Thursday, August 7, 2008

Spelnia sie moje najwieksze marzenie

Do miasta przyjechaly w odwiedziny corki kolegi. Aby uczcic to wydarzenie, w czwartek M. (ten sam, u ktorego czcilismy Swieto Niepodleglosci) zorganizowal impreze. Przybylo mnostwo ciekawych ludzi; kilku muzykow, studentow, medytatorow, instruktorka jogi i gej z Porto Rico. Jedlismy owoce i sery, pilismy wino. Wzielam do reki gitare i zagralam "Across the Universe". Wszyscy spiewali ze mna.
W F. mamy chyba do czynienia z najwiekszym zageszczeniem muzykow na mile kwadratowa na swiecie. Tutaj kazdy na czyms gra. Albo spiewa. Nic wiec dziwnego, ze po chwili impreza zamienila sie w male jam session.
Okolo godziny 11 w nocy, po wymianie adresow email i numerow telefonow, wszyscy rozeszli sie do domow.
W piatek, sprawdzajac co tez tam sie w sieci dzieje, znalazlam na Facebook'u wiadomosc od S., chlopaka, ktory bardzo udzielal sie wokalnie poprzedniego wieczoru.
- Nie grasz czasem na basie? Mamy wystep za 2 tygodnie i potrzebujemy basisty.
- Nie gram- odpowiedzialam- ale chyba nie jest to bardziej skomplikowane od gry na gitarze.
Wtedy do glowy wpadl mi genialny pomysl.
- Moge sie nauczyc. 2 tygodnie to sporo czasu a ja obecnie nie mam wielu zobowiazan.
- Zartujesz?- zapytal S. z niedowierzaniem.
- Nie. Kiedy robimy pierwsza probe?
W niedziele spotkalismy sie w domu D., glownego gitarzysty, ktory ma cale studio muzyczne w piwnicy: pianino, 2 gitary, 2 zestawy perkusyjne, bongosy, syntezator, mikrofony, piece, sprzet do nagrywania i Bog wie co jeszcze. Niestety nie posiadal gitary basowej, wiec dawalam z siebie wszystko na zwyklej, elektrycznej.
We wtorek S. przyniosl mi wypozyczona ze sklepu muzycznego gitare basowa. To byla dla mnie milosc od pierwszego wejrzenia. Ostatnie 2 dni nie wypuszczam jej z rak, chociaz wazy 4 kilo. S. i D. patrza na mnie nie mogac pojac, jak po dwoch dniach jestem w stanie grac na takim poziomie.
Przez dlugi czas czulam, ze moja gra na gitarze jest zbyt delikatna, zbyt klasyczna na rocka. Teraz, z basem i dobrym wokalem, znalazlam swoje miejsce w zespole. Wreszcie spelnia sie moje najwieksze marzenie.
Jestem basista i wokalista.

Saturday, August 2, 2008

Shape shifter :)

Jak co dzien rano zostalam obudzona przez kotke namietnym lizaniem po twarzy. Chcac nie chcac wstalam i dalam jej jesc. Spozywszy sniadanie, Pom- Pom pokrecila sie troche po mieszkaniu, po czym zaszyla sie gdzies, zapewne w celu uciecia sobie drzemki, ja zas zasiadlam na kanapie z laptopem na kolanach, aby sprawdzic poczte.
Pol godziny pozniej zaczelam powoli zbierac sie do wyjscia (umowilam sie z M. na kawe). Ze zdziwieniem skonstatowalam, ze kotka nie chodzi za mna krok w krok (co jest sytuacja wyjatkowa: zwykle gdzie ja- tam i ona), i ze nie ma jej w polu widzenia. Sprawdzilam jej lozeczko, szafe i ulubione parapety oraz koszyk na owoce, ktory od pewnego czasu zmienil swoja funkcje i jest teraz koszykiem na kota. Pom- Pom zniknela.
Na nawolywanie i potrzasanie pudelkiem z chrupkami odpowiedzialo mi stlumione miauczenie. Raz jeszcze sprawdzilam szafe oraz wszystkie szafki kuchenne i lazienke. Po chwili zorientowalam sie, ze miauczenie dochodzi z... kanapy. Podnioslam koc, wyjelam wszystkie poduszki.
Podnioslam kanape. Z rozdarcia w jej spodniej czesci pomachala do mnie biala lapa. Powiekszylam dziure pozwalajac kotu wyjsc na wolnosc.
Zastanawialam sie jak spore zwierze moze splaszczyc sie do dwoch cali, wpelznac pod kanape i wejsc do jej wnetrza. Odpowiedz na pytanie pojawila sie jak tylko postawilam mebel spowrotem na podlodze: bylam swiadkiem, jak Pom- Pom zmienia ksztalt, i w blyskawicznym tempie wsuwa sie spowrotem...

Tuesday, July 22, 2008

Przepisy- quiche z warzywami

Tak, tak, znowu pieke, chociaz obiecywalam sobie, ze wiecej nie bede. Maz pojechal robic zdjecia na maratonie, wiec korzystam z "wolnej chaty" i eksperymentuje w kuchni (tylko ja jestem swiadkiem moich ewentualnych niepowodzen).
Quiche udal sie nawet niezle, moglby byc troche bardziej slony (ale przeciez zawsze mozna dosolic) a kupny spod troche mniej slodki. Teraz mysle, ze w sumie mozna go bylo zrobic bez tego spodu i tez bylby dobry. Ale to juz plan na czas nastepnej nieobecnosci meza...


Quiche z warzywami

Skladniki:
-2 lyzki oliwy z oliwek,
-4 szklanki (=32 uncjowy= okolo litrowy pojemnik) swiezych warzyw (cukinia, papryka, cebula, pieczarki, brokul, baklazan...),
-1.5 lyzeczki soli (albo do smaku),
-1 lyzeczka bialego pieprzu (albo do smaku),
-1 lyzka swiezego, posiekanego estragonu (ja dalam suszony),
-4 jajka,
-11 szklanka (16 uncji= ok. 500ml) 20% smietanki,
-1/2 szklanki mleka,
-1/3 funta (150 g) startego odtluszczonego zoltego sera,
-1 kupny spod. Ja nabylam 2 spody o srednicy 9 cali (23 cm) i dobrze zrobilam, bo to wszystko nie zmiesciloby mi sie w jeden.

Jak zrobic:
Rozgrzac piekarnik do 350 stopni Fahrenheita (180 stopni Celsjusza). Na patelni podgrzac oliwe i podsmazyc wszystkie warzywa. Dodac pieprz, sol i estragon.
W misce ubic jajka, mleko i smietanki.
Nasypac troche tartego sera na kupny spod. Wypelnic warzywami. Posypac wierzch tartym serem. Zalac masa z miski. Wstawic do piekarnika i piec okolo 35- 45 minut az sie zetnie i ladnie przyrumieni. Wyjac z piekarnika, odczekac 5 minut. Kroic i jesc. Po ostygnieciu mozna podgrzewac w mikrofali lub jesc na zimno.

Przepis znaleziony w magazynie dla sportowcow.

Thursday, July 10, 2008

Jak sie oglada filmy z Mezem, a jak z dziewczynami.

Ogladamy z Mezem "Beowulfa". Malzonek podrywa sie lekko widzac wyrenderowane, nagie piersi Angeliny Jolie, ale napotkawszy moj karcacy wzrok, szybko traci zainteresowanie.


Malzonek na wyjezdzie sluzbowym. Ogladamy z dziewczynami "Beowulfa". Dochodzi do sceny, gdzie podczas rozmowy z Wealthow, bohater seksownym ruchem sciaga kolczuge i spodnie.
Cofamy film, aby (popiskujac z radosci) jeszcze raz zobaczyc ten striptease.
I jeszcze raz.

Monday, July 7, 2008

Swieto Niepodleglosci

4 lipca poplynal szybko na fali wina z Ohio. A bylo to tak:
Kolega M. urzadzil w swoim domu degustacje tego przedniego trunku. Jego mama, ktora przyjechala w odwiedziny, przywiozla ze soba skrzynke zrobionego z ekologicznych skladnikow wina w trzech rodzajach.
Maz wyjechal sluzbowo do Atlanty, Georgia. Punktualnie o 5 po poludniu stawilam sie wiec sama w domu M. z siedmioma kieliszkami (nikt inny tak imponujacej kolekcji nie posiadal, bylam wiec wybawca dla M., ktory w desperacji chcial serwowac gosciom wino z kufli do piwa). Na stole kuchennym pietrzyly sie zakaski: wegetarianskie kanapki, arbuz, truskawki, winogrona, sery... P., mama gospodarza, zrelaksowana, popalala ziolo na balkonie.
Przyszli goscie: lysiejacy facet, jakas dziewczyna z mama, B. z rodzicami, moja przyjaciolka M. z siostra... B., chudy, wysoki jak tyka mlodzieniec, dolaczyl do P.. Widzac to siostra mojej przyjaciolki tez wyciagnela swoja szklana faje z eleganckiej torebeczki. W tle przyspiewywal Bob Marley, pare osob tanczylo.
Jedzenia ubywalo. Nastroje sie polepszaly. Wyjelam ukulele z futeralu i zagralam kilka znanych i lubianych piosenek. Wszyscy spiewali ze mna.


Po wspolnym odtanczeniu "YMCA" postanowilismy zmienic miejsce zabawy. Okolo godziny 9 udalismy sie (kolyszac sie lekko) na glowny plac miejski, aby tam zakonczyc swietowanie Dnia Niepodleglosci. Dla niektorych jednak obchody tego swieta skonczyly sie znacznie pozniej: M., odprowadziwszy mnie do domu, udal sie na wycieczke po okolicznych barach.
Zasypiajac myslalam sobie, ze takie cos moze zdarzyc sie tylko tu, w F., w miescie, gdzie ludzie medytuja, oddaja sie sztuce i muzyce. Tylko tutaj na imprezie bawia sie obok siebie ludzie w wieku od 19 do 70 lat a synowie pala trawe z jednej fajki z mama. Kazdy robi to, co lubi, nie wazne, czy jest to picie, palenie, taniec czy tez granie na instrumencie i nic nie jest w stanie zaklocic tej sielanki. Prawdziwy Independence Day.

Wednesday, July 2, 2008

Z serii: fajny film wczoraj widzialam- "Jesus Christ Superstar"

Obejrzalam wczoraj film "Jesus Christ Superstar", po raz pierwszy od poczatku do konca.
Do wypozyczenia dziela sklonilo mnie wydarzenie, ktore mialo miejsce kilka tygodni temu w Birmingham. Przyjaciolka, odbierajac mnie z lotniska, zakomunikowala:
- Idziemy na musical "Jesus Christ Superstar".
Zgodzilam sie bez wiekszego entuzjazmu. Lubie musicale, ale tym razem milsze mi byly kapiel i lozko (bylam na nogach od 3 nad ranem). O 7 wieczorem zasiadlysmy w samym srodku sali teatralnej (nie bylo tlumow, wiec wybralysmy sobie najlepsze miejsca). Zgaszono swiatla, spektakl rozpoczal sie.
Na scene wszedl Jezus. Po jego pierwszej piosence odczulam przyjemne zaskoczenie: facet naprawde mial talent, i (dziwnym zbiegiem okolicznosci) glos podobny do aktora z filmu, ktorego strzepki pamietalam z dziecinstwa.
Podczas antraktu zajrzalam w program... i doznalam szoku, okazalo sie bowiem, ze przede mna stal legendarny Ted Neely, ktory jako 30- latek, w 1973 roku zagral Jezusa w filmie "Jesus Christ Superstar"! Teraz, w wieku 65 lat byl... no po prostu... po prostu niesamowity byl! Podczas jego piesni "I Only Want To Say (Gethsemane)" ciarki przeszly mi po plecach, a zakonczenie doprowadzilo do lez. Wyszlam z teatru oszolomiona.
Teraz, po obejrzeniu filmu, rozne mysli przychodza mi do glowy:
Ze glos Teda jest jak wino: im starszy tym lepszy.
Ze odgrywanie roli Jezusa przez 35 lat musi byc niezwykle obciazajace psychicznie... ale jakze wzbogacajace duchowo!
Ze film nic nie stracil na swojej aktualnosci.
I- ze ciesze sie, ze mialam okazje obejrzec to wspaniale widowisko.


---
Odrobilam tez prace domowa: ponizej, dla zainteresowanych, kilka stron z informacjami o Tedzie Neely, filmie i musicalu:
http://en.wikipedia.org/wiki/Ted_Neeley
http://www.imdb.com/name/nm0624189/
http://www.neeleyontheroad.com/
http://www.magicentertainment.tv/SUPERSTAR/index.html
http://www.magicentertainment.tv/superinfo.html
http://www.ibdb.com/show.asp?id=4880
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar
http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus_Christ_Superstar_%28film%29
http://www.reallyuseful.com/rug/html/index.htm

Tuesday, June 17, 2008

Czarny slub

Caly zeszly tydzien spedzilam w Birmingham, Alabama. Glownym celem wyjazdu byl slub mojej czarnej kolezanki z nie mniej czarnym kolega.
S. (panna mloda) poprosila mnie, abym byla jej druhna na slubie. Wiaze sie z tym szereg rzeczy, z ktorych wczesniej nie zdawalam sobie sprawy- druhna wystepuje na slubie w sukience, butach i bizuterii wybranej przez panne mloda, bierze udzial w probie przedslubnej i wogole skupia na sobie sporo uwagi. Do Birmingham pojechalam wyposazona w piekny stroj (z ktorym teraz nie mam co robic: kolor i kroj sukni praktycznie uniemozliwia zalozenie jej na jakakolwiek inna okazje), z metlikiem w glowie i mocnym postanowieniem "poplyniecia z pradem", co uchroni mnie przed popelnieniem jakichs wiekszych gaf.
Niewiele wiem o amerykanskich slubach, wiec nie wiedzialam czego sie spodziewac.
W przeddzien slubu wyruszylam do kosciola na probe. GPS prowadzil mnie drogami i bezdrozami do samego srodka czarnej dzielnicy. Zaparkowalam auto. Zasunelam szyby. Wlaczylam alarm. Trzy razy sprawdzilam, czy na pewno dziala.
Weszlam do sporej, przykoscielnej sali, w ktorej krzatalo sie okolo dwudziestu afroamerykanow przygotowujac obiad.
- Przepraszam- zaczelam, a stojaca najblizej murzynka obdarzyla mnie spojrzeniem pytajacym "czyzbys pomylila droge, biala dziewczynko?"- Czy tutaj odbywa sie proba slubu S.?
- Tak, to tu- odparla usmiechajac sie.- Wejdz i czuj sie jak u siebie.
Usiadlam i za chwile zostalam otoczona mezczyznami, ktorzy zaczeli zabawiac mnie rozmowa. Po chwili pojawil sie rowniez T., pan mlody, oraz S..
Poszlismy do kosciola. Koordynatorka slubna (czarna) ustawila nas w szyku, w ktorym mielismy maszerowac na wlasciwej ceremonii. Smiechom i ogolnej radosci nie bylo konca, tym bardziej, ze nie bylo mojego partnera, i wszyscy nie mogli sie doczekac jaka mine zrobi na wiesc, ze maszeruje w parze z jedyna biala dziewczyna na slubie. Podejrzewali, ze nie bedzie posiadal sie z radosci (czarni mezczyzni bardzo lubia biale kobiety). Wszystkie te zarty i rozmowy byly bardzo zyczliwe i nawet przez chwile nie czulam sie wyobcowana czy obrazana. P., dziewczyna stojaca w parze za mna, okazala sie byc przesympatyczna osoba i cala probe, poprobny obiad i wesele dnia nastepnego spedzilysmy razem.
Nastepnego dnia C., moj partner, nie mial ze znalezieniem mnie najmniejszych problemow. Dzieki Bogu byl nizszy niz ten, z ktorym przyszlo mi probowac dzien wczesniej (caly czas musialam chodzic na paluszkach, a on, biedak, i tak musial sie jeszcze pochylac).
Wybila godzina "zero". Orszak slubny ustawil sie w uzgodnionym szyku. Muzyka zagrala, machina ruszyla.
Stojac na podwyzszeniu obserwowalam trzystu gosci w kosciele. Z wielkim trudem wylowilam z tlumu dwie biale osoby: pania w wieku emerytalnym, oraz zone jednego ze swiadkow. Zaloze sie, ze wszyscy zastanawiali sie, skad tez ja sie tam wzielam.
Do kosciola wkroczyla S. prowadzona przez ojca. Stojaca obok mnie P. zaczela pociagac nosem. Mama panny mlodej byla juz dawno we lzach. Pastor (czarny) udzielil slubu. Fotograf (czarny) trzaskal aparatem. Kamerzysta (BIALY!!!) krecil sie w poszukiwaniu dogodnych ujec. Pol godziny pozniej bylo juz po wszystkim.
Wesele rozpoczelo sie z dwugodzinnym poslizgiem. Fotograf okazal sie niezgula, niezdolnym do szybkiego zrobienia pozowanych zdjec. Przysiegam, ze jesli wtedy dostalabym aparat do reki, bez przygotowania zrobilabym lepsze (i szybciej) niz on.
Na weselu bylo okolo 150 osob. Biala emerytka zniknela. Przez chwile widzialam zone swiadka ale i ona gdzies sie ulotnila.
Przyszla pora na wystep mimow. Wydaje mi sie, ze to jakas afroamerykanska tradycja. Dziwnym zbiegiem okolicznosci ja rowniez mialam taki wystep na moim weselu: nasz czarny przyjaciel ofiarowal nam swoj taniec w prezencie slubnym.
Potem bylo jedzenie (wszyscy goscie ustawili sie z plastikowymi talerzami w kolejce do kurczaka, fasolki, ryzu i szynki), krojenie ciasta, rzucanie bukietem i podwiazka oraz tance. Postanowilam sie specjalnie nie wychylac bo, jak wiadomo, biali nie potrafia skakac i tanczyc, P. jednak wyciagnela mnie na parkiet i juz po chwili bylam nauczana, jak tanczyc "shuffle". Widzialam kiedys tlum czarnych tanczacych razem w grupie, ale do glowy by mi nie przyszlo zeby do nich dolaczyc. Tym razem podrygiwalam radosnie ze wszystkimi, a kamerzysta i fotograf uwieczniali te wiekopomna chwile (musze, po prostu MUSZE zdobyc ten film i zdjecia, bo inaczej nikt mi nie uwierzy).
Wesele skonczylo sie jakies 3 godziny pozniej. Wymienilysmy sie z P. telefonami i adresami emailowymi i, pozegnawszy sie serdecznie, udalysmy sie kazda w swoja strone.

Podsumowujac:
Podobalo mi sie krotkie wesele i fakt, ze nikt sie nie upil. Podobal mi sie brak dalekiej rodziny, ktora zwykle zaprasza sie "bo wypada", a tak naprawde nie utrzymuje sie z nia kontaktu. Podobal mi sie brak obmierzlych wujkow, ktorzy po kielichu zaczynaja dobierac sie do posladkow co ladniejszych dziewczyn. Podobal mi sie brak idiotycznych zabaw, typu celowanie do butelki kielbasa przywiazana sznurkiem do talii.

Czarny slub, ktorego sie tak obawialam, okazal sie byc bardzo pozytywnym doswiadczeniem. Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze trafilam na ludzi na poziomie a nie na stereotypowych murzynow, ktorzy nosza tone bizuterii, zlote zeby, jedza kurczaka i arbuza, i tylko szukaja okazji, zeby sobie troche postrzelac.


Ogladaliscie "The Bucket List"?
Mysle, ze to jest wlasnie jedna z rzeczy, ktorych nalezy w zyciu doswiadczyc: byc jedyna biala osoba na czarnym weselu.


---
UPDATE: Niektore osoby poczuly sie urazone, ze uzywam w notce slowa "czarny". Pragne wiec wytlumaczyc, ze w Ameryce, w jezyku angielskim, w regionie, w ktorym bywalam, jest to najbardziej poprawne politycznie okreslenie afroamerykanow.

Szampon i odzywka dla konia- update

Nazwa firmy to Straight Arrow, a linia produktow to Mane'n Tail. Zapraszam do obejrzenia strony internetowej: http://manentail.com/ . Produkty sa naprawde pierwsza klasa.

Friday, June 13, 2008

Szampon i odzywka dla konia

Bedac w marcu zeszlego roku w Californi, zauwazylam w lazience moich szwagierek wielka butle z koniem na etykiecie. Podeszlam blizej. Napis na butli glosil: "Odzywka do wlosow dla konia, stosowac na grzywe i ogon". Nie wierzac wlasnym oczom poszlam do S. i N. po jakies dokladniejsze informacje.
I dowiedzialam sie, ze to odzywka dla konia ale i do uzytku ludzkiego (z tylu bylo o tym wyraznie napisane).
I ze wlosy po niej sa lsniace i miekkie.
I ze rosna w zawrotnym tempie.
Wiec sprobowalam.
Zaraz po powrocie z Californi poszlam do hipermarketu na stanowisko zwierzece i kupilam sobie wlasna butle (kilka dni pozniej znalazlam tam rowniez szampon tej samej firmy). Po drodze do domu zatrzymalam sie w pracy Meza, aby zobaczyc sie ze znajomymi.
- O, odzywka dla konia!- zauwazyla M. przechodzac obok mnie z jakimis papierami- Tez uzywam!
No prosze, pomyslalam, nie jestem sama.
Dwie minuty pozniej minela mnie A.:
- Co widze, odzywka dla konia! Moje zwierzeta pieknie po niej wygladaja... i ja tez lubie te jedwabista miekkosc moich wlosow.

Dwa tygodnie temu zwierzylam sie fryzjerce z moich wielomiesiecznych doswiadczen z szamponem i odzywka dla konia.
Ona tez uzywa.

Friday, June 6, 2008

Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke- update

12:15- ukulele dotarlo do celu :) .

Happy Birthday to me!

Urodzinowe ukulele i oczekiwanie na przesylke

Zainteresowani wiedza, ze gram na ukulele.

Moja pasja rozpoczela sie calkiem przypadkowo: Maz znalazl na www.youtube.com taki oto filmik:

http://www.youtube.com/watch?v=0OMLoAtC9RY

Od kilkunastu lat gram na gitarze, wiec jak trudne moze byc granie na ukulele? Ma przeciez tylko 4 struny. Wybralam sie do pobliskiego sklepu i nabylam instrument, najtanszy z mozliwych, na probe. I tu byl moj blad: moglam przeciez przewidziec, ze mnie, zdolnej bestyi, gra na ukulele przyjdzie bez zadnego wysilku, i ze warto zainwestowac w lepszy sprzet.

Po 6 miesiacach na moim sklejkowym instrumencie zaczely pojawiac sie bable, az w koncu odkleila sie cala wierzchnia warstwa, wraz z mostkiem. Maz skleil ukulele uzywajac do tego celu kleju Gorilla Glue, dalo to mu jeszcze 6 miesiecy zycia (ukulele, nie Mezowi). 2 tygodnie temu w niedziele mostek wystrzelil w powietrze z glosnym BANG. Naprawa instrumentu kosztowalaby mnie $75, co stanowi prawie dwukrotna jego wartosc, postanowilam wiec kupic nowy, lepszej jakosci.

Zadziwiajace, jak niewiele mozna sie dowiedziec o ukulele od sprzedawcow w sklepach muzycznych. Maja oni duzo wiadomosci na temat gitar, bebnow, syntezatorow, ale ukulele (pomimo, iz jest w sprzedazy) wciaz stanowi zagadke. Wszystkiego dowiedzialam sie z internetu, miedzy innymi z forum portalu www.ezfolk.com .

Wybor padl na Ohana CK 35G (http://www.ohana-music.com/CK-35.html). Zblizaly sie moje urodziny, wiec moja wspanialomyslna Rodzina postanowila mi ukulele przysponsorowac (za co jej z tego miejsca serdecznie dziekuje).

28 maja zlozylam zamowienie w sprawdzonym i rekomendowanym przez wiele osob sklepie internetowym, ktorego siedziba glowna znajduje sie na Hawajach. Ktoz moze lepiej znac sie na ukulele niz rodowity Hawajczyk?

Mamy tutaj w Ameryce taki fajny system, dzieki ktoremu mozemy sledzic trase paczki, ktora zostala do nas wyslana, lub ktora my wyslalismy do kogos (moze ktos wie, czy jest juz cos takiego w Polsce?). I tak dowiedzialam sie, ze:

30 maja o 22:46 Hawajczyk otrzymal zaplate za ukulele.

1 czerwca o 23:27 w Honolulu na Hawajach ktos zeskanowal kod kreskowy paczki, ktora Hawajczyk dla mnie sporzadzil.

2 czerwca o 9:52 paczka opuscila Hawaje. O 18:15 ukulele przylecialo do Ontario w Californi. Jeszcze tej samej nocy o 22:32 kierowca UPS wyjechal z nim w dalsza w trase.

5 czerwca o 7:09 kierowca UPS dojechal do Lenexa, Kansas. Tego samego dnia o 13:39 po przepakowaniu ciezarowki inny kierowca wyruszyl w dalsza droge, aby o 17:33 dotrzec do miasta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o 2 godziny jazdy.

Dzis o 1:00 nad ranem ukulele wyruszylo w dalsza droge. O 4:32, w miescie oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o pol godziny jazdy, jakis zaspany pracownik UPS przelozyl je do innej ciezarowki. Minute pozniej samochod znalazl sie na autostradzie prowadzacej do mojego miasteczka.

Jest 9:03. Juz za chwileczke, juz za momencik do moich drzwi zapuka poslaniec... dokladnie w moje urodziny.

Thursday, May 29, 2008

Nic mnie juz nie zdziwi

Poszlysmy z M. na lunch do naszej ulubionej, indyjskiej, ajurwedycznej restauracji. Jest to miejsce niezwykle: pracuja tam tylko 2 osoby, wlasciciel- kasjer i jego zona- kucharka. Restauracja jest otwarta od wtorku do piatku przez 2 godziny dziennie (lunch). W okreslony dzien tygodnia mozemy sie spodziewac okreslonej potrawy a do wyboru z menu mamy: lunch maly, sredni lub duzy. I juz.

Prawdopodobnie nie jest to najwykwintniejsza z jadlodajni, ale ma w sobie to cos, co sprawia, ze zawsze jest pelna. Byc moze tym czyms jest fakt, ze kucharka- hinduska mruczy mantry podczas gotowania, co przeklada sie na jakosc jedzenia. Po takim posilku jest sie szczesliwym caly dzien.

Siedzimy sobie i radosnie oddajemy sie konsumpcji, gdy nagle dzwoni moja komorka.
- Kochanie, gdzie jest kot?- Pyta Maz z lekka histeria w glosie.
- Jak to gdzie, w domu! Spi w swoim lozeczku- odpowiadam.
- Nie, nie ma jej. Jestes pewna, ze nie uciekla kiedy wychodzilas?
- Oczywiscie, ze jestem pewna, siedziala na srodku pokoju. Sprawdz jeszcze raz, czy nie ma jej w sypialni.
Slysze, jak Maz chodzi po mieszkaniu, wola "kici, kici", ale nic z tego nie wynika. Mowi, ze zadzwoni, jak tylko ja znajdzie.
Po 10 minutach nie wytrzymuje i dzwonie do Meza.
- No i co, nie ma jej?- pytam drzacym glosem.
- A... kotka? Tak jest... spi w swoim lozeczku- odpowiada beztrosko Maz.

...

- Jak to jest, ze mezczyzna nie potrafi zauwazyc szarego kota na czerwonym tle?- pytam M.
- No wiesz, musisz pamietac, ze zyjesz z facetem, ktory potrafi zgubic pare spodni w niewielkim apartamencie- odpowiada M.

To prawda. Malzonek kiedys przez 2 tygodnie szukal jeansow, ktore powiesil na wieszaku za drzwiami i ktorych nie widzial ilekroc zdejmowal z niego inne czesci garderoby.



Chyba nic mnie juz w zyciu nie zdziwi...

Wednesday, May 21, 2008

Swiadek Jehowy

Ktoregos wieczoru ktos zapukal do moich drzwi. Zainstalowawszy kota na lodowce (kazde otwarcie drzwi stanowi swietna okazje do ucieczki; zejscie z lodowki zajmuje kotu pare sekund, a mnie daje czas na manewry) wyjrzalam na korytarz. Przed moim mieszkaniem stal starszy pan w slomianym kapeluszu.
- Dobry wieczor- przywital sie uprzejmie- Jestem czlonkiem kosciola Swiadkow Jehowy.
Wstyd przyznac, ale w Polsce, gdy swiadkowie Jehowy stali przed moimi drzwiami- nie otwieralam, lub tez, gdy tylko zaczynali cos do mnie mowic, przerywalam zniecierpliwiona mowiac, ze nie jestem zainteresowana.

Skad to sie bierze? Ta niechec przed rozmowa na tematy wiary z ludzmi innego niz my wyznania? Czy to z obawy, ze zostanie obnazona nasza niewiedza (tak, tak, wiekszosc Polakow- katolikow niestety nie ma bladego pojecia o biblii i naukach Chrystusa)? Czy to moze ze strachu, ze wpuscimy do domu obcych, ktorzy nas obrabuja, zgwalca i zabija?

No ale przeciez wcale nie musimy ich wpuszczac do srodka, wystarczy, ze sami do nich wyjdziemy...

Tym razem wyszlam i ja.
- Czy masz ochote porozmawiac ze mna o koncu swiata?- zapytal uprzejmie pan.
- Czemu nie- stwierdzilam.
No bo wlasciwie co mi szkodzi.
No i porozmawialismy. O Armagedonie i o strachu ludzi przed nim, o tym, ze biblia swiadkow Jehowy przedstawia koniec swiata jako pozytywne wydarzenie- cale zlo, ktorego doswiadczamy na tym ziemskim padole skonczy sie, a wtedy czeka nas juz tylko raj i wieczne szczescie. Porozmawialismy o naszym miasteczku, o studentach z pobliskiego uniwersytetu, o roznych kulturach i krajach. Rob, bo tak mial na imie pan, zapytal, skad mam taki piekny akcent.
- Z Polski- odparlam.
- Z Polski!- Usmiechnal sie pan- Slyszalem o Polsce. Jest nas tam wielu. Ale... Polacy rzadko sa dla nas mili i nieczesto otwieraja nam drzwi... Nie wiem czemu. Chyba sie nas boja. A my przeciez jestesmy takimi samymi ludzmi jak oni! I chcemy tylko porozmawiac, nic wiecej.
Zrobilo mi sie przykro. No bo przeciez to prawda. Swiadek Jehowy to taki sam czlowiek jak ja, tyle, ze innej wiary. Nie stane sie jedna z nich od kontaktu wzrokowego czy slownego. Co mi szkodzi porozmawiac i dowiedziec sie wiecej o tych ludziach, ktorych tak boi sie wiekszosc Polakow?

Nie zostane Swiadkiem Jehowy. Prawdopodobnie nie zachowam nawet ulotki z numerem telefonu Roba.
Ale naprawde ciesze sie, ze otworzylam drzwi.

Thursday, May 15, 2008

Przepisy- zielona indonezyjska zupa kokosowa

Postanowilam podzielic sie z Wami przepisem na niezwykle oryginalne danie. Nawiasem mowiac bardzo jestem ciekawa, czy da sie je zrobic w Polsce (skladniki sa dosc dziwne i nie jestem pewna, czy wszystkie mozna znalezc w sklepie)

Zielona indonezyjska zupa kokosowa
Skladniki:
- mleko kokosowe, 2 puszki- to nie jest tylko woda z kokosa, lecz takze zmielony miazsz, wszystko w konsystencji plynnej,
- kubek wody,
- zielone curry ok. 50 g- mozna uzyc w postaci pasty lub proszku,
- 1 puszka owocu chlebowca (jackfruit)- grube na palec plastry pokrojone na cwiartki,
- 1 puszka serca bananowca (banana heart)- wyglada to jak glab z liscmi. Nie nalezy go kroic ani rozdrabniac: ma sie ciagnac.
- 1 puszka grzybow zakonserwowanych we wlasnym sosie- my tutaj uzywamy straw mushroom, czyli pieczarki lsniacej, przypuszczam, ze jesli wrzucimy pare zwyklych, swiezych pieczarek, to wyjdzie na to samo.
- 1 puszka pedow bambusa,
- 1 puszka malych kukurydzek,
- 6 plasterkow imbiru- nie nalezy go jesc, ma on tylko nadac smak,
- 5 lisci cytryny- tez dla aromatu,

Jak zrobic:
Owoc chlebowca razem z woda, w ktorej sie znajduje, doprowadzic do wrzenia w malym garnku i pogotowac jeszcze przez 10 minut (mozna tez po prostu wrzucic go razem z innymi skladnikami do garnka, ale bedzie nieco twardszy).
Do duzego garnka wlozyc mleko kokosowe, kubek wody i curry i, mieszajac, doprowadzic do wrzenia.
Dodac reszte skladnikow w kolejnosci wyzej wymienionej i doprowadzic do wrzenia. Niech pobulgocze jeszcze 15 minut.

Jest to danie bardzo ostre (nie polecam osobom, ktore nie przepadaja za pikantnymi potrawami lub nie lubia jarskiej kuchni). Niezaprawionym w boju polecam zagryzanie gotowanym ryzem lub chlebem. Sugeruje rowniez zakup duzego pudelka chusteczek higienicznych, jak rowniez otworzenie okien na przestrzal (nagle robi sie bardzo goraco). Na dzien konsumpcji polecam sobote- nieprzyzwyczajone zoladki i jelita (tak jak moje za pierwszym razem) moga dac o sobie znac, ale ta zupa jest tego warta...
Dobrze przechowuje sie w lodowce. Pozniej mozna przygrzewac pod przykryciem (lubi wybuchac) w mikrofali przez ok. 3-4 minuty.

Czekam na relacje tych, ktorzy sie odwazyli i sprobowali...

Saturday, May 10, 2008

Sila reklamy

Przed sklepem z odzieza firmy Abercrombie & Fitch stoja dlugowlosa dziewczyna i czarnoskory mezczyzna. Sa zywymi reklamami- ubrani w firmowe ciuchy, atrakcyjni, usmiechnieci, zapraszaja do srodka.

Pal szesc ubrania, ale chetnie kupilabym tego modela...

Plany na weekend

Rozpoczal sie sezon, w ktorym Malzonek moj pracuje nie tylko w tygodniu, ale rowniez w weekendy. Piatkowe, sobotnie i niedzielne wieczory spedzam z M., corka szefa meza. Pomimo duzej roznicy wieku, ktora nas dzieli (7 lat), bardzo sie zaprzyjaznilysmy. Weekendowe noce spedzamy beztrosko ogladajac filmy na dvd, jedzac tony prazonej kukurydzy i mieszanki bakaliowej (starannie wybierajac wszystkie m&m's-y), oraz malujac sobie paznokcie u stop.
Na moje nieszczescie, M. oraz nasz kumpel B., pracuja w tej samej firmie co Maz, i rowniez czasem wyjezdzaja w weekendy. Tym razem pojechali wszyscy: Maz, M. i B.. Zostalam sama.
W dniu wczorajszym moj odtwarzacz DVD zarzezil, zacharczal i odmowil wspolpracy. Nie mogl wybrac lepszej okazji- zostalam pozbawiona wieczornej rozrywki na caly weekend.
I w to piatkowe, deszczowe popoludnie, snuje plany na najblizsze dwa dni:
- wyspac sie (zadanie moze byc nieco utrudnione przez kota, ktory bladym switem nie tylko namietnie lize mnie po twarzy, ale ostatnio rowniez odkopuje mnie pazurzasta lapa z moich wlasnych wlosow),
- popracowac troche (ale nie za duzo),
- posprzatac w mieszkaniu,
- poskladac pranie,
- pojsc na basen lub pojezdzic na rowerze, w zaleznosci od pogody,
- rozpracowac do konca napoczeta butelke wina,
- zrobic zakupy na najblizszy tydzien- uwzglednic w nich krewetki, ktorych Maz nie jada, a ktorymi (w ramach poprawienia sobie nastroju) mam zamiar samotnie sie opychac,
- pograc na gitarze, ewentualnie opanowac po mistrzowsku jakas piosenke, nagrac film i wstawic na youtube.

A Wy? Co robicie jak juz naprawde wszyscy wyjada i nie ma do kogo sie odezwac?

Milego weekendu wszystkim zycze!

Tuesday, May 6, 2008

Nie zadzieraj z ludzmi, ktorzy przygotowuja twoje jedzenie- notka dedykowana Anicie

Na pewno kazdy z Was, drodzy czytelnicy, byl kiedys w eleganckej restauracji. Biale obrusy, blyszczace sztucce, przygaszone swiatla, swiece... wszystko to wyglada niezwykle profesjonalnie. Osoby stolujace sie w takich miejscach wyobrazaja sobie zapewne, ze kelnerzy, przemieszczajacy sie bezszelestnie po sali z powaga na twarzy, zachowuja sie tak samo na zapleczu kuchennym, ze kucharze i caly personel pracuja w ciszy i skupieniu, koncentrujac sie na wykonywanych czynnosciach.
Mialam kiedys okazje pracowac w ekskluzywnej restauracji (serwujacej glownie owoce morza), z przyjemnoscia wiec uchyle rabka tajemnicy...

Rzucanie sie jajkami czy serwetkami nie jest juz niczym nadzwyczajnym. Niektorzy znudzeni zmywacze potrafia podpalic przyprawy o gryzacym, dusznym zapachu, polozyc je na plaskiej patelni i wsunac przez szczeline pod drzwiami do toalety, z ktorej akurat korzysta jakis pracownik. Ilez radosci moze sprawic widok kaszlacego kolegi wybiegajacego z wc ze spodniami w garsci i lzami w oczach!
Zdarza sie czasem, ze do restauracji przychodza duze grupy ludzi na obiady biznesowe. Jako asystentka kelnera dostalam kiedys od kolegi polecenie, aby dolewac gosciom wina duzo i czesto, tak, zeby sie szybko spili. Kolejne butelki schodza szybko, rachunek jest wyzszy, a wtedy napiwek tez jest wyzszy. Za udana wspolprace w upiciu 18 osob znajomy kelner odpalil mi kiedys bezinteresownie calkiem pokazna kwote.
Na porzadku dziennym jest dokanczanie tego, co ludzie nie zjedli. Wiekszosc personelu nie widzi nic zlego w spozyciu nietknietego kawalka ryby, malzy, frytek czy kawalkow sushi pozostawionych na talerzu (wiadomo, ze nikt tego wczesniej nie nadgryzl), zdarzaja sie jednak tacy, ktorzy polasza sie na calkiem wysluzony juz stek.

Bardzo ciesze sie, ze mialam okazje pracowac w takim miejscu, nie tylko ze wzgledu na te wszystkie zabawne sytuacje. Nauczylam sie rowniez szacunku dla ludzi, ktorzy mnie obsluguja: wiem, jakie to uczucie, gdy do zamkniecia restauracji zostalo 5 minut, a tu nagle przychodzi duza grupa ludzi, ktorzy chca jesc tu i teraz. Wiem, jakie to uczucie obslugiwac goscia, ktory o wszystko sie czepia.
Polecam film "Waiting" ("Kelnerzy"). Uwierzcie mi, sytuacje w nim przedstawione niewiele roznia sie od rzeczywistosci, a stwierdzenie "nie zadzieraj z ludzmi, ktorzy przygotowuja twoje jedzenie" powinno zapasc kazdemu gleboko w pamiec...

Friday, May 2, 2008

Biznes- update

Rozpoczela sie u nas pora deszczowa. Wraz z ulewami pojawily sie w naszym budynku rozmaite garnki, wiadra i miski porozstawiane gdzie tylko sie da. Stalo sie dla nas jasne, ze wymagajacy remontu dach ma konstrukcje sita i podczas deszczu woda ciurkiem leje sie do srodka budynku.

Urzedujacy w piwnicy J., zajmujacy sie drobnymi naprawami oraz wynajem magazynow, zostal promowany do pozycji managera budynku. Cala sprawa zostala omowiona z wlascicielem przy lunchu i przypieczetowana usciskiem dloni.

3 tygodnie pozniej, uslyszawszy "O niczym takim nie rozmawialismy!" i nie otrzymawszy ani centa z obiecanych pieniedzy za dodatkowa prace, J. rozpoczal "strajk": na drzwiach swojego pokoju wywiesil ogloszenie: "Nie ma mnie w pracy bo mi nie placa". Wlasciciel budynku zostal zbombardowany telefonami od mieszkancow, i wreszcie, chcac nie chcac, zaplacil mu czesc naleznych pieniedzy. Ale tylko czesc.

W wyposazeniu mieszkania, ktore wynajmujemy, wchodzi stara, ale wciaz dzialajaca lodowka. Zadnemu z poprzednich mieszkancow (ani wlascicieli) nie chcialo sie o nia zadbac, wiec caly zamrazalnik pokrywala gruba warstwa lodu. Pewnego pieknego dnia maz wyjechal w delegacje, a ja postanowilam lodowke rozmrozic i wyczyscic. Wieczorem odlaczylam maszyne z pradu i zabezpieczylam roznego rodzaju foliami i pojemnikami na topiacy sie lod. Skonstatowawszy z zadowoleniem, ze woda splywa tam gdzie powinna, poszlam spac.
Rano obudzilo mnie pukanie do drzwi: to M., zaniepokojona wlascicielka kawiarni (znajdujacej sie pod naszym apartamentem), przyszla zapytac, czy wszystko u mnie w porzadku, bo cos im kapie z sufitu. Okazalo sie, ze w mojej lodowce gdzies pod spodem jest dziura, i cala woda, przez ta dziure i cienki, drewniany strop, przeciekla do kawiarni. Zeszlam na dol aby obejrzec, jakaz to katastrofe spowodowalam, ale na szczescie bylo to tylko jednostajne kapanie w odstepach dwusekundowych. Goscie caly czas z usmiechem popijali kawe a pracownicy nie ustawali w jej serwowaniu. M. rowniez nie byla specjalnie przejeta: opowiedziala mi, ze kiedys pekla rura znajdujaca sie pod sufitem i woda lala sie z niej wartkim strumieniem (co rowniez nie przeszkodzilo kawiarni w pracy, po prostu podstawiono tam wiadro).
Szybko zadzwonilam do wlasciciela budynku i, przepraszajac, opowiedzialam o calej sprawie.
- Nie przejmuj sie- odparl on beztrosko- i nie pozwol, aby ktokolwiek sprawil, ze poczujesz sie winna. W poniedzialek przysle do ciebie kogos z obslugi technicznej.
Po ponownym podlaczeniu do pradu lodowka zaczela dzialac a to, co wczesniej kapalo- zamarzlo. Katastrofa zostala zazegnana.
Nie musze chyba dodawac, ze nikt do mnie w poniedzialek nie przyszedl, aby zainteresowac sie przeciekiem.
W poniedzialek w calym budynku zgaslo swiatlo. Okazalo sie, ze management nie zaplacil rachunku za prad za ostatnie 4 miesiace.
We wtorek wlasciciel budynku spakowal manatki i wyjechal do swojej ojczystej Californi. Jako, ze transakcja przejecia budynku przez niego od poprzedniego wlasciciela nie byla jeszcze kompletna, szybko sie wycofal bo stwierdzil, ze zarzadzanie nieruchomoscia to nie na jego nerwy.

Wychodzi na to, ze przeczucie mnie nie mylilo: robienie interesow (http://ps-usa.blog.onet.pl/2,ID307917587,index.html) z wlascicielem miejsca, w ktorym mieszkamy, nie przyniosloby chyba oczekiwanych rezultatow...