Wstalismy dzis o godzinie 6 rano, o 7:30 pojechalismy do teściów po siostrę Meza, o 8:30 byliśmy w domu naszego pastora, skąd ruszylismy (3 samochody, 7 osób) w góry. Tam czekało na nas jeszcze troje znajomych.
-Ta góra to nic specjalnego w porównaniu z Big Bear, czy Mammoth- powiedział mi Mąż, gdy zajechalismy na miejsce. I tak byłam pod wrażeniem: taka fajna góra i tak blisko! Podobno, przy dobrej pogodzie, mozna ze szczytu zobaczyc ocean i pustynie (niestety nie mieliśmy okazji do podziwiania takich widoków: niebo bylo zahmurzone, padał śnieg i było bardzo wietrznie).
W myślach porownywalam Mountain High ze wszystkimi miejscami w Europie, w których miałam przyjemnosc jeździć (a było ich troche) i wypadła bardzo pomyślnie. Do tego po raz pierwszy miałam okazje zetknac się z nieodpłatna "szatnia dla snowboardow i nart"- miejscem, gdzie mozna zostawić sprzęt i spokojnie udać się do łazienki lub kawiarni bez obawy, ze ktoś nam go ukradnie. Jedyne co mogłabym zarzucić Mountain High to to, ze trasy są dosc wąskie (ale za to niezle przygotowane).
Pierwsza jazda była dla mnie bolesna: moje buty, niestety, nigdy nie należały do najwygodnieszych, a do tego maja już swoje lata (pewnie jakieś 12). Po rozmaitych kombinacjach, rozluznianiu sznurowek i wiazan, poczułam się wreszcie lepiej, i zaczęłam sobie wszystko przypominać.
Bawilismy się wszyscy swietnie. Mężowi w którymś momencie zachcialo się "rumakowania"... Skończyło się tak, ze zderzył się ze mną, podbijajac sobie oko moim kaskiem. Na szczęście nic nam się obojgu nie stało (a w dodatku jeździła z nami SS, rejestrowana pielęgniarka, wiec w razie czego byliśmy w dobrych rękach).
Około 5 zmęczenie i brak praktyki dało o sobie znać, udalismy się wiec do lounge area, gdzie własnie siedze, kończąc te notke.
To był bardzo udany dzień.
- Posted using BlogPress from my iPhone

